Jak kupiłem swoją pierwszą płytę – czyli wspomnienie o Livin’ Blues

Pierwsza płyta. To było w kwietniu 1977 roku, mój pierwszy i ostatni zakup jako mieszkańca Tychów – Live Livin’ Blues. Miałem niespełna piętnaście lat i kiepskie pojęcie o muzyce. I zaliczone kilka lat przerwy w muzycznej edukacji wskutek zbyt długo czekającego na naprawę magnetofonu, co spowodowało, że moi starsi bracia z mniejszą niż wcześniej uwagą śledzili Trójkową ramówkę oraz płytowe nowości. A ja – przy nich – tak samo.

[more]

Dopadały mnie więc różne dziwne „pomysły”. Najwspanialszym był ten, kiedy stwierdziłem, że

Abba jest najlepszym zespołem

na świecie. Musiało to nieźle ubawić paru bardziej zaawansowanych w penetrowaniu muzyki szkolnych kolegów. Dziś, z perspektywy lat, z pobłażaniem przyglądam się sobie, ale jednocześnie utwierdzam w przekonaniu, że szwedzki kwartet był na rynku pop music zespołem wyjątkowym. To naprawdę sporo muzyki. Dużo talentu, kultury muzycznej i łatwości wymyślania ładnych piosenek. No i – znacznie powyżej przeciętnej – doznania estetyczne. Dwie bardzo niebrzydkie kobiety i dwóch sympatycznych facetów. Ale nie o Abbie miało być.

Kupując swą pierwszą płytę nie wiedziałem nawet, że jest to

grupa holenderska.

Coś mi dzwoniło, nazwa gdzieś obiła się o uszy, ale nic ponadto. Strzał był jednak celny. Livin’ Blues, w tamtych czasach dobrzy znajomi Budki Suflera, częstego gościa w kraju tulipanów, byli współtwórcami tego, co w holenderskim rocku najlepsze – należeli do grona kapel nieustępujących poziomem grupom anglosaskim. Focus, Ekseption były dobrze znane słuchaczom Trójki. LB byli bardziej mainstreamowi, bluesowo-rockowi, ale było to również bardzo porządne granie, które – jak dziś widać – dobrze sobie radzi z upływem czasu. Wokal, gitara (Ted Oberg, lider grupy), bas i perkusja – czterech facetów, którzy mieli należyte pojęcie o tym, jak powinien wyglądać rokendrol obficie czerpiący z bluesa.

Live to była polska, późniejsza o dwa lata reedycja holenderskiego wydania. Siedem świetnie zagranych numerów, w tym klasyk Williego Dixona Hoochie Coochie Man i chwytliwy Crazy Joe.

Parę tygodni później, w czerwcu lub lipcu 1977 roku, wraz z jednym z braci wybraliśmy się na

koncert

Livin’ Blues, który odbył się w bardzo dziwnym na owe czasy miejscu – na stadionie GKS-u Tychy. Scena z prowizoryczną garderobą ustawione na bieżni, kilka jako tako wypełnionych widzami sektorów. W roli supportu miał wystąpić raczkujący dopiero Exodus, ale ostatecznie pierwsza zagrała Budka Suflera, jeszcze z Cugowskim. Lublinianie wyjeżdżali wtedy wielokrotnie do Holandii i tam zaprzyjaźnili się z członkami LB. Trasa tych ostatnich po Polsce chyba nie została jakoś szczególnie zapamiętana, choć – powtarzam – był to kawał muzycznego mięcha.

Najweselsza sytuacja miała miejsce jeszcze przed występami, kiedy John Fredriksz, wokalista, podpuszczony najwyraźniej przez Suflerów, założył

fioletowe dzwony

(spodnie z mocno rozszerzonymi poniżej kolan nogawkami). Fiolet był wtedy bardzo modnym kolorem wśród mieszkańców hoteli robotniczych, zwanych na Śląsku pogardliwie wulc-hausami – pracowników kopalń, hut i innych zakładów produkcyjnych. Śmiech, jaki wzbudził swym przejściem niczym męski model po wybiegu, był pewnie spodziewaną reakcją. Oczywiście, frontman zaraz zmienił dolną część ubrania.

Dwa lata później, znów z dwudziestoczteromiesięcznym poślizgiem, Polskie Nagrania wydały kolejny krążek grupy –

Blue Breeze.

Bardziej stonowany, ale wciąż soczyście gitarowy i znamionujący w dalszym ciągu bardzo dobrą formę zespołu. Szczególną uwagę zwracały Shylina i Back Stage oraz otwierający drugą stronę utwór tytułowy.

To był 1979 rok. Po sierpniu 1980 wszystko się zmieniło, nastąpiła eksplozja rodzimego grania. Po kolejnych kilkunastu miesiącach i wprowadzeniu w grudniu 1981 stanu wojennego życie zamarło. Słuch o holenderskim zespole zaginął, z Wikipedii wiadomo tylko tyle, że Ted Oberg próbuje co jakiś czas wskrzeszać kapelę. Z jakim artystycznym skutkiem – chyba mało kto w Polsce wie.

Křižikova fontána (czyli kochajmy Abbę), Praga, 2 czerwca

Tereny wystawowe Expo z końca XIX wieku w Pradze, a na nich specjalnie na tę okoliczność powstała fontanna zaprojektowana przez Františka Křižika. W ostatnich latach dołożono jeszcze reflektory – i w tym koszmarnym połączeniu secesji z demoludową zabudową barakowo-betonową od pewnego czasu odbywają się… No właśnie, co to jest? Organizatorzy nazywają to szumnie spektaklami wody i światła.

[more]

W czasie kilkudniowego pobytu w Pradze mieszkaliśmy z żoną w hotelu na peryferiach miasta. Zbyt daleko, by wypuścić się wieczorem na jeszcze jedną przechadzkę po stolicy Czech. Z braku lepszego pomysłu – wraz z całą grupą jedziemy więc na 22.00 na ów „spektakl”. Wszelkie nasze przypuszczenia potwierdzają się jeszcze przed wejściem na widownię, bowiem uszy załapują się na końcówkę poprzedniego pokazu (te odbywają się co godzinę). Oj, chyba będzie naprawdę źle – kicz zatriumfuje w pełni – wizualnie i słuchowo.

Na widowni głównie Polacy, podobno właśnie my jesteśmy głównymi konsumentami tego czegoś. Czy komercyjne stacje telewizyjne kompletnie wyprały nam już mózgi, że gawiedzi podoba się to, co kolorowe, mieniące się i niewymagające absolutnie żadnego wysiłku intelektualnego? Woda leje się z rurek w różnych kierunkach, trochę wyżej lub trochę niżej, raz na lewo, raz na prawo. Zmieniają się barwy. Po minucie wiadomo już wszystko, a tu przed nami jeszcze trzy kwadranse. Takie to w swych korzeniach rodem z najniższej półki rozrywki niemieckiej. To, co od biedy można nazwać obrazem, stanowią fragmenty filmu  rzucane na ekran utworzony ze strumieni wody. Jakość kiepska, podobnie jak dźwięku, który dobywa się ze sprzętu dość pośledniej klasy.

I w tym miejscu zaczyna się robić znacznie przyjemniej. Streep i Brosnan nie mówią bowiem po czesku, a po angielsku, a warstwę muzyczną pokazu stanowią piosenki z filmu Mamma Mia, czyli przeboje Abby. Dobrze więc trafiliśmy, bo ilustracji muzycznych wodnych przedstawień  jest więcej,

Abby w takiej dawce miałem okazję posłuchać po raz pierwszy od wielu lat. Mój dawny sentyment do Szwedów nigdy nie wygasł, a w trakcie tej imprezy pomyślałem sobie o takim trójkącie: Beatles – Electric Light Orchestra – ABBA. Drudzy inspirowali się pierwszymi, Jeff Lynne zawsze przyznawał się do wielkiej fascynacji dokonaniami czwórki z Liverpoolu. ABBA zaś, choć najbardziej popowa – była jednak zespołem o wielkiej kulturze muzycznej, brzmieniowo bardzo od ELO, śmiem twierdzić, nieodległej. Zarówno wykonawczej, jak i kompozytorskiej i aranżacyjnej.

Choć po latach czuje się w tych nagraniach patenty z lat 70., nie sposób nie docenić bogactwa brzmieniowego i mnóstwa świetnych i pięknych pomysłów melodycznych i harmonicznych zawartych w kolejnych przebojach. To pop, który wypływa jeszcze wartkim strumieniem z głów utalentowanych ludzi, a nie bezdusznych komputerów pełnych plastikowych brzmień.

Pamiętam, jak w 1977 roku byłem rozczarowany, że w segmencie tzw. muzyki dyskotekowej Abbę detronizuje Boney M., typowy niemiecki produkt w landszaftowatym, cukierkowym opakowaniu.

ABBA się broni – różnorodnością i szlachetnością muzycznych rozwiązań, bezpretensjonalnym ciepłem dwóch damskich głosów, solidnym aparatem wykonawczym. Dla pierwszych roczników sześćdziesiątych (i chyba nie tylko) Szwedzi są wspomnieniem szkolnych zabaw i pierwszych prywatek. Są też chwalebnym wyjątkiem w dziejach festiwalu Eurowizji – ich triumf w 1974 roku, piosenką Waterloo, był początkiem autentycznej, wielkiej kariery.

Powtórzę za Markiem Niedźwieckim: kochajmy Abbę. Bo na to zasługuje.