Krwi na stadionach piłkarskich nie brakuje, choć, jeśli mamy mówić o sporcie, to lepiej, aby jej nie było. Gitarzyści też nieraz do krwi zdzierali palce – na próbach i koncertach.

[more]
Potu, w obu przypadkach, również sporo. Choć przyznam, że jak patrzę na jego ślady na twarzach naszych piłkarzy, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest go więcej, zdecydowanie więcej niż umiejętności. Obserwowaniu ich występów od lat towarzyszy mi uparcie myśl, że w tej profesji ciągle tkwimy w komunie. (Właśnie zostałem ukarany za swoje refleksje – Błaszczykowski pięknym strzałem wykończył szybką akcję i mamy 1-1 w meczu z Rosją). Czy się stoi, czy się leży, od prezesa się należy. W wielu przypadkach poważna kasa za niepoważną pracę. Pot na koncertach to kolejna oczywistość, zwłaszcza gdy mamy – jak mawia Antoni Piekut – porządne łojenie, a nie żadne tam pitu-pitu.
Pozostają łzy. Męskie łzy. W kulturach europejskich to rzadki widok, płacz nie przystoi facetom. Sportowcy czasem, choć sporadycznie, płaczą. Po przegranym meczu, biegu, wyścigu. Po straconej szansie. Na scenie uronić łzę może chyba tylko kobieta, np. Edyta Geppert. Planta czy Claptona, nawet świeżo po stracie synów, chyba nikt płaczących nie widział.
No i, na koniec (Koniec! – triumfalnie wykrzyknął Dariusz Szpakowski. Czyżbym coś przeoczył albo obserwował inny mecz? Nie, chodzi o remis w meczu z Rosją. Panie Naczelniku, udało się! Ofensywa Rosjan powstrzymana na linii Wisły! To jest, chciałem powiedzieć, na linii pola karnego – poza jednym wyjątkiem).
Na koniec łzy na widowni. Najbardziej niesamowity obrazek to prawie dwieście tysięcy płaczących Brazylijczyków na Maracanie w 1950 roku po porażce z Urugwajem.
A mi bliska jest refleksja Andrzeja Stasiuka, który powiedział niedawno, że skoro człowiek się śmieje, to powinien też płakać. I zdarza mi się, przyznaję, uronić łzę, i zaraz, w zawstydzeniu, otrzeć ją ukradkiem. Na przykład przed laty na koncercie wspomnianego już Roberta Planta z Jimmym Page’em w Spodku, gdy zagrali stare, genialne kawałki Led Zeppelin. Czy całkiem ostatnio na U.K. w Krakowie, gdy w uszach zabrzmiała muzyka, na której się wychowywałem. Ale dotyczyć to może tylko muzyki mojego dzieciństwa i młodości
Jednak najbliższe jest mi doznanie wzruszająco-estetyczne związane z kobiecym ciałem. Kto nie rozumie, tego nawracać nie będę. Zupełnie jak w scenie z „Pułkownika Kwiatkowskiego”, kiedy Marek Kondrat wchodzi do sypialni i widzi piękne piersi śpiącej Renaty Dancewicz. Patrzy w zachwycie – i po chwili, wzruszony, zaczyna płakać.
*
Tak więc w sobotę z Czechami. Ciekawe, dawno już trzeci pojedynek grupowy naszych kopaczy nie był meczem o wszystko. Czesi, jak wiadomo z historii, bić się raczej nie potrafią i nie lubią. W tym należy upatrywać szansy dla naszych reprezentantów.
I mieć nadzieję, że sobotnie widowisko nie będzie także „Wielką Pardubicką”. Do której my wystawimy wysłużonego Poloneza, a rywale najnowszy model Octavii.
