Bez satysfakcji

satiscaction

Riff porównywany jest do Beethovenowskiej V symfonii, może dlatego śmiałków gotowych porwać się na tę świętość nie było wielu. Tym pierwszym był jednak gigant muzyki drugiej połowy XX wieku – Otis Redding.

[more]

Wersja Rolling Stones ujrzała światło dzienne w maju 1965 roku w postaci singla, a następnie znalazła się w amerykańskiej wersji albumu Out of Our Heads wydanym pod koniec lipca.

 

Czarnoskóry Amerykanin zarejestrował swoje wykonanie już w pierwszej dekadzie lipca tamtego roku, a znalazło się ono na znakomitym krążku Otis Blue:

Otis Redding Sings Soul wydanym w połowie września 1965 roku

 

I niech to będzie zapowiedź przygotowywanego dłuższego tekstu o tym królu czarnej muzyki, moim absolutnym faworycie, jeśli chodzi o soul. Fenomenalnym wokaliście, który wraz z członkami swojego zespołu zginął w katastrofie lotniczej w grudniu 1967 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia sześć lat. Niespełna pól roku wcześniej, 17 czerwca, dał znakomity występ na festiwalu w Monterey. Na koniec powiedział: „Muszę już iść, a wcale nie chcę”.

Ponieważ jednak o braku satysfakcji częściej mówi się w odniesieniu do pań niż panów – na koniec smakowity duet – PJ Harvey i Björk. Minimalistyczna wersja, tak charakterystyczna dla stylu pierwszej z wymienionych, ale i kojarząca się z dokonaniami Lou Reeda i Velvet Underground, przeradza się w coś – gdy chodzi o wokale – gwałtownego i przejmującego w finale. Wersja, z  której wypadł m.in. passus I can’t get no girl reaction, co chyba świadczy o tym, że pozostaliśmy w klimatach hetero.

[W NaTemat: 27 lipca 2014}

Dziewczyna z gitarą – PJ Harvey

pj_harvey

Lata 80. to był pierwszy duży dołek dla muzyki rokendrolowej. Mistrzowie z poprzednich dwóch dekad w zdecydowanej większości przebywali w strefach niżów artystycznych pomieszanych częstokroć z zapaściami fizycznymi będącymi skutkiem wszelakiego nadużywania.

[more]

Już parę lat wcześniejsza zmiana, gdy w dyskotekach Abbę zdetronizowali Boney M, wydaje się bardzo znamienna. Syntezatorowa sieczka zdominowała nie tylko listy przebojów, ale i upodobania wielu młodych ludzi. Jeśli pozostawić na boku punk, a mówić raczej o tzw. mainstreamie – gitarowe granie ewoluowało w stronę metalu, albo wypolerowaną i gładką do bólu, albo strashną i speedową, deathową i blackową. W efekcie dostawaliśmy najczęściej coś, co było tylko żałosną karykaturą rokendrola, coś, co całkowicie pozbawione zostało bluesowych korzeni. Na szczęście – do czasu.

Za oceanem pojawili się m.in. Guns’N’Roses, Living Colour i Red Hot Chili Peppers, 

kiełkował grunge.

Gorzej działo się na starym kontynencie – co prawda siła U2 rosła, ale The Smiths nie dotrwali do końca dekady.

Śpiewających, grających, a nawet komponujących dam było trochę w dziejach ostrego łojenia – z Janis Joplin na czele. U progu lat 80. zalśniła gwiazda Pretenders i Chrissie Hynde, jednak żadnej pani nie udało się (a ściślej: nie udaje) tak mocno i tak długo mieszać w kotle jak urodzonej w 1969 roku Angielce Polly Jean Harvey.

Powrót pierwotnej surowości,

ale i melodii oraz świetnych riffów w wydaniu Nirvany, Pearl Jam i właśnie Harvey (choć oczywiście nie tylko ich) na początku lat 90. to wielka ulga dla tych, którzy zwątpili, że swing w rocku jeszcze kiedykolwiek odżyje. Pojawiło się zupełnie nowe pokolenie artystów, spośród których wielu stanęło u samych źródeł tej muzyki. Z całą jej – najlepiej pojętą – prostotą.

Start PJ był znakomity. Liderka tria doskonale wiedziała, o co jej chodzi, była już w pełni ukształtowaną artystką. Pierwszy album – Dry – ukazał się w 1992 roku, wydany nakładem małej wytwórni Too Pure. Rok później wydała swój drugi krążek, Rid of Me, dla stajni Island (z którą ma zresztą do dziś podpisany kontrakt). Przyszło uznanie krytyki, innych muzyków oraz publiczności.

Odnoszę wrażenie, że rodzime media znacznie rzadziej pochylały się i pochylają nad brytyjską artystką niż panami z okolic Seattle, a niesłusznie. Bo to potężny kawał grania.

[W NaTemat: 2 lutego 2014]