Omega na aktywnej emeryturze

pobrane13

Słucham koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, ale i z potwierdzonym po latach wrażeniem, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

[more]

*

Dzieciństwo i młodość musiałyby być czymś bardzo niedobrym, by nie chcieć do nich wracać. Moja pamięć, wciąż jako tako dopisująca, sięga czasów coraz bardziej odległych, bo lat 60. – w dodatku, jak coraz częściej się mówi i pisze, ubiegłego stulecia. Okien na świat było wtedy nie za wiele, a większość z nich zaledwie uchylona. Muzyka rockowa przesączała się przez mur berliński wąską strużką, ale dostatecznie wartką, by skazić krew milionów młodych ludzi zza żelaznej kurtyny.

Ówczesne, pożal się, Boże, elity polityczne na różne sposoby próbowały ujarzmić albo przynajmniej zapanować nad zjawiskiem, którego za bardzo nie rozumiały. Skoro już nie można było udawać, że czegoś nie ma, starano się, tak jak całą gospodarkę, narastający

proces szarpidructwa

okiełznać, a że w rękach państwa było praktycznie wszystko, sprawowanie kontroli przychodziło tym łatwiej.

Na różne sposoby więc też próbowano nam wmawiać, że socjalistyczne nie jest gorsze od zgniłego kapitalistycznego, ba! – jest częstokroć znacznie lepsze, bo własne. Jednakże rock zawsze był dzieckiem niepokornym, w odróżnieniu od tradycyjnej piosenki. Właśnie: był, toteż jeden z wentyli stanowiły – tradycyjnie nieliczne – programy muzyczne prezentujące głośne granie z demoludów rodem. Nieocenione usługi w tym zakresie oddał Dariusz Michalski, prowadzący w Trójce, we wtorki, Muzyczną Pocztę UKF i prezentując muzykę „stąd”. Redaktor miał do dyspozycji jeszcze piątkowe Interradio – magazyn informujący o bieżących wydarzeniach. I tak balansując, by i Panu Bogu oddać, co boskie, i diabłu zapalić ogarek, prezentował płyty „najwybitniejszych” przedstawicieli ostrego grania naszego Wielkiego Brata, wynajdywał nawet propozycje rumuńskie albo bułgarskie. Ale wszyscy czekaliśmy na to, co w kadeelach było najlepsze: muzykę z ówczesnej Jugosławii, pewne propozycje z Czechosłowacji albo NRD, ale nade wszystko – przynajmniej tacy jak ja – na krążki wydawane przez 

madziarską Pepitę.

Dobrze grających kapel było nad Dunajem, uwzględniwszy populację naszych bratanków, wyjątkowo sporo, a i paru solistów, jak chociażby Zsuzsy Koncz, też im zazdrościliśmy. Był Fonograf, General, Piramis, Scorpio, ale przede wszystkim dwie formacje: Locomotiv GT (zasłuchany pod koniec lat 70. w Steely Dan) oraz – no właśnie – Omega.

Mam parę pięknie wydanych – to też budziło naszą, Polaków, zazdrość – winyli z tamtych czasów, do których wracam z sentymentem, ale i przyjemnością – zwłaszcza do albumów VI i VIII. W 2001 roku, podczas pobytu na Węgrzech, rozglądałem się za krążkami kompaktowymi, ale, o dziwo, nie natrafiłem na żadne. U nas także pojawiają się z rzadka i zwykle drogie. Dlatego zaskoczyła mnie niedawna oferta MM – Greatest Performances, dwupłytowy zestaw nagrań koncertowych wydany z okazji…

pięćdziesięciolecia

istnienia zespołu, w cenie niespełna dwudziestu złotych.
Słucham tych koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, co nietrudno było przewidzieć, ale i po latach wrażeniem potwierdzonym, a wręcz – świeżym uchem – umocnionym, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

*

I cóż z tego, że to mainstream rockowy czasem aż do bólu. Osobiście szczypie mnie w uszy, gdy słucham podobnych rzeczy w trochę innym wykonaniu – grup, o których nikt nigdy nie zapomniał, a ich niektóre utwory zajeżdżono w polskim radiu jak łyse kobyły. Nazwy? Proszę bardzo, już się narażam: Deep Purple i Pink Floyd, dorzucę jeszcze Scorpions. Sam sobie odpowiadam na wątpliwość – dlaczego w przypadku Omegi uwodzi i wzrusza mnie to samo, co w tamtych przypadkach powoduje wręcz zgrzytanie zębami? Bo Omegi od lat nikt nie prezentuje, nie przypomina (poza t y m jednym numerem), a warsztat – co dobrze słychać na omawianym albumie – mają ci panowie wyborny, niczym nieustępujący wielu uznanym i świetnie zarobionym tuzom, nawet jeśli wziąć poprawkę na fakt, iż pięciu niemłodych już muzyków wspomagają na scenie inni. No i wszelkie chwyty tzw. 

rocka stadionowego

– w tym miejscu do wymienionej trójki dorzuciłbym jeszcze Queen – także mają opanowane do perfekcji.

Szczyt artystycznej formy w przypadku Omegi przypada na drugą połowę lat 70. Z tamtego okresu rekrutuje się więc przeważająca część materiału dwupłytowego wydawnictwa. Zawsze oczywiście pojawia się niedosyt, bo repertuar koncertowy „odsiał” kilka bardzo interesujących kawałków (jak choćby dwa numery kończące album Omega VII), lepszych niż niejeden z obecnych w setliście, ale do tego już przywykłem, przyglądając się i przysłuchując przez lata choćby naszemu Dżemowi. Moja żona, z jakichś powodów w czasach licealnych uodporniona na wpływy takich kapel, jak SBB czy właśnie formacje węgierskie („Czego wy w tym Chorzowie wtedy słuchaliście?!” – zapytałem kiedyś ironicznie i z wyrzutem) stwierdziła, że brzmi to archaicznie. Hm, dobrze, ale czy muzyka sprzed kilkudziesięciu lat może ścigać się z powstałą dopiero co? Dobre stare jest lepsze niż takie sobie nowe, powiem krótko. A po przejrzeniu – kolejny raz – artykułu o zespole w wikipedii upewniam się w przekonaniu, że SBB była formacją najbardziej poszukującą w tej części Europy, zaś Omega znakomicie wpisywała się w nurt mainstreamowy. Miała wszelkie dane ku temu, by 

odnieść sukces

zarówno artystyczny, jak i komercyjny, ale duch marksizmu i leni(ni)zmu oraz czujne ręce aparatczyków pilnie czuwały nad tym, by ta bajka o wschodnioeuropejskim Kopciuszku przypadkiem się w okolicach Londynu nie ziściła.

  

Pozostaje ukłonić się nisko kwintetowi, który od dawna tworzą János Kóbor, László Benkő, Győrgy Molnár, Mihály Tamás i Ferenc Debreczeni – za to, czego dokonali przez te wszystkie lata. I z zazdrością odnotować fakt, że na ich olbrzymie, jubileuszowe i stadionowe koncerty zjeżdżają fani nie tylko z całych Węgier, ale z różnych miejsc w Europie, zaś rodzimi Skaldowie obchodzili półwiecze na festiwalu w Opolu (co i tak nie jest pozbawione pewnej wartości). A urodę Leny, jednego z największych przebojów zespołu, pochodzącego z krążka Omega VIII, przyszło mi w pełni, z zachwytem, docenić dopiero dziś.

(Omega, Greatest Performances, 2012)

[W NaTemat: 21 października 2017]

Madziarska Alfa i – Omega, Nem tudom a neved (Omega 6), 1975

Pod ramię z bratankami Węgrami wiedliśmy rząd muzycznych dusz w demoludach. Z perspektywy lat też wydaje się, że nad Wisłą i Dunajem działo się najwięcej. To nasze ówczesne pochylenie nad muzyką węgierską nie było – najwyraźniej – przypadkowe. Zazdrościliśmy im wielu kapel rockowych w latach 70., pięknie wydanych i bardzo dobrze tłoczonych płyt winylowych.

[more]

Dziewczyna o perłowych włosach

Wśród najważniejszych wykonawców stamtąd przez wiele, wiele lat wymieniana była Omega. Jeśli u nas kuźnią talentów byli Niebiesko-Czarni, to tam taką instytucją była właśnie ta grupa, powstała w 1962 roku. Przez jej skład przewinęło się wielu czołowych muzyków rockowych. Na przełomie lat 60. i 70. jeszcze z Gaborem Presserem, późniejszym liderem Locomotiv GT, zasłynęła zwłaszcza utworami Dziewczyna o perłowych włosach i Dziesięć tysięcy kroków.

Najlepsze lata: 1975-1979

W swój najlepszy, dojrzały artystycznie okres zespół – już w ukształtowanym, pięcioosobowym składzie – wszedł albumem  Nie znam twego imienia wydanym w 1975 roku. Gdy dziś, po latach przerwy, wracam do płyt grupy z drugiej połowy lat 70., widzę wyraźnie, jak wielką inspiracją dla członków zespołu była twórczość Pink Floyd. Krążek, o którym piszę w tym miejscu, jest jednak inny. Więcej na nim rokendrola, ostrych gitar (takie kawałki zwykle wychodziły Omedze bardzo dobrze), mniej powłóczystych dźwięków syntezatorów, które dominowały na kolejnych albumach. To siedem bardzo dobrych i znakomitych utworów. Zaaranżowanych z niezwykłą starannością i dojrzałością, ale jednocześnie z wielkim rozmachem. No i do tego perfekcyjnie wykonanych.

Omega, podobnie jak nasze SBB, wielokrotnie próbowała sforsować „żelazną kurtynę”, przez wiele lat wyjeżdżała na koncerty do krajów Europy Zachodniej, nagrywała płyty dla tamtych wydawców, ale… Mimo tego, że właśnie w tamtym okresie, w latach 1975-1979, skutecznie pod względem artystycznym goniła światową czołówkę, kariery, jak zresztą żaden zespół z tej strony barykady, nie zrobiła. Pozostała natomiast z pewnością wielką instytucją i najpopularniejszą kapelą na wschód od Łaby.

Nie znam twego imienia

Ten album wciąż robi wielkie wrażenie – na pierwszej stronie analoga tytułowa mini, a może wręcz mikrosuita oraz dwa hardrockowe numery: to już jest kawał świetnego grania. Gdy jednak odwrócić krążek – robi się wyśmienicie. Rewelacyjny, gitarowy A büvész, po nim śliczna ballada (mniejsza o tytuł, można sobie połamać język) i na koniec porywające, skonstruowane z wielkim rozmachem Mozgỏ világ i Huszadik századi városlakỏ.

Cóż, węgierskiemu kwintetowi nie dane było zrobić światowej kariery. Proste i brutalne – musieliby urodzić się w innym miejscu na świecie albo tam przenieść na stałe. A kto wtedy żył i pamięta, ten wie, że zostawić w latach 70. wszystko tutaj, karierę, pozycję, i puścić się w niepewność zachodniego rynku muzycznego, narażając jednocześnie na społeczny ostracyzm i represje rodzinę pozostawioną po tej stronie – nie było wcale łatwo. Nikt z najlepszych kadeelowych wykonawców nie zdecydował się na ten krok.

Konteksty ulatują jak łezka spod rzęs – jak powiada stara piosenka – ale zostają płyty. W przypadku wykonawców znad Dunaju trudne do zdobycia i ciągle drogie, ale możliwe do upolowania. Trudno przypuszczać, że jest to propozycja dla młodych odbiorców, ale ci, co sięgają pamięcią do tamtych lat, pewnie nie reagują obojętnie na te kilka – kilkanaście nazw i nazwisk węgierskich. Zaś jeśli już sięgać, to właśnie po krążki najlepsze. A więc – przede wszystkim – po Nem tudom a neved.