Potęga smaku – Gov’t Mule

Weganie czy wegetarianie nie mają tu nic do roboty. Na stół wjeżdża jedenaście pełnokrwistych dań i w dodatku każde w dwóch wariantach do wyboru – z wokalem macierzystym na pierwszej płycie albo gościnnym na drugiej.

[more]

Wszystko już było,

ale – do jasnej gitary – co z tego?! Cały ten rockowy zgiełk to od lat bezustanne mieszanie określonej ilości puzzli, o czymś zupełnie nowym w tej formule już chyba nigdy nie będzie mowy. I dobrze, na zdrowie. Dawno doszedłem do tego, że w powieściach czy filmach o wiele bardziej od poszukiwań formalnych interesuje mnie opowiadana historia, a ta powinna mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. A metody prowadzące do celu mogą być różne: precyzyjnie odważone zdania w stylu Coetzeego czy Munro albo mięsiste akapity w rodzaju Konwickiego czy Pilcha.

Blogując od ponad roku, coraz rzadziej odczuwam dyskomfort, że całym sercem lgnę do starej muzyki. Albo do nowej zrobionej na dawną modłę. Jeśli są tacy, co wciąż pragną tak grać, to dlaczego ja mam się wstydzić, że moje uszy właśnie takie nuty kochają najbardziej?

Warren Haynes,

od dwóch dekad lider Government Mule, to moje pokolenie. Facet, który ma w CV lata grania w Allman Brothers Band i paru innych projektach, jako gitarzysta i kompozytor porusza się w szczególnie mi bliskich klimatach – rokendrola o zdecydowanie bluesowych korzeniach. Jest więc gitarowo, ale nie gwałtownie, a wielokrotnie wręcz znajdujemy się w okolicach ballady. Takim wspaniałym fragmentem jest na przykład blisko dziewięciominutowy Captured, w którym zaskakująco wyraźnie pobrzmiewają floydowskie Shine On You Crazy Diamond pomieszane z Any Colour You Like, z końcową solówką, która od Gilmoura prowadzi gdzieś w pobliże Santany.

Pięknie brzmi też smakowicie zbudowana na reggae’owym rytmie Scared to Live. Echa Led Zeppelin słychać w Forsaken Savoir i Done Got Wise. W tym drugim jest też coś z klimatu nagrań Joe Bonamassy (wokal, wokal) – ale tu od razu „metrykalne” pytanie: kto kogo przypomina? W drugiej części Stoop So Low mamy wyraźny ukłon w stronę klasyka Everybody Needs Somebody To Love.

Tę zabawę w który fragment co przypomina można by ciągnąć dalej – skończę więc mrugnięciem oka: w przepięknym bluesie When The World Gets Small (znów trochę Santany i Bonamassy) wstęp jest taki, że podejrzewamy, że zaraz wejdzie Andrzej Krzywy ze słowami: „Kochać to nie znaczy”. Świetne jest też ostatnie jedenaście minut – nomen omen – Bring On The Music.

Płyty są dwie. Na drugiej dostajemy takie „the other kind of”. Te same numery zaśpiewane przez

znakomitych gości.

Są wśród nich Dave Matthews, Elvis Costello, Steve Winwood, Dr. John, Glenn Hughes i Ben Harper. Niby to samo, ale trochę inaczej.

Wszystko skądś znamy, wszystko już gdzieś kiedyś zostało zagrane. A jednak na stół dostajemy potrawę jak najbardziej świeżą, a nie jakieś  mrożonki z mikrofali. Warsztat czterech muzyków jest powalający – gitara, klawisze, bas i perkusja cudownie swingują. Żadnego zadęcia, taniego efekciarstwa, liczy się tylko muzyka – luz i radość grania. Ot, potęga smaku.