O małych ojczyznach, Janie Skrzeku i koncercie jego pamięci

jan_skrzek_gb1

Ludzie od zarania dziejów szukali szczęścia. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie w utworze „Granice szczęścia” śpiewa: „Nie w każdej knajpie jest piwo”. I zaraz dodaje: „W knajpie podłej jak życie”.

[more]

*

Dawno, dawno temu to było. Ale było. Pewien bardzo znany aktor, gdy przyjął posadę dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach, spotkał się z przedstawicielami tego regionu. Prosty górnik zapytał go, czym się kierował – on, uznany, wielki – podejmując wyzwanie poza stolicą. Ten odparł:

– Uczyniłem to także po to, aby ludzi takich jak pan nauczyć mówić po polsku.

Czy muszę dodawać, że wypowiedź ta nie zrobiła dobrego – delikatnie mówiąc – wrażenia na tubylcach?

*

PRL to nie był czas małych ojczyzn, pielęgnowania tego, co osobne, regionalne, odrębne. Naród miał być jeden – i zawsze z partią. Kwestie mniejszości narodowych, przejawów kultur innych niż ta jedna, ogólnopolska, uznana za obowiązującą, nie istniały.

W dodatku moje osobiste doświadczenia zupełnie nie sprzyjały obudzeniu w sobie tego typu refleksji. Jako trzymiesięczny osesek opuściłem rodzinne Czechowice-Dziedzice, by kolejnych ponad czternaście lat spędzić w sypialni Katowic, jak w latach 60. mówiło się o Tychach. Mieście leżącym na Śląsku, ale tak naprawdę kulturowo słabo z nim związanym. Wynikało to z prostego faktu, iż miasto było nowe, a przeważającą część jego mieszkańców stanowiła ludność napływowa – ludzie, którzy zjawili się w tym miejscu wraz z rozwojem przemysłu. Pochodzili zewsząd, czego doświadczałem na własnej skórze, wśród najbliższych sąsiadów.

Śląska nie wyssałem więc z mlekiem matki, choć to za jej sprawą jestem półkrwi Ślązakiem, czyli tzw. krojcokiem. Śląska się uczyłem, uczę nadal, jako mieszkaniec Katowic od 1977 roku. Uczę w sposób pokręcony, nieoczywisty: najpierw jako uczeń technikum, gdzie obok ludzi „stąd” znów wielu było skądinąd – ze spodżywieckich wsi czy nawet Zakopanego i okolic.

Później trafiłem na polonistykę. A więc na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego. Tyle że ów wydział mieścił się wówczas w… Sosnowcu, czyli stolicy Zagłębia. W mieście ościennym, a jednocześnie odległym kulturowo (nie miejsce tu na historyczne dywagacje*). Nieocenione okazało się dopiero prawie sześć lat pracy w kopalni „Katowice” i zanurzenie w tym środowisku. Oraz przygruchanie sobie żony z rdzennie śląskiej rodziny.

Wybaczcie ten przydługi wstęp: marne przyczynkarstwo na temat opozycji natura – kultura. W latach 80. byłem zbyt młody, zbyt przesiąknięty, chcąc nie chcąc, oficjalną wykładnią w tym zakresie. To nie był czas – ani w historii Polski, ani w moim życiu – by uznać i docenić przekaz inny niż posługujący się literacką polszczyzną: w miarę elegancki i gładki, możliwy do powszechnego zaakceptowania.

*

A tu, przed wielotysięczną widownię kolejnych odsłon Rawy Blues w Spodku we wspomnianych latach 80. wychodził facet, który sprawiał wrażenie, że właśnie skończył kopalnianą szychtę, wziął prysznic i zasiadł zamiast do rodzinnego obiadu – do fortepianu. Poradzi ino godać, a nie mówić. W ten sposób – myślałem – utrwala stereotyp Ślązaka – prostaka, człowieka nieuczonego w mowie i piśmie, stworzonego do ciężkiej pracy w kopalni bądź hucie, ale człowieka o wąskich horyzontach i mającego problemy ze zbudowaniem poprawnego zdania w języku polskim. (Inna sprawa, że Spodek to nie jest wymarzone miejsce dla muzyka – solisty, przy fortepianie, z harmonijką przy ustach. Zdecydowanie lepsze są kluby na kilkadziesiąt – kilkaset miejsc).

Musiałem się posunąć w latach, pewnie wrosnąć w tę ziemię, pożyć trochę po 1989 roku, w czasach gdy Niemcy się jednoczyli, ale Słowacja i narody bałkańskie tworzyły własne struktury państwowe, uświadomić sobie, że na ojczyznę może składać się wiele małych ojczyzn wnoszących całkiem sporo do wspólnego garnka. Uświadomić wreszcie, że kultura to nie tylko ośrodki uniwersyteckie i przybytki kulturalne, ale i – jak dziesiątki i setki lat temu – twórcy może pozbawieni tytułów naukowych i wielkomiejskiej ogłady, za to do bólu prawdziwi w swym przekazie.

 

Ta prostota, gwara zamiast literackiej polszczyzny, przestała być czymś, czego należy się wstydzić, stała się wartością dodaną. Zgoda, w pewien sposób czyniącą czasem sztukę bardziej hermetyczną, niełatwą do odczytania przez ogół, ale cudownie pierwotną i szczerą.

Kiedyś przestano się śmiać z Nikifora, malarza prymitywisty, dziś tzw. wielki świat potrafi pochylić się nad wieloma innymi twórcami naturszczykami, pracującymi z dala od wszystkiego co opiniotwórcze. Nie nad wszystkimi i nie zawsze. Tak już jest, że pojawiają się i przemijają mody – na nurty, na nazwiska.

Kyks – Jasiu Skrzek – działał poza wszelkimi układami, daleko od kamer, ekranów telewizorów i list przebojów. Bluesman na wzór czarnych, bezzębnych Amerykanów sprzed kilkudziesięciu, stu lat.

*

Ludzie od zarania dziejów pragnęli szczęścia, uganiali się za nim, pragnęli go i tęsknili za nim. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie utwór zatytułowany Granice szczęścia zaczyna od słów: Nie w każdej knajpie jest piwo. I dziś wcale nie ogarnia mnie, faceta po pięćdziesiątce (sic!), ani pusty, ani rubaszny śmiech, gdy tego słucham. W knajpie podłej jak życie – śpiewa dalej Kyks.

*

W czwartek jego przyjaciele i koledzy zrobili to, co mogą najlepszego uczynić muzycy dla zmarłego kamrata: zagrali koncert. Dzięki uporowi i wysiłkowi Leszka Windera, lidera Śląskiej Grupy Bluesowej (Winder, Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa) i przed laty współlidera Krzaka, doszło do wspólnego występu kilkudziesięciu muzyków wywodzących się przede wszystkim ze środowiska bluesowego na Śląsku. 

Byli Winder, Józef Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa, Dudek, Duży, Głuch, Kulisz, Łapka, Cygonek, Uryga, Cree, Miuosh i inni. Wykonywali, nie kryjąc obaw, repertuar solowy Skrzeka i wspomnianej ŚGB. Było stylowo i wzruszająco.

Panie Janie, Kyksie, Jano, Jasiu – bardzo Cię brakuje. Na Śląsku szczególnie.

(Katowice, kinoteatr Rialto: Koncert pamięci Jana „Kyksa” Skrzeka, 26 marca 2015)

_____________

* Kij w śląsko-zagłębiowskie mrowisko zdarzyło się też przed laty włożyć konferansjerowi Rawy Blues, nieżyjącemu już Januszowi Kosińskiemu. Trochę opóźniał się start imprezy, stojący przed mikrofonami „Kosa” i Jan Chojnacki nie za bardzo mieli pomysł, o czym tu jeszcze mówić. I pierwszy z nich wypalił: „Słuchajcie, nie wiedziałem, że tutaj są takie animozje między Katowicami i Sosnowcem…”. Kilkutysięczna widownia, złożona głównie ze Ślązaków (blues to bardzo śląska sprawa) zaczęła wyć i gwizdać. Speszony „Kosa” nie dokończył zdania. Zresztą – co takiego akurat on mógł wnieść do sprawy?

[W NaTemat: 28 marca 2015]

Zmarł Jan „Kyks” Skrzek

kyks

Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe.

[more]

*

„Jo je najszczynśliwszy, jak moga zajechać do dom, do Michałkowic, i sie po ślunsku pogodać” – tak wiele lat temu, zaraz po rozpadzie SBB, powiedział Józef Skrzek, Józa, starszy brat Jasia.

Który nie miał tych problemów – był Ślązakiem z krwi i kości, naturszczykiem do bólu i łez radości. Takich jak on nie było i nie jest wielu. Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe. Józef, kształcony w muzycznych szkołach, zrobił karierę wykraczającą poza granice Polski. Obdarzony bez porównania większym, wspanialszym głosem Jan pozostał przez całe życie synem swej ziemi.

Wielokrotnie, zwłaszcza – przyznaję – przed laty, miałem go okazję słuchać na żywo: a to na Rawach Blues, a to na różnych spędach, jakich pełno było w latach 80., na wspólnych występach z bratem Józefem, a także gościnnie występującego przed Dżemem albo razem z tyskim bandem. Ujmujące w swej prostocie i bezpośredniości były jego piosenki i cały przekaz. Nie mogły ujść uwadze niepospolite umiejętności jako pianisty i harmonijkarza. Scena ukazywała inne jego oblicze – świetnego muzyka.

*

Jan Skrzek urodził się w 1953 roku w Siemianowicach Śląskich. Przygodę z muzyką rozpoczął jako dwudziestolatek, w jazzrockowym zespole Rak. Po raz pierwszy na okładce płyty jego nazwisko pojawiło się w 1981 roku – wziął udział w nagraniu ostatniej przed rozwiązaniem płyty SBB, Memento z banalnym tryptykiem. Później także uczestniczył w sesjach nagraniowych Józefa Skrzeka – albumów Wojna światów i Józefina.  W tym samym czasie – w 1983 roku – zagrał na płycie Elżbiety Mielczarek – Blues.

Jego pierwsza solowa płyta, Górnik Blues, ukazała się w 1986 roku, a dwa lata później drugi album, Nikt nie zawróci kijem Wisły. Kyksówka Blues (1989) i Nowy Świat Blues (1992) zostały nagrane z zespołem Bezdomne Psy (Leszek Winder, Jerzy Kawalec – obaj ex-Krzak – i Michał Giercuszkiewicz – ex-Dżem). Ich kolejna wspólna płyta (oraz jeszcze Rafała Rękosiewicza i Bronisława Dużego), Modlitwa bluesmana w pociągu, poświęcona Ryszardowi Riedlowi, uznana została bluesowym albumem roku 1997.

Po śmierci „Kawy” w 2003 roku Bezdomne Psy przekształciły się w Śląską Grupę Bluesową w składzie: Winder, Giercuszkiewicz, Mirosław Rzepa i Jan Skrzek. Kapela wydawała płyty i stale koncertowała. To właśnie koledzy z zespołu znaleźli nieprzytomnego Skrzeka w jego mieszkaniu.

Kyks  zagrał – na płytach, festiwalach czy pojedynczych koncertach – z całą armią muzyków bluesowych w Polsce. Ostatnie takie nagrania to znakomity – byłem, widziałem – koncert Pamięci Pawła Bergera Dżemu (wyd. 2007) oraz Piąta strona świata (2011) śląskiego rapera Miuosha.

Jan Skrzek zmarł 29 stycznia 2015 roku w Katowicach.

*

Pozostał ślunskim chopem, którego nie raz widywałem, jak szedł gdzieś z epą lub dwiema epami (reklamówkami) w rękach – niepozornym człowiekiem, robotnikiem, górnikiem, jakich wielu w tym miejscu na mapie. Na co dzień – zbyt prostolinijnego, naiwnego człowieka, by zabiegać o zaszczyty, sławę, o lepszy czy większy kawałek tortu od życia.

Kyks już umarł przed laty. W „Śmierci jak kromka chleba” Kazimierza Kutza, filmie o tragedii pierwszych dni stanu wojennego i wydarzeniach w kopalni „Wujek” zagrał jednego z zabitych górników. Teraz śmierć naprawdę przyszła po niego.

[W NaTemat: 29 stycznia 2015]

Myslovitz bez Rojka

Z obozu Myslovitz już dawno dobiegały niepokojące wieści. Dla mnie, miłośnika muzyki ze Śląska, tym bardziej przykre. Wciąż mam w pamięci przypadek SBB, kiedy po rozwiązaniu zespołu nastąpił wieloletni regres.

[more]

Lakis gdzieś przepadł, Piotrowski, o zgrozo, pojawił się w Kombi – na szczęście zaraz potem w najlepszym składzie Dudka, a następnie w Dżemie. Skrzek co prawda szybko wydał kilka płyt: „Ojca chrzestnego Dominika” (choć to realizacja równoległa do „Mementa z banalnym tryptykiem”), „Józefinę”, „Ambitus Extended” razem z Tomaszem Szukalskim – i do tego momentu było całkiem nieźle. Ale zaraz potem koszmarna, nudna „Podróż w krainę wyobraźni” (już sam tytuł kiczowaty). W świadomości, nawet radiowego, „trójkowego” konsumenta muzyki, czyli takiego, który o nowościach płytowych dowiaduje się raczej z radia niż z internetu, przestali właściwie istnieć.

To samo z Krzakiem. Już rozstanie Windera z Błędowskim było artystycznym nieszczęściem, potem pozostało tylko plątanie się po klubach typu ‘Leśniczówka’ w Chorzowie.

I – dla przeciwwagi – Dżem. Zespół, którego życie potraktowało najdotkliwiej. Najpierw śmierć Ryszarda Riedla, charyzmatycznego wokalisty, po jedenastu latach wypadek samochodowy i odejście Pawła Bergera. Dwa momenty zwrotne, w których kariera grupy mogła się załamać.

Pojawienie się Jacka Dewódzkiego dla ortodoksów było nie do przyjęcia. Jeśli Dżem, to tylko z Riedlem. Odmawianie innym ludziom prawa do robienia w życiu tego, co potrafią najlepiej, czyli do grania, choćby w  innym składzie. A ja jestem przekonany, że ani bracia Otrębowie, mimo iż Beno dostarcza na kolejne płyty najwięcej kompozycji, ani tym bardziej Jerzy Styczyński, nie mówiąc o reszcie, nie poradziliby sobie w odmiennych konfiguracjach personalnych. Siła tkwi w tym, że są razem, że każdy coś od siebie dorzuca. Dla mnie to jest magia – wirtuozeria instrumentalistów i mnóstwo znakomitych utworów. Tę magię czułem np. na koncercie w Bielsku Białej pod szpitalem, bodaj w 1998 roku, kiedy po raz pierwszy na Dżemie byłem ze swoimi, wówczas siedmioletnimi, synami bliźniakami, tę magię czuję do dziś. Tym bardziej, że zmiana Dewódzkiego na Balcara była, z całą sympatią dla tego pierwszego – potężnym jakościowo krokiem naprzód. Balcar zawsze jawił mi się jako stylowy wokalista (pamiętam, jak znakomicie zaśpiewał przed laty w Opolu „‘Dziwny jest ten świat”), do tego bardzo świadomy, gdy chodzi o materiał, na którym pracuje, czyli język – bardzo dobra dykcja, która nigdy nie pozwoliła mu zaśpiewać „włanczam silnik”, co zdarzało się Riedlowi. Nigdy nie użył też ze sceny przekleństwa (Sebastianowi Riedlowi, w którym wielu upatrywało następcę Ryszarda, to się zdarza, występ na piętnastolecie Cree zaczął nawet od słów: „Wzmacniacz nam się spier…”).

Bałem się, że Myslovitz się rozpadnie, a w zamian nie dostaniemy nic choćby zbliżonego poziomem do dokonań grupy. Myślałem sobie: „Wadzą się, nie lubią? Cóż, niech nie niszczą instytucji, jaką stał się zespół”. No i grali. Nagrali przecież w ubiegłym roku bardzo dobrą płytę. „I tak trzymać!”.

Ostatecznie jednak stało się inaczej. Ale też, na szczęście (wierzę w to mocno, że na szczęście!) inaczej, niż myśleliśmy. Zespół pozostał, odszedł Artur Rojek. Ufam, że siły artystycznej w braciach Kuderskich, Powadze i Myszorze jest dostatecznie wiele, by sobie poradzić (przykład Heya po odejściu pierwszego lidera, Piotra Banacha, jest bardzo budujący). Nowy wokalista, Michał Kowalonek, na ile jestem w stanie to na gorąco ocenić, ma sporo z barwy Rojka, a jednocześnie, po prostu, znacznie mocniejszy i do tego lekko chropowaty głos. Powinno być więc – od strony brzmieniowej – bardzo dobrze. Kompozytorsko – czas pokaże. Wierzę w to, że chłopakom się uda.

A co do Artura Rojka – też mam nadzieję, że będzie się realizował nie tylko jako dyrektor OFF Festivalu, ale dostaniemy czasem od niego, jego nowych kolegów, także porcję wielkiej muzyki. Takiej jak Lenny Valentino.

I wtedy naprawdę będzie pięknie. Bo chodzi przecież o muzykę, o nowe nagrania. O koncerty. O dawanie wzruszeń słuchaczom.

A ortodoksów nie lubię, bo są nieprzejednani w swych poglądach. I uparci, czasami głupio uparci. A wtedy – niebezpieczni. Pink Floyd bez Barretta, Rolling Stones bez Jonesa – to chyba dwa najlepsze przykłady.

3 maja 2012