Piszę, gram, śpiewam, zwlekam: Patrick The Pan

patrick

Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem.

[more]

*

Takie momenty w słuchaniu muzyki lubię szczególnie (ze świadomością, iż nie przynosi mi chwały, że nie wiem nic o wykonawcy nie całkiem przecież nieznanym, obecnym na rynku już jakiś czas, mającym na koncie dwie płyty i kontrakt z Kayaksem). Lubię te momenty, gdy zasiadam na widowni bez jakichkolwiek danych, bez uprzedzeń i nastawień – i ze sceny płyną ku mnie dźwięki z każdą minutą sprawiające coraz większą przyjemność.

Jesień i łyżka

Przyjemność przede wszystkim muzyczną, to już naprawdę byłoby wystarczające. A tymczasem do tego jeszcze całkiem spory bonus w postaci inteligentnego przekazu w przerwach między piosenkami. Jak zauważyła szefowa Rialta, patrzenie na takich czterech młodych mężczyzn budzi w nas rodzicielską tkliwość i czułość. Dlatego że są w wieku naszych synów. Dlatego że są dowcipni i zdystansowani wobec siebie. I że patrząc na nich można odpędzić odwieczne myśli zgredów, że czasy to były, ale dawniej, że dzisiejsza młodzież to… 

Opuściłem Rialto w sobotni wieczór z radosnym przeświadczeniem, że nie wszystko jeszcze stracone, że nadzieja właśnie w ludziach tego kroju. W Piotrze Madeju, w takim – albo i nie – Piotrusiu Panu, mózgu całego przedsięwzięcia, autorze, wokaliście, pianiście i gitarzyście, w Kubie Dudzie, bez problemu przesiadającym się z gitary na gitarę basową i z powrotem (przy okazji pozdrawiam serdecznie całą Vladimirską), w Wawrzyńcu Topie, co to da radę i gitarze basowej, i kontrabasowi, i klawiszom, a jeszcze w czasie tego wszystkiego – jak zażartował lider – kontroluje, co dzieje się na fb, i w Adamie Stępniowskim, który obsługuje bębny, zdradzając wyraźne jazzowe inklinacje.

Może czerwone

Początek otwierał we mnie szufladkę z napisem „lider – śpiewający pianista z zespołem rockowym”. Elton John, Billy Joel, może Gary Brooker. Ale nie za bardzo mi się to zgadzało. Zbyt było powściągliwe w operowaniu dźwiękiem, za mało mainstreamowe, zbyt niepokojące. Gdy Madej zamienił klawiaturę na gitarę, gdy zaśpiewał wreszcie po polsku, punkty odniesienia stały się zdecydowanie bardziej wyraźne, bardziej oczywiste – i nie napiszę w tym miejscu nic, co już ustalono przede mną. Co w niczym też, dodam od razu, nie umniejsza walorów muzyki Patrick The Pan. Stare, gitarowe Myslovitz, wokal do pomylenia z Arturem Rojkiem (Bozia lub natura czasem tak się bawi, na to nikt nie ma wpływu), a nostalgia, trochę schizofrenii i psychodelii przywodzi nieodparcie na myśl wczesny Radiohead i somnambuliczność Thoma Yorke’a. Połamane faktury większości piosenek, pomieszanie gitar i elektroniki pozwalają na dorzucenie jeszcze Rojka z Walusiem Mietallem i kumplami ze Ścianki, czyli Lenny Valentino. A więc, zbierając to do kupy, ostatnie ćwierć wieku na Starym Kontynencie.

Witam państwa!

Dużo dzieje się w tej muzyce, zaskakująco dużo. Gdy – nie tak przecież często – zdarza się słuchać piosenek pozornie prostych, melodyjnych, niebanalnie zaaranżowanych i ze smakiem wykonanych – dla mnie, przedstawiciela wczesnych roczników sześćdziesiątych, skojarzenie, z zachowaniem proporcji, może być tylko jedno: Paul McCartney.

Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem. Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Namawiałbym wręcz zespół do większej odwagi, dobrze pojętej bezczelności (w tę stronę poszli np. Myslovitz na koncertach po „Miłości w czasach popkultury”): wyciśnięcia na żywo całego soku z poszczególnych numerów, rozwinięcia strony instrumentalnej (panowie potrafią tyle, że na pewno sobie poradzą), rozbudowania przynajmniej kilku finałów, psychodelicznego dowalenia do pieca, dania słuchającym po uszach, a co tam – niech scena odleci, a widownia razem z nią.

*

Słuchając Patrick The Pan znów ze smutkiem konstatuję, że – z rozgłośni radiowych – jeśli nie Trójka, to kto? Że zdolnych ludzi w Polsce, w tym przypadku w Krakowie, jest znacznie więcej, niż potrafi pomieścić skromny rodzimy rynek. I co musi się stać, by zespół w pełni artystycznie na to gotowy – mógł odnieść prawdziwy sukces?

(Patrick The Pan, Katowice, Rialto, 27 lutego)

_____________________

Śródtytuły pochodzą z uroczo opowiedzianych przez Piotra Madeja „szkolnych” dowcipów:

– Co łączy jesień i łyżkę? Je się nią.

– Co mówi nauczycielka geografii w sklepie obuwniczym? – Może czerwone?

– A co – ta sama pani od geografii – mówi, wchodząc do sali z mapami? – Witam państwa!

[W NaTemat: 29 lutego 2016]