Bigbitu wybicie się na niepodległość

1967 rok pozostanie w dziejach szarpidructwa elektrycznego rokiem wyjątkowym. Na świecie zabawa zdecydowanie się skończyła. Rokendrol przechodził w fazę dojrzałą artystycznie i zbuntowaną przeciw zastanemu porządkowi – politycznemu, społecznemu i kulturowemu. The Beatles nagrali „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, Rolling Stones aż dwa krążki – „Between The Buttons” i „Their Satanic Majestics”, Bob Dylan „John Wesley Harding”

[more]

To także w tamtym, 1967 roku Stonesi wywrócili do góry nogami myślenie polskiej młodzieży, grając w samym sercu socjalistycznego organizmu – Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Ale nie był to pierwszy w Polsce kontakt na żywo z anglosaską kapelą. Dwa lata wcześniej odwiedzili nas The Animals. A ci zamieszali w kotle nie tylko polskich odbiorców nowej muzyki, ale także ich twórców. Razem z Anglikami jeździli po naszym kraju 

Polanie.

Pal diabli występy, ale to, co nie mniej istotne, rozgrywało się po nich, wieczorami i nocami w pokojach hotelowych. Mimo problemów językowych panowie Puławski, Wander, Nebeski i bracia Bernolakowie spędzili z Burdonem, Price’em i ich kumplami mnóstwo czasu i do reszty zwariowali na punkcie rythm and bluesa.

Gdy dwa lata później, po powrocie z wielomiesięcznego pobytu w RFN i Danii, weszli do studia, by nagrać swoją pierwszą płytę, byli zawodowcami. Nawet jeśli nie sposób nie zauważyć, że świat zrobił kolejny krok naprzód, że „tam” pojawili się tacy giganci ostrego grania jak Cream czy Hendrix, muzyka Polan robi potężne wrażenie. 

Jedyny, jak się miało wkrótce okazać, longplay zawierał tylko siedem piosenek po polsku. Druga strona składała się z coverów: The Animals, Raya Charlesa, The Kinks czy Lovin’ Spoonful. Jeśli dorzucimy jeszcze małą płytkę, wydaną nieco później, zawiarającą trzy kolejne interpretacje, tym razem utworów Charlesa i The Artwoods (zespołu Arta Wooda, w którym zaczynał Jon Lord, późniejszy założyciel Deep Purple), to mamy wyraźnie określone muzyczne credo polskiego kwintetu.

Całkiem niedawno Andrzej Nebeski opowiadał, że zespół rozpadł się przez… kobiety. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni to taki przypadek. Osobiście nie mogę tego odżałować – ci faceci grali tak, że do dziś z przyjemnością w każdej sekundzie każdej piosenki można posłuchać dowolnego instrumentu. A mocny wokal Piotra Puławskiego w niczym nie ustępował głosom frontmanów wielu kapel anglosaskich.

Od połowy lat 60. działał w Rzeszowie zespół

Blackout,

na czele którego stał Tadeusz Nalepa. Śpiewał w nim Stanisław Guzek, lepiej znany potem jako Stan Borys. W 1967 roku nagrana została jedyna duża płyta kapeli. Może najmniej znacząca z czterech tutaj wymienianych, ale sygnalizująca coś, co miało się wydarzyć, w zmienionym składzie i pod nową nazwą, kilkanaście miesięcy później. Gitara lidera już wtedy zwracała uwagę, a wielkim przebojem stała się Anna. Pamiętać należy także o prostest songu Te bomby lecą na nasz dom. Osobiście mam wyjątkową słabość do pocztówkowego wspomnienia z dzieciństwa, prostego wyznania artysty rockowego – piosenki Moje srebro to głos gitary.

W 1967 roku ukazała się także debiutancka płyta

Skaldów.

Tutaj mamy do czynienia z innymi inspiracjami – głównie chodzi o The Beatles i to wcale nie o te rokendrolowe numery. Jeśli uwzględnimy fakt, że czwórka z Liverpoolu, choć mająca już za sobą nagranie Revolvera (1966), sama też dopiero wchodziła w swój najlepszy, dojrzały okres twórczy, dzieło braci Zielińskich robi jeszcze większe wrażenie. Zespół równie mocno jak z Wysp Brytyjskich czerpał z folkloru. A co stanowiło kolejny potężny atut – stronę tekstową powierzył poetom, najlepszym, co widać z perspektywy czasu, autorom, którzy zechcieli pisać dla twórców rockowych: Leszkowi Aleksandrowi Moczulskiemu, Agnieszce Osieckiej i Wojciechowi Młynarskiemu.

I wreszcie album, którego tytułowa piosenka jak żadna inna wzbudziła ogólnonarodową dyskusję i międzypokoleniowy spór. Co to za sposób przekazu, jak można tak nie tyle śpiewać, a drzeć się na całe gardło?

Czesław Niemen

nie był już debiutantem, ale Dziwny jest ten świat stanowił pierwszą w całości propozycję jego i jego zespołu, Akwareli. Propozycję bardzo dojrzałą. Tu inspiracje sięgały za ocean, do muzyki czarnych, przede wszystkim Otisa Reddinga oraz Raya Charlesa. Krążek, jako pierwszy w historii polskiej fonografii, otrzymał status „Złotej Płyty”.

Bigbit, ugrzeczniony jak jego nazwa (wymyślona przez Franciszka Walickiego), strawna – w odróżnieniu od imperialistycznego rock and rolla – dla ówczesnych czynników, powoli odchodził w przeszłość. Rola Niebiesko- i Czerwono-Czarnych z Adą Rusowicz, Wojciechem Kordą, Katarzyną Sobczyk czy Karin Stanek nieuchronnie się marginalizowała. Coraz większa część młodzieży chciała już czegoś więcej niż tylko  nieskomplikowanej muzyki. Śmiała się z wielu banalnych piosenek Czerwonych Gitar, cepeliady No To Co czy kiczowatości Trubadurów. Nic dziwnego. Za chwilę do drzwi studiów nagraniowych nad Wisłą mieli zapukać Breakout i Klan. Oraz Marek Grechuta, którego utwory były może nie rockową, ale z pewnością kolejną propozycją dla wymagającego odbiorcy.

[W NaTemat: 11 listopada 2013]

Jak zaraziłem się odrą, świnką i muzyką

Od czego to wszystko się zaczęło? Szukam w pamięci jakiegoś konkretnego, pierwszego muzycznego obrazu, ale – jak to zwykle bywa – znajduję nie jeden, ale strzępy przynajmniej kilku.

Mam parę lat i biorę do ręki plik bardzo starych płyt, wytwarzanych z kruchego szelaku, tych na 78 obrotów. Jedna z nich spada na podłogę i tłucze się. Z niepokojem spoglądam na rodziców siedzących obok, ale mama tylko mówi: „Nic się nie stało”.

[more]

Jakaś, jedna z wielu, popołudniowa „sesja muzyczna” – uświadamiam sobie, że dopóki rock’n’roll nie zawładnął głowami i sercami moich starszych braci, zdarzało się, iż słuchaliśmy płyt całą rodziną – pamiętam jakieś pocztówki z Małym księciem Katarzyny Sobczyk czy piosenkami Krystyny Konarskiej oraz sióstr Panas.

W drugiej połowie lat 60. pojawia się „Symfonia” – sporych rozmiarów

radioodbiornik z gramofonem

w jednej obudowie. Wyposażony był w tzw. magiczne oko – charakterystyczną lampę będącą wskaźnikiem dostrojenia do częstotliwości nadawania wyszukiwanej stacji. Posiadał otwieraną z góry pokrywę, w tylnej ścianie wycięty otwór, aby móc zmieścić na talerzu płytę długogrającą. Ponadto przełącznik obrotów: 78 (na najstarsze, łamliwe), 45 (na single i tzw. czwórki) i 33 i 1/3 obrotu na minutę na LP.

Pierwsze „epokowe” wspomnienie – to, które odmieniło życie i świadomość dwóch nastoletnich chłopaków i jednego pięcioipółletniego brzdąca. 1968 rok, styczniowa wizyta mojej znacznie starszej kuzynki z mężem. I obok urodzinowego prezentu dla mamy –

Dziwny jest ten świat,

czyli pierwsza długogrająca płyta Czesława Niemena. Nie zapomnę błysku, jaki mieli w oczach moi bracia, Grzegorz i Andrzej (ja też, choć znacznie mniej z tego rozumiałem). Tego pietyzmu i nabożnej czci, z jaką Grześ wyjął krążek z okładki, a następnie foliowego worka, i położył na talerzu. Podniósł ramię, jak to się wtedy mówiło, adaptera, odchylił je w prawo, co powodowało uruchomienie napędu talerza, i delikatnie położył igłę na „rozbiegówce” płyty.

Muzyczne drogi rodziców i nas, trójki ich synów, rozeszły się bezpowrotnie. Ta płyta to było nawet nie cięcie nożycami – to było

uderzenie topora.

Lawina ruszyła. Młodość moich braci, a moje dzieciństwo, to najwspanialszy okres w muzyce rokendrolowej. Wtedy nie mogliśmy tego wiedzieć, takie rzeczy widać dopiero z pewnego oddalenia, z perspektywy czasu, ale nikogo nie muszę przekonywać, że okres 1967-1975 zaowocował najwspanialszymi płytami rockowymi.

Drugie istotne wspomnienie – tata z Andrzejem powracający „z miasta”. Ojciec na zakupach to w ogóle był w naszym domu ewenement, ale on kupujący magnetofon, kiedy już wiedział, że pod rodzinnym dachem nie będzie rozbrzmiewać łagodna i banalna piosenka pop o tradycjach francusko-włoskich, to wydarzenie bez precedensu (bo też nigdy potem nie przyłożył ani ręki, ani portfela (poza paroma płytami-prezentami przywiezionymi ze Związku Radzieckiego), ani ucha do naszych fascynacji.

A jednak – wtedy, w późnojesienny wieczór 1970 roku – stali w drzwiach z

ZK120,

produkowanym w Polsce na licencji Grundiga. Prostym, dwuścieżkowym magnetofonem szpulowym, ale przecież pozwalającym nagrywać prezentowane w Trójce utwory zachodnich wykonawców (w tamtych czasach nikt nie mówił o takich kwestiach, jak prawa autorskie). Podniecenie Grzesia mieszało się z żalem i złością, że to nie on był obecny przy zakupie, że przecież, jako esteta i uczeń Technikum Radiowo – Telewizyjnego, wybrałby lepszy egzemplarz.

Ale po chwili było już tylko podniecenie. Pierwsze nagranie dokonane za pomocą zwykłego mikrofonu marki Tesla, który stanowił załącznik do magnetofonu. Słowa „Spóźniłem się” Andrzeja dotyczące ułamka sekundy, o który zbyt późno włączył nagrywanie, i palec na ustach Grzegorza.

Parafrazując Jerzego Pilcha: powiedzieć, że do dziś pamiętam ich płonące spojrzenia, to nic nie powiedzieć.

 



Po drugiej stronie bigbitu – Breakout, Na drugim brzegu tęczy, 1969

Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.

Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.

[more]

Oszaleliśmy wtedy na punkcie

Gdybyś kochał, hej.

Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.

Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.

Płyta powaliła

ładunkiem energii i mocą gitar.

Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.

Krążek stanowił

piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.

I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.

Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a  niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.

Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że

Nalepa

jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobąNa drugim brzegu tęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.


Polanie

Myślę, że z Polanami – w polskim wymiarze – jest jak z Chuckiem Berrym. Nie byli pierwsi, wzięli się przecież z Niebiesko- i Czerwono-Czarnych (a przed nimi był jeszcze Rythm and Blues z Bogusławem Wyrobkiem), ale od nich zaczyna się między Bugiem a Odrą granie dorównujące ówczesnym anglosaskim dokonaniom.

[more]

Początki były niełatwe, nagrania radiowe, choć słychać już w nich niezłe możliwości muzyków, w gruncie rzeczy brzmią archaicznie – od strony kompozycji i realizacji nagrań bardzo jeszcze nieporadnie. Rozwój następował jednak błyskawicznie. Trasa z The Animals po Polsce, koncerty w klubach Danii i, przede wszystkim, NRF, gdzie wygrali w 1966 roku festiwal (w Hamburgu). Po nim przez pół roku występowali  co wieczór w różnych klubach, grając najlepszy wtedy repertuar z okolic bluesa, rocka i czarnej muzyki. Możliwości warsztatowe poszybowały wysoko w górę, kwintet zarobił też na wspaniały w polskich warunkach sprzęt.

Gdy wrócili do kraju, nagrali LP. Siedem kawałków na pierwszej stronie po polsku i pięć coverów po angielsku na drugiej. I wszyscy dotychczasowi ich prześmiewcy zostali z otwartymi ustami. Był już co prawda Niemen, ale on przecież nawiązywał bardziej do czarnych, Charlesa, Browna i, przede wszystkim, Reddinga, jednak właśnie oni tak dosypali do pieca, że aż trudno było uwierzyć, iż to grają Polacy. Granicząca z wirtuozerią sprawność wszystkich pięciu członków zespołu (braci Bernolaków, Wandera, Nebeskiego i Puławskiego), całkiem niezły wokal tego ostatniego, jego gitarowe solo w znakomitym Nieprawda, nie wierzę do dziś robi olbrzymie wrażenie. Pełne zawodowstwo.

Potem ukazała się jeszcze mała płyta, tzw. trójka, z dwoma utworami z repertuaru The Artwoods (zespół Arta Wooda, w którym na klawiszach grał Jon Lord) i Georgią Raya Charlesa. Była w prostej linii kontynuacją drugiej strony longa, nie pozostawiając wątpliwości co do umiejętności muzyków. I…

Coś się stało. Jeszcze do zespołu dołączył Wojciech Gąssowski (wokal), co było dziwne, zważywszy że dalej przecież pozostawał w składzie Piotr Puławski, ale niebawem wszystko się rozleciało. Nebeski  powołał do życia grupę O, która przekształciła się w ABC, a reszta zniknęła ze sceny. Wander prowadził przez wiele lat klub muzyczny w USA, w którym dla polonusów grały kolejne pokolenia rockmenów polskich. To był pierwszy taki przypadek w Polsce, że świetni muzycy tak nagle i bezpowrotnie zamilkli. Wielka, wielka szkoda.

Polanie byli ze mną zawsze. Miałem sześć lat, gdy ich płyta pojawiła się w domu. Ja rosłem, a te nuty ciągle głębiej wchodziły mi do głowy. W połowie lat 80. Polskie Nagrania wydawały serię reedycji płytowych, krążków z lat 60. i początku 70., łącznie dwadzieścia pięć płyt, i znalazło się w niej oczywiście miejsce na Polan. Kupiłem więc ustereofonicznioną wersję, a przede wszystkim – nowy egzemplarz płyty. I dalej jej słuchałem z niesłabnącą przyjemnością. A parę lat temu przyszła wreszcie kolej na CD. Jedyny krążek, do którego miałem dostęp przez całe życie. Jeden z tych, do których ciągle chcę mieć dostęp, do których wciąż wracam.

Nie wiem, nie rozumiem, dlaczego nagrania Polan nie pojawiają się od czasu do czasu na antenie Trójki, choć w pełni na to zasługują. Ale już się temu nie dziwię, z biegiem lat mam świadomość, że dotyczy to nie tylko tej grupy. W swej zarozumiałości będę się jednak upierał, że to ja mam rację, że Polanie wielkim zespołem byli. Że Tadeusz Nalepa mocno zerkał na początku istnienia Breakoutów w ich stronę. Że to od nich zaczęło się w Polsce porządne gitar łojenie, zaczął bezkompromisowy, nowoczesny  rock’n’roll. Że.

Szkoda, że zostało po nich tak niewiele, a w tej niewielkości jeszcze mniej materiału oryginalnego. Ale dobrze, że zostały te nagrania. Artyści przechodzili do historii za sprawą jednej książki, jednego obrazu, jednej płyty. Tak właśnie jest – z zachowaniem proporcji, w skali polskiego rocka – z Polanami.