Wyrwane z kontekstu: Kasia Kowalska, Mojej krwi chcesz i Mój los

Kobiety w polskim rocku – to wciąż miłość niespełniona. Jest co prawda Nosowska, ale brakuje rasowego babskiego głosu w „męskim” repertuarze. Przed laty miałem nadzieję, że ten warunek spełni Ewelina Flinta, ale już zawartość jej pierwszej płyty, delikatnie mówiąc, rozczarowała. Zniknęła Bartosiewicz, a bohaterka niniejszego tekstu od dawna porusza się w klimatach, które mnie nieszczególnie interesują.

[more]

Ale nie znaczy to, że należy zapomnieć o dwudziestoletniej (a potem trochę starszej) dziewczynie o zbuntowanych oczach. Tej, która mimo niedostatków warsztatowych, wydawało się, że stanie się jedną z tych pań, co ruszą z posad męską bryłę polskiego rocka. Stało się inaczej, a w tamtym czasie – latach 90. – razem z nią przepadło, i to niemal zupełnie, kilka innych świetnych głosów (o nich niebawem).

Dwa wymienione wyżej utwory pochodzą z trzeciej płyty Kowalskiej, Czekając na… z 1996 roku. Aż dwa, bo umieszczone są obok siebie – i okazały się łabędzim śpiewem, jeśli chodzi o porządne łojenie w dorobku piosenkarki. W pierwszym dokładają do pieca Piotr Nalepa i Jarosław Chilkiewicz, w drugim Sławomir Piwowar i Maciej Gładysz. A obok nich grają m.in. Wojciech Pilichowski, Kostek Yoriadis oraz Wojciech Kowalewski. Ech, łza się w oku kręci…

Wyrwane z kontekstu: Lynyrd Skynyrd, Sweet Home Alabama

Ian Gillan wspominał, że gdy dowiedział się, iż supportem Deep Purple podczas trasy po Stanach ma być Lynyrd Skynyrd, był ciężko zdziwiony. Skąd ich wytrzasnęli, co to w ogóle za kapela?! Przestał się dziwić, gdy zobaczył wypełnioną po brzegi widownię, wiwatujący tłum, podczas gdy z głośników dobiegały stylowe, rokendrolowe dźwięki.

[more]

O LS mówiło się, że anarchiści, rebelianci. Śpiewali o Południu, które zawsze miało i ma kompleksy wobec bogatej Północy. Ciężko było ich okiełznać, zachowywali się jak grupa rozrabiaków w szkole. Zresztą sama nazwa zespołu wzięła się ze zniekształcenia nazwiska znienawidzonego nauczyciela. Nagrywanie płyt zespołu wymagało anielskiej cierpliwości. Bo ci faceci lubili grać, ale na żywo. Mozolna praca w studiu była ponad ich cierpliwość, ciągle ktoś znikał, spowalniając lub zatrzymując proces powstawania nowego materiału.

Jakby tego wszystkiego było mało, w 1977 roku w katastrofie samolotowej zginęli, nie dożywszy nawet trzydziestki, wokalista Ronnie van Zant i gitarzysta Steve Gaines. Zespół odrodził się dziesięć lat później, a frontmanem został Johnny van Zant, brat Ronniego (gdyby po śmierci Ryszarda Riedla wokalistą Dżemu został jego syn, Sebastian, podobieństw tyskiego zespołu do LS mielibyśmy jeszcze więcej).

Lynyrd Skynyrd wypracował własny, łatwo rozpoznawalny styl łączący bluesa, rocka i boogie, ma w dorobku wiele wspaniałych kawałków. Ten jednak, otwierający album Second Helping z 1974, jest ponad wszystkie inne. To jak Satisfaction w dorobku Stonesów albo You Really Got Me Kinksów.

   Sweet home Alabama 

   where the skies are so blue 

   sweet home Alabama 

   Lord I’m coming home to you. 

Wyrwane z kontekstu: Martyna Jakubowicz, Jeśli chcesz z kogoś kpić

Mieliśmy wcześniej Adrianę Rusowicz, Mirę Kubasińską, Halinę Frąckowiak, ale nie było między Tatrami a Bałtykiem tak stylowej wokalistki bluesowej. Wszystko do dyspozycji – niezły wokal, dobra dykcja, świetne teksty jej pierwszego męża, Andrzeja Jakubowicza i żadnych problemów, by skupić wokół siebie najlepszych w kraju muzyków. Trudno się dziwić, bo to wykonawczyni wyjątkowa. I choć Pani Martyna trochę na własne życzenie znalazła się na obrzeżach rynku muzycznego, to – powiem zdecydowanie – nie wolno nam o niej zapomnieć. A kolejnym mocnym argumentem na „tak” jest jej ostatnia płyta, z 2010 roku – Okruchy życia.

[more]

Chciałbym jednak zatrzymać się przy kawałku nieoczywistym, pochodzącym z 1995 roku, z krążka Dziewczynka z pozytywką Edwarda. Mojego albumu Jakubowicz – obok debiutanckiego – ukochanego.

Ilekroć słyszałem, że drogi wokalistki schodzą się z Wojciechem Waglewskim, zastygałem w oczekiwaniu. Jest między nimi fantastyczna muzyczna chemia, a WuWu jako producent dopieszczający każdy, najmniejszy fragment, sprawdza się znakomicie.

Utwór niby schematyczny, jakich wiele, z ciągnącym się finałem. Ale jak to jest zrobione! Dziś takich solówek Jerzego Styczyńskiego znamy już więcej, wtedy była to bodaj pierwsza taka w kawałku studyjnym. Znakomite chórki z Katarzyną Szczot (które wychodzą Kayah lepiej niż kariera solowa). Bardzo to wszystko smaczne. Przypominające oczywiście Cockerowską wersję With A Little Help From My Friends, ale cytat to, jak przystało na mistrzów, świadomy. I tak myślę, czy przypadkiem nie jest to zalążek koncertowej wersji Whisky?

Wyrwane z kontekstu: The Guess Who, American Woman

Każdy ma swojego sąsiada. A z tym najbliższym, jak wiadomo, jest najtrudniej. Już my, Polacy, wciśnięci między Rosjan i Niemców, coś o tym wiemy. Kanadyjczycy chyba do dziś żyją trochę w cieniu wielkiego brata, ale od dawna już nie dziwimy się informacjom, że tam też grają rocka. Ba, zaczęli tylko trochę później niż Amerykanie.

[more]

Guess Who to formacja powstała w 1959 roku. Jak niemal każda działająca przez długie lata, wielokrotnie zmieniała skład. Jeden z jej założycieli, Randy Bachman, odszedł w 1970 roku, by współtworzyć grupę Bachman – Turner Overdrive. Od połowy lat 60. Guess Who stali się zespołem rythm’n’bluesowym, podobnie jak The Who rozwalającym swe instrumenty na koniec występu. Zdobyli pewien rozgłos w USA, ale w Europie było już gorzej. Nie podlega jednak dyskusji, że na przełomie lat 60. i 70. byli  najpopularniejszym bandem rodem z Kanady.

Z nielicznych przebojów ostał się właściwie ten jeden, już niemal standard (jakiś czas temu przypomniał go Lenny Kravitz). Znów rok 1970, świetny numer ze świetnym gitarowym riffem. Dla mnie – jeszcze jedno pocztówkowe wspomnienie.

Wyrwane z kontekstu: Maria Sadowska, Dzień kobiet

Dzisiaj będę bardzo wyrywał. Nie będzie o filmie Sadowskiej pod tym samym tytułem, który przeszedł bez echa w Gdyni i wygrał w Cottbus. Nie będzie też o całej ścieżce muzycznej do filmu, a o jednym, tytułowym kawałku. Który, sygnalizuję, sprowokował mnie do sięgnięcia (o czym gdzieś w kolejnych „wyrwanych”) po różnych polskich wykonawców, którzy zwykle albo od bardzo dawna już tego nie robią, a którym zdarzyło się naprawdę dobrze przyłoić.

[more]

Marii Sadowskiej też. Nie sądzę, by utwór sygnalizował stylistyczną woltę w twórczości wokalistki i kompozytorki. Nie sądzę także, by zapisał się jakoś szczególnie w historii polskiego rocka czy ruchu feministek. Marysia S. zdecydowanie nie ma rockowej barwy, choć ładnie dociska chrypą w finale. Natomiast piosenka ma wszelkie znamiona przeboju, ma chwytliwy refren. I to coś, co w gitarowym graniu zawsze mi się podobało: bardzo solidny warsztat muzyków, co sprawia, że otrzymujemy trzy i pół minuty soczystego brzmienia. We wszechogarniającej popelinie, z jaką mamy na co dzień do czynienia, to zawsze miła odmiana.



Wyrwane z kontekstu: McCartney, Grohl, Novoselic, Smear, Come Me Some Slack

Rokendrol już długo jest dostatecznie stary, by łączyć pokolenia. Pod sceną od lat pojawiają się rodzice z dziećmi i to często dorosłymi. Na scenie – dzieje się to samo. Zawsze jednak elektryzują wieści, gdy spotykają się w takich składach członkowie słynnych i najsłynniejszych grup.

[more]

Pomysły to efemeryczne, jak Them Crooked Vultures (John Paul Jones, Dave Grohl, Josh Homme) albo trwalsze, jak Black Country Communion (Glenn Hughes, Joe Bonamassa, Jason Bonham, Derek Sherinian). Teraz – otrzymaliśmy kawałek panów z Nirvany z Beatlesem.

Wystąpili razem 12 grudnia ubiegłego roku na koncercie poświęconym ofiarom huraganu Sandy. A rzeczony utwór znalazł się na płycie z muzyką do dokumentalnego filmu w reżyserii Grohla Sound City. To nazwa nieistniejącego już studia nagraniowego, w którym powstał album Nevermind.

Come Me Some Slack to dobry zwiastun przed występem Sir Paula McCartneya w Warszawie. Siedemdziesięciodwuletni facet śpiewa głosem mocnym jak na Białym albumie. Skojarzenia z Helter Skelter i Back In The U.S.S.R. nieodparte.

Wyrwane z kontekstu: Spin Doctors, Two Princes

Lata osiemdziesiąte to najgorszy czas w dziejach gitarowego grania. Ale, na szczęście, tak to jest, że po dojściu do ściany następuje ruch w drugą stronę. I po całym tym, w wielu przypadkach koszmarnym, niestrawnym elektronicznym zamęcie rokendrol znów wyraźnie odżył.

[more]

Pod koniec tamtej dekady w Seattle rodził się grunge, ale nie było to jedyne miejsce na mapie, gdzie znów zaczęły rozbrzmiewać mocne gitary. W Nowym Jorku uformował się m.in. Spin Doctors. Ich druga, a pierwsza studyjna – płyta Pocket Full of Kryptonite (1991) wyniosła kapelę do rangi gwiazdy. Potem jednak było już tylko słabiej i słabiej. Dziś o zespole pamiętają chyba nieliczni. Ale Two Princes, pozostający największym przebojem, to kawał porządnej rockowej roboty. Wciąż słucha się tego z wielką przyjemnością. Podobnie jak całego wspomnianego krążka.

Wyrwane z kontekstu: The Cream, Badge

Clapton właściwie nigdy nie był gitarzystą rajdowym. Moc Cream (Bruce-Clapton-Baker), okrzyczanej pierwszą supergrupą w dziejach rocka, nie polegała przecież na szaleńczym tempie grania, a na rockowym ładunku podłożonym pod bluesa.

[more]

Badge (dzieło Claptona i Harrisona) to swego rodzaju głos z zaświatów, kawałek pochodzący z albumu Goodbye (1969), wydanego już po rozpadzie zespołu, po zaledwie dwuipółletnim okresie działalności.

Z pozoru prosty, niespełna trzyminutowy utwór utrzymany w średnim tempie. Ale co Mr. Eric robi w jego środku! To obłędne gitarowe wejście przyprawiało w końcu lat 60. – a i później też – o zawrót głowy niemal każdego miłośnika ostrego grania. I, co zupełnie dobijało, zostało zagrane jeden jedyny raz! Aby to niesamowite coś usłyszeć ponownie, trzeba było puścić piosenkę raz jeszcze. W moim domu była to pocztówka w kolorze brudnego różu.

Niedługo potem, w 1970 roku, świat ujrzała Layla, swą urodą przyćmiewając wcześniejsze kompozycje gitarzysty, w tym i Badge. Ale na koncertach Clapton wracał do wspólnej z Beatlesem kompozycji wielokrotnie, m. in. na dwupłytowym albumie One More Car, One More Rider (2002). Nie skąpiąc już ani sobie, ani słuchaczom przecudnej urody dźwięków gitary.

Wyrwane z kontekstu: Simon & Garfunkel, Scarborough Fair

Kiedy miałem bodaj czternaście lat, nie byłem żadnym absolwentem. Ani szkoły podstawowej, ani nawet przedszkola, które po pół roku przegranych zmagań ze zdrowiem musiałem opuścić. Gdzieś wtedy, w połowie lat 70., zobaczyłem pierwszy raz film Mike’a Nicholsa.

[more]

Zupełnie nie rozumiałem, jak główny bohater grany przez Dustina Hoffmana może sypiać z tą starą wiedźmą, okołoczterdziestoletnią Anne Bancroft. Co innego jednak Katharine Ross, młodziutka i śliczna, która – tak sobie teraz myślę – w znaczący sposób wpłynęła na moje postrzeganie ideału kobiety, a już na pewno kobiecego piękna. Trudno się dziwić, że gdy dowiedziała się o romansie Hoffmana ze swoją matką, nie chciała go znać.

Jednak bolesna przez większą część bajka kończy się dobrze. Bohater dojrzewa, rozumie wreszcie, że ta olśniewająco piękna dziewczyna jest jego prawdziwą miłością, i robi wszystko, by ją odzyskać. Wydaje się to zadaniem niewykonalnym, a jednak mission impossible kończy się w sposób, który powoduje westchnienia w nie tylko damskich piersiach, który sprawia, że niejedna łza rosi niejeden policzek. Hoffman w ostatniej chwili wyrywa Ross z objęć przeznaczenia, z ramion jakiegoś faceta, który za chwilę ma jej założyć obrączkę – wobec Boga i wszystkich uczestników uroczystości. Porywa dziewczynę sprzed ołtarza – i tą ułańską szarżą odzyskuje jej serce.

Czy ten związek przetrwał, ile razy wchodził w trudne momenty – o tym film już nie mówi. Zwycięża miłość, wspaniale cały czas wspierana przez piosenki duetu Paul Simon – Art Garfunkel. Co jedną to piękniejszą. Scarborough Fair, będąca parafrazą starej, osiemnastowiecznej ballady angielskiej, wydaje mi się w tym zestawie wyjątkowa. Potęgująca efekt przygnębienia, gdy bohater przeżywa szczególnie trudne, samotne chwile. Najdelikatniejsza, której liryczności – na szczęście – nie wzmacnia (i tym samym nie banalizuje) wybijająca rytm perkusja. Mamy natomiast aksamitne głosy obu panów w urzekającej harmonii.

P.S. A Bancroft była w 1967 roku bardzo niezłą, trzydziestosześcioletnią (!) laską, ale do tego doszedłem dopiero później, gdy kolejny raz obejrzałem film. Już jako, za przeproszeniem, dorosły facet.

Wyrwane z kontekstu (7): Joe Cocker, With A Little Help From My Friends

Joe Cocker jest bodaj najbardziej spektakularnym przypadkiem rockowej kariery zrobionej w oparciu o covery. Ten biały człowiek obdarzony fenomenalnym czarnym głosem, sięgając po cudze kompozycje, potrafił stworzyć zupełnie nową jakość.

[more]

Najsłynniejszy tego przykład pojawia się już na samym początku, na singlu w 1968 roku oraz rok później wydanej pierwszej płycie długogrającej. Z niewielką, a nawet całkiem sporą pomocą przyjaciół. I to jakich!

Na basie zagrał jego długoletni – jak się miało okazać – współpracownik, Chris Stainton, na perkusji nieżyjący już bębniarz Procol Harum, B.J. Wilson. A na gitarze… Na gitarze zagrał sam Jimmy Page.

Znamienne, że ten znakomity kawałek The Beatles, pochodzący z albumu Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967) i zaśpiewany przez Ringo Starra, pozostał znakiem rozpoznawczym Cockera przez całą jego poplątaną i znaczoną używkami karierę. Beatlesi byli tak zachwyceni rockową ekspresją utworu, że wysłali do Cockera telegram z gratulacjami.

W jego wykonaniu kawałek zyskał na mocy, z gitar wydobyto całą ich elektryczność. No i ten ekstatyczny w wersjach koncertowych finał (Woodstock ’69, krążek Live z 1990), z takich, co to wszystkich – na scenie i na widowni – unosi w powietrze. Finał, co trwa i trwa i wybrzmieć nie może.