Po czterech sekundach na liczniku jest sto na godzinę, po następnych paru sto dwadzieścia, a ciągle jeszcze jesteśmy w terenie zabudowanym. Od szóstego kawałka (Who’s Fucking Who?) wyjeżdżamy poza miasto, zwiększamy prędkość do stu pięćdziesięciu i puszczamy kierownicę.

[more]
Nie, nie jestem, broń Boże, wyznawcą takiej jazdy ani na motocyklu, ani nawet samochodem. Ale gdy jadę sam, podkręcam ostro potencjometr głośności, mając na liczniku ledwie dziewięćdziesiąt, a krew w żyłach pędzi jak po co najmniej autostradzie.
Gdzie jest dziś ten zespół,
dodajmy: polski, a grający jak najlepsze kapele zachodnie?! Zaczęli w 1984 roku. Pięć lat później wydali pierwszą płytę Dumblondes, w 1993 drugą – Love Industry. Krytyka się zachwycała, ludzie też. Potem zmarł basista i słuch o zespole zaginął. Wrócili w 2007 roku i znów zniknęli. Ostatnia informacja, jaką znalazłem o grupie w internecie, pochodzi sprzed ponad pół roku – że nagrywają nowy materiał. Ale póki co jest zupełna cisza.
Bardzo mocne granie (korzenne, a więc pomijam tu Vadera czy Behemotha) niespecjalnie się w Polsce przyjęło, mało kto robił to dobrze. Tym bardziej żal, że tak fantastyczna – nie waham się użyć tego słowa – grupa nie ma szczęścia. I nie wiem, co jest tego powodem.
Na Sugarfree!
jazda jest naprawdę do przodu.
Warsztat czterech panów bez zarzutu, świetny, ostry, mokry w gardle wokal. Kolejne utwory skrzą się od pomysłów, ich bogactwo przywodzi na myśl Apetyt na destrukcję Gunsów albo pierwsze płyty van Halen. Próbowałem, poza wyżej wymienionym, znaleźć jeszcze jakieś swoje typy, ale krążek jest po prostu bardzo równy, więc odstępuję od tego zamiaru.
Tak, cukru nie ma w tym ani grama. Ale aspartamu tym bardziej, to granie bezkompromisowe i twarde jak gryfy gitar i pałeczki perkusisty. Trzynaście kawałków, numer za numerem, bez wytchnienia. Ale, skoro się zachwycam, nie może to być metal. Bo to ciągle porządnie swinguje.
Panowie, wracajcie czym prędzej!
