Ta płyta to bardzo dobry powód, by uświadomić kolejny raz – przede wszystkim sobie, ale i Wam, że na co dzień zajmuję się innymi sprawami, że muzyka to „tylko” pasja. A co za tym idzie, nie mam poczucia, że muszę co najmniej nieźle orientować się we wszystkich, najlepiej, gatunkach muzyki pop. Otóż nie orientuję się i nie chcę orientować. Nie mam potrzeby bezustannego trzymania ręki na pulsie, obserwowania wszelkich zjawisk muzycznych.

[more]
Natomiast nie ukrywam, że wiele neofickiej radości sprawia mi zarówno poznawanie nowej muzyki, jak i wciąganie na listę obserwowanych tych wykonawców, którzy wcześniej mnie nie interesowali – szczególnie albo wcale. I oto, za sprawą jakiejś płyty, niekoniecznie nowej, stwierdzam, że moje ucho przyswaja zawarte na niej dźwięki bez szczególnej trudności, a wręcz z dużą radością.
Niech mi więc wybaczą ci, którzy są wielbicielami talentu Cave’a od lat. Nie będąc w stanie wypowiadać się na temat wcześniejszych jego dokonań, świeżą i – powtórzę – neoficką głową wyrażę swój
zachwyt nad tegorocznym albumem
i rzucę parę skojarzeń.
Pozostanę wpierw na Antypodach: Michael Hutchence, nieżyjący już pierwszy frontman INXS. Coś podobnego słyszę w obu głosach. Gdy natomiast chodzi o nastrój, myślę o Peterze Gabrielu: tak samo niespieszne nuty, wyciszenie, smutek i nostalgia. I zaraz van Morrison: niby piosenki, a przecież smaku i klasy w nich tak wiele.
Robię skok przez Atlantyk, by śpiewanie Cave’a, momentami bliskie melorecytacji, przyrównać do tego, co robi Lou Reed. I by wreszcie dojść do sedna, czyli
Jima Morrisona i The Doors.
Tu już klimat muzyki i barwa głosu budzą ewidentne skojarzenia. Można sobie nawet bez większego trudu wyobrazić, że – tak samo jak van Morrison – Jim, gdyby żył, mógłby przejść podobną drogę: od buntu, gwałtowności rokendrola, krzyku i hałasu gitar do goryczy wyśpiewywanej i zagranej przy użyciu, pozornie, minimum środków. Pozornie, bo w tej oszczędności kryje się wielki kunszt i wyrafinowanie.
Z biegiem lat rock zdaje się zagarniać coraz więcej zupełnie nie-rollowej przestrzeni. Już Beatlesi uświadomili światu, że formuła tej muzyki będzie znacznie szersza, niż się początkowo zdawało, i wcale nie taka powstająca w oderwaniu od wielowiekowej tradycji muzyki tzw. poważnej, a jeszcze bardziej
piosenki.
I właśnie przy okazji tej ostatniej niniejsza refleksja: kto z niemłodych fanów szarpidructwa wychowanych na wzmacniaczach mocy, kto z tych, co toczyli codzienne boje z pokoleniami rodziców i dziadków o wartość rokendrola – przy stole, przy uchylonych drzwiach do swego pokoju i już samym tylko spojrzeniu na przykład ojca mówiącym: „Czego ty, u licha, słuchasz? Przycisz to!”, więc kto z nas dziś niemłodych pomyślał przed laty, że mistrzowie rocka nagrywać będą takie płyty – jak van Morrison właśnie, jak McCartney w ubiegłym czy Clapton w tym roku? I że, o zgrozo!, będziemy je kupować, słuchać ich, wieloma z nich się zachwycać? Że takie granie pozostanie w obszarze zainteresowań miłośników rokendrola zdecydowanie bardziej niż wyznawców piosenki francuskiej czy wloskiego belcanta? I że Nick Cave jeśli pojawi się w Polsce na festiwalu, będzie to nie Sopot, lecz gdyński Open’er.
Push The Sky Away to dziewięć niezwykłej urody pieśni. Powtórzę: niespiesznych, wyciszonych, subtelnie zaaranżowanych, pięknie zagranych i zaśpiewanych. Któryż to już raz w ostatnim czasie doceniam czterdziestoparominutowy
rozmiar M płyty!
Łatwiej to ogarnąć, docenić, że z sesji nagraniowej pozostał tylko crème de la crème. Płyta się kończy, a ja, zasłuchany i oczarowany, mam ochotę znów wcisnąć „play”.
Nad poszczególnymi numerami zatrzymywać się nie będę. Z jednym wyjątkiem – czwartego na płycie Jubilee Street. To on, w sposób szczególny, kojarzy mi się z The End Doorsów, jest taką jakby późniejszą jego wersją – łagodniejszą, stonowaną. Ten właśnie utwór uruchomił we mnie szukanie tropów. One są, ale pośród tych najlepszych. Bo nowy album Nicka Cave’a też do najlepszych – i kto wie, czy tylko w tym roku – zaliczyć należy.
