Polska – Grecja, czyli Rain and Tears

Słuchanie muzyki dostarcza jednak o wiele zdrowszych emocji niż oglądanie meczów piłkarskich, zwłaszcza tych z udziałem polskich piłkarzy. Stary już jestem, wiele widziałem i przeżyłem, a ciągle się łudzę, że stanie się cud. A po ostatnim gwizdku pozostaje tylko modlitwa o cud niepamięci. Bardzo chciałbym się mylić, ale zdaje się, że jesteśmy – który to już raz? – po pierwszym akcie Sienkiewiczowskiej trylogii. W ostatnim usłyszymy znów: „Pułkowniku Wołodyjowski, Rzeczpospolita w potrzebie!…”. Co prawda poległa, ale, jak zawsze, z honorem. O tym, że poległa, dowie się cały świat, zaś o tym, że z honorem, będą wiedzieć tylko rodacy. Powtarzam, obym się mylił, ale coś czuję, że będzie jak zwykle.

[more]

*

Przed laty, w 1968 roku, greccy emigranci we Francji, m. in. Vangelis i Roussos, założyli zespół Aphrodite’s Child. Bodaj ich największym przebojem była rzewna piosenka Rain and Tears. Dziś rain w Warszawie mieliśmy przed meczem, a tears w drugiej połowie.

 *

Ze słuchaniem muzyki jest przyjemniej. Z domowego zestawu, w którym szczęśliwie niewiele jest chybionych zakupów, mogę wybrać coś, na co w danej chwili mam ochotę. Po raz piąty, pięćdziesiąty czy dwusetny. Meczu oglądać drugi raz zwykle nie mam zamiaru, a przy pierwszym – nie mam wyboru i nie wiem, co mnie czeka. Po meczu z udziałem naszych piłkarzy – zwykle nie jestem szczęsny.

 *

Od lat zastanawiam się nad pewną sprzecznością, którą noszę w sobie. Otóż nie lubię angielskiej piłki, w reprezentacyjnym wydaniu w szczególności. Jestem zdania, że nigdy nie powtórzą sukcesu, w dodatku osiągniętego przy wydatnej pomocy panów z gwizdkiem, z 1966 roku.

Uwielbiam natomiast angielską muzykę. Z wielkim oddaniem fana myślę o wielu wspaniałych zespołach, instrumentalistach i wokalistach. A sporo z nich to też przecież kibice piłkarscy.

I tak żyję, w tej dychotomii, od wielu, wielu już lat.

 *

Niewykorzystane sytuacje, wyborne pozycje niedostrzeżone przez partnerów z drużyny. Transfery, które nie doszły do skutku, a mogły dać nieoczekiwane, wspaniałe efekty. Choćby raz. Na jednej płycie.

Na początku lat 70. członkowie zespołu Yes złożyli propozycję Robertowi Frippowi, by ten stał się członkiem ich grupy. Było to, jeśli dobrze pamiętam, po nagraniu In the Wake Of Poseidon. Fripp odmówił w obawie, że nie będzie mógł realizować swych pomysłów. A muzycy Yes chcieli, do czego przyznali się później, by pokierował ich zespołem.

Muzyczny strach pomyśleć, ilu znakomitych płyt by nie było – zarówno King Crimson, jak i Yes. A jakie byłyby zamiast tych, które się ukazały?

I, na odmianę, transfer dokonany. Byli kumpel Emersona z The Nice, Brian Davison i Lee Jackson, w 1973 roku utworzyli wspólnie ze szwajcarskim multiinstrumentalistą Partickiem Morazem formację Refugee. Po nagraniu pierwszej, bardzo dobrej płyty Moraz odszedł do Yes, zajmując tam miejsce zwolnione przez Ricka Wakemana. Refugee przestali istnieć, a o Davisonie i Jacksonie słuch zaginął.