Błazen i złodziej na wieży strażniczej

jwh1

Pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie płyty znalazł się jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki rockowej – „All Along The Watchtower”, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu.

[more]

*

W maju 1966 roku ukazuje się podwójny album Boba Dylana Blonde On Blonde, zawierający takie utwory jak I Want You czy Just Like A Woman. Dwa miesiące później muzyk ulega bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu i milknie na długie wtedy półtora roku. 

Psychodelia

opanowuje świat, do boju ruszają Jefferson Airplane, Grateful Dead, The Doors, Velvet Underground i Pink Floyd, The Beatles nagrywają Sierżanta Pieprza, tymczasem Dylan najpierw przez długie tygodnie walczy o życie i zdrowie, a potem zamyka się w swej posiadłości w znanej skądinąd miejscowości Woodstock pod Nowym Jorkiem. Nie udziela wywiadów, unika ludzi, za to intensywnie oddaje się lekturze Biblii i Tory. Z kumplami z The Band tworzy prywatne studio nagraniowe, w którym wciąż nagrywa nowe piosenki.

Wreszcie, w ostatnich dniach 1967 roku, do sklepów trafia krążek

John Wesley Harding.

Chyba najbardziej oczekiwany – i zaskakujący – w tamtym okresie. Krytycy kolejny raz porównują artystę do proroka. W pełnym rozkwicie flower power oraz psychodelii Dylan przedstawia niezwykle oszczędnie zaaranżowany materiał rozpisany na głos i obsługiwane przez siebie gitarę akustyczną, harmonijkę oraz pianino, a ponadto gitarę basową, gitarę hawajską i bębny: dwanaście piosenek nagranych w trzy- lub czteroosobowym składzie, bliższe wiejskiej Ameryce niż czemukolwiek innemu. Pod prąd kolorowym czasom jest też czarno-biała okładka płyty, a na niej zdjęcie przypominające fotografie pionierów albo band rabusiów. 

W tym zestawie pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie znalazł się

jeden z najsłynniejszych utworów w historii 

muzyki rockowej – All Along The Watchtower, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu. Stąd musi być jakieś wyjście – mówi błazen do złodzieja. A ten drugi powiada: Między nami wielu jest takich, co sądzą, że życie to tylko żart. Lecz ty i ja mamy to już za sobą. Dość udawania, robi się późno. Album Dylana jest ostatnim z grona najistotniejszych wydawnictw w zachwycającym muzycznie 1967 roku.

Piosenka doczekała się olbrzymiej liczby coverów, ale bezdyskusyjnie najważniejszym z nich jest ten pierwszy. Ten, w którym dominującym instrumentem jest gitara elektryczna, a jej przecież nie było w pierwowzorze. Wersja pojawiła się dziesięć miesięcy później, w pażdzierniku 1968, na ostatnim albumie grupy

The Jimi Hendrix Experience

Electric Ladyland.

Bardzo wielu znaczących artystów znajduje się na liście interpretatorów tego utworu: niedawno zmarły Bobby Womack, Grateful Dead, Jan Akkerman (gitarzysta Focusa), Taj Mahal, Neil Young (sam i z Pearl Jam), U2, Dave Matthews Band, Brian Ferry, Lisa Gerrard, są nawet polskie interpretacje – Brygady Kryzys i Martyny Jakubowicz. Żadna jednak – choć nie brak wśród nich porywających – nie wniosła nic ponad te dwa pierwsze, kanoniczne, genialne wykonania.

[W NaTemat: 18 sierpnia 2014]

Piosenki nieoczywiste – Dave Matthews Band, Away From The World, 2012

Gdy przed laty zakupiłem ich Before These Crowded Streets (1998), wymknęło mi się jak nastolatkowi: „Gdybym umiał grać, chciałbym to robić w taki właśnie sposób”. Taki numer jak Don’t Drink The Water zupełnie mnie poraził.

[more]

Jeśli chodzi o podejście do muzycznej materii, przypominają mi Jethro Tull. Struktura piosenki stosowana jest u jednych i drugich nie za każdym razem. Utwory zaczynają się – i płyną dokądś, porywają nas, czasem same chyba nie wiedząc dokąd, gdzie przystaną, gdzie zacumują tym razem. Jeśli mamy do czynienia z artystami – a tak jest w obu tych przypadkach – nie pozostaje nic innego, niż dać się uwieść, ruszyć w tę fantastyczną dźwiękową podróż.

DMB zabierają nas w drogę może nie tyle piękniejszą niż Jethro Tull (nie odważę się tego napisać), co łagodniejszą. Szczególnie na tej nowej płycie. Tkaną z oszałamiająco delikatnych nut i harmonii. Ale ckliwie nie robi się nigdy, bo strzeże tego głos lidera (ach, te anglosaskie wokale!) – z pozoru nieduży, a wspaniały: matowy, nosowy, liryczny i bardzo męski jednocześnie. I nieoczywista, niebanalna w swym pięknie faktura spokojniejszej części materiału.

Rokendrol od wielu już lat wymyka się czasowi, robiąc to na wiele sposobów. Z jednej strony można oczywiście ubolewać nad brakiem zupełnie nowej jakości (ostatnia to grunge), a z drugiej smakowitość takich płyt jak te serwowane od lat przez Matthewsa z kumplami jest nie do pogardzenia. I mam podejrzenie graniczące z pewnością, że mijać będą kolejne lata, a ta muzyka będzie się bronić. I płynąć ponad modami, z dala od świata i jego przypadkowych szumów. Płynąć konsekwentnie obranym kursem.