A Irlandia jest taka zielona… Przed U2 byli Thin Lizzy, a przed Thin Lizzy – Them*. Przed Jimem Morrisonem był van Morrison.
Z jednej strony decydując się spośród wielu na cover Doorsów, idę po linii najmniejszego oporu. A z drugiej – czy ten wybór trzeba jakoś szczególnie uzasadniać?!
[more]
1964 rok. Jeden z najwspanialszych singli w historii rocka: na stronie A – Baby, Please Don’t Go, na stronie B – właśnie Gloria. Jezus Maria, jeśli się zastanowić, co robili wtedy Beatles, Rolling Stones, Kinks i Who, to kawałek Them powoduje jeszcze większe dreszcze, jeszcze większe uznanie. Atak wokalny van Morrisona to ówczesna ekstraklasa, a natarcie gitar, aranżacja tego utworu, wszystko, co dzieje się w środku – to powiew rockowego geniuszu. Ten utwór nic a nic się nie zestarzał.
The Doors – pozornie – podeszli do tematu na miarę swoich czasów: podręcznikowo odegrali oryginalną wersję. Jednak jak chwilę pomyśleć – to po jakie licho jedna rockowa kapela ma majstrować przy fantastycznym numerze innej rockowej kapeli? Czy nie wystarczy, jeśli zagra go równie świetnie? Zdecydowanie wystarczy. Jak jeszcze dosypie – bagatela! – tyle mocy, psychodelii i wyuzdania. Po prostu – znowu – geniuszu. Jednocześnie też – zamykając drogę innym chętnym, by po takich tuzach zrobić to kolejny raz w podobny sposób.
Na rejestrację płytową wersji Doorsów czekaliśmy długo, bo do 1983 roku. Wtedy ukazał się koncertowy Alive She Cried. Z taśm w paru przypadkach wydawałoby się, że nie do odratowania, w cyfrowej obróbce wyciśnięto pełen blask mistrzowskich wykonań. Gloria (zapis z próby przed występem) w tym zestawie lśni blaskiem największym…
_____
* Z jednym istotnym zastrzeżeniem: podziału tego kraju i faktu, że dwa pierwsze wymienione zespoły wywodzą się z Dublina, a Them z Belfastu.
Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.
[more]
Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.
Na jedyny taki w historii,
rokendrolowy ferment
– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.
Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się
sposobem na życie.
Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.
Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.
Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?
Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”
otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.
„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.
Ta płyta to bardzo dobry powód, by uświadomić kolejny raz – przede wszystkim sobie, ale i Wam, że na co dzień zajmuję się innymi sprawami, że muzyka to „tylko” pasja. A co za tym idzie, nie mam poczucia, że muszę co najmniej nieźle orientować się we wszystkich, najlepiej, gatunkach muzyki pop. Otóż nie orientuję się i nie chcę orientować. Nie mam potrzeby bezustannego trzymania ręki na pulsie, obserwowania wszelkich zjawisk muzycznych.
[more]
Natomiast nie ukrywam, że wiele neofickiej radości sprawia mi zarówno poznawanie nowej muzyki, jak i wciąganie na listę obserwowanych tych wykonawców, którzy wcześniej mnie nie interesowali – szczególnie albo wcale. I oto, za sprawą jakiejś płyty, niekoniecznie nowej, stwierdzam, że moje ucho przyswaja zawarte na niej dźwięki bez szczególnej trudności, a wręcz z dużą radością.
Niech mi więc wybaczą ci, którzy są wielbicielami talentu Cave’a od lat. Nie będąc w stanie wypowiadać się na temat wcześniejszych jego dokonań, świeżą i – powtórzę – neoficką głową wyrażę swój
zachwyt nadtegorocznym albumem
i rzucę parę skojarzeń.
Pozostanę wpierw na Antypodach: Michael Hutchence, nieżyjący już pierwszy frontman INXS. Coś podobnego słyszę w obu głosach. Gdy natomiast chodzi o nastrój, myślę o Peterze Gabrielu: tak samo niespieszne nuty, wyciszenie, smutek i nostalgia. I zaraz van Morrison: niby piosenki, a przecież smaku i klasy w nich tak wiele.
Robię skok przez Atlantyk, by śpiewanie Cave’a, momentami bliskie melorecytacji, przyrównać do tego, co robi Lou Reed. I by wreszcie dojść do sedna, czyli
Jima Morrisona i The Doors.
Tu już klimat muzyki i barwa głosu budzą ewidentne skojarzenia. Można sobie nawet bez większego trudu wyobrazić, że – tak samo jak van Morrison – Jim, gdyby żył, mógłby przejść podobną drogę: od buntu, gwałtowności rokendrola, krzyku i hałasu gitar do goryczy wyśpiewywanej i zagranej przy użyciu, pozornie, minimum środków. Pozornie, bo w tej oszczędności kryje się wielki kunszt i wyrafinowanie.
Z biegiem lat rock zdaje się zagarniać coraz więcej zupełnie nie-rollowej przestrzeni. Już Beatlesi uświadomili światu, że formuła tej muzyki będzie znacznie szersza, niż się początkowo zdawało, i wcale nie taka powstająca w oderwaniu od wielowiekowej tradycji muzyki tzw. poważnej, a jeszcze bardziej
piosenki.
I właśnie przy okazji tej ostatniej niniejsza refleksja: kto z niemłodych fanów szarpidructwa wychowanych na wzmacniaczach mocy, kto z tych, co toczyli codzienne boje z pokoleniami rodziców i dziadków o wartość rokendrola – przy stole, przy uchylonych drzwiach do swego pokoju i już samym tylko spojrzeniu na przykład ojca mówiącym: „Czego ty, u licha, słuchasz? Przycisz to!”, więc kto z nas dziś niemłodych pomyślał przed laty, że mistrzowie rocka nagrywać będą takie płyty – jak van Morrison właśnie, jak McCartney w ubiegłym czy Clapton w tym roku? I że, o zgrozo!, będziemy je kupować, słuchać ich, wieloma z nich się zachwycać? Że takie granie pozostanie w obszarze zainteresowań miłośników rokendrola zdecydowanie bardziej niż wyznawców piosenki francuskiej czy wloskiego belcanta? I że Nick Cave jeśli pojawi się w Polsce na festiwalu, będzie to nie Sopot, lecz gdyński Open’er.
Push The Sky Away to dziewięć niezwykłej urody pieśni. Powtórzę: niespiesznych, wyciszonych, subtelnie zaaranżowanych, pięknie zagranych i zaśpiewanych. Któryż to już raz w ostatnim czasie doceniam czterdziestoparominutowy
rozmiar M płyty!
Łatwiej to ogarnąć, docenić, że z sesji nagraniowej pozostał tylko crème de la crème. Płyta się kończy, a ja, zasłuchany i oczarowany, mam ochotę znów wcisnąć „play”.
Nad poszczególnymi numerami zatrzymywać się nie będę. Z jednym wyjątkiem – czwartego na płycie Jubilee Street. To on, w sposób szczególny, kojarzy mi się z TheEnd Doorsów, jest taką jakby późniejszą jego wersją – łagodniejszą, stonowaną. Ten właśnie utwór uruchomił we mnie szukanie tropów. One są, ale pośród tych najlepszych. Bo nowy album Nicka Cave’a też do najlepszych – i kto wie, czy tylko w tym roku – zaliczyć należy.
Zawsze kiedy umierają ludzie znani, lubiani przez nas, cenieni – świat robi się mniejszy i smutniejszy. Gdy te śmierci dopadają nas w odstępie kilku dni – ból jest jeszcze większy. I świadomość, że skoro odchodzą, to i my, ich wielbiciele sprzed wielu już lat, też młodzi nie jesteśmy. Nasze autorytety i nasi idole w coraz większej grupie są już „tam”. Biologia jest bezwzględna i nieubłagana.
[more]
Dopiero co mieliśmy możliwość obejrzeć w sobotnie wieczory w TVP Kultura historię powstania pierwszego, a potem ostatniego albumu The Doors – L.A. Woman – wydanych za życia Jima Morrisona. Wielki zespół, dwie najlepsze płyty w jego dorobku. Wspaniałe opowieści całej trójki: Raya Manzarka, Robbiego Kriegera i Johna Densmore’a.
I kolejny raz rodzi się pytanie, ile trzeba, by przejść do historii? I drugie, jakiż ta historia przybierze ostatecznie kształt? Tych czterech starannie wyedukowanych młodych ludzi intensywnie działało ledwie parę lat. Wszystkie ważne nagrania powstały w okresie 1967-1970. To, co po śmierci Morrisona zrobili trzej panowie, nie może się już równać skalą dokonań z twórczością The Doors. No i druga kwestia – co zostanie z rokendrola za kolejnych pięćdziesiąt lat? Wydaje się, że wiele z tego, co dzisiaj, ale czy na pewno? Jeśli Chuck Berry, Beatles, Rolling Stones, Dylan czy Doors przetrwali próbę ponad lub niemal półwiecza, to może ostaną się także w przyszłości jako ci z grona najważniejszych?
Ray Manzarek, wnuk polskich emigrantów urodzony w 1939 roku, zmarł wczoraj w Niemczech. Każdy, kto miał okazję popatrzeć na zapisy z koncertów słynnego kwartetu, musiał zapamiętać jego charakterystyczną sylwetkę. Kwadratowa szczęka, okulary, spokój – intelektualista przy klawiaturze. I ten klawiszowy bas, który obsługiwał jedną dłonią, drugą wyczyniając niezłe hołubce na organach. W pięknym Hyacinth House przypomniał o swych korzeniach, cytując Chopina.
– Hej, staruchu!
– Hej, Ray, jak się masz?
– Świetnie. Myślałem, że pojechałeś do Nowego Jorku.
– Nie, zostałem tu (…). Piszę…
– Piszesz? A co piszesz?
– O, nic takiego. Po prostu piosenki.
– Piosenki? – ucieszył się Ray. – Zaśpiewaj mi jakąś.
Jim usiadł na piasku. Ray ukląkł naprzeciw niego. Jim zaczął się kołysać, wyciągając ręce na boki i przesypując piasek między palcami. Przymknął oczy. Wybrał pierwsze wersy Moonlight Drive. Słowa popłynęły powoli i wyraźnie:
Popłyńmy do księżyca / ooch
W górę, po fali przypływu
Zanurzmy się w wieczorze, tam
Gdzie we śnie kryje się miasto…
Kiedy skończył, Ray wykrzyknął:
– To najlepsze cholerne teksty, jakie słyszałem! Chodź, założymy zespół rockandrollowy i zarobimy milion dolarów!
– Otóż to – odpowiedział Jim. – Właśnie o tym myślę przez cały czas.*
Czy są już po pierwszej od lat próbie? I jaką tym razem piosenkę Jim zaśpiewał Rayowi?
_____________________
* Fragment książki Nikt nie wyjdzie stąd żywy Jerry’ego Hopkinsa i Danny’ego Sugermana. Polskie wydanie w przekładzie G. Grątkowskiego. Britannica Press & Education 1992.
Czas mojej pierwszej, największej fascynacji twórczością The Doors przypada na lata studiów. W 1983 roku ukazał się, wyczarowany z zakurzonych półek i piwnic rewelacyjny koncertowy album Alive She Cried. Pierwszy chyba taki – stworzony z nagrań, które jeszcze parę lat wcześniej z racji swej kiepskiej, delikatnie mówiąc, jakości, do niczego się nie nadawały. Początki obróbki cyfrowej, choć dziś mogące budzić uśmiech, pozwoliły te utwory doprowadzić do takiego stanu, że fani mogli tylko z radości przyklasnąć.
[more]
W 1986 roku z pobytu w Grecji przywiozłem L.A. Woman, potem nastał czas pirackich kaset (wysokiej już jakości), aż wreszcie, na początku lat 90., pierwsze CD tego kwartetu pojawiły się w domowym zbiorze.
Doors to zespół, którego rolę w dziejach rokendrola trudno przecenić. Zaledwie kilka lat intensywnej działalności, ale mnóstwo znakomitej muzyki. No i legenda Jima Morrisona – świetne teksty, szaleńcze tempo życia, zdrowie nadwerężane alkoholem i narkotykami, wreszcie śmierć w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach – to dostatecznie wiele, by pamiętać o zespole i wciąż wracać do jego płyt.
I oto otrzymujemy kolejny prezent –
zapis występu z 5 lipca 1968 roku,
w dodatku w wersjach audio i wideo. Z lipca 1968, a więc momentu, gdy zespół wydaje swoją trzecią płytę, Waiting For The Sun.
Tegoroczną „nowość” nabyłem jakiś miesiąc temu. Przesłuchałem kilkunastokrotnie, ale ani razu w pełnym skupieniu, ze słuchawkami na uszach. I może dobrze, bo na film w Multikinie jechałem z nadziejami, że tę muzykę usłyszę inaczej. I, ku mej radości, tak się stało.
To niesamowite, co technika pozwala dziś zrobić ze starymi taśmami. Wspaniale oczyścić dźwięk, pozbawić go pierwotnych szumów, przekleić z innych koncertów brakujące fragmenty. Obraz, skromny, z pięciu kamer, pierwotnie analogowy, także uczynić takim, że absolutnie nic nie dokucza w 2012 roku. Czy te zabiegi są uprawnione, czy z niekompletnego zapisu sklejając całość, nie tworzymy swego rodzaju monstrum, jakiegoś muzycznego Frankensteina (nad czym zastanawiał się ostatnio Bartosz Chaciński przy okazji omawiania opublikowanego zapisu koncertu The Who w Hull). Trzeba chyba zapytać, czemu to ma służyć – tylko mamonie czy czemuś więcej? Jeśli w historii roi się od wydanych książek, których autorzy nie zdążyli z tych lub innych powodów ukończyć, książek mimo to nieraz obwołanych arcydziełami, to dlaczego odmawiać prawa do podobnego zabiegu w przypadku muzyki? Zwłaszcza jeśli efekt końcowy zdecydowanie służy sztuce i dostarcza wzruszeń jej konsumentom?
Koncert jest po prostu znakomity.
Proste środki, skromne instrumentarium (np. rozczulająco mały zestaw perkusyjny Johna Densmore’a), asceza na scenie – żadnej scenografii, świateł czy innych fajerwerków, które parę lat później stały się częścią rockowych widowisk – to wszystko sprawia, że mamy muzykę lat 60. w całej swej ostrości: albo ktoś umie grać, albo nie. I – jedno lub drugie – widać jak na dłoni.
Genialny zespół u szczytu formy. Drzwi percepcji otwarte na oścież, muzyka nieznająca żadnych granic. Odjazd zupełny. Ale dopiero obraz z tego koncertu wprawia nas w zupełne osłupienie. Co bowiem widzimy? Młodego człowieka przy mikrofonie. Wycofanego, zwykle nieobecnego, kłąb jakichś kompleksów, a jednocześnie znakomitego wokalistę i faceta o zdolnościach aktorskich. Z rzadka nawiązującego kontakt z publicznością, zwykle z przymkniętymi oczami albo wzrokiem uniesionym gdzieś wysoko.
Ray Manzarek z kolei cały czas pochylony, okładający swoje dwie klawiatury (jedną basową), czasem w chórkach wspomagający Morrisona. John Densmore, skupiony, ustawiony ze swymi bębnami na podwyższeniu, wydobywa z tak skromnej ich ilości zadziwiające nieraz dźwięki. Wydaje się, że gdyby nie bardzo przystojny, a – nade wszystko – świetnie grający na (dwóch na zmianę) gitarach Robby Krieger – wszystko by się rozleciało. On jeden sprawia wrażenie przytomnego. Popatruje, co robią koledzy, jakby kontrolując całość. Przez ponad siedemdziesiąt minut muzycy nie zamieniają ze sobą ani słowa, tylko raz widzimy, jak Morrison, uśmiechając się, podaje kubek spragnionemu Kriegerowi.
Psychodelia, odlot.
Każdy gra swoje, osobne – z pozoru. Bo to, co robią te cztery wielkie indywidualności, układa się w każdej sekundzie w porywającą całość, w najwspanialszą rokendrolową muzykę, jaką można sobie wyobrazić. Totalna improwizacja, kapitalne odejścia i powroty do głównego tematu.
Jeśli słuchając Doorsów mamy wrażenie, że wkraczamy w świat magicznych dźwięków, to należy zobaczyć zespół na ekranie, by zadziwić się jeszcze bardziej – widząc, w jaki sposób ta muzyka się rodzi. Jak to było możliwe – wtedy, w 1968 roku, blisko pół wieku temu, przy tak bardzo ograniczonych środkach, które muzycy mieli wtedy do dyspozycji? A jednak rock, za sprawą swych najbardziej utalentowanych przedstawicieli, na przełomie 60. i 70. lat wydał na świat największe dzieła. Ten koncert jest jeszcze jednym na to dowodem.
Wreszcie posiadana na płycie CD – zremasterowanej, z trzema bonusami. Pierwsze odpalenie jeszcze w samochodzie. Nie wiem, ile lat minęło od ostatniego włożenia kasety z tymi nagraniami do wieży, bardzo wiele. Ale dla takich doznań muzycznych pewnie warto sobie takie (mimowolne) przerwy zrobić.
To było coś zupełnie porażającego.
[more]
Magiczny 1967 rok, pierwszy spośród tych, które przyniosły wiele rockowych arcydzieł. Pierwsza płyta Doorsów bez wątpieniado nich się zalicza. Siła rażenia jest ciągle olbrzymia, aż trudno uwierzyć, że wtedy można było tak grać. To przecież już ponad czterdzieści lat, dostatecznie długo, by oddzielić ziarna od plew. By mieć pewność, że Morrison, Manzarek, Krieger i Densmore mają swoje miejsce w historii muzyki. Ten krążek to jeden z kamieni milowych w historii rocka.
Właśnie w tamtym czasie zaczyna do ludzkości docierać, że coraz bardziej długowłosi grajkowie to nie tylko muzykanci podłączeni do prądu, że w rock’n’rollu chodzi nie tylko o hałas dotychczas niespotykany. Pojawiają się artyści – znakomici instrumentaliści, genialni kompozytorzy, wybitni wokaliści, którzy nie chcą już tylko śpiewać o tym, że on ją kocha, a ona go nie (lub odwrotnie). Rock, po kilkunastu latach, osiąga dojrzałość i szczyt artystycznych możliwości. Dzieje się to za sprawą pierwszego pokolenia, które żyje bez wojen (jeśli nie liczyć Amerykanów w Korei), ludzi urodzonych w większości już w latach czterdziestych. Dzieje się to za sprawą Amerykanów, którzy chcą bawić się, grać muzykę, uprawiać seks, którzy chcą żyć, a nie ginąć za dziwne sprawy dziwnych ludzi, gdzieś daleko – w Wietnamie. Młodzi Brytyjczycy natomiast zachłystują się muzyką czarnej Ameryki – bluesem – czerpiąc z niej inspirację, przetwarzając i budując na jej podstawie coś o zupełnie nowej jakości, coś po prostu wspaniałego.
Debiut The Doors: granie na wskroś nowoczesne, świetnie zaaranżowane, z genialnymi kawałkami kończącymi strony analogowego wydawnictwa – Light My Fire i The End. Był dopiero 1967 rok – rozmach czasowy i aranżacyjny tych utworów, brawurowe, wirtuozowskie solówki Manzarka i Kriegera – to coś absolutnie pionierskiego. W tym zestawie jedyny znak tamtych czasów – I Looked At You – brzmi po prostu wzruszająco. Doors popchnęli muzykę rockową tak niewiarygodnie mocno do przodu. Z piosenek stworzyli poważne utwory muzyczne, grając we trzech (Morrison przecież śpiewał) zabrnęli w rejony właściwie dziewicze – choć nie sposób oczywiście zapomnieć o np. Jefferson Airplane. Z rock’n’rollowego grania uczynili sztukę przez duże „S”. Osiągnęli to w sensie czysto muzycznym, nie szokującym nowatorstwem brzmieniowym (jeśli nie liczyć klawiszowego basu), nie eskalacją decybeli czy tempem grania – nie, pozostali jakby w strukturze piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, ale „zakręcili” te utwory nieprawdopodobnie: sajkedelik w czystej postaci. (Parę lat później pojawia się podobna grupa, choć w odróżnieniu od Doors daleka od rockowego mainstreamu – Steely Dan. Tu odkrywcze było pójście w stronę jazzu, ale przecież jednak wciąż należy mówić o piosenkach). Manzarek chyba czuł, co się święci, gdy w 1965 roku Jim M. wyśpiewał mu a capella, siedząc w kucki na plaży, Moonlight Drive. „To najlepszy pieprzony utwór, jaki słyszałem w życiu!” – miał powiedzieć. Nie jest więc dziełem przypadku fakt, iż wśród bonusów do tego krążka pojawiają się aż dwie wersje wspomnianego kawałka, który przecież zespół umieścił dopiero na drugim swoim albumie.
Wielka szkoda, że Morrison wpisał się do klubu „27”. L.A. Woman (1971) był znów znakomitym albumem, zespół muzycznie złapał drugi oddech. Dużo jeszcze dobrego mogło się wydarzyć. Ale z drugiej strony – czy można sobie wymyślić genialniejszą codę niż Riders On The Storm ?