Nie wybieram się na festiwal Tauron Nowa Muzyka, nie bywam na ulicy Mariackiej, w towarzyskim salonie Katowic, a jednak gdy dowiedziałam się o koncercie Pink Freud „before” TNM, sobotni wieczór postanowiłam spędzić właśnie tam.

[more]
Koncert rozpoczął się z niemałym opóźnieniem, ale w ogóle nam, siedzącym w ogródkach przed licznymi lokalami
w ten sierpniowy, ciepły wieczór,
to nie przeszkadzało.
Wreszcie panowie wyszli na podest (jak on wytrzymał tę aktywność ruchową Wojtka Mazolewskiego?!): perkusja, trąbka, saksofon barytonowy i bas – tylko ten ostatni podłączony do prądu, reszta akustyczna. Ale czy przez to – jak zapowiadali organizatorzy – zabrzmiała delikatniej? Nie, nie pozwalało na to miejsce koncertu – imprezująca (w większości nie w rytm jazzu) i rozgadana ulica. Jeśli miałabym znaleźć jakieś słabe strony tego występu, to kiepskie nagłośnienie (nikt nad tym nie czuwał, człowiek przy konsoli chyba tylko jej pilnował). Należało tu i ówdzie podkręcić, by muzyka zabrzmiała tak, jak na to zasługuje. Cóż, darmowe koncerty, a już zwłaszcza te na deptaku, obłożone są takim ryzykiem.
Pink Freud widziałam przed rokiem z okładem w Rialcie, bardzo mi się wtedy podobali. Teraz również zagrali kawałki z ostatniej płyty Horse & Power, a poza tym na przykład klasyk Dylana All Along The Watchtower, za punkt wyjścia mający opracowanie Hendriksa.
Tyle energii, tyle radości grania,
tego, co zawsze ujmuje publiczność – widzieć, że występ nawet w takich, dalekich od komfortowych warunkach, sprawia muzykom frajdę.
Choć koncert nie należał do najdłuższych (godzina z okładem i bisem), mógł się podobać. Szkoda tylko, że słabo było słychać konferansjerkę frontmena – a ta również należy do mocnych punktów programu…
