Queenetha

pobrane_12

Głos mocny i czarowny, delikatny i dociskający. Jednak tego largo i allegro jakoś nie za wiele. W sam raz, by nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej, dzieje się pomiędzy.

[more]

*

Rok 1967,

pierwszy z tych wyjątkowo żyznych w muzyce i już choćby z tego powodu najwspanialszy, sypnął znakomitymi albumami nie tylko rockowymi. Nawet pobieżny rzut oka na czarną stronę pozwala stwierdzić, że w tamtych dwunastu miesiącach ukazuje się co najmniej kilka znaczących wydawnictw: ostatni – wydany za życia – krążek przedwcześnie i tragicznie zmarłego Otisa Reddinga, King & Queen (królową jest tu jeszcze Carla Thomas, to ich wspólne dzieło), na światło dzienne wychodzi Ray Charles Invites You To Listen. James Brown nagrywa, bagatela, zaledwie trzy krążki (w poprzednim roku pięć), a dwudziestopięcioletnia Aretha Franklin dopisuje do swej dyskografii aż cztery longplaye.

Cóż, czasy były takie, że szastano pomysłami na lewo i prawo, ocean pop music właśnie odsłaniał swą niezmierzoność, to, co rodziło się wtedy w głowach i pod palcami młodych artystów, na taką skalę nigdy już miało się nie powtórzyć. Biali Brytyjczycy zafascynowani byli czarnym bluesem zza wielkiej wody, a czarni – jak choćby ci wymienieni wyżej – ochoczo sięgali po numery Beatles, Rolling Stones i innych wyspiarzy.

 
Piosenki Franklin z tamtego okresu z rzadka przekraczają trzy minuty. Dziś nad każdym takim tematem pieczołowicie pochylono by się w studiu nagraniowym, dopieszczono, doprawiono solą i  pieprzem, cukrem i kakao, wtedy te perły, jedna za drugą, gasły gwałtownie, cichnąc w jednej chwili w głośnikach.

Głos czarny, 

mocny i czarowny,

delikatny i dociskający. Jednakowoż, właśnie, tego largo i allegro, bezprzykładnego darcia paszczy, jakoś nie ma za wiele, nie w nadmiarze, w sam raz. By nie zmęczyć i nie zniechęcić. Przecież to, co uwodzi najbardziej uszy słuchaczy, dzieje się pomiędzy – i Aretha zdaje się o tym wiedzieć. W soulu pełno jest szorstkości, nieoczywistości, bólu prawdziwego, a nie wypolerowanego na glanc – tak jak paręnaście lat później, gdy największą gwiazdą piosenki staje się Whitney Houston, jak jeszcze długo, właściwie do dziś, trwają jej naśladowczynie, wypluwając żyły i wyszarpując trzewia przed mikrofonami, co budzi moje tylko wzruszenie ramion i zupełną obojętność: nasza Edyta G., Celinka Dionova (w tych przypadkach czarne pomieszane jest już ze spuścizną Barbry Streisand) czy budząca zachwyty niektórych Florencja ze swoją Maszyną. Franklin śpiewa głosem nieznającym żadnych granic – ale pomiędzy. Pomiędzy czernią i bielą, bólem i radością. W tym

pomiędzy,

powtórzę po raz któryś, tkwi całe piękno muzyki anglosaskiej, zaklęte we wszelkich odcieniach szarości – inaczej to niż ma to miejsce z krwią wykonawcy francuskiego albo rosyjskiego na białej sukni albo czarnych butach widza siedzącego nawet w dziesiątym rzędzie.

Nie będę udawał, że jestem jakimś domorosłym soulologiem, ze szczególnym uwzględnieniem dorobku Arethy F. Nie jestem i nigdy nie będę. Ale odkąd, a stało się to już bardzo dawno temu, gitary przestały być warunkiem niezbędnym do osiągnięcia przeze mnie stanu muzycznej szczęśliwości, zacząłem zerkać w tamtą stronę. I dlatego ilustruję tę pisaninę dwiema wersjami Respect – oryginałem  ukochanego Reddinga (bo jak kochać wczesnego Niemena, nie kochając Otisa R.?) i wersją Arethy, zestawiam Glorię Them z Save Me, cudowny I Never Loved A Man w kanonicznym wykonaniu AF oraz młodziutkiej Kasi Kowalskiej z jej pierwszej płyty – Gemini z 1994 – ze Sławomirem Piwowarem na Hammondach.  A na deser It Takes Two to Tango wykonane wspólnie z Rayem Charlesem.

W tych dniach nie tylko Barack Obama ociera łzy (jak w klipie umieszczonym na blogowym fb). Pocieszenie niesie dzieło, które  zostawiła nam królowa. Do słuchania i wzruszania. Się. Wielokrotnego.

Sławomir Piwowar 1953-2015

piwowar

17 marca 2015 roku zmarł Sławomir Piwowar, świetny gitarzysta i klawiszowiec, współpracownik m.in. Czesława Niemena, SBB, Grzegorza Ciechowskiego, Kasi Kowalskiej i Urszuli.

[more]

*

W póltora miesiąca po Janie Skrzeku zmarł Sławomir Piwowar. Obaj pojawili się na krążku Memento z banalnym tryptykiem SBB nagranym w 1980 roku, a wydanym dwanaście miesięcy później, już po rozpadzie formacji. Piwowar był wtedy pełnoprawnym członkiem zespołu, jego fotografia pojawiła się na okładce płyty tak samo jak Józefa Skrzeka, Apostolisa Anthimosa i Jerzego Piotrowskiego. Jego autorstwa był drugi utwór na krążku – Trójkąt radości.

Piwowar był już wtedy znanym i uznanym muzykiem, przede wszystkim gitarzystą, ale i klawiszowcem. Po raz pierwszy jego nazwisko znalazło się w opisie albumu jazzowej grupy Paradox, Drifting Feather, w 1971 roku. Później wziął m. in. udział w nagraniach płytowych Marianny Wróblewskiej, współpracował z zespołem Piotra Figla. 

Pełną nobilitację przyniosło mu członkostwo w zespole Aerolit. Czesław Niemen po rozwiązaniu grupy Niemen (czyli SBB plus Helmut Nadolski i czasem Andrzej Przybielski) utworzył nowy – ostatni jak się miało okazać – skład towarzyszący: z Andrzejem Nowakiem na klawiszach, zmarłym przedwcześnie w 1975 roku Piotrem Dziemskim na bębnach, Jackiem Gazdą (od lat w Easy Rider) na basie i właśnie Piwowarem na gitarach. Album wydany został w 1975 roku. Trzy lata później drogi Niemena i Piwowara zeszły się powtórnie przy okazji powstawania dwupłytowego Idee Fixe.

Z końcem lat 70. nastąpił krótki okres współpracy Piwowara z SBB. Już po rozwiązaniu formacji, niejako z rozpędu, nazwiska Piotrowskiego i Piwowara widnieją wśród muzyków uczestniczących w nagraniu Józefiny, solowej płyty Skrzeka z 1981 roku, wydanej tak naprawdę dwa lata później. W reaktywowanym SBB pojawiał się okazjonalnie jeszcze dwukrotnie, w 2006 i 2014 roku.

Po dłuższej przerwie Sławomir Piwowar znalazł się w zespole Obywatela G.C., w składzie, który dokonał rejestracji muzyki do filmu Stan strachu (1989). Cóż za smutny zbieg okoliczności: razem ze Stanisławem Zybowskim, bardzo dobrym gitarzystą, prywatnie mężem Urszuli, także – jak SP – urodzonym w 1953 roku, także – jak Ciechowski – zmarłym w 2001 roku.

Nie jest więc zaskoczeniem, że w 1992 roku ma swój udział w nagraniu albumu Urszuli & Jumbo. Nigdy nie byłem fanem tej piosenkarki, ale fakty w przypadku tego krążka są takie: lwią część muzyki napisał Zybowski, tekstów – Bogdan Olewicz (tekściarz Perfectu), w chórkach podśpiewują Kayah i Stanisław Sojka, na basie grają Bodek Kowalewski (Maanam) i Paweł Mąciwoda (w przyszłości Scorpions). Piwowar w zespole Urszuli zakotwiczył na dłużej, słychać go na wielu jej płytach, aż po Eony snu w 2013.

Po drodze jest jeszcze jeden istotny element jego muzycznej drogi: obsługa klawiszy na pierwszej płycie Kasi Kowalskiej – Gemini – w 1994 roku. Dziś, z perspektywy późniejszych dokonań tej piosenkarki, trudno sobie uzmysłowić albo przypomnieć, jak ważny to był debiut, jak ważny (obok Bartosiewicz i Nosowskiej) nowy damski głos w polskiej muzyce. Piwowar pojawia się także na drugiej płycie Kowalskiej: Koncert inaczej (1995). I wreszcie, by dopełnić listy, klawisze Piwowara słychać na krążku Ogrody (1995) Iry. Wspomagał ponadto Ewelinę Flintę i wskrzeszony na krótko Bemibek.

*

Kasia Kowalska napisała na swoim profilu na FB: „Dziś odszedł wspaniały człowiek, wybitny muzyk Sławek Piwowar. Sławku, będziemy nosić pamięć o Tobie w naszych sercach”. A koledzy z SBB pożegnali muzyka słowami: „Dobranoc, Jaśko. Sławomir Piwowar 1953-2015”.

[W NaTemat: 21 marca 2015]

Wyrwane z kontekstu: Kasia Kowalska, Mojej krwi chcesz i Mój los

Kobiety w polskim rocku – to wciąż miłość niespełniona. Jest co prawda Nosowska, ale brakuje rasowego babskiego głosu w „męskim” repertuarze. Przed laty miałem nadzieję, że ten warunek spełni Ewelina Flinta, ale już zawartość jej pierwszej płyty, delikatnie mówiąc, rozczarowała. Zniknęła Bartosiewicz, a bohaterka niniejszego tekstu od dawna porusza się w klimatach, które mnie nieszczególnie interesują.

[more]

Ale nie znaczy to, że należy zapomnieć o dwudziestoletniej (a potem trochę starszej) dziewczynie o zbuntowanych oczach. Tej, która mimo niedostatków warsztatowych, wydawało się, że stanie się jedną z tych pań, co ruszą z posad męską bryłę polskiego rocka. Stało się inaczej, a w tamtym czasie – latach 90. – razem z nią przepadło, i to niemal zupełnie, kilka innych świetnych głosów (o nich niebawem).

Dwa wymienione wyżej utwory pochodzą z trzeciej płyty Kowalskiej, Czekając na… z 1996 roku. Aż dwa, bo umieszczone są obok siebie – i okazały się łabędzim śpiewem, jeśli chodzi o porządne łojenie w dorobku piosenkarki. W pierwszym dokładają do pieca Piotr Nalepa i Jarosław Chilkiewicz, w drugim Sławomir Piwowar i Maciej Gładysz. A obok nich grają m.in. Wojciech Pilichowski, Kostek Yoriadis oraz Wojciech Kowalewski. Ech, łza się w oku kręci…