Wreszcie spełniło się jedno z moich ostatnich możliwych do spełnienia muzycznych marzeń – zobaczyć Pana Piotrusia na żywo (do Poznania parę lat temu się nie wybrałem). Z pokolenia debiutujących w latach 60. zostało ich niewielu: Paul McCartney (ściślej – debiutował w poprzedniej dekadzie, nigdy nie był w Polsce), Eric Clapton (byłem w 1979 roku w „Spodku”, kiedy nie wyszedł na scenę) i Dawid Gilmour (do Gdańska nie pojechałem, podobnie jak na Claptona). I on.
[more]
Bałem się. Pomysł z orkiestrą nie jest tym, co lubię najbardziej. Zachwycałem się tylko raz, jako szczeniak jeszcze, Purplami. Później te koncepty budziły raczej moją nieufność – karykaturalna Metallica, mocno średni Dżem w operze. Ale przecież to Gabriel, a okazja zobaczenia go może się już nie powtórzyć.
No właśnie – Gabriel. Przed laty przeciął pępowinę Genesis, by nigdy nie wrócić (poza dograniem wokalu do nowej wersji „Carpet Crawlers”) do tych utworów. Zbliżył się do granicy popu, zaczął pisać piosenki. Ale jakie! Zawsze była to połamana faktura harmoniczna, staranne instrumentacje, zawsze, nawet w tych najbardziej powłóczystych utworach, czaił się jakiś niepokój – za sprawą niesamowitego głosu i budowanego nastroju. Więc – nie powinno być źle.
Kiepska była pogoda. Po upalnym początku maja nastały bardzo zimne i deszczowe dni. Ale niedziela na szczęście oszczędziła wody z nieba, w czasie koncertu popadało tylko trochę, nawet nie dziesięć minut. Archanioł Gabriel czuwał nad miastem.
Dwie panie śpiewające w chórkach (zawsze przez mistrza ceremonii dobieranych bardzo starannie) i kilkudziesięcioosobowa New Blood Orchestra. To nie było żadne tam „pociągniecie trochę po smykach i jakoś będzie”, usłyszeliśmy kawał niezwykle pieczołowicie zaaranżowanej muzyki. Nie powaliły decybele (nie o to przecież szło), nie było rockowej dynamiki, ale był rozmach i przestrzeń, jaką może dać duża orkiestra. Może wolałbym więcej instrumentów dętych, aby czasem zapanowały nad całością – ale i tak było pięknie.
„Witam was!” – powiedział po pierwszym utworze, a ściślej – przeczytał z kartki. I zaraz: „Nastepna piosenka ma tytul…”. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że na scenie, choć ukryty przed naszymi oczami, jest jeszcze jeden Pan Piotr – Kaczkowski, który tłumaczył nieco dłuższe wypowiedzi frontmana. Dla starych ‘trójkowiczów’ było to kolejne tego wieczoru wzruszenie.
Niespieszne w większości kompozycje Gabriela zyskały jeszcze bardziej monumentalny, filharmoniczny wymiar, lecz chyba nikt nie miał prawa czuć się znużonym. Te dźwięki były zbyt szlachetne, by dało się przejść obok nich niewzruszonym.
Dowiedzieliśmy się, że dwa tygodnie wcześniej ojciec Mr. Petera obchodził setne urodziny, co wzbudziło aplauz widowni, która ze słowiańską dezynwolturą odśpiewała „Dwieście lat”. Na filmie towarzyszącym utworowi zobaczyliśmy, jak ojciec i syn spacerują po ogromnej posesji objęci ramionami, starszy pan bez laski i w świetnej formie. To nadzieja, że Gabriel, choć jest późnym dzieckiem, pochodzi z długowiecznej rodziny i ma wiele lat artystycznej kariery przed sobą. Że odwiedzi jeszcze Polskę.
Usłyszeliśmy m.in. ‘Secret World’ , ‘Digging In the Dirt’, a pod koniec ‘Red Rain’,‘In Your Eyes’ i – ku mej ogromnej radości – ‘Biko”. Po krótkiej przerwie, już na bis, wspólny występ z Kroke oraz ‘Don’t Give Up’. Mistrz zszedł ze sceny, mówiąc, że jest późno i pora wracać do domu. Na koniec orkiestra odegrała temat z ‘Ptaśka’ i to był, po blisko dwóch godzinach, definitywny koniec koncertu.
Czułem się usatysfakcjonowany – i nie ja jedyny. To naprawdę był niezwykły koncert. Bardzo szczególnego, wyjątkowego artysty w dziejach rocka. Kogoś, kto zawsze szedł własną drogą i wyznaczał nowe trendy. Dla festiwalu, odbywającego się już trzeci raz, i miasta Oświęcimia było to artystyczne wydarzenie bez precedensu.
Po takich koncertach, wsiadając do samochodu, nigdy nie włączam radia. To byłoby świętokradztwo. Takie dźwięki, rozbrzmiewające wciąż w uszach, należy zabrać ze sobą do domu. I z nimi położyć się spać.