Igrajet kamanda Pinka Fłojda

more

Czy gdy mówimy „Pink Floyd”, zawsze mamy na myśli to samo? Czy wśród znudzonych już ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze wywołuje to tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo?

[more]

*

Czy gdy mówimy lub słyszymy „Pink Floyd”, mamy pewność, że zawsze chodzi właśnie o „to”, a nie o nic innego? Czy wśród znudzonych ciągłym wynoszeniem zespołu na ołtarze ta nazwa wywołuje już tylko wzruszenie ramion, a wszyscy zagorzali miłośnicy kochają go za to samo? Czy, wreszcie, można nie tolerować pewnych płyt, a cenić i/lub uwielbiać inne? Odpowiedź jest oczywista.

Wściekłej psychodelii, przede wszystkim pierwszego albumu, sam uległem niedawno, za to całkowicie. Czas The Dark Side of The Moon i kolejnych krążków wydawanych w dwuletnich odstępach pozostanie najsłynniejszy i najlepiej rozpoznany przez szerokie rzesze wyznawców grupy. W obu okresach prawie zawsze znajdowało się miejsce na wyciszenie, na gitarę akustyczną. Na piękną balladę.

Pierwszą porcję takiego grania otrzymaliśmy w lipcu 1969 roku na płycie More – w wielkim pośpiechu powstającym materiale będącym muzyczną ilustracją do filmu Barbeta Schroedera (podobno poganiany kwartet uwinął się z robotą w osiem dni). 

Dość rzadko wraca się dziś do tych utworów, a ja mam do nich wielką słabość. Wynika to z dwóch prostych faktów. Pierwszy to ten, że moi starsi bracia mieli tę płytę nagraną na jednej ze swych nielicznych taśm magnetofonowych. Drugi natomiast związany jest z uczestnictwem w obozie we Francji w 1977 roku. W ośrodku był do dyspozycji (niezbyt wysokich lotów) gramofon, a obok niego leżało bezpańsko kilka płyt. Po jedną z nich wyjątkowo chętnie sięgał pewien bardzo przystojny, długowłosy francuski nastolatek. 

To była właśnie More. Okładkę, nieco już sfatygowaną, wielokrotnie i nabożnie brałem do rąk i uważnie studiowałem. Dziś, po wielu, wielu latach, nawet jeśli potraktować ten materiał jako swego rodzaju szkicownik – tak wiele utworów na jednym krążku, nie licząc kolejnego filmowego dzieła Obscured By Clouds (1972), pojawiło się dopiero na The Wall – jest to szkicownik, jak przystało na wielki zespół, urody niepospolitej.

A w nim pod trzecią pozycją pojawia się przepełniony smutkiem i nostalgią numer Crying Song ozdobiony w finale solem gitary elektrycznej, którego autorstwa nie sposób pomylić. Dwa tracki dalej mamy Green Is The Colour, balladę w klasycznym, akustycznym wydaniu. Na proste akordowe granie gitary rytmicznej nałożone są jednak subtelne dźwięki gitary solowej, a całość wzbogaca jeszcze cudownie lekka partia fortepianu Wrighta oraz flet. A zaraz potem jeszcze jedna perła: Cymbaline. Znów świetne piano i nieoczywista piosenkowość. Element niepokoju słyszalny od samego początku rozrasta się wciąż mocniej i mocniej. Gitara oraz fortepian znikają, pozostają tylko psychodeliczne organy i bębny. Ta pieśń chyba bardzo zainspirowała panów z Rare Bird – w skądinąd bardzo dobrym kawałku House In The City.

Sporą porcję łagodności PF zaserwowali też rok później, na drugiej stronie Atom Heart Mother. Ale o tym to już może przy innej okazji.

*

Tytuł tekstu ma źródło w czymś niewiele młodszym niż More. Stare radioodbiorniki radiowe odbierały kilka zakresów fal, w tym krótkich. Jakość dźwięku była kiepska, stacje ciągle „uciekały”, odstrajały się, ale zdarzało się wśród nich namierzać te z mową naszego ówczesnego wielkiego brata. I gdzieś pojawiła się taka właśnie zapowiedź: „Igrajet kamanda Pinka Fłojda”.

[W NaTemat: 28 września 2014]

Rzadki ptak na zapomnianym niebie – Rare Bird

W 1975 roku Polskie Nagrania zaszalały, wydając trzy wspaniałe licencyjne albumy (wszystkie będące kompilacjami, ale to nie miało większego znaczenia). Z numerem katalogowym SX 1235 ukazał się krążek Keith Emerson & The Nice!, z numerem SX 1236 Atomic Rooster, a z kolejnym – Rare Bird. Moi starsi bracia zdawali sobie sprawę z tego, co pojawiało się i natychmiast znikało z półek działów płytowych księgarń, ja – nie.

[more]

Wszystkie trzy krążki – teraz, gdy piszę te słowa – mam w zasięgu ręki (co niewiele ma wspólnego ze sprawiedliwością, bo nie współfinansowałem ich zakupu). Tych płyt słuchałem tyle razy, że każdą nutę mam wyrytą na osobistym twardym dysku.

Wtedy, w połowie lat 70.

Rare Bird sprawili mi trudność największą.

Słuchałem, słuchałem… Aż w końcu, pamiętam doskonale ten moment: była sobota, oddawałem się pastowaniu i froterowaniu podłóg, a z dość skromnego wtedy sprzętu dobiegały mnie dźwięki z ich krążka. I nagle, ze ścierką tłustą od pasty w rękach, zastygłem. O rany, ależ to fantastyczne! – dotarło do mnie. I to był – jeśli dobrze pamiętam – ten mój muzyczny „pierwszy raz”. Nagle wszystkie drzwi we mnie otwarły się na oścież – zakochałem się w tych dźwiękach bez reszty, z całkowitym oddaniem. Miałem wtedy trzynaście lat.

Potem okazało się, że gdzieś na jednej ze szpul braci od kilku lat zarejestrowana była Epic Forest (1972). Płyta, która w trójkowym archiwum gdzieś się zawieruszyła, a po paru latach odnalazła. Tych radiowych taśm wyciągniętych zza jakiejś szafy było więcej, co dało redaktorowi Piotrowi Kaczkowskiemu pretekst do uruchomienia pewnego muzycznego cyklu. I dzięki temu, bodaj w 1980 roku, miałem ją nagraną na swojej już taśmie magnetofonowej. Zaś wiele, wiele lat później namierzyłem wersję CD, za bardzo duże wtedy pieniądze. Ach, cóż to było za niesamowite przeżycie – móc puścić sobie te utwory po latach przerwy, w znakomitej jakości! A później udało mi się dotrzeć do kolejnych nagrań grupy, co ciągle nie jest proste.

Bo

zespół to zapomniany.

Powstały pod koniec lat 60. Jeśli popularny, to głównie poza Wielką Brytanią. Po wydaniu Rare Bird (1969) i As Your Mind Flies By (1970) rozpadł się, a – reaktywowany w nieco innym składzie w 1972 – działał do 1975 roku.

Niedużo tego, parę lat, w dodatku z przerwą. I dwa oblicza zespołu: najpierw progresywne (wtedy porównywano ich do The Nice i Procol Harum). Sporo tam było inspiracji muzyką klasyczną, barokiem – jak w przepięknym Down On The Floor – i, oczywiście, rozbudowanych form (Flight).

A potem zrobiło się bardziej oryginalnie, gitarowo, nadal jednak z obłędnie pięknymi harmoniami i wspaniałymi chórkami. Album Epic Forest i dziś jawi mi się jako dzieło znakomite. Z jednej strony tak charakterystyczne dla brzmień początku lat 70., a z drugiej – stanowiące szeroko pojętą czołówkę ówczesnych dokonań.

Zawsze miałem słabość

do grania łączącego w sobie melodie i chórki z porządnym gitarowym graniem (jak np. wczesny Wishbone Ash). Rare Bird są w samym środku tych doznań. I nie muszę chyba nikogo przekonywać, że jeśli jakaś muzyka jest ciągle z nami, jeśli ciągle mamy ją w głowie, mieliśmy dostęp do niej jako młodziaki, wciąż – mimo upływu lat – chcemy do niej wracać, to trudno zdobyć się na stuprocentowy obiektywizm. Zresztą – po jaką cholerę, jeśli muzyka to wyzwalanie emocji. Jeśli słuchanie czegoś wciąż sprawia niesłabnącą radość.

Zachęcam, sprawdźcie mnie. To naprawdę szlachetne granie. Czas i pamięć ludzka obeszły się z niektórymi wykonawcami bardzo niesprawiedliwie.

Wyrwane z kontekstu: Rare Bird, Sympathy

Historia literatury znaczona jest książkami. Nawet jeden rękopis, napisany po francusku przez Polaka i znaleziony w Saragossie, też został ujęty w cudzysłów. Podobnie historia muzyki rockowej znaczona jest kolejnymi płytami. O największych wykonawcach mówi się często, uwzględniając cały ich dorobek. Ci, co mieli mniej szczęścia lub talentu, zostali zapamiętani za sprawą jednego albumu, a czasem jednego tylko nagrania. Słusznie bądź nie.

[more]

W cyklu, który dzisiaj inauguruję, chciałbym wspominać utwory, które są – z różnych względów – szczególnie dla mnie ważne. Nie będą to tylko „najpiękniejsze piosenki świata”, bo obok utworów pełnych liryzmu, delikatnych, znajdzie się tu miejsce dla gitarowego łojenia. Pojawią się wykonawcy zapomniani, ale obok nich także ci bardzo znani.

Na początek perełka, która z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów nie znajduje miejsca w trójkowym „Topie wszechczasów”. O grupie Rare Bird, niesłychanie w mojej edukacji muzycznej istotnej, napiszę kiedyś obszerniej. Tutaj wspomnę jej największy przebój, znany także z innych wykonań – „Sympathy”.

Jest rok 1969, rock symfoniczny rozpoczyna swój szturm na uszy słuchaczy. Najczęściej utworami długimi, o skomplikowanej i połamanej fakturze. Ale czasami też takimi fredżajlami.

Moje From The Begining. Część trzecia i ostatnia

13. Babe Ruth. Pół ich pierwszej płyty nagranej z Minimaksu. Zupełnie dziś zapomniany zespół, a był to kawał solidnego grania z damskim wokalem – Janity Haan. Do niniejszego wyboru dołączam pierwszy na krążku ostry, gitarowy Wells Fargo.
Płyty zespołu, przynajmniej w polskich sklepach, nie do zdobycia.

[more]

14. Emerson, Lake & Palmer – jak mi się zdaje, uznawany przez braci za najwyższy stopień muzycznego wtajemniczenia. Pierwsze płyty tria – brawurowo zagrane, rozbudowane aranżacyjnie utwory, robiły  wielkie wrażenie. Po latach nie wszystko się broni, ale np. ballady Lake’a brzmią wciąż wspaniale. Wybieram jednak Lucky Man, utwór kończący pierwszą płytę, z fantastycznym syntezatorowym solem w finale.
Miłość do ELP wzmocniła jeszcze „trylogia” Polskich Nagrań, które w 1975 lub 1976 roku wydały trzy licencyjne krążki: Keith Emerson & The Nice (nr katalogowy SX 1235), Atomic Rooster (SX 1236), gdzie w paru kawałkach bębnił Carl Palmer, i Rare Bird (SX 1237).

15. Właśnie – Rare Bird. Hej, bracia moi, pamiętacie Rebeth? Kaczkowski już rzadziej literował nazwy zespołów, wiedzieliście tylko, że to „z pewnością zapisuje się inaczej”.
Na wspomnianej wyżej płycie jest kilka znakomitych utworów z pierwszego okresu działalności – Sympathy czy Down On The Floor. Wybieram jednak Hey Man, fragment z Epic Forest, płyty nagranej na szpuli najpierw przez braci, a po latach, w 1980 roku, także przeze mnie, zaś od pewnego czasu posiadanej w wersji CD. Wciąż wspaniałe muzyczne doznania.

16. Focus, Hokus Pokus. Na przełomie lat 60. i 70. w Holandii działo się sporo. To tam właśnie jeździli Breakout i potem Budka Suflera. Focus i Ekseption sytuowali się w pobliżu ELP – tak samo obficie czerpiąc z muzyki klasycznej.

17. Sabbath Bloody Sabbath we fragmentach nagrana na szpuli. Najlżejsza w dorobku, wirtuozowska płyta, szczyt artystycznych możliwości grupy. Krążek w dyskografii Black Sabbath absolutnie wyjątkowy, inny niż pozostałe. Mój typ to Sabbra Cadabra.

18. Larks’ Tongues In Aspic. Pychota, ciary na plecach. Robert Fripp – geniusz, kameleon, anarchista, wieczny poszukiwacz. Tyle wcieleń grupy o jednej nazwie – i wszystko co najmniej bardzo dobre. King Crimson, w gronie grup tzw. symforockowych, są moim zdaniem zdecydowanie najlepsi. Do niniejszego zestawu wybieram nieco przewrotnie maleńki, ale genialny fragment kończący część pierwszą tytułowego nagrania (gdzieś od jedenastej minuty i dwudziestej sekundy).

19. Czym zakończyć, gdzie urwać tę muzyczną opowieść? Gdzie jest mój ostatni kamień milowy, ostatnia wielka młodzieńcza fascynacja, ciągnąca się za mną do dziś? I znów, wbrew wszystkiemu, wybór jest jednak dość oczywisty – SBB. Na moich oczach – uszach ich muzyka rozkwitała, sięgając apogeum na Welcome w 1979 roku.
Wybieram Walking Around The Stormy Bay – instrumentalne arcydzieło, ekstrakt symphonic i hard rocka. Wielki popis całego tria.

Jeszcze można by ciągnąć dalej. Z taśm braci i moich pierwszych odnotować Close To The Edge Yesów, płyty Weather Report czy Fleetwood Mac. Zatrzymać się nad znakomitymi utworami czy całymi płytami z czasów dawnych i bardzo dawnych, a poznanymi później. Ale to były już „tylko” brakujące puzzle w układance, której ramy wyznaczyły opisane krótko wyżej zespoły i nagrania. Siła, z jaką wdarły się do mojej głowy, nuta po nucie utrwalone poprzez wielokrotne słuchanie – nieporównywalna jest z niczym. Dziś, jak każdy człowiek zajęty nie tylko wrzucaniem kolejnych krążków do odtwarzacza, nie jestem już w stanie tak mocno wgryźć się w jakąkolwiek nowo nabytą płytę.