Binder – rockmani w krawatach

binder_4

„Binder wzięty jest z gwary – chodzi o krawat, który jest częścią logotypu, jak i elementem naszej scenicznej garderoby. Oczywiście znaczenie z angielskiego też jest nam bliskie, bo muzyka to spoiwo, które łączy naszą czwórkę najmocniej”.

[more]

*

Pewien poeta powiedział przed laty, że sięganie po pióro po Homerze czy Mickiewiczu jest bezczelnością i porywaniem się z motyką na słońce. To prawda, jednakże dzięki tym próbom zamachów na świętości dokonywanym przez kolejne pokolenia sztuka trwa nadal, wyłaniając z zastępów liczących tysiące jednostki wybijające się ponad przeciętność, a czasem obdarzone talentem wielkiej próby.
I tak też jest w muzyce nie-poważnej (to przed laty tytuł stałej rubryki w kilku czasopismach – m.in. „Kulisach” i „Sztandarze Młodych” – wybitnego, nieżyjącego już dziennikarza Romana Waschki). Po Beatlesach czy The Doors trudno tu o

nowe wartości,

co jednak nie powstrzymuje tysięcy zapaleńców przed sięganiem po instrumenty.

*

Te refleksje powracają jak bumerang, gdy zdarza mi się słuchać debiutantów bądź wykonawców, którzy już dość dawno przestali być nastolatkami, a mimo to uparcie próbują odnaleźć swoją ścieżkę w muzycznym polu.

Przed 1989 rokiem problemem był sprzęt: odpowiedniej jakości instrumenty oraz nagłośnienie. Dziś to już „tylko” sprawa pieniędzy. Młodzi ludzie wychodzą na scenę – i najczęściej jest tak, że co najmniej przyzwoicie radzą sobie z obsługą gitar czy perkusji, a i piece też mają niezgorsze. Problemem jest co innego – jak zabrać się do autobusu wypełnionego po brzegi muzykantami wszelkiej maści, w którym jest tak ciasno, że trudno złapać oddech, a o staniu przy oknie, nie mówiąc już o miejscach siedzących, myśleć mogą tylko nieliczni szczęśliwcy. Reszta walczy, by dojechać do następnego przystanku, by nie wypaść na zakręcie przez niedomknięte drzwi. 
Co dzieli jednych od drugich? Materia to niewymierna, więc policzyć tych różnic się nie da, o zdefiniowaniu nie wspominając.

*
Ten wstęp po to, by podjąć próbę zmierzenia się (jednak!) i opisania spostrzeżeń dotyczących kwartetu o nazwie 

Binder.

Trzech panów – z Bielska-Białej, Chorzowa i Łazisk Górnych – którzy czasy szkolnej edukacji mają już za sobą, oraz młodsza od nich frontmenka rodem z Dąbrowy Górniczej (odkąd pojawił się Dawid Podsiadło, miejsce na muzycznej mapie Polski już nieanonimowe). Podzielenia się refleksjami z dwóch koncertów oraz zawierającej cztery utwory debiutanckiej, ładnie i starannie wydanej EP-ki. Od której się zaczęła się moja znajomość z zespołem.

*

Zacznijmy od wyjaśnienia nazwy kapeli. Mówi basista Krzysztof Sabuda: „Binder wzięty jest z gwary – chodzi o krawat, który jest częścią logotypu, jak i elementem naszej scenicznej garderoby. Oczywiście znaczenie z angielskiego też jest nam bliskie, bo muzyka to spoiwo, które łączy naszą czwórkę najmocniej”. 

*

Skoro mowa o języku, nie sposób nie zauważyć, że młodzi  radzą sobie dziś z językiem angielskim zdecydowanie lepiej niż starsze pokolenia kiedyś z rosyjskim. A początkujący muzycy, szukając sposobów na wyjście poza polski zaścianek, bardzo często zaopatrują swoje piosenki w teksty pisane w języku Dickensa i Eliota. Z jednej strony trudno się temu dziwić, z drugiej – coraz częściej nad Wisłą rozlega się 

wołanie o teksty

wyśpiewywane w rodzimym narzeczu, skoro wykonawcy są stąd i do ludzi stąd przede wszystkim kierują swój przekaz. Ale też zaraz potem zaczyna się marudzenie – że słowa jakieś nie te, jakościowo odległe od roboty mistrzów: Osieckiej, Młynarskiego, Nosowskiej czy Ciechowskiego. Że…

I taka też była moja pierwsza konstatacja dotycząca Bindera – nic to, że panowie potrafią naprawdę wiele, pierwszym wrażeniem były teksty, co tu dużo mówić, niewybitne. W których fraza „Biorę cię na język i szybko zasypiam” jest samotnym, białym żaglem na dość ciemnym póki co jeziorze. Może trzeba próbować pójść drogą zespołu Breakout i prostej, bluesowej poetyki Bogdana Loebla, co całkiem dobrze wyszło w, nomen omen, Bluesie (szkoda, że dla tego numeru – i dla Klocków – zabrakło miejsca na debiutanckim krążku)?

Następują jednak kolejne odsłuchania płyty i kolejne, znacznie już cieplejsze refleksje. Jeszcze raz K. Sabuda: „Formacja powstała wtedy, kiedy Maćki [Zyzak – gitarzysta i Nowak – perkusista – przyp. MG] postanowiły pójść w innym muzycznym kierunku, który porusza ich najbardziej – 

organiczne, analogowe, gitarowe brzmienia 

inspirowane latami 60. i 70. Ja znałem się wcześniej z perkusistą i zaprosił mnie do współpracy. Jak się okazało, nasze poglądy na sprawy okołomuzyczne dość mocno się pokrywają i to sprawia, że nie gramy =wszystkiego i niczego=”. 

Poddaję się więc sugestii wyśpiewanej w piosence pt. Aspi: „Nie oceniaj – patrz/Muzyka we mnie płynie”. No i? Moje ucho odnajduje tropy tyleż klasyczne, co grunge’owe, a bardzo solidny warsztat i brzmienie przywodzi na myśl najlepsze czasy panów Skawińskiego i Tkaczyka, czyli O.N.A. Tym bardziej że w barwie głosu Patrycji Porc nietrudno w studyjnych nagraniach doszukać się podobieństw do Agnieszki Chylińskiej – cokolwiek mówić, jednej z najbardziej przecież rasowych rockowych śpiewaczek w historii rodzimego rocka.

Dodam, ciągnąc dalej wątek wokalny – że ze zdziwieniem w czasie występów na żywo częściej dopatrywałem się podobieństwa raczej do Ady Rusowicz niż do Chylińskiej. Barwa barwą, to sprawa natury, natomiast pewne rzeczy złożyłbym na karb bardzo młodego wieku, sporej dozy nieśmiałości i braku odwagi, by częściej zaatakować gardłem. A obawy to chyba niepotrzebne, bo gdy Patrycja już to zrobi, jest naprawdę ciekawie. 

Podobnie – zdecydowanie za rzadko wspiera ją Krzysztof Sabuda, gitarzysta basowy (oj, daje facet po brzuchu, zwłaszcza jak przywali kostką po czterech strunach). Bardzo zgrabnie wypada cover Sunshine of Your Love Cream, któremu urody dodaje właśnie 

współbrzmienie damskiego i męskiego głosu.

Występy zespołu, jak sądzę, sporo by zyskały, gdyby częściej próbowali wspólnego śpiewu.
Sekcję uzupełnia Maciej Nowak (znany mi już z God’s Favorite Drug), solidnie nabijając rytm tych mocnych gitarowych riffów.

Gitara należy do Macieja Zyzaka. Może nie jest on fighterem w stylu młodego Claptona czy Page’a, lecz czuje się u niego starannie odrobione lekcje z historii rokendrola, zarówno z lat 60., na przykład z funkującego Hendriksa, ale też z tych okolic, gdzie hard rock zaczyna mieszać się z metalem. Solówki Zyzaka, po inżyniersku wycyzelowane i pozbawione zbędnego efekciarstwa, posiadają wielką zaletę: w obrębie jednej, kilkuminutowej piosenki nigdy nie gra ich tak samo, zawsze coś zmieni, coś doda, by uniknąć powtórzeń nuta w nutę tych samych sekwencji. A to dowodzi 
niemałej inwencji.

*

Wielkim zaskoczeniem dla mnie była informacja o tym, jak niewiele – póki co – grupa ma za sobą koncertów, a i miejsca zamieszkania członków kwartetu też wymagają wysiłku, by regularnie odbywać próby i opracowywać kolejne numery. Tym wyraźniej więc widać, że panowie mają już za sobą sporo lat grania, że warsztat umożliwia pokonywać te niedogodności.

Co dalej? To tyleż trywialne, co trudne pytanie. Ci ludzie wydają się zbyt normalni, za dobrze wychowani, by przeć bez pardonu do przodu. Zaś muzyka, która sobie szczególnie upodobali, nie odkrywa nowych przestrzeni. Jak to więc zrobić, by zaistnieć? Krzysztof Sabuda wspomina: „Juror jednego z przeglądów, w których braliśmy udział, powiedział, że nasza muzyka staro brzmi. W jego ustach był to zarzut, a dla nas – największy komplement”.

[W NaTemat: 10 stycznia 2016]