„This Is America”

santana_shaman

W Raju codziennie rozbrzmiewała najpiękniejsza muzyka: cisza. Bóg tylko ptakom, tym, które obdarzył głosem wyjątkowym, pozwalał na jej naruszanie. Szatan w postaci węża nijak nie potrafił namówić Ewy do skonsumowania owocu z jego jabłoni. Wściekły połamał drzewo, a z niego wystrugał gitarę.

[more]

Tę podał niewieście, ale ona nie miała pojęcia, co z nią począć. Przekazała więc instrument mężczyźnie. Ten wziął gitarę do ręki, uderzył palcami w struny, ale rozległ się tylko cichy, marny dźwięk. Adam spojrzał na Szatana, a ten wyciągnął w jego stronę kabel do wzmacniacza.I Adam zagrał. Głośno, potężnie – i zbudził drzemiącego Boga. I uniósł się gniewem Stwórca, bo poznał, że to sprawa Nieczystego. I wygnał pierwszych ludzi z Raju. I minęły tysiąclecia, nim człowiek wynalazł prąd, by znów móc zagrać na gitarze elektrycznej.

*

Mam nadzieję, że jeśli jest niebo, to jest w nim miejsce także i dla gitarzystów rockowych. A wśród nich jednym z majstrów najprzedniejszych jest Carlos Santana. Meksykanin z urodzenia, Amerykanin z wyboru. Kariera jego jest długa, z wielkimi wzlotami przeplatają się chudsze lata.
W 1999 roku wydał album Supernatural. Do udziału w jego nagraniu zaprosił wielu wspaniałych gości – m.in. Erica Claptona, Dave’a Matthewsa i Roba Thomasa. Krążek stał się wielokrotną platyną i triumfalnym powrotem Santany na salony. Dziewięć nagród Grammy było ukoronowaniem powodzenia tych nagrań.

Trzy lata później wyszedł Shaman. Materiał podobny w zamyśle, nagrany z udziałem kolejnych gwiazd. Nie powtórzył komercyjnego sukcesu poprzednika, ale nie zmienia to faktu, że zawiera kilkadziesiąt minut bardzo dobrej i różnorodnej stylistycznie muzyki.

Wśród zaproszonych artystów znalazł się zespół „z sąsiedztwa”, z San Diego w Kalifornii, miasta położonego niedaleko granicy z Meksykiem. Kapela P.O.D. to zupełnie inne pokolenie – powstała w 1992 roku i zaliczana jest do grona wykonawców numetalowych. Wspólny numer – o nietuzinkowym poniekąd tytule America – stanowi najmocniejszy fragment wspomnianego albumu. Parę minut znakomitego, soczystego wiosłowania – wszyscy tu wiedzą, o co chodzi. A gra mistrza robi wielkie wrażenie.

{W NaTemat: 10 kwietnia 2014]

Czarownica na niemieckiej miotle

rattles

Rokendrol z Niemiec? Czy to aby nie oksymoron? Pomińmy może mistrzów enerdowskiej gitary, takich jak Die Puhdys (czy wiecie, że oni ciągle działają i nagrywają regularnie płyty?) albo WIR. Scorpions? Hm, precyzja wykonania – solidny Volkswagen Golf, middle class. Zdarza się, że świetnie wchodzący w zakręt i jeszcze lepiej z niego wychodzący, ale to chyba tyle.

[more]

Rammstein – rzuci ktoś. Oczywiście – równe, odmierzane niemieckim rozrusznikiem serca uderzenia. Tyle że ten zespół bardziej niż z rokendrolem kojarzy mi się  z pancerfaustem, co to wali przed siebie, kultywując jakże szlachetną tradycję pruskiego ordnungu. Albo z finezją baśni braci Grimm, za sprawą których dzieciom przed snem opowiada się o spaleniu żywcem w piecu. Co prawda czarownicy, ale o niej właśnie chciałem. 

 

Do dziś plącząca się tam i ówdzie oraz grająca w nie wiadomo którym kolejnym składzie grupa The Rattles zaczynała na początku lat 60. w Hamburgu, podążając tropami Beatles. The Witch nagrali najpierw w 1968 roku, a dwa lata później powtórzyli, tym razem z damskim wokalem Edny Bejarano. To był pierwszy niemiecki kawałek, który dostał się do „Hot 100” Billboardu i dziesiątki najlepszych singli w Wielkiej Brytanii. I jedyny tak naprawdę wielki hicior kapeli. Świetny numer – oj, nasłuchali się panowie Hendriksa i Claptona, no i Beatlesów (ach, te smyki!).

W połowie lat 70. Polskie Nagrania wydały składankę nagrań grupy.

{W NaTemat: 20 marca 2014]

Chcę to zrobić z Królowymi Epoki Kamienia

qotsa

Znów zagrają w Polsce – w czerwcu na Orange Warsaw Festival – i tym razem powiedziałem sobie, że nie mogę tam nie być. Queens of The Stone Age ze swym panem i władcą Joshem Homme’em – kapela, która zawładnęła moim muzycznym sercem w ubiegłym roku za sprawą znakomitego „…Like Clockwork”.

[more]

Jednak ten album nie wziął się przecież znikąd. I nie pierwszy to raz, gdy fani szukają na wcześniejszych płytach zwiastunów wybornej dyspozycji. Jeden z nich jest oczywisty do bólu, ale urody zupełnie wyjątkowej. Niech to będzie taki blogowy przyczółek przed występem na Stadionie Narodowym. 

W 2007 roku wyszła ostatnia na długie sześć lat płyta Era Vulgaris. Słuchanie całości to spore wyzwanie, bo momentami jest bardzo kamiennie i obezwładniająco – ciężkie gitarowe riffy są pełne zawijasów. I oto pod numerem siódmym przyczaił się Make It Wit Chu: cztery fenomenalnie lekkie, porywające minuty grania. Pozornie prosta piosenka z prostym tekstem, ale zagrana i zaśpiewana w mistrzowski sposób.

Najlepsza z możliwych zapowiedź tego, co stało się w 2013 roku.

{W NaTemat: 20 lutego 2014]

Dawno temu w rocku olimpijskim

wakeman_wr

Zmagania olimpijskie w Soczi coraz bliżej. Kolejny to pretekst, by sięgnąć pamięcią wstecz, tym razem do czasu zimowych igrzysk w 1976 roku. I bynajmniej nie po to, by przypomnieć jakiś spektakularny sukces polskich reprezentantów, bo takiego nie było. Rozpamiętywanie 1-16 hokeistów z ZSRR też do przyjemności nie należy.

[more]

Był czas, że imponowało mi ogromnie, iż jeden człowiek tworzy całą muzykę, otacza się baterią syntezatorów i robi za orkiestrę. Lata 70. rozwinęły to, co zrodziło się w poprzedniej dekadzie: rock symfoniczny oraz muzykę elektroniczną, w której mistrzami okazali się, jakże by inaczej, Niemcy.

Tej drugiej nigdy nie polubiłem. Nudziło mnie epatowanie rozciągniętymi do – nie raz i nie dwa – granic nieprzytomności nut, fraz, wichrów, szumów, zlepów i ciągów. Bliższe były mi popisy klawiszowców sztandarowych grup progresywnych – Keitha Emersona, Ricka Wrighta, Tony’ego Banksa czy Ricka Wakemana.

Ten ostatni miał wtedy świetny czas – grał w jednej z najwybitniejszych grup tego gatunku, Yes, nagrywając z nią najlepsze w całej dyskografii płyty, a jednocześnie rozwijał solową karierę, by w 1974 roku – zniechęcony artystyczną stagnacją – opuścić zespół i zająć się tylko własnymi projektami. The Six Wives of Henry VIII, Journey to The Centre of The Earth, Miths & Legends of King Arthur czy Criminal Record uczyniły z niego pierwszoplanową postać wsród wirtuozów klawiatur. Na pewno siłą jego pomysłów było odchodzenie od konceptów czysto elektronicznych, a nagrywanie utworów krótszych, kilkuminutowych oraz zatrudnianie orkiestry, chórów, zespołu rockowego czy perkusisty, co czyniło jego przekaz znacznie bardziej urozmaiconym i nie tak chłodnym jak propozycje zachodnioniemieckie.

W 1977 roku wydał album White Rock, Muzyka na nim zawarta stanowiła muzyczną ilustrację dokumentalnego filmu o zmaganiach sportowców podczas Igrzysk Olimpijskich w Innsbrucku rok wcześniej. Jeśli Prodigy dowalili do pieca komputerami w Breathe, to co powiedzieć o brawurowym – i zupełnie innym od pozostałych na krążku – utworze tytułowym z płyty Ricka Wakemana?

[W NaTemat: 29 stycznia 2014]

„Moja muzyka jest niemodna, więc nigdy z mody nie wyjdzie”

dire_straits_brothers

Słowa, które posłużyły za tytuł tego wpisu, wypowiedział kiedyś Mark Knopfler. Tak samo jak zdanie „Żadnego seksu, żadnych prochów, tylko rock’n’roll”.

[more]

Z niejakim przerażeniem konstatuję, że od wydania Brothers In Arms mija dwadzieścia dziewięć lat. Szmat czasu. Wśród nowości w 1985 roku ten album, obok The Dream of The Blue Turtles Stinga, wydał mi się najlepszy. Mimo iż wyżej cenię sobie dwie pierwsze płyty Dire Straits, w przypadku tego krążka, podobnie jak Love Over Gold, nie sposób nie dostrzec rozmachu aranżacyjnego – i to w najlepszym tego słowa rozumieniu.

Nigdy nie przepadałem za największymi przebojami – Money For Nothing oraz Walk of Life, które jawią mi się jako dość błahe. Tytułową kompozycję, od lat bijącą się o palmę pierwszeństwa ze Stairway To Heaven Led Zeppelin w „Topie wszechczasów” radiowej Trójki, doceniam, bo to świetny numer, ale uczestnictwo w finałowej rozgrywce traktuję raczej jako wyraz uwielbienia fanów dla całego dorobku kapeli niż szczególne wyróżnienie tego akurat numeru.

Od zawsze natomiast szczególną atencją darzę Why Worry oraz Ride Across The River – dwie fenomenalne, perfekcyjne pod każdym względem piosenki. Pierwsza to – cóż za banał – miłosne wyznanie. Oprawione jednak w przepiękną melodię i mistrzowskie uderzenia lidera kapeli w struny gitary. Taki „snuj”, który właściwie mógłby nigdy się nie kończyć.

Druga nie ma już tak jasnego i optymistycznego przesłania:

 

Nothing gonna stop them as the day follows the night

Right becomes wrong, the left becomes the right

And they sing as they march with their flags unfurled

Today in the mountains, tomorrow the world

(Nic ich nie zatrzyma, tak jak dnia, który nastąpi po nocy

Czerń jest bielą, racja kłamstwem

Śpiewają pod rozpostartymi sztandarami 

Dzisiaj te szczyty, jutro cały świat).

Zdecydowanie nie jestem miłośnikiem reggae, ale na bazie takich rytmów powstało wiele znakomitych numerów rockowych. Ride Across The River to bez wątpienia jeden z nich.

[W NaTemat: 26 stycznia 2014]

Od bejsbola do rokendrola

babe_ruth

„W >Minimaksie< zadebiutowała grupa Babe Ruth. B-A-B-E R-U-T-H, Babe Ruth, z wokalistką Janitą Haan, H-A-A-N". Tej treści tzw. zapowiedź wsteczna Piotra Kaczkowskiego ostała się na samym końcu jednej z taśm magnetofonowych moich braci. Musiał to być 1972, może 1973 rok, a chodziło o pierwszą stronę debiutanckiej płyty – "First Base" (1972) – tego brytyjskiego zespołu.

[more]

Kapela utworzona przez Alana Shacklocka działała od 1970 do 1975 roku, znacznie większą popularnością ciesząc się za oceanem niż w Europie. Tam też po wielu latach, w 2005 roku w Nashville, reaktywowała się i rozpoczęła pracę nad nowym albumem, który – zatytułowany Que Pasa – ukazał się dwa lata później.

Nazwa zespołu wzięła się od przydomka i nazwiska najsłynniejszego bejsbolisty ametykańskiego, George’a Hermana Rutha Jr., zwanego też Babe’em lub The Bambino. Był on jedną z najlepiej rozpoznawalnych osobistości w USA w latach 20. poprzedniego stulecia, a do dziś klasyfikowany jest w ścisłej czołówce sportowców amerykańskich wszechczasów. Uchodzi za pierwszego, którego popularność wykroczyła daleko poza uprawianą dyscyplinę. Pewnie jest w tym wiele prawdy, skoro zespół rockowy pochodzący z ojczyzny futbolu właśnie jego obrał za patrona.

Wells Fargo to strona A pierwszego singla oraz utwór otwierający album grupy –  nagrany, tak jak i pozostałe, dla wytwórni Harvest, znanej skądinąd fanom np. Pink Floyd. Kawał tak charakterystycznego dla tamtych czasów, znakomitego grania. A jednak – myślę już o całym dorobku – czegoś zabrakło, by odnieść komercyjny sukces na wielką skalę.

[W NaTemat: 22 stycznia 2014]

Ani ćwierć Woodstocku – inspiracja czy plagiat?

mitchell_woodstock

To nie jest początek nowego cyklu czy też zabawa w detektywa. Kiedyś, z wydatną pomocą słuchaczy, robiono to w radiowej Trójce. A każdy, kto choć trochę zanurzył się w muzyce, ze szczególnym pochyleniem w stronę rocka, ma świadomość, że tropienie podobnie brzmiących śladów nie ma końca.

[more]

Mitchell nie wytoczyła procesu Led Zeppelin, bo No Quarter nie jest plagiatem jej piosenki, aczkolwiek podobieństwo klimatu i brzmienia instrumentu klawiszowego jest uderzające. Inaczej niż Pat Boone, któremu Elton John zapłacił za nuty Speedy Gonzalesa w Crocodile Rock. Tak jak George Harrison Ronniemu Mackowi za My Sweet Lord

Mówi się o tym, że Going To California to efekt zauroczenia panów Planta i Page’a twórczością Mitchell. Mówi się też o cytacie z Woodstocku, ale w… koncertowych wykonaniach innej perły Led Zep, Dazed And Confused, pomiędzy 1973 a 1975 rokiem.

Dość tego. Joni Mitchell jeden ze swoich, jak się miało okazać, klasyków umieściła na płycie Ladies of The Canyon z 1970 roku, a znakomity numer LZ pochodzi z The Song Remains The Same (1973). Może po prostu zamknijmy oczy, a otwórzmy szeroko uszy.

(W NaTemat: 9 stycznia 2014)

Spencer Davis Group: Gimme Some Lovin i I’m A Man

sdg

Czasem buty spadają z nóg – i to oba naraz. Za każdym razem gdy słucham któregoś z dwóch wymienionych w tytule tekstu kawałków, mój analogowy organizm sprawia wrażenie, jakby pobierał skądś prąd.

[more]

1966 i 1967 rok. Wciąż jeszcze mnóstwo, nawet w wykonaniu najważniejszych grup w historii rokendrola, grania przynależnego do pierwszego okresu tej muzyki. Ale tu i ówdzie wybuchały już takie petardy, jak You Really Got Me Kinks, My Generation Who, Gloria Them albo pierwsze nagrania Cream. Jak posłuchać utworów SDG, trudno się dziwić, że tylko trochę później przecięły się drogi Winwooda z Hendriksem (na Electric Ladyland) i Claptonem (w Blind Faith).

To, co istotne w historii Spencer Davis Group, wydarzyło się między 1963 rokiem, kiedy zespół się zawiązał, a 1967, gdy odszedł – do Traffic – Winwood.

Steve Winwood, genialny młodzian brytyjskiego rocka, urodził się w 1948 roku. Łatwo więc policzyć, że był piętnastolatkiem w chwili formowania się kapeli, a gdy śpiewał i grał na organach w rzeczonych piosenkach, miał lat – odpowiednio – osiemnaście i dziewiętnaście. Rany boskie, ależ to fenomenalny, dojrzały, czarny głos – i jak cały kwartet gra piekielnie nowocześnie! Fantastyczne, stanowiące podstawę obu kawałków linie basu należą do starszego brata Steve’a – Muffa Winwooda, późniejszego producenta pierwszej płyty Dire Straits.

Warto jeszcze wspomnieć, że bliską oryginału, także porywającą wersję I’m A Man przedstawiła niedługo potem grupa Chicago.

[W NaTemat: 19 grudnia 2013]

Kate Bush, The Man With The Child In His Eyes

kate_bush

Raz czy dwa zdarzyło mi się napisać o męskich głosach uwodzących kobiety. A teraz, tuż przed położeniem dłoni na klawiaturze, uświadomiłem sobie, że to do Kate Bush należy pierwszy kobiecy głos, któremu ja dałem się uwieść.

[more]

Był 1978 rok, miałem szesnaście lat, a Wichrowe wzgórza były wielkim przebojem także nad Wisłą. Na moją wyobraźnię nastolatka jeszcze mocniej podziałał fakt, że Bushka nagrywając tę piosenkę miała zaledwie trzy wiosny więcej, a ze zdjęć popatrywała na mnie seksowna dziewczyna w dżinsach i podkoszulku.

A jakiś czas potem dotarła do Polski kolejna piękna piosenka z tego albumu. I chyba w pewien sposób do dziś pozostałem tym mężczyzną o oczach dziecka, zupełnie nieodpornym na piękne, a przez to jakieś nieziemskie, eteryczne i nierealne damskie głosy, tkające w dodatku delikatne nuty. Dziś, po trzydziestu pięciu latach od wydania debiutanckiego krążka Bush – The Kick Inside – sięgam do niego z przyjemnością, a przy wywołanym do tablicy kawałku wciąż robi mi się miękko na sercu.

Niesamowity był ten wynalazek Davida Gilmoura. Bo to gitarzysta Pink Floyd podpowiedział ludziom z EMI, że powinni zainteresować się Kate. Jej głos z lekkością brał takie góry, że zapierało dech nie tylko w piersiach.

Natomiast osiem lat później, już jako wielka gwiazda, zaśpiewała razem z Peterem Gabrielem Don’t Give Up, jeden z najpiękniejszych fragmentów albumu So.

P.S. Wierzcie lub nie, z klipem zapoznałem się dopiero tuż przed opublikowaniem tego tekstu…

[26 listopada 2013]

Perfect, Spać nie mogę ani jeść

perfect_geny

Czas pierwszego Perfectu to moja młodość – finisz szkoły średniej i początek studiów. Koniec epoki Gierka, Solidarność, strajki, puste sklepy, powiew wolności oraz stan wojenny. Klasyka polskiego rocka, muzyka i teksty, które idealnie trafiły w swój czas i przeszły do historii. Ale bez przesady – nie należę do tych, którzy wielbili Hołdysowe składy bezgranicznie i gotowi są stawiać kapliczki ku pamięci. Tak samo jak nie potępiam i nie wychwalam pod niebiosa dokonań reaktywowanego zespołu. Jednakże…

[more]

Album Geny ukazał się w 1997 roku, jako drugi już bez dawnego lidera. Kompozycja Niepokonani, która jako jedyna z tych późniejszych (no, może także Kołysanka dla nieznajomej z wydanego w 1994 roku krążka Jestem wdarła się do grona evergreenów kapeli, przyćmiła resztę materiału. Nie całkiem sprawiedliwie, bo jest tam jeszcze kilka naprawdę niezłych kawałków.

Pod numerem drugim przyczaił się Nie mogę spać ani jeść. Przyczaił się do tego stopnia, że przypomniałem sobie o nim parę dni temu, po kilkuletniej przerwie sięgając po płytę. Wybrzmiało te pięć minut z małym okładem i – natychmiast wróciłem do początku.

To jest rokendrol. Grzegorz Markowski, podpisany zresztą pod utworem jako kompozytor, śpiewa: „I sukienka jak z czarnej mgły, tak obcisła, że patrzeć wstyd”. Brzmienie zespołu znakomite, młodzi adepci mogą się tylko uczyć. Mistrz Ryszard Sygitowicz w drugiej części utworu odwala takie solo, że ciary biegają po plecach tam i z powrotem.

A po nagraniu albumu opuszcza zespół. Podobnie jak basista Andrzej Nowicki, twórca – wraz z Bogdanem Olewiczem – Niepokonanych, zmarły w 2000 roku w wieku zaledwie czterdziestu siedmiu lat.

[W NaTemat: 5 listopada 2013]