Im jestem starszy, tym mniej rozumiem z myśli kołaczących się w cudzoziemskich twórczych głowach. Co też powodowało tymi nielicznymi, którzy postanawiali osiąść gdzieś w granicach tak czy inaczej pojmowanej Rzeczpospolitej i tutaj właśnie tworzyć? Trudno myśleć o nich wszystkich jako o nieudacznikach, ludziach niedużego talentu, którzy musieli przemierzyć szmat drogi, zakotwiczyć daleko od swej ojczyzny, by znaleźć kawałek miejsca, w którym ktoś nie tylko nie zabraniał im tworzyć, ale wręcz do tego zachęcał – płacąc większymi lub mniejszymi pieniędzmi oraz pewnym rodzajem sławy.

[more]
My zaś, Polacy targani kompleksem zaścianka Starego Kontynentu, zawsze chętnie ogrzewaliśmy się w blasku tych nielicznych Europejczyków, którzy tu przyjeżdżali i przyjeżdżają, mówili i mówią o nas dobrze. Ba, niektórzy nawet osiadali i osiadają nad Wisłą na stałe. Nie było i nie jest ich wielu, ale też Warszawę czy Kraków trudno porównywać jako centra kultury do Paryża, Berlina czy Londynu.
Ale skoro już tak jest, że na kawałku ściany w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu wisi więcej niż na wszystkich ścianach między Tatrami i Bałtykiem, skorośmy z polskich matek i ojców i dane mam jest to a nie inne dziedzictwo kulturowe – czasem próbujemy się w nim choć trochę rozejrzeć i dorozumieć sensów.
Mamy więc Wita Stwosza, Celtesa i Canaletta. A gdzieś w połowie Gierkowej dekady ni stąd niż zowąd trzasnęła o polską ziemię
butelka z Porterem.
Trzasnęła, rozlewając całą swą zawartość. John Porter wyjechał z Wielkiej Brytanii i, imając się różnych zajęć, przemieszczał na mapie coraz bardziej na wschód. W 1976 roku wjechał do Polski. Na świecie dogorywała epoka hipisowska, u nas ZOMO tworzyło pierwsze „ścieżki zdrowia” – w Ursusie i Radomiu. Iluzoryczna wolność lat 70. skurczyła się bardzo mocno, a jednocześnie na zgnuśniałym rynku muzycznym szykowała się najpotężniejsza w historii erupcja wulkanu. I w taką krainę wjechał Walijczyk, miał problem w ogóle się dogadać, bo mało kto umiał sklecić parę zdań w języku Szekspira, a on sam do dziś mówi po polsku na swój wyjątkowy sposób – uroczo, ale niezbyt dobrze (wciąż rozbraja mnie jego zapowiedź przed pierwszą piosenką na Magic Moments: „Ja musze jakieś pewne numeri grać, to znaczi raczej nowi metirjel, bo to nie ma po co mieć nowe płyta i stare numeri. (…) A, tu jest takie ładne barykada przed sceną – to jest dla wasze bezpieczenstwa, nie moje”).
Zanim to jednak nastąpiło, między 1977 a 1979 rokiem współpracował z Markiem Jackowskim i Korą, tworząc kolejne wcielenie Maanamu – Elektryczny Prysznic. Ich drogi się rozeszły, trudno ustalić, na ile było to sterowane przez pewnych ludzi, na ile przypadkowe. Dość, że na pewien duży
plenerowy koncert we Wrocławiu w 1979 roku
z całej trójki dojechał tylko John. Szybko podsunięto mu propozycję, by zagrał z elektrycznym składem – znanymi już muzykami: Aleksandrem Mrożkiem i Kazimierzem Cwynarem, którzy coraz mniej chętnie udzielali się w 2 plus 1, oraz bluesowym perkusistą Leszkiem Chalimoniukiem. Chwyciło. Szybko powstał materiał demo, z którym zaprzyjaźniony z Porterem Tomasz Tłuczkiewicz uderzył do Wifonu. Decyzja o nagraniu płyty zapadła natychmiast (w czasach, gdy zespoły czekały na fonograficzny debiut całymi latami). Nagrania zrealizowano w rozgłośni Polskiego Radia w Opolu i…
Lawina ruszyła. Na Wyspach rokendrolowy mainstream ustępował pola szalejącemu punkowi, a u nas po latach posuchy młode zespoły w niespotykanej dotąd liczbie zaczęły szturmować wszystkie te miejsca, dzięki którym można było jakoś zaistnieć. Czas pierwszej Solidarności sprawił, że te kanały otwarły się niespodziewanie bardzo szeroko. Płyta Helicopters Porter Bandu rozpoczyna ten pochód nowej muzyki.
Nowej? Jeśli nieżyjący już niestety Irlandczyk Phil Lynott śpiewał I’m The Rocker, to w wydaniu walijsko-polskim zabrzmiało to
I’m Just A Singer.
Nie było to nic skomplikowanego. Trochę klimatów folkowych, na których wychowywał się lider zespołu, wpływ bardziej amerykańskiego niż brytyjskiego punku, ale głównie porządny, gitarowy i bardzo jednocześnie melodyjny rokendrol. Jak bardzo publiczność nad Wisłą była spragniona takiego grania! Fenomen tego krążka tkwi – śmiem twierdzić – właśnie w jego prostocie. Dziś, w ponad trzydzieści lat od nagrania tego materiału, brzmi on znów, mimo pewnych niedomagań realizacyjnych, świeżo, dobrze znosząc upływ czasu. A dwadzieścia-piętnaście lat temu wydawało mi się, że trąci nieco myszką.
Parę rzeczy skupiło się w tej kapeli jak w soczewce. Oto Brytyjczyk, który postanawia tworzyć w Polsce, z Polakami u boku. Śpiewa, co oczywiste, świetnie po angielsku – w odróżnieniu od niektórych rodzimych wokalistów, którzy tego próbowali. Wszyscy członkowie zespołu mieli już za sobą paroletni staż estradowy, umieli grać, więc to nie jest materiał spod znaku pierwszych wprawek, lecz nagrany przez dojrzałych już muzyków (Porter urodził się w 1950 roku). I to wszystko było
takie nowe, takie świeże
na wygłodniałym rodzimym rynku. Dostatecznie nieskomplikowane, by zagwarantować sukces komercyjny, zdecydowanie dość dobre, by stanowić właściwy punkt odniesienia, swoisty azymut dla krajowych debiutantów mnożących się jak grzyby po deszczu.
Zespół działał krótko. Zaraz po nagraniu wspomnianego albumu doszło do zmiany bębniarza – nowym został Wojciech Morawski (później w kapeli Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys i Voo Voo). W tym składzie zarejestrował w 1980 roku materiał koncertowy (z premierowymi, bardziej nowofalowymi w klimacie piosenkami). Tytuł – Mobilization – sprawił jednak, że cenzura zrobiła swoje i album ukazał się dopiero w 1982 roku. Wtedy zespół już nie istniał, do czego walnie przyczynił się stan wojenny.
John Porter, z przerwami, obecny jest na naszych scenach do dziś. Ale to dzięki dwóm pierwszym krążkom, a w szczególności Helicopters, zapisał się złotymi zgłoskami (no to co, że po angielsku?) w historii polskiego rocka.
