Muchy latają wysoko jak nigdy

muchy_karma

„Karma Market” to krążek, którym Muchy przebijają się do ścisłej już czołówki rodzimych wykonawców. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była i jest „Miłość w czasach popkultury”.

[more]

*

W poniedziałkowe popołudnie kupiłem nowy album U2 – i byłem przekonany, że to o nim będzie dzisiejszy wpis. Tymczasem, w ramach jesiennego wysypu płyt, następnego dnia w sprzedaży pojawił się czwarty krążek poznańskich Much. Który dystansuje wydawnictwo skądinąd ulubionych przeze mnie Irlandczyków o jakieś, z lekka licząc, dwie długości. Który jest najdojrzalszym – co niespecjalnie powinno zaskakiwać – ale i, co istotniejsze, najlepszym dokonaniem Michała Wiraszki i jego aktualnych kolegów. Krążek, którego zawartość powoduje, iż obecność Much w czołówce krajowej ekstraklasy nie podlega żadnej dyskusji. Lecz po kolei.

Zestawienie 

Son gs of Innocence i Karma Market

jest tyleż przypadkowe (z racji zbieżności dat wydania), jak i najbardziej uzasadnione, a to z tego powodu, iż Muchy – z zachowaniem odpowiedniej skali – podążają podobną drogą do U2. Zaczynały mianowicie od surowego gitarowego grania, które dominowało na dwóch pierwszych płytach. Trzecia, do której przyłożył rękę Marcin Bors, nasączona została sporą porcją elektroniki, ale jednocześnie zachowała najważniejsze cechy wypracowanego wcześniej stylu grupy.

Obecność Borsa na nowej płycie specjalnie nie zaskakuje, choć w trakcie pierwszego odsłuchania płyty pojawił się we mnie cały szereg wątpliwości. Czy oto, w ślad za Heyem, Muchy nie stają się kolejną formacją zdradzającą struny gitar na rzecz elektroniki? Jednak samochodowy odtwarzacz ma to do siebie, że natychmiast po ostatnim utworze (płyta jest zwarta, trwa niecałe trzydzieści osiem minut), przechodzi znowu do pierwszego. I przy tym drugim słuchaniu zacząłem wyłapywać te pierwsze „cosie”, które szczególnie przyjemnie podziałały na mój zmysł słuchu. Zaś od trzeciego razu rozpoczęła się 

prawdziwa uczta.

Początek – kawałek Odkąd – jest ostry, gwałtowny, atakuje elektroniką. Czyżby to Prodigy? Klawisze i komputery dominują też w kolejnym numerze, Tak jak dziś, tyle że jest on zdecydowanie łagodniejszy, a na plan pierwszy, co prawda na kilka tylko sekund,  za to parokrotnie, przedostaje się gitara akustyczna – zapowiedź tego, co wydarzy się dalej.

W krainę stricte rockowej łagodności zabiera nas trzeci w zestawieniu Queen of The Day – trzy utwory śpiewane po angielsku to jedna z nowych jakości w twórczości Much. Utwór, przy którym wyraźnie słychać, o ileż ciekawszy jest nowy materiał poznaniaków w porównaniu z tym dublińczyków. Najprostszymi środkami osiągają to, co w rocku uwielbiam: ucieczkę od banalnych rozwiązań popowych, stworzenie frapującego, trochę niepokojącego klimatu.

Nic się nie stało to wielki ukłon w stronę Klausa Mitffocha. Linia basu i gitary wyraźnie przypominają Strzeż się tych miejsc.

Przyjdą poniedziałki

Wtorków prawie nie ma

Środy, czyli prawie czwartki

Może piątek coś pozmienia

Sto burz przeszło bokiem

Żaden zły nie zapukał do drzwi

To wciąż tylko trochę

A jednak nadal więcej niż my.

 

Świetny utwór.

A dalej jest jeszcze lepiej. Muchy zaczynały od inspiracji gitarowym graniem lat 80., spod znaku m.in. The Smiths. Biały walc to, przynajmniej póki co, jeden z dwóch moich faworytów tej płyty i jednocześnie wyraźny sygnał, iż muzycy zanurzyli się 

jeszcze głębiej w przeszłości. 

Nerwowe riffy charakterystyczne zwłaszcza dla dwóch pierwszych albumów coraz częściej ustępują pola mainstreamowym, z pozoru tylko prostszym rozwiązaniom brzmieniowym. Zespół serwuje faktycznie lekko walcującą melodię, a przy tym iście Page’owskie połączenie delikatnych dźwięków gitary elektrycznej i akustycznej. Do tego znów mocne linijki – wyznanie frontmana rockowej kapeli:

Zostań na dzień

Bo trudno tak

Ciągle w połowach dróg (…)

Biały walc – panie proszą

a ja tylko z Tobą mam parę

Zawsze mi będzie brakować dni

których nie zmarnowałem.

W klasycznych klimatach pozostajemy przy drugim anglojęzycznym numerze, A Place. Znakomicie prezentują się nawiązania do wyciszonych – ponownie – Led Zeppelin, a w drugiej części do The Beatles – w partii gitary oraz chórkach. 

Kolej na Bliżej, singlowy utwór znany już z radia, który jednak zdecydowanie lepiej brzmi na płycie. Mocny fragment z nieco funkującą gitarą, w którym komputery dominują ostatni raz. Between The Lines zaczyna się rytmicznie, by po minucie, w refrenie, ponownie przenieść słuchacza w świat The Beatles, w głębokie Lennonowskie wokale i znowu świetne chórki. 

I wreszcie wieńczący całość, rewelacyjny numer Idą święta. Raz jeszcze niepokojąca gitara oraz nostalgia, a może wręcz szczypta psychodelii. Jednocześnie wyczuwam w nim ducha nagrań Janerki (może kiedyś zagrają ten kawałek razem?).

Album dowodzi, że nonszalancja i błazenada przynależna dwudziestolatkom to dla Much już przeszłość. Coraz więcej w tych piosenkach

gorzkiej refleksji,

charakterystycznej dla trzydziestolatków. Podobnie jak wielokrotnie na Karma Market przejawiającej się dojrzałości artystycznej. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była Miłość w czasach popkultury. Pytanie tylko, czy zupełnie odmienna sytuacja rynkowa po piętnastu latach, jakie dzieli daty wydania tych płyt,  nie stanie temu na przeszkodzie.

Ostatnio tak wiele frajdy miałem przy słuchaniu nowych nagrań znanego sobie zespołu, gdy w szufladce buszował …Like Clockwork Queens of The Stone Age. Niełatwo będzie poznańskiemu zespołowi przebić walory swojego czwartego krążka w przyszłości, ale to problem za kolejnych kilka – kilkanaście miesięcy. I, jestem przekonany, że zdecydowanie do przeskoczenia. A póki co, ponieważ katowicki Muchowiec położony jest niedaleko mojego domu, więc lecę dalej uganiać się za nutami tych dziewięciu bardzo dobrych i znakomitych utworów. Do czego i Was gorąco zachęcam.

(Muchy, Karma Market, 2014)

{W NaTemat: 19 października 2014]

Kołysanki dla dorosłych – Muchy, Chcecicospowiedziec, 2012

Ach, te trzecie płyty! Jak mówi stara anegdota, na pierwszą trafiają najlepsze kompozycje z całego, czasem wieloletniego dorobku grupy. Na drugą – to, co nie zmieściło się na pierwszej oraz parę szybko napisanych kawałków. I… Albo talentu starcza, by komponować i nagrywać dalej, albo talent rozkwita, albo chowamy instrumenty do pokrowców i idziemy szukać innej roboty.

[more]

Poznańskie Muchy, w pięć lat po swym debiucie fonograficznym, serwują trzecią płytę. Jedna z największych nadziei polskiego rocka ostatnich lat udowadnia, że warto na nią stawiać. Zespół rozwija się znakomicie, co potwierdza

nową porcją świetnej muzyki,

a jednocześnie sygnalizuje, że wciąż poszukuje i że najlepsze jeszcze przed nim. Oby, z całego serca życzę chłopakom, by poszli w ślady Heya czy Myslowitz. Bo gdy czytam o zmianach personalnych, to nic w nich szczególnie dziwnego, są immanentną cechą wszelkiej działalności ludzkiej, a nie tylko funkcjonowania kapeli rockowej. Natomiast przykro jest dowiadywać się, że

zespół tak dobrze rockujący i rokujący

miał dwanaście miesięcy temu problemy ze znalezieniem wydawcy.

Muchy swoim graniem dodają też otuchy tym, którzy – jak ja czasami – zaczynają wątpić, że bliski mainstreamu, lżejszy, gitarowy rock  jest jeszcze w stanie coś światu zaproponować. Bądźmy ostrożni z mówieniem o czymś nowym, naprawdę wystarczy, jeśli powieje dobrą energią i świeżością.

Korzeni muzyki poznaniaków upatrywać należy w latach 80. Brzmieniowo skojarzenia mamy z The Smiths i gitarą Johny’ego Marra (choć znacznie mocniejsze na wcześniejszych albumach), natomiast za sprawą niebanalnych tekstów, głosu Michała Wiraszki, pomysłów aranżacyjnych – kłania się Republika, a klawisze na tym krążku mogą kojarzyć się ze Smashing Pumpkins czy wspomnianym już Heyem (dzięki producenckim dłoniom Marcina Borsa). Ale dość szukania tropów, bo kompozycje kapeli nie pozwalają się jednoznacznie zdefiniować, są zdecydowanie autonomiczną propozycją.

To nie jest granie, które wpada w ucho od pierwszego słuchania. Ono domaga się oderwania od innych czynności dnia codziennego, poświęcenia uwagi zarówno tekstom, jak i warstwie muzycznej.

Trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia,

za to jeśli coś za piątym – siódmym razem wejdzie mocno do głowy, już z niej nie wyjdzie. Zapewniam, że warto dać tym piosenkom szansę – Muchy to jedno z najciekawszych zjawisk na rodzimej scenie rockowej.

Płyta wciąż jest dla mnie zbyt nowa, bym bez ryzyka miał  wskazywać na niej faworytów. Z radia znamy świetne Zamarzam i Nieprzeszkadzajmibotańczę. Dziś zwracają moją uwagę Poznań i Anisłowa (przejmujące wersy: ani słowa o miłości i o tego typu sprawach w kołysankach dla dorosłych). I jeszcze… Płyta trwa niespełna trzydzieści osiem minut, ale nie ma na niej słabych momentów.