Rok 2013 z oklaskami

Od razu obiecuję, że nie będzie tu żadnych list, zestawień czy rankingów. Tych znajdziecie od groma i trochę w innych miejscach. Mnie od dawna już nie bawią – ale nie chcę, by zabrzmiało to z wyższością. Mam najzwyczajniej poczucie, że to, z czym dane było mi zetknąć się w minionym roku, jest zaledwie maleńką wyspą na muzycznym oceanie.

[more]

Koncerty zawsze będą najbardziej spektakularnym kawałkiem tortu. Bo, w odróżnieniu od słuchania płyt, dostarczają niepowtarzalnych i przez to szczególnie silnych emocji. Zwłaszcza gdy mowa o występach artystów najukochańszych, najważniejszych, na których zobaczenie czekałem wiele, wiele lat. 

I w tym roku spełniło się coś wyjątkowego dla mnie – usłyszałem

piosenki The Beatles

w wykonaniu Bitlesa. Stało się. Przyjechał, zagrał. Wszyscy mówili, że jest w świetnej formie. I był. Do pełni szczęścia zabrakło „tylko” dobrej akustyki na Stadionie Narodowym. Lecz i tak występ Paula McCartneya pozostanie dla mnie jednym z największych muzycznych wzruszeń nie tylko ostatnich dwunastu miesięcy, ale całego życia.

Kilkanaście dni wcześniej w Łodzi zagrał 

Eric Clapton. 

Drugi, którego wyssałem jeśli nie z mlekiem matki, to z plastikowej masy, z której produkowano kiedyś w naszym kraju pocztówki dźwiękowe. Człowiek, który nie wyszedł na scenę w 1979 roku, by zagrać swój czwarty polski koncert. Było to w katowickim Spodku, a ja siedziałem wtedy na widowni. Długo nie mogłem mu tego, jako bardzo zawiedziony młody fan, wybaczyć. W Atlas Arenie spełniło się więc inne moje marzenie. I wracając nocą do domu, byłem szczęśliwy, że wreszcie dane mi było usłyszeć na żywo klasyczne numery   E. C.

Nie sposób zapomnieć też o lutowym, chorzowskim występie 

Beth Hart

z zespołem. Było to stare, bluesowo-rockowe granie w najlepszym stylu, ekspresja z okolic Janis Joplin. Bilety na jej koncert w tym samym miejscu w marcu 2014 już zostały zakupione.

Z polskich wykonawców obejrzanych na żywo wciąż wielkie wrażenie wywołują 

Lech Janerka, Dżem i SBB. 

I niczego nie zmienia tu fakt,  że nie były to jakieś szczególne jeśli chodzi o okoliczności występy. Stara gwardia trzyma się mocno, choć może nie wpływa już w tak znaczący sposób na odbiorców jak dawniej. 

Z młodych, walczących dopiero o swoje miejsce w sercach słuchaczy, ujęły mnie szczególnie Milcz Serce (bardzo szlachetna propozycja gitarowa, mimo iż to middle of the road), Ms. No One i Holly Blue (w obu przypadkach ciekawe 

damskie wokale i sporo dobrze podanych ładnych melodii), Vladimirska (zupełnie niekonfekcyjne połączenie folkloru z elementami jazzu i rockową energią) i Tape Reels (powrót do klasycznego łojenia z końca lat 60.). Ciekaw jestem, gdzie ci ludzie będą za pięć lat. Obyśmy nie stracili ich z pola widzenia. 

Po jazzowej stronie 

największe wrażenie zrobił na mnie koncert Johna Scofielda – kameralny i znakomity, z pogranicza jazzu, funky, bluesa i rocka. W ciepłej pamięci zostaną też minuty spędzone przy słuchaniu panów Możdżera, Danielssona i Fresco, Jana Garbarka z Hilliard Ensemble, międzynarodowej Arify. Za każdym razem były to wyprawy do najpiękniejszych miejsc: tu zostawiam Wam wybór – albo we wszechświecie, albo tych, które każdy z nas nosi w sobie, choć niekoniecznie chętnie odkrywa przed innymi. I wreszcie Tie Break – ważny za sprawą sentymentalnej podróży w czasie, powrotu do okresu studiów i FAMY 1983.

Z rzeczy, które mnie ominęły, żałuję przede wszystkim koncertów Queens of The Stone Age i Nicka Cave’a na Open’erze oraz Portishead w Krakowie. Zapowiedzi dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy też są bardzo interesujące. Na niektóre koncerty biletów już dawno nie ma. Jako katowiczanin ubolewam nad marazmem związanym ze stojącą w martwym punkcie przebudową Stadionu Śląskiego oraz iście peerelowskimi porządkami w Spodku. Ale to temat do oddzielnych rozważań.

***

A u progu nowego roku życzymy Wam spokoju – ale takiego, który nie usypia, oraz wzruszeń – niech raz po raz dowodzą, że nie tylko z wątroby, kwasów i żółci jesteśmy ulepieni. I dobrej muzyki.

(W NaTemat: 1 stycznia 2014)

Rockowe ucho w krainie czarów

jazz_scofield_

Czy John Scofield jest gitarzystą jazzowym, funkowym, bluesowym, czy też rockowym – nie wiem. Bo taka wiedza do niczego nie jest potrzebna. Jest gitarzystą znakomitym. Będąc wirtuozem swego instrumentu, porusza się w bardzo szeroko pojętej materii jazzowej, czerpiąc obficie ze wszystkich gatunków muzycznych, nie wyłączając reggae oraz elektroniki.

[more]

Gitara

nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Nie lubię George’a Bensona, mam bardzo niechętny stosunek do Pata Metheny’ego. Natomiast zachwycił mnie kiedyś Kenny Burrell. Podobnie jak John Scofield i piątkowy występ jego Überjam Band w katowickim Rialcie. 

Jazz to, przepraszam za tę odkrywczą myśl, muzyka improwizowana. JS w każdym utworze serwuje wielominutowe

solówki.

Jeśli przenieść to na grunt muzyki rockowej, mamy z jednej strony Hendriksa, Claptona, Page’a czy Knopflera, a z drugiej Satrianiego, Vai’a lub Malmsteena. Czyli – albo swing, puls i blues, albo gryf gitary potraktowany jak tor bobslejowy. Tylko to pierwsze powoduje szybszy obieg krwi w moich żyłach.

Scofield, tak jak Burrell, jest mi bardzo bliski. Bo jego olśniewająca biegłość w poruszaniu się wśród sześciu strun służy tylko i wyłącznie muzyce. Blues w równym stopniu stanowi źródło tak dla rocka, jak dla jazzu. I wczoraj mogliśmy tego doświadczyć. Ileż w grze mistrza było nawiązań do B.B. Kinga, Hendriksa czy Cream (finał jednego z utworów nieodparcie kojarzył się z White Room)! 

JS, który ma w swoim CV grę praktycznie z wszystkimi największymi w jazzie, sam od lat jest

bandliderem,

wokół którego pojawiają się następne pokolenia wybitnych instrumentalistów. W Rialcie fantastycznie zagrali Avi Bortnick na drugiej, najczęściej funkującej gitarze i keyboadzie, czarnoskóry Louis Cato na perkusji oraz szara eminencja tego składu – basista Andy Hess. Zespół zagrał m. in. kilka numerów z ostatniej płyty Überjam Deux – wskrzeszonego po jedenastu latach projektu Überjam – Al Green Song, Curtis Knew czy porywający Boogie Stupid. Lider uśmiechał się raz po raz, wyraźnie czerpiąc przyjemność z grania, zagadywał, a w fantastycznym bisie I Don’t Need No Doctor pochodzącym z albumu That’s What I Say, zawierającego interpretacje utworów Raya Charlesa, zachęcał publiczność do chóralnego śpiewu. Świetny wokal w tym kawałku należał do perkusisty, Louisa Cato.

Całość trwała dwie godziny. Przyznam, że dawno już czas koncertu nie upłynął mi tak szybko i, mimo pozycji stojącej, zupełnie bezboleśnie. Może dlatego, że bezustannie

kołysałem się i bujałem

w rytm muzyki. Zaś John Scofield po niespełna kwadransie, jaki upłynął od zakończenia występu, wyszedł raz jeszcze do nas, by podpisywać płyty. Znów uśmiechnięty, jakby zupełnie niezmęczony występem, a ma już przecież sześćdziesiąt dwa lata. Okazało się, że nikt nie wyposażył artysty w coś, czym mógłby składać swoje autografy. Podałem więc swój cienkopis, podsunąłem płytę i – odszedłem, nie śmiąc oczywiście wyrwać mu pisadła z ręki.

(John Scofield Überjam Band, Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice, Katowice, Rialto, 22 listopada 2013)

[24 listopada 2013]