W rocznicę śmierci JJ Cale’a

the_breeze

W jaki sposób przyjaciele i kumple zmarłego muzyka mogą go uhonorować, wspomnieć? Na przykład nagrać płytę z jego piosenkami. Nic w tym złego, przecież zrobili to, co robią całe życie, to, co potrafią robić najlepiej. Zanim jednak komuś przyjdzie do głowy wzruszyć ramionami nad zwykłością tego faktu, warto raz jeszcze uświadomić sobie parę rzeczy.

[more]

JJ Cale zmarł 26 lipca ubiegłego roku. Był i pozostanie jednym z 

gigantów bluesa.

To bezdyskusyjne, choć uwzględniwszy biały kolor skóry Amerykanina, wciąż nie całkiem oczywiste. Fenomen zjawiska nie tkwi w technice, bo szczególną biegłością palców JJ się nie odznaczał. Jeśli mimo to jest zaliczany do grona najwybitniejszych gitarzystów, wynika to raczej z prostoty, niezwykle oszczędnego sposobu grania, wydobywania z instrumentu tylko niezbędnych dźwięków.  Z porażającej lekkością americany – połączenia bluesa z klimatami country i folk.

Towarzystwo, jakie zebrał Eric Clapton, zacne jest wielce i nie od wczoraj znane miłośnikom muzyki: Christine Lakeland (prywatnie: żona Cale’a), Willie Nelson, Mark Knopfler, Tom Petty, Don White, John Mayer, Albert Lee, Nathan East, Jim Keltner, Doyle Bramhall II – by wymienić tylko niektórych – a więc arcymistrzowie i mistrzowie grający dla arcymistrza. 

W związku z tym nie ma tu 

żadnej napinki,

nikt niczego i nikomu nie musi udowadniać. Świat pędzi do przodu, w muzyce kolejne pokolenia próbują dorzucić swoje co nieco do góry znaczących osiągnięć, a coraz starsza gwardia uzupełniana tu i ówdzie młodziakami trzyma się mocno i – najwyraźniej – coraz chętniej razem. Lata lecą, kto nie przepadł we mgle czasu – nie zapił się, nie zaćpał, nie zginął w wypadku samochodu, motocykla, samolotu czy helikoptera, opiera się chorobom, ten coraz częściej podpisuje listę obecności w swojej grupie, bo okres sygnalizowania odrębności, wyjątkowości, budowania własnej pozycji na rynku ma już za sobą, a ile jeszcze pozostało okazji do wspólnego grania, tego nie wie nikt. 

Niby jest tak, że album,

szesnaście piosenek,

pięćdziesiąt jeden i pół minuty, nie powala – ani za pierwszym, ani za trzecim razem. Nie ma na nim nic, czego byśmy nie znali, niczym nie zaskakuje. A jednak wielka uroda piosenek, ich wspaniałe wykonania są jak narkotyk – wciągają, sącząc się niespiesznie do ucha, proponując podążanie za sobą każdemu, kto z bluesem choć trochę miał do czynienia. JJ Cale pewnie nie raz uśmiechnął się po tamtej stronie, słysząc, co robią w studiu jego znajomi, jak brzmią jego kompozycje. Nie majstrując zbytnio przy oryginalnych wersjach, zagrano te pieśni w sposób znamionujący najwyższą klasę.

Przy większości dzieł, także płyt, w chwili ich objawienia się światu mało kto klęka. Ale istnieją wśród nich takie, które są już długo z nami bądź – jeśli dopiero co ujrzały światło dzienne – pozostaną z nami przez lata. Nie mam wątpliwości, że ten krążek jest jednym z nich.

(Eric Clapton & Friends – The Breeze. An Appreciation of JJ Cale, 2014)

[W NaTemat: 8 sierpnia 2014]

ZaGrammy to jak zwykle po swojemu – JJ Cale & Eric Clapton: The Road to Escondido, 2006

Jako wychowanek radiowej Trójki raz po raz sprawdzam swoje stare i nowsze ślady na katowickiej częstotliwości 99,7 MHz. Wychodzi na to, że moje muzyczne upodobania, kształtowane przed laty przez Piotra Kaczkowskiego, są dziś dość odległe od klimatów wciąż bardzo obecnych w programach redaktora. Nie przesadzając z wpływami, bo to w moim wieku po prostu niemożliwe, już od dawna znacznie bliżej mi do propozycji Wojciecha Manna. Wielokrotnie zabarwionych niegdysiejszym „Bielszym odcieniem bluesa”, kiedyś – wspólnym dziełem jego i Jana Chojnackiego.

[more]

Bliżej do źrodeł rokendrola,

do nieskomplikowanego gitarowego grania, które – w moim odczuciu – lepiej znosi upływ czasu niż uwznioślające próby progrockowe. Świetne kiedyś, w swych pierwszych i najlepszych realizacjach, ale dziś zwykle nieświeże i pretensjonalne. Bliżej do źródeł, choć niekoniecznie do bluesa w czystej postaci.

Lay Down Sally, czyli piosenka z płyty Slowhand (1977), zaprezentowana przed laty przez P. Kaczkowskiego, wydała mi się, nastolatkowi, błaha i zupełnie na aucie rockowych dokonań. A dziś jest tak, że wciąż lubię, jak band dosypie do pieca, ale coraz bardziej pomlaskuję z zachwytu nad takim, bez przeproszenia, popierdalaniem Knopflera czy Claptona. A ten ich luz to – najwyraźniej – patent nieodżałowanej pamięci JJ.

Na The Road to Esondido składa się

czternaście utworów,

dwanaście z nich to kompozycje Cale’a, pod dwiema, raz jako współautor, podpisany jest Clapton. A więc znane proporcje. E. C., wiadomo, jako instrumentalista jest majstrem z tych najprzedniejszych. Tyle że od dawna już nienadużywającym, także ślizgania się po gryfie. Dzięki temu lekkie i zwiewne piosenki JJ zyskują rys gitarowego mistrzostwa, nie tracąc nic ze szlachetnej prostoty i łagodności. Plejada gwiazd wśród sajdmenów tak samo doskonale wie, jak należy wykonać swoją robotę.

Efekt jest wspaniały,

zdecydowanie ponadczasowy, godzien tej jednej jedynej Grammy, jaka stała się udziałem Cale’a – w 2008 roku. Wchodzimy w świat dźwięków daleki od wypełnionych terminarzy, szalonego tempa wielkich miast, hałasu klaksonów i wykrzykiwanych przekleństw. Co prawda tylko na niespełna godzinę, ale jak to dobrze, że byli i ciągle wśród nas są tacy, którzy z ucieczki od zgiełku potrafili i potrafią uczynić sposób na życie. Bo to właśnie dzięki ich muzyce my sami możemy codziennemu wariactwu uszczknąć kwadranse smakowitego wyciszenia.



Muzycy odchodzą, muzyka zostaje – zmarł JJ Cale

Są tacy muzycy, kompozytorzy, którzy nie odnieśli szczególnego komercyjnego sukcesu, natomiast cieszą się wielkim poważaniem kolegów po fachu. Często tych, którym udało się zyskać wielki rozgłos i trwałą pozycję w branży. Kimś takim od lat jest JJ Cale. Jest i pewnie będzie przynajmniej tak długo, jak żyć będą ci, dla których stanowił inspirację, którzy rozsławili napisane przez niego piosenki, którzy wciąż je grają na swoich koncertach. Jest i będzie, choć od 26 lipca o nim samym mówimy w czasie przeszłym.

[more]

Amerykański gitarzysta, kompozytor i autor tekstów John Weldon Cale urodził się 5 grudnia 1938 roku. Grał właściwie wszystko: rocka, bluesa, a nawet jazz. Nagrywał i występował z największymi. Przede wszystkim z Erikiem Claptonem, który rozsławił jego <em style="font-family: Verdana; text-align: Cocaine i After Midnight. Z Neilem Youngiem, który nazwał go najwspanialszym, obok Hendriksa, gitarzystą rockowym. Do inspiracji jego grą i twórczością przyznawali się tak różni twórcy, jak Mark Knopfler, Brian Ferry czy Carlos Santana.

Mimo że jego debiutancki singiel ukazał się w 1958 roku, dopiero czternaście lat później, w 1972 roku, światło dzienne ujrzał pierwszy album artysty. Otwierał go Call Me The Breeze, który wkrótce potem stał się jednym ze sztandarowych numerów Lynyrd Skynyrd. Łącznie Cale wydał nie za dużo, bo czternaście studyjnych płyt. I zaledwie jedną koncertową – w 2001 roku. Za nagrane wspólnie z Claptonem dzieło – The Road To Escondido (2006) – otrzymał dwa lata później Grammy za najlepszy album bluesowy. Na płycie Mr. Erika, Old Sock, zagrał po raz ostatni – we własnym utworze Angel.

To, że Clapton stał się Slowhandem, dokonało się z pewnością pod niemałym wpływem Cale’a. Prostota, zredukowanie artystycznych środków wyrazu tylko do tych absolutnie niezbędnych – to coś, co stało się bardzo bliskie Markowi Knopflerowi, zwłaszcza w okresie po rozwiązaniu Dire Straits.

Ludzie odchodzą, muzyka zostaje. Czasem, w dobrym wyborze na płycie, do kupienia za niewielkie pieniądze. Bo chodzi nie tylko o te najsłynniejsze, ale też na przykład o takie kawałki, jak Magnolia, Crazy Mama, Hey Baby czy Change Your Mind. Uroda tych i wielu innych piosenek warta jest znacznie, znacznie więcej… 

Co można znaleźć w starej skarpecie? – Eric Clapton, Old Sock, 2013

Jakby ktoś czterdzieści parę lat temu, a nawet znacznie później, powiedział, że rockowi wymiatacze nagrywać będą takie płyty, stukalibyśmy się w czoło. Muzyka, która jak żadna wcześniej, gwałtownie, prądem i decybelami, protestowała przeciw zastanemu porządkowi, sama sklasyczniała. Tak jak jej najsłynniejsi przedstawiciele, którzy nie tylko nie boją się Boga, ale i fanów. Bo wiedzą, że na nowych już specjalnie liczyć nie mogą (i chyba im szczególnie na tym nie zależy), a dawni starzeją się tak samo jak ich idole. I tak samo, w większości, łagodnieją z wiekiem.

[more]

I trudno nie zauważyć przy okazji tego krążka pewnej prawidłowości, wpisywania się w pewne szersze zjawisko – Clapton zrobił płytę bardzo podobną m. in. do tej McCartneya sprzed roku. Tam zresztą zagrał staremu kumplowi-Beatlesowi w dwóch kawałkach, teraz doszło, co prawda w jednym tylko numerze, do rewanżu. Obaj panowie sięgnęli po

piosenki sprzed wielu dziesiątków lat,

także tych z czasów przedrokendrolowych. U Mr. Erika sąsiadują ze sobą Gershwin, Tosh i J.J. Cale. Ten ostatni pojawia się teź osobiście, śpiewając i grając na gitarze we własnej kompozycji z 1981 roku, Angel. Od nazwisk może zakręcić się w głowie: Chaka Khan, Steve Winwood, Steve Gadd, Chris Stainton, Jim Keltner, Taj Mahal i wielu innych.

Niechętnych i obojętnych wobec Slowhanda ten album nie przekona, starzy fani powinni być zadowoleni. Ja sam, przyznam, do gorących wyznawców Claptona nie należę. Bluesbreakers, Cream, Blind Faith, Derek and The Dominos – owszem, ale potem zrobiło się – w moim odczuciu – mniej interesująco, choć pojawiały się też takie cudeńka, jak Unplugged.

Clapton właściwie zaniechał komponowania,

klejąc swoje kolejne płyty z materiału pisanego przez innych. Cokolwiek jednak mówić, jest artystą tej miary, że zawsze odciskał na tych utworach bardzo wyraźne i charakterystyczne, rozpoznawalne natychmiast piętno.

Nie inaczej jest w przypadku Old Sock, na której podpisany jest tylko pod jedną piosenką, a resztę wziął skądinąd. Jest to jednak granie bardzo wytrawne. Stonowane, oszczędne w stosowaniu środków artystycznego wyrazu – dlatego podobają mi się nawet kawałki reggae, których jest parę na tym albumie, a za gatunkiem tym szczególnie nie przepadam. Bardzo pięknie brzmi też Claptonowska wersja Still Got The Blues Garry’ego Moore’a, wydobywająca z zajechanego dość numeru subtelność i, po prostu, piękno.

Album bez zaskoczeń,

granie raczej dla starych. Bo oni (znaczy tacy jak ja) bardziej skłonni są używać muzyki nie tylko do ładowania akumulatorów, ale i wyciszenia. Jest jednak w tej płycie – nie pierwszej i nie ostatniej nagrywanej przez rockmanów pozornie od niechcenia, przy okazji – wyraźnie odczuwalna wielka maestria. Trzeba naprawdę bardzo dobrze władać instrumentami, by efekt końcowy był właśnie taki. To granie tych, którzy niczego już udowadniać nie muszą, bez jakiejkolwiek napinki, a ich kunszt objawia się jakby mimochodem.