Szał niebieskich ciał nad samotną filiżanką herbaty

pobrane31

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją?

[more]

*

O tym, że Kora walczy z rakiem, wiedzieli chyba wszyscy, nie tylko fani muzyki rockowej i nie jedynie ci o mocno już ugruntowanych peselach. A jednak jej śmierć – ta chwila, gdy wszystko staje się nieodwołalne i nieodwracalne – poruszyła bardzo wielu.

Nigdy nie byłem fanem Maanamu. Z powodu Kory. Nigdy nie porywały mnie głosy, które ze stylistyką mocnego uderzenia miały i mają niewiele wspólnego – i jej też nie. Nic na to nie poradzę, tak mam i tak mi już zostanie. Choć piosenka musi posiadać tekst, głos wokalisty stanowi bardzo ważny, czy nie najważniejszy instrument w zestawie, i powinien być stylowy.Kora nie była wokalistką rockową i nic to, że miała obok siebie bardzo niezłych muzyków. Jednak wobec spraw ostatecznych człowiek raz jeszcze rewiduje swoje opinie, sądy i odczucia, gdzieś tam – i niekoniecznie na dnie – po ludzku czując żal i wzruszenie. Nie będę wdawał się w oczywiste oczywistości, że nie ma dziś takiego zestawu autorów, jakimi w latach 80. i później byli Olga Jackowska, Grzegorz Ciechowski i Lech Janerka.

Może trzeba skłonić się ku opinii, że Kora była wokalistką punkową, w dodatku, zupełnie wbrew tej stylistyce, obdarzoną wspaniałą dykcją. Wystarczy posłuchać [i]Oddechu szczura[/i], spróbować choć przez parę linijek nadążyć za wokalistką – by oddać się zwątpieniu i pokornie skłonić głowę przed mistrzynią.

Tekst niniejszy w swym zamiarze nie ma być żadnym hołdem, ale nie ma też stanowić dowodu w przewodzie sądowym. Choć uwielbiam tropienie bliźniaczych dźwięków w muzyce – w tym przypadku daleki jestem od prokuratorskich zapędów. Sprawa naznaczona jest patyną czasu, a poza tym, upierać się będę, muzyka ma sprawiać radość, a nie dzielić. 

Szał niebieskich ciał, przedostatnia piosenka na debiutanckim albumie Maanamu, bluesidło, był pierwszym kawałkiem grupy, który zaakceptowałem od razu i bez zastrzeżeń. Tylko że jakiś czas potem, w ramach nieustannie trwających – do dziś zresztą – rekolekcji i ślęczenia w oślej ławce nad zaległościami (co nota bene robię ze znacznie większą ochotą niż zapoznawanie się z tzw. nowościami), dotarłem wreszcie do pierwszej z dwóch najmniej klasycznych płyt pewnej klasycznej formacji. Myślę o Led Zeppelin i ich albumie Presence z 1976 roku, a więc o cztery lata wcześniejszego od krążka polskiej grupy. Jeśli cierpliwie – co przecież nie wymaga szczególnych poświęceń, przejść przez całość materiału, dopływając do pozycji numer 7, jeśli odsączyć dwadzieścia dwie sekundy fusów z herbaty bynajmniej nie gruzińskiej, dotrzemy do miejsca pt. „Skąd my to znamy?!”. By już nie przynudzać,  tylko jedno spostrzeżenie: choć z biegiem lat rósł mój szacunek dla umiejętności Ryszarda Olesińskiego, niegodziwością byłoby wystawianie go do wspólnej gonitwy z Jimmym Page’em.

Potraktujmy więc ten minizestaw jako dwa zeznania (znów ta sądowo-śledcza terminologia) w tej samej, muzycznej, bardzo pięknej sprawie. Szał… Maanamu był wtedy tak bardzo inny od reszty ich dokonań, tak osobny, zaś Tea For One dowodziło, iż wysokie loty Zeppelina, aż gdzieś w okolice Since I’ve Been Loving You, ciągle są możliwe.

[W NaTemat: 8 września 2018 ]

xxx

pobrane24

Z każdą taką śmiercią jest mnie mniej. Świat, który zastajemy w chwili narodzin, a potem oglądamy w trakcie dorastania, potrafi być fascynujący. Mroczny, odległy, niebezpieczny, ale i piękny. I taki poważny, bo przecież piękna dziewczyna w ogólniaku jest dla chłopaka z podstawówki nieosiągalna w swej dorosłości.

[more]

*

Bo czyż ci, których za młodu uznaliśmy za nasze autorytety, nie mieli być tutaj zawsze? A nawet jeśli nie zawsze, to na tyle długo, by nikt z nas nie martwił się, że ich czas został poddany tak gwałtownej weryfikacji? Czyż to nie z nimi nasza wyobraźnia zdążyła wiele lat wcześniej podpisać bezterminowe pakty o ich obecności. Miały obowiązywać. Bez względu na wszystko.

 (Piotr Stelmach, Lżejszy od fotografii – o Grzegorzu Ciechowskim)

 *

Dlaczego teraz jest taka „ciulnia” w polskim show-biznesie? Bo brakuje wielkich poetów rocka” – powiedział mi kiedyś w cztery oczy Robert Brylewski.

(Wojciech Konikiewicz, w: Lżejszy od fotografii…)

 *

W czasach względnej wolności było więcej zbuntowanych piosenek niż teraz. Może teraz młode zespoły nie są przeciwko niczemu, są za wszystkim i już. Albo śpiewają po angielsku jakieś truizmy.

(Marcin ŚwietlickiNieprzysiadalność. Autobiografia)

*

Życie roi się od autorytetów. Wielkich, takich, które pozostają nimi na zawsze, takich trochę mniejszych oraz całkiem małych, jak starszy kolega mieszkający w sąsiedniej klatce.

A potem, nie wiedzieć kiedy, przewracamy kartki w kalendarzu, coraz szybciej i szybciej, i ci, którzy byli dla nas drogowskazami albo znaczącymi postaciami, zaczęli się wykruszać.

Po pięćdziesiątce jest tak, że pozostała ich garstka, a co któreś wiadomości dowiadujemy się, że znów kogoś ubyło. Świat robi się coraz bardziej nie nasz, nie mój, wciąż bardziej obcy. Niebudzący ciekawości w swej codzienności, coraz częściej natomiast – znużenie. Tych, którzy mnie uformowali, już nie ma, ci, którzy na mnie wpływali, są w coraz mniejszej mniejszości.

Myśl o tym, czy i co naprawdę ważnego zostawiają nam ci, którzy popłynęli już na drugi brzeg.

I tylko nieśmiała, pocieszająca myśl: o przewadze kultury nad światem władzy, o wyższości dźwięków trąbki Tomasza Stańki na przykład na Astigmatic nad przemówieniami Gomułki, o wyższości Buenos Aires Kory nad biurem politycznym jedynie słusznej partii u schyłku lat 70.

Stoję, stoję, czuję się… – Marek Jackowski nie żyje

I znów robi się smutno. Bo zmarły dzisiaj Marek Jackowski to jedna z legend polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku. Na przełomie lat 60. i 70. grał z Markiem Grechutą w Anawie, potem współpracował z Osjanem. Właśnie z Milo Kurtisem przyszło mu założyć zespół o nazwie Maanam.

[more]

Nigdy nie byłem wielbicielem tej kapeli, bo nie należałem do wyznawców talentu Kory. Nie sposób jednak nie docenić skali zjawiska, zwłaszcza w pierwszych latach 80., jakim był ten zespół. I kompozycji, które w przytłaczającej większości były autorstwa Pana Marka.

Zmarł w wieku sześćdziesięciu sześciu lat. Dla dwudziestolatków to kosmos, dla pięćdziesięciolatków – wyczuwalna przyszłość. Wielki żal, bo odszedł ktoś bardzo ważny w dziejach polskiego rocka.

Jedna chyba z ostatnich „Szans na sukces” odbyła się z udziałem jego, Bodka Kowalewskiego i Ryszarda Olesińskiego (lub Pawła Markowskiego, nie pamiętam). Wojciech Mann, trochę chyba wzruszony obecnością tych panów obok siebie, na jednej kanapie, namawiał ich do zastanowienia się nad powrotem. Czy była to tylko kurtuazja, czy też tęsknota za czasami, gdy byliśmy młodsi, trudno dociec. Dziś wiadomo, że Maanam ze swoim liderem nigdy już nie zagra.