Pink, punk i jazz na Mariackiej – Pink Freud, Ogródek Letni Tauron Nowa Muzyka, Katowice, 17 sierpnia 2013

Nie wybieram się na festiwal Tauron Nowa Muzyka, nie bywam na ulicy Mariackiej, w towarzyskim salonie Katowic, a jednak gdy dowiedziałam się o koncercie Pink Freud „before” TNM, sobotni wieczór postanowiłam spędzić właśnie tam.

[more]

Koncert rozpoczął się z niemałym opóźnieniem, ale w ogóle nam, siedzącym w ogródkach przed licznymi lokalami

w ten sierpniowy, ciepły wieczór,

to nie przeszkadzało.

Wreszcie panowie wyszli na podest (jak on wytrzymał tę aktywność ruchową Wojtka Mazolewskiego?!): perkusja, trąbka, saksofon barytonowy i bas – tylko ten ostatni podłączony do prądu, reszta akustyczna. Ale czy przez to – jak zapowiadali organizatorzy – zabrzmiała delikatniej? Nie, nie pozwalało na to miejsce koncertu – imprezująca (w większości nie w rytm jazzu) i rozgadana ulica. Jeśli miałabym znaleźć jakieś słabe strony tego występu, to kiepskie nagłośnienie (nikt nad tym nie czuwał, człowiek przy konsoli chyba tylko jej pilnował). Należało tu i ówdzie podkręcić, by muzyka zabrzmiała tak, jak na to zasługuje. Cóż, darmowe koncerty, a już zwłaszcza te na deptaku, obłożone są takim ryzykiem.

Pink Freud widziałam przed rokiem z okładem w Rialcie, bardzo mi się wtedy podobali. Teraz również zagrali kawałki z ostatniej płyty Horse & Power, a poza tym na przykład klasyk Dylana All Along The Watchtower, za punkt wyjścia mający opracowanie Hendriksa.

Tyle energii, tyle radości grania,

tego, co zawsze ujmuje publiczność – widzieć, że występ nawet w takich, dalekich od komfortowych warunkach, sprawia muzykom frajdę.

Choć koncert nie należał do najdłuższych (godzina z okładem i bisem), mógł się podobać. Szkoda tylko, że słabo było słychać konferansjerkę frontmena – a ta również należy do mocnych punktów programu…

Pink Freud, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 20 kwietnia

Wiele lat temu jeden z moich studenckich kolegów, ku memu zdziwieniu przymierzający się do kariery naukowej, powiedział, że jak przeczytasz trzysta książek, to sprawiasz wrażenie, że przeczytałeś ich trzy tysiące. No właśnie, tylko że prawdziwe uprawianie – nie tylko nauki – polega nie na sprawianiu wrażenia, ale na rzetelnej wiedzy i, najlepiej, darze przekazywania jej innym.

[more]

Więc ze wstydem przyznaję, że z Pink Freud nie miałem dotąd bliższego kontaktu. Dopiero teraz nadarzyła się okazja usłyszeć ich muzykę. I nie żałuję, i to bardzo nie! Jazz, bez dwóch zdań, o czym świadczy skład: bębny, gitara basowa, saksofon barytonowy (my by tu na Górnym Śląsku pedzieli, że trzimanie tygo żelostwa i dmuchanie w ta ruła to jak fedrowanie na grubie, szychta na przodku) oraz trąbka wspomagana od czasu do czasu klawiaturą. Skład nieuchronnie sugerujący, że będzie głośno. I ostro. Bez fortepianu, z gitarą basową zamiast kontrabasu, z perkusją obsługiwaną w zdecydowanie rokendrolowy sposób. W ogóle – dynamika i energia, zachowanie – zwłaszcza lidera – na scenie – były w swych korzeniach zdecydowanie rockowe.

Koncert bardzo udany, z wieloma znakomitymi fragmentami, zarówno melodycznymi, jak i gdy chodzi o solowe popisy członków zespołu. Jakie to widowiskowe, gdy saksofonista odgrywa swoje solo, a reszta nie znika ze sceny, tylko siada na niej lub wręcz, jak Wojciech Mazolewski, kładzie się na deskach. Urocza, pełna męskiego wdzięku konferansjerka lidera nie pozostawiła chyba żadnej niewiasty na widowni obojętną. Ale tym, co wystawia najlepsze świadectwo zespołowi, jest gołym okiem widoczny fakt, że to zespół właśnie. Tych czterech ludzi wciąż uśmiecha się do siebie, uśmiecha do publiczności, wciąż słucha nawzajem siebie grających. To najlepszy z możliwych przekazów dla słuchaczy: że tym facetom na scenie bardzo się chce, że cieszy ich to, co robią, że gorąca reakcja widowni dodaje im energii. Jak bardzo niedługo trzeba było ich zachęcać do bisów!

Z pewnością to nie jest muzyka dla każdego, nie dla każdego do słuchania w domowym zaciszu, bo kojących dźwięków jest w niej znacznie mniej niż tych w oszalałym tempie pędzących gdzieś do przodu. Ale na koncercie czuło się w powietrzu dużo wspaniałych fluidów. Tak jak w kinie siedzisz, by oglądać film, a nie przerwy na reklamy – na koncercie jesteś tylko po to, by słuchać, chłonąć muzykę całym sobą, nie rozpraszać się czymś innym, niepotrzebnym. To bardzo oczyszczające. Zwłaszcza w połączeniu z kawałem naprawdę dobrego grania. Albo inaczej: tylko dobry koncert, dobry film jest w stanie zawładnąć nami, naszymi zmysłami, myślami. Mazolewskiemu i spółce (każdy pan z innej bajki!) z pewnością ta sztuka się udała.

28 kwietnia 2012