Męskie Granie, Panowie i Panie!

Media kreują dziś wydarzenia. Próbują nam, raz po raz, to i owo, wmówić. Jak w “Familiadzie”, istotne jest nie to, co istotne, ale to, co się komu zdaje. Lubię Trójkę, lubię Piotra Stelmacha, bo to pasjonat znający się na rzeczy. Ale po zaliczeniu w sobotę pierwszy raz „Męskiego Grania” dobrze się zastanowię, zanim wybiorę się znowu.

[more]

Bo niby jest tak, że za siedemdziesiąt złotych można w jednym miejscu zobaczyć wielu wykonawców, w pięknych okolicznościach przyrody, z ceną za bilety powodującą, że lumperii wszelkiej maści nie uświadczysz, piwo dostaniesz w ładnej – mimo że plastikowej – szklance, zjesz coś jadalnego za niemasakryczne pieniądze. A jednak nie jest aż tak pięknie, jak nam opowiadają na antenie radiowej.

Może dlatego – teraz będę już mówił w swoim imieniu, tak zawsze bezpieczniej, że wielu tych wykonawców widziałem już wcześniej na żywo, że to, czego nie znałem – poza Tworzywem – zupełnie mnie nie przekonało, z dyrektorem Adamem Ostrowskim na czele. Może w tym szaleństwie jest metoda, by zderzyć ze sobą rocka i rap, elektronikę i muzykę fortepianową. Może stanowi to wartość dla tych, którzy na koncertach bywają od wielkiego święta. Dla mnie dawka siedmiogodzinna okazała się trudna do strawienia. Ale po kolei.

Zalefa, czyli Krzysztofa Zalewskiego, nie zobaczyłem. Kończył swój set, kiedy ja dopiero wchodziłem na teren Sztygarki.

Ballady i Romanse,

oglądane przed dziesięcioma miesiącami z elektroniczną perkusją, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. W sobotę było zdecydowanie lepiej – sekcja jest bardzo mocną częścią zespołu. Wciąż jednak nie prowokuje mnie to do sięgnięcia po płyty sióstr Wrońskich.

Tworzywo,

czyli juniorzy Waglewscy, Fisz i Emade, wspomagani przez swojego kumpla z zespołu Kim Novak, Michała Sobolewskiego, i DJ Eproma, dali bardzo dobry koncert. Ładunek rockowej energii, świetne, inteligentne teksty – to zdecydowanie się broni.

Très b.

z Misią Furtak na „motylkowym” basie i wokalu to jeden z moich faworytów. Gitarowe granie z okolic najlepiej pojmowanego poprocka, bez fajerwerków, za to z solidnym warsztatem, zwykle dobrze sobie radzi z upływem czasu. Chcę wierzyć, że decyzja członków zespołu, by to właśnie w Polsce osiąść i tworzyć, okaże się słuszna. Wiele urody zaklętej jest w tych surowych zwykle dźwiękach i intrygującym głosie.

Maria Peszek

była pierwszą, która sprawiła, iż widownia pod sceną wyraźnie zgęstniała. Ostro, energetycznie, ze znakomicie słyszalnym wokalem – co ważne, bo teksty są tu zdecydowanie o czymś. Czyli jak zimą w katowickim Rialcie, tyle że za drugim razem nie zrobiło to na mnie aż takiego wrażenia. Doceniam, ale lubię umiarkowanie.

Kolejny set to pierwsze pomieszanie z poplątaniem. Zaczął

Leszek Możdżer.

Solo, na fortepianie – i było w tym wiele niewymuszonego, a bardzo kunsztownego piękna. Niestety, klimaty spod znaku Keitha Emersona lepiej sprawdzają się w sali koncertowej. Lutosławski i Rachmaninow dla wielu stanowili tło do przerwy na pogaduszki. A potem wyszedł

O.S.T.R.

I zrobiła się miazga.

Rozumiem, że osiemnasto- czy dwudziestoletni raper ma potrzebę publicznego wylania żalu do ojca, matki, szkoły czy całego świata i wykrzykuje ten sprzeciw w sposób niekoniecznie dobry literacko. Gdy jednak w podobną egzaltację wpada facet po trzydziestce, z wyższym wykształceniem muzycznym, i zaczyna opowiadać, że jego żona jest w ciąży, a on znów zapomniał paska i spodnie mu spadają (w tej kolejności, a logicznie byłoby na odwrót) to… Wszystko, a w każdym razie wiele wybaczę człowiekowi na scenie, jeśli strona artystyczna do mnie przemawia. Ostrowski może podoba się młodym ludziom, do mnie nie trafia zupełnie. Dziwnie się czuję, gdy ktoś ze sceny wpada w prorocze tony, a balansuje zaledwie na granicy grafomanii. To znaczy: dziwnie czułem się kiedyś, dziś już tylko uśmiecham z zażenowaniem.

O.S.T.R. przeszkadzał Możdżerowi oraz dwóm panom (bas i bębny) w graniu jazzu. Momentami całkiem już bez sensu, bo większości zgromadzonych słyszących jazz chyba nie trzeba mówić, że to jazz.

Smacznie zrobiło się potem, bo na scenie zainstalował się

Stanisław Sojka

z zespołem. Sposób śpiewania (na swój użytek nazwałem to artykulacją hiperpoprawną) Pana S. od około dwudziestu lat jest dla mnie nieznośny. No ale warsztatu, jeśli się go kiedyś posiadło, raczej się nie gubi. Bardzo to było stylowe, swingujące – najpierw własne, a później kompozycje Czesława Niemena, zagrane z gościnnym udziałem Tomasza Jaśkiewicza, gitarzysty Akwareli i Enigmatic. Dziwny jest ten świat, Jednego serca, Stoję w oknie oraz zaśpiewany wspólnie z Katarzyną Nosowską Sen o Warszawie sprawiły, że zrobiło się bardzo szlachetnie i nostalgicznie.

Wreszcie na scenie – nb. imponujących rozmiarów – pojawił się

Hey.

Po cichu liczyłem, że skoro następnego dnia w Jarocinie ma odegrać w całości debiutancką płytę, dosypie do pieca także tego wieczoru. Stało się jednak inaczej – czyli tak, jak zespół gra od kilku lat: bardziej miękko, z mocnymi klawiszami. Odmianę stanowiła sekcja dęta. Tyle że nie w stylu najlepszych Blood, Sweet and Tears czy Chicago, a raczej wzmacniająca linię melodyczną utworów. Głównie z dwóch ostatnich płyt, co oczywiste.

Niby wszystko O.K., ale w rocku – i w Heyu – najbardziej ukochałem gitary. I tęsknię za tym, by zobaczyć tę kapelę grającą jak za dawnych lat. Mocno elektroniczne brzmienia na płytach akceptuję, ale na żywo chciałbym usłyszeć też stare rzeczy w wersjach bliskich pierwowzoru, a tego Pani Kasia z kolegami od paru ładnych już lat nam skąpi.

Było już po 22.00 – i mogłem spokojnie iść do domu. Ale nie zwykłem opuszczać koncertów przed ich zakończeniem. I żałuję, bo muzycznie nie dostałem później nic, co by mnie poruszyło – więc tym bardziej poczułem się skatowany tym, co usłyszałem.

O.S.T.R.

kontynuował swoje przemyślenia o życiu. Raz po raz krzyczał też: „Podnieście w górę ręce!”. W pewnym momencie dodał nawet: „Pokażcie, ile macie palcy!”. Mam palcy dziesięciu, ale – dobrze wychowany – nie pokazałem mu nawet jednego, środkowego.

Trochę, mimo wszystko, szkoda – bo muzycznie nie było źle, obok scratchów mieliśmy naturalny bas i perkusję. Prawdziwe instrumenty bardziej do mnie przemawiają. Ale też nie są w stanie uratować całości. Cóż, Panie O.S.T.R., rzeczywistość skreczy.

Nawet gdy na scenie staje – jako gość – gwiazda sprzed lat,

Grażyna Łobaszewska,

śpiewając swój pierwszy wielki przebój, Gdybyś (wciąż robiący wrażenie), oraz jedną piosenkę z nowego albumu. Mimo wielkiej sympatii dla dokonań piosenkarki sprzed lat, trudno mi uwierzyć, że ta próba powrotu zakończy się sukcesem. Już na pewno nie z Ostrowskim biegającym dookoła niej z mikrofonem i wdzięczącym się jak pensjonarka.

Estetyka

2 Cresky,

kapeli reaktywowanej po latach specjalnie na Męskie Granie, jest mi z gruntu obca. Mocne, industrialne rytmy dobywane z komputerów, utwory, zamiast zwartej trzy – czterominutowej konstrukcji, trwały dwa razy dłużej, nużąc i męcząc. I niewiele pomogła dobra gitara.

Całkiem na koniec, tuż przed północą, wystąpili Państwo Dyrektorostwo, a ściślej skład powołany specjalnie na MG, a dowodzony przez

Andrzeja Smolika.

Więc znów rytmy niespecjalnie mi bliskie, jakiś cover Kraftwerku, po tylu godzinach grania dostać kolejną porcję elektroniki było ponad moje siły. Jutro jest dziś zabrzmiało, gdy opuszczałem już chorzowską Sztygarkę.

Ktoś powie, że to nie dla mnie takie spędy. Może i tak. Ale nastolatków wcale nie było za wiele, wśród publiczności dominowali raczej trzydziestolatkowie. Być może to sprawiło, że jakiejś szczególnie gorącej atmosfery nie było. Może także nie bez znaczenia był fakt, iż impreza, choć bardzo sprawnie przebiegająca, trwała jednak wiele godzin i siły powoli opuszczały nie tylko ludzi po pięćdziesiątce.

Powiem jeszcze, że trudniej jest zaskoczyć i zadowolić wytrwałych i aktywnych konsumentów muzyki, a do tych chyba mogę się zaliczyć. Na dawkę w rozmiarze XXL prędko się jednak nie zdecyduję. Bo to trochę jak bieganie w wielkim, szacownym muzeum od jednego obrazu do drugiego. Na coś należy się zdecydować, z czegoś zrezygnować, by – w ten sposób – zabrać ze sobą do domu więcej. I by starczyło na dłużej. Ostatecznie postąpiłem jednak według zasady: lepiej zgrzeszyć – zostać do końca – i żałować, niż żałować, że się nie zgrzeszyło – czyli wyszło przed końcem i coś istotnego przegapiło.

Nie przynależę i nie wierzę – Maria Peszek, Katowice, Rialto, 3 lutego 2013

Jezus Maria, ale było głośno w niedzielę wieczorem w katowickim Rialcie! Mimo że, od razu powiem, był to krótki (około siedemdziesiąt pięć minut), to najlepszy koncert rockowy polskiego wykonawcy, jaki widziałem w ostatnich miesiącach. Maria Peszek z zespołem była w znakomitej formie i świetnie nagłośniona, dzięki czemu widownia nie miała problemów ze wsłuchaniem się w teksty. A było czego posłuchać.

[more]

Żałuję tylko – i wkurza mnie to – że wracam do domu i nijak nie jestem w stanie przy pomocy odtwarzacza przywołać klimatu koncertu, jego

potężnej rockowej ekspresji.

Ostatni krążek, którego zawartość stanowiła danie główne występu, jest przesiąknięty elektroniką w dawce momentami dla mnie trudno strawnej.

Maria Peszek to nie moje pokolenie. W ogóle mam wrażenie, że dzisiejszym czterdziestolatkom bliżej do dwudziestolatków niż tych w okolicach Abrahama. Podejrzewam, że chodzi tu o wejście w dorosłość albo przed, albo po 1989 roku. Najistotniejsze jest to, że za słowami przez nią wyśpiewywanymi stoi parę ładnych lat przemyśleń dotyczących świata i własnej osoby. Słowami, które należą do najważniejszych i najlepszych literacko w ostatnich latach na polskiej scenie muzycznej.

Piotr Bratkowski dawno temu, na FAMIE w bodaj 1985 roku – był wtedy felietonistą miesięcznika „Literatura”, której lekturę zaczynało się od jego refleksji dotyczących polskiego rocka – powiedział ni to dowcip, ni sentencję: „Polak – katolik, Rusek – alkoholik, Amerykan – narkotykan”.

Przywołuję to hasło, bo główna postać dopiero co obejrzanego przeze mnie koncertu określa się wobec

sztandarowych mitów polskich,

wciąż do bólu aktualnych i rozgrywanych do utraty przytomności przez jedną z opcji politycznych. Określa się tyleż osobiście, co dając wyraz odczuciom wielu nie tylko bardzo młodych dzisiaj ludzi. O naszej ojczyźnie śpiewał już kiedyś Kult, śpiewał Obywatel G.C. Głos w sprawie zabiera także Peszek w Sorry Polsko:

Płacę abonament / i za bilet płacę / chodzę na wybory / nie jeżdżę na gapę / tylko nie każ mi umierać (…) tylko nie każ mi wybierać

Do pomnikowej Matki Polki podchodzi po swojemu, wyznając ukochanemu:

Nie wiem czy chcę rozmnażać się / nie wiem czy chcę ciąg dalszy swój mieć / Kocham Cię najbardziej na świecie / ale nie chcę mieć dzieci / nie chcę być matką / i co ty na to / i co ty na to / nie będziesz tatą

Doceniam bezdyskusyjne walory literackie wyśpiewywanych tekstów, nie tylko w przytoczonych wyżej fragmentach. Ale też cieszę się, odczuwam jako facet wielką ulgę, że to nie ja muszę się bezpośrednio odnosić do kwestii reprodukcji poruszonej przez panią Marię. Nie należy ona bowiem do kobiet eterycznych, wątłych i kruchych, tak chętnie opiewanych przez poetów, zaś przymioty umysłu ustawiają ją zdecydowanie w pozycji partnerskiej, a nie kury domowej.

Do katolicyzmu czy – szerzej – kwestii wiary i Boga odnosi się, parafrazując Psalm 23:

Pan nie jest moim pasterzem / A niczego mi nie brak / Nie przynależę i nie wierzę / I chociaż idę ciemną doliną / Zła się nie ulęknę / I nie klęknę

Nie wiem, jak potraktować deklarację niewiary w zderzeniu z coverem, którym rozpoczęła się druga część koncertu – Personal Jesus Depeche Mode. Jedno wydaje się pewne – jako rozterki człowieka myślącego, zastanawiającego się:

Wyciągnij rękę i dotknij wiary
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto się troszczy
Twój własny osobisty Jezus
Ktoś, kto wysłucha twoich modlitw
Ktoś, kto istnieje
Podnieś słuchawkę
Uczynię Cię wierzącym
 

W tym miejscu przyznam się do czegoś, co sprawi, że może ubędzie mi lajków na fejsbuku, ale trudno. Żeby nie było, że w swojej pisaninie wciąż tylko chwalę i się zachwycam. Otóż zupełnie do mnie – jako wówczas człowieka dwudziestoparoletniego – nie trafiła muzyka niegitarowa lat 80. A więc pozostałem też obojętny na wdzięki wczesnych i późniejszych depesz. Znajdują się one całkowicie poza obszarem moich zainteresowań. Ten jeden kawałek jednak, o zdecydowanie rokendrolowej proweniencji, zawsze mi się – może nie bardzo, ale jednak – podobał. I dobrze też zabrzmiał wczoraj w Rialcie.

Po tym utworze raz jeden zostaliśmy przeniesieni w mainstreamowe klimaty – Ciało przywodziło na myśl Oddech szczura Maanamu, zaś w finale otrzymaliśmy porcję rokendrolowego odlotu wziętego wprost z Velvet Underground.

Powtórzę na koniec – koncert był znakomity. Tylko, Jezus Maria, niech Maria Peszek zrobi coś (nagra płytę koncertową?), by tacy jak ja mogli do tych emocji wrócić w domowych dekoracjach.