Emergenza – długa kolejka do muzycznej sławy

emergenza

Moja żona znajdowała się kilkaset metrów dalej, w Rialcie na koncercie Lao Che, a ja dałem się skusić propozycji, by zobaczyć tych, którzy dopiero walczą o zaistnienie na rynku. Festiwal Emergenza to pomysł, by w drodze wieloetapowych eliminacji wyłonić – w regionie, województwie, kraju, Europie i świecie – ciekawych wykonawców. Okazuje się, że nie tylko młodych, bo takich nieco wyłysiałych bądź przyprószonych siwizną też nie brakuje.

[more]

Schody zaczynają się na poziomie kompozycji – ich oryginalności bądź wtórności, tekstów – przyzwoitych i grafomańskich, wreszcie frontmenów i frontmenek.W piątkowy wieczór zobaczyłem sześć zespołów. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o trzech, które wydały mi się najciekawsze. 

Jako pierwsi wyszli na scenę

Colt Headed Dog.

Duży, sześcioosobowy skład (wokal, dwie gitary, bas, bębny, harmonijka ustna) miał problem pomieścić się na niewielkiej scenie. Jego muzyka okazała się jednak frapująca. Sporo bluesa, skojarzenia, także z racji tekstów śpiewanych w większości po polsku, z Tadeuszem Nalepą. Najbardziej natomiast ujął mnie neurotyczny, psychodeliczny The Light Blues przywodący na myśl The Doors i Jima Morrisona, w którego wyraźnie zapatrzony jest wokalista grupy. I choć grania nawiązującego do brzmień sprzed czterdziestu – czterdziestu pięciu lat jest dziś sporo, także w Polsce, propozycja tej kapeli wydaje mi się interesująca. I jeśli panowie będą się rozwijać, to mają spore szanse, by wypłynąć na szersze wody.

Kolejne pół godziny należało do 

NaSenNie.

Gitara, bas i perkusja, brzmiące bardzo mocno, dobrze, wręcz zawodowo – i nie całkiem przekonująca frontmenka. Z jednej strony to oczywisty problem miejsca występu, nagłośnienia oraz wielkiej chęci każdej występującej grupy, by pokazać, że potrafi dosypać do pieca, a z drugiej – moje od lat wątpliwości co do damskich głosów w rocku. Panowie naprawdę zdrowo łoją, trzeba by tu młodej Nosowskiej, Chylińskiej z czasów O.N.A. lub Flinty śpiewającej Joplin. Albo takiej jazdy gardłem wokalistki zespołu jak w numerze Slip. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, w realizacjach studyjnych jej głos brzmi zdecydowanie lepiej.

Trzeci zespół, który zwrócił moją uwagę tego wieczoru, to znany już skądinąd

Tape Reels.

Moja słabość do poczynań tria to jednocześnie większa ciekawość i wyżej zawieszona poprzeczka oczekiwań. W odróżnieniu od występu w Chorzowskim Centrum Kultury, tutaj miałem młodych muzyków na wyciągnięcie ręki, a tym samym możliwość podpatrzenia, jak wygląda ich współpraca na scenie. I znów nie pozostaje mi nic innego, niż chwalić. Bo jeśli imponujący już warsztat nie wyróżnia ich jakoś wyjątkowo ponad innych wykonawców (dożyliśmy pięknych czasów, gdy aspiranci do profesjonalnego grania w większości są bardzo sprawni technicznie), to dobry repertuar w klimatach Cream i Hendriksa nakazuje z uwagą pochylić się nad muzyką zespołu.

Młodego grania jest w naszym kraju zatrzęsienie. Zupełnie jakby rynek był w stanie to wszystko wchłonąć oraz, co istotne, dać strawę muzykom – i to bynajmniej nie duchową. Utrzymać się z grania jest niezmiernie trudno. A wytrwać przez lata w branży, mając ciągle coś istotnego do powiedzenia – dostępne było, jest i będzie nielicznym. Kto następny, kogo będziemy słuchać za pięć i dziesięć lat? A kogo przez długie lata?

Emergenza, Katofonia, Katowice, 15 listopada 2013)

[21 listopada 2013]

 

Wolałbym, żeby mnie nie było – Lech Janerka

lech_janerka_spij

Poeta Lech Janerka? Sam zainteresowany bierze to w wielki cudzysłów. Jednakże wydany w tym roku tomik „Śpij aniele mój / Bez kolacji” był pretekstem, by artysta czwarty raz pojawił się w katowickim Rialcie – tym razem w ramach interdyscyplinarnego festiwalu Ars Cameralis. Wpierw w roli, jak sam siebie nazwał, autora tekstów. Raz mówił dowcipnie, raz – jak to bywa z tymi, którzy trochę już przeżyli – dominowała u niego nuta rozczarowania światem i ludźmi. Rozmowa nie trwała jednak długo, bo tak naprawdę wszyscy czekaliśmy na koncert.

[more]

Zaczęło się

akustycznie, 

od kilku utworów z ciągle ostatniego albumu Plagiaty. A potem muzycy przesiedli się do instrumentów elektrycznych i zrobiło się głośno. Nostalgicznie, bo popłynęły najstarsze przeboje – Klausa Mitffocha i z Historii podwodnej. Niezwykle energetycznie, bo kwartet na scenie – znów – powalił słuchaczy mocą i świeżością dobywanych dźwięków. Wzruszenie ogarnęło starych fanów artysty przy Śmielej czy Ogniowych strzelbach, znów ścisnęło w gardle przy Strzeż się tych miejsc. Zgniótł nas punkowy Muł pancerny. Znakomicie zabrzmiały Lola, Jest jak w niebie, Historia podwodna  i Ta zabawa nie jest dla dziewczynek.

Nostalgia

nostalgią, ale siła rażenia tych piosenek jest wciąż, mimo upływu lat, niesamowita. Bezkompromisowa jazda do przodu, ładunek energii, mocny jak dawniej głos lidera robiły wielkie wrażenie. Ta muzyka nadal wyrywa się z prostej przynależności do czasów jej powstawania. O jednej z piosenek Pan Lech powiedział: „Ma trzydzieści dwa lata, więc jest starsza ode mnie”. Lecz ani on, ani one, jego kompozycje, nie noszą żadnych cech dinozaurów.

Zadziwiający to

rokendrol.

W tym samym praktycznie czasie na polskiej scenie pojawiły się dwa zespoły – Republika i Klaus Mitffoch. W obu grali świetni gitarzyści – Krzywański i Pociecha – i w obu przypadkach liderzy programowo zrezygnowali z solówek. I co? Ano nic, fantastycznie. Dorobek Janerki – w odróżnieniu na przykład od jego rówieśnika Wojciecha Waglewskiego – nie zajmuje wiele miejsca na półkach: kilka albumów, kilkadziesiąt (a nie kilkaset) skomponowanych piosenek, napisanych tekstów. Ich jakość budzi jednak najwyższy szacunek. Uświadamiam sobie, że ze wszystkich moich „starych” ukochanych artystów LJ,  jako jeden z bardzo nielicznych, jest ciągle aktywny w sposób, który nakazuje mi nisko się pokłonić. Trzydzieści lat na scenie i wciąż bardzo ważny muzycznie i świetny literacko przekaz. Poza pojedynczymi, gdzieś na początku, śladami inspiracji punkiem czy King Crimson, nieporównywalny z nikim i niczym.

Wolałbym, żeby mnie nie było

– mówi Janerka. Z goryczą, że jego teksty, zamiast odejść do lamusa, wciąż znakomicie komentują rzeczywistość. Cóż, wypada tylko powtórzyć starą prawdę, że świat się zmienia, ale ludzie nie. A Panu Leszkowi – stwierdzającemu, że proces twórczy przebiega u niego odwrotnie niż kiedyś, że ma na nowy, długo oczekiwany album gotową całą muzykę, natomiast bardzo męczy się z pisaniem tekstów – życzyć, by przełamał opór słownej materii i dokończył pracę nad płytą. Bo choć można sobie próbować wyobrazić polską muzykę bez Janerki (tak jak rock bez The Beatles czy Led Zeppelin), to nie tylko tacy posunięci w latach fani jak ja są świadomi tego, że bylibyśmy ubożsi o coś bardzo ważnego i wciąż niesłychanie aktualnego.

(Lech Janerka, Ars Cameralis, Rialto, Katowice, 14 listopada 2013)

[16 listopada 2013]

Niebanalne surprise i Überraschung – Thayer Sarrano i Andrea Schroeder

ars_cameralis

Ten koncert był kolejnym dowodem na to, że czasem warto zaryzykować. Pójść w ciemno. Odwiedzić dobrze sobie znane miejsce i zobaczyć kompletnie nieznanych artystów. Można się oczywiście na takim koncepcie pośliznąć, ale jeśli na scenie dzieją się rzeczy zdecydowanie niebanalne, a czasem bardzo piękne – świeżość doznań jest wyjątkowo mocna.

[more]

Thayer Sarrano

Chyba każdy wyznawca mocnych brzmień, któremu zdarzyło się choć raz w życiu wziąć do ręki gitarę podpiętą do wzmacniacza i uderzyć w struny, poczuł to „coś” całym sobą. Prąd i moc, drżenie nie tylko serca, dreszcze przebiegające przez cały organizm.

Rokendrol. W odróżnieniu od akademii muzycznych miejsce, w którym odnajdą się zarówno znakomici instrumentaliści, jak i ci, dla których opór materii zawsze będzie wysoką przeszkodą do wzięcia. Ale ci drudzy nigdy nie stali na straconej pozycji. Bo ta muzyka raz po raz przypomina o swoich do bólu prostych i wspaniałych jednocześnie korzeniach. I dziś, tak samo jak dwadzieścia i czterdzieści lat temu, wciąż potrafi otoczyć czułą opieką tych, którzy mają coś do powiedzenia, niekoniecznie dysponując bardzo dobrym warsztatem. [

„My guitar is so far away from home”

– powiedziała w pewnym momencie swojego występu Thayer Sarrano, dostrajając swój instrument. Ta młodziutka amerykańska kompozytorka, wokalistka i gitarzystka, ujęła wczoraj chyba wszystkich zgromadzonych na widowni w katowickim kinoteatrze „Rialto”. Artystka ma już na swoim koncie dwie płyty, bardzo pochlebne opinie krytyków w USA i teraz pewnie czas na kontrakt z dużym koncernem płytowym. Kto wie, czy tak się stanie i czy to rzeczywiście jest jedyny i właściwy klucz do sukcesu. Rozstrzyganie tej kwestii nie do mnie na szczęście należy.

Głos góra dwunastolatki, biała, ażurowa sukienka do kolan, pozycja siedząca, mikrofon i gitara elektryczna w rękach. A obok dwóch młodych mężczyzn, z których jeden gra na klawiszach, a drugi na bębnach. Czyli – bez basu. Czasem jest mocniej, ostrzej – wtedy pojawiają się skojarzenia z P.J. Harvey albo Velvet Underground, ale zwykle delikatniej, miękko – i wpadamy w tę wielką przestrzeń pod nazwą indie rock.

Ale pal licho terminy i definicje. Nieco „przybrudzona”, czasem przesterowana, niestrojąca idealnie gitara oraz zdecydowanie większe umiejętności obu panów stanowiły bardzo interesującą mieszankę. Prymitywizm spod znaku VU czy punka na zmianę z ładnymi melodiami – wszystko już było. A jednak jest w Sarrano coś frapującego, przyciągającego uwagę. Coś, co nie pozwala przejść obojętnie obok jej propozycji.

Andrea Schroeder

Kwadrans na przemontowanie sceny i pojawia się na niej młoda postać z Berlina, autorka jednej póki co płyty – Blackbird. Głos porównywany z jednej strony do Marleny Dietrich, z drugiej do Nico. Do tego trzech facetów: gitara akustyczna (częściej, choć zwykle z przystawkami) lub elektryczna, gitara basowa, perkusja i harmonie w rękach frontmanki. Znakomite, oszczędne brzmienie, głos może nie potężny, ale niski i magnetyczny.

Znajdujemy się w klimatach Velvetów (znów), Lou Reeda, Nicka Cave’a czy też Davida Bowiego – zresztą mamy do czynienia w sporej części z coverami. Ale jakże smakowitymi! Miałem problem po rokendrolowym pierwszym secie wejść w te psychodeliczne, mroczne i precyzyjnie odmierzone utwory. Przy bodaj czwartym utworze dałem się jednak uwieść – świetnym instrumentalistom i mało niemieckiemu wdziękowi liderki. I pozostałem tak, oczarowany, do samego końca.

*

Prawie trzy godziny grania, ale ani trochę znużenia, zmęczenia. Dwie młode wokalistki i dwa różne podejścia do muzycznej materii. A jednak postawienie ich obok siebie na scenie było zdecydowanie uzasadnione. W obu jest pasja, świeżość i radość grania dla ludzi. Brawa należą się także organizatorom dwudziestego drugiego już festiwalu Ars Cameralis za umiejętność wyławiania takich bursztynów z bezmiaru najróżniejszych możliwości.

(Thayer Sarrano i Andrea Schroeder, Ars Cameralis Katowice, Rialto, 12 listopada 2013)

[14 listopada 2013]

Szczypta jazzu – RGG i Wojciech Lichtański, Silesian Jazz Festival, Katowice, 24 października 2013

sjf_2013

Czwartkowy wieczór w pięknej sali koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach był początkiem ósmej już edycji festiwalu. I dniem młodego polskiego jazzu.

[more]

RGG

– fortepian, bas i perkusja – ciągle porównywani są do Marcin Wasilewski Trio, mimo że mają już na koncie sześć płyt. To nieuchronne, gdy pojawia się w odstępie kilku lat podobny skład, a wraz z nim nieodległe od siebie klimaty. Pisałem już o tym kiedyś – skandynawskie wiatry w jazzie są mi bardzo bliskie. Nawet jeśli słyszymy instrumenty dęte (Jan Garbarek), nie wdzierają się one gwałtownie do głowy, jak ma to częstokroć miejsce w jazzie amerykańskim.

Panowie Ojdana, Garbowski i Gradziuk uciekają od prostych skojarzeń z MWT, uciekają też od łatwych tropów prowadzących za Bałtyk (EST, Tord Gustavsen), łamiąc łagodną fakturę swych utworów. Raz pomysłami rodem z Warszawskiej Jesieni, innym razem wytrącając słuchaczy z melodycznego transu obfitością improwizacji – w ruch szły przeróżne przeszkadzajki lub, bezpośrednio, struny fortepianu.

I choć cały czas słychać było, że na scenie jest trzech a nie więcej muzyków, przyznam, że muzyczne proporcje w obrębie trzykwadransowego występu nie do końca przypadły mi do gustu. Doceniam, ale wolałbym więcej grania, a mniej eksperymentowania i zabawy dźwiękiem.

Wojciech Lichtański

Ten dwudziestotrzyletni saksofonista altowy to wschodząca gwiazda polskiego jazzu. Student katowickiej AM, lider niedawno powołanego do życia kwartetu Lichtański Sound Lab i już laureat Grand Prix Bielskiej Zadymki Jazzowej. Ponadto – kompozytor całego materiału na debiutanckim albumie grupy nagranym wiosną na żywo w Radiu Katowice.

Skład znany od dziesiątków lat z czarnego jazzu – saksofon, fortepian, bas i bębny – i te patenty są w graniu LSL ewidentne. Ale jednocześnie, jak podkreśla sam lider w rozmowie z „Jazz Forum”, ciągnie go w stronę grania skandynawskiego. Czyli ostrożnie z wirtuozowskimi popisami, mniej freejazzowego szaleństwa, brawury, a więcej melodii oraz stonowania. Lichtański przyznaje się zresztą do fascynacji Bobo Stenson Trio.

Występ LSL był zdecydowanie bardziej jednorodny stylistycznie niż set RGG. Widownię uwiodła też stara, dobrze pojęta elegancja – zarówno grania, jak i zachowania na scenie. Z pięknym bisem występ trwał godzinę. Zastanawiam się, czy moje rockowe ucho przyswoi te nuty w domowych warunkach, odtwarzane z płyty. Na żywo jednak zabrzmiały bardzo, bardzo interesująco.

[W NaTemat: 28 października 2013]

Milcz Serce, Lugozi, Tape Reels – Chorzowskie Centrum Kultury, 22 października 2013

Warto sobie co jakiś czas zafundować – zwłaszcza że za jedyne pięć złotych – trzy godziny takiego grania. Utwierdzam się w przekonaniu, że coraz bardziej lubię być zaskakiwany. Czymś dla siebie nowym. I, oczywiście, pozytywnie.

[more]

Tape Reels

To z powodu tych tarnogórskich młodziaków znalazłem się wczoraj na widowni Chorzowskiego Centrum Kultury. Jakiś czas temu bardzo mi przypadł do gustu materiał z ich pierwszej EPki. Skonfrontowanie tego, co znałem z czterech nagrań studyjnych, z graniem na żywo dostarczyło mi wyłącznie pozytywnych wrażeń.Eric Clapton, gdy – wraz z Jackiem Bruce’em i Gingerem Bakerem – formował superskład Cream, miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Gdy trio przestało istnieć, w 1968 roku, był tylko dwie wiosny starszy i u szczytu sławy. Tu co prawda nie Wyspy Brytyjskie i nie koniec lat 60., ale…

Oj, nasłuchali się chłopaki starej muzy – i to całkiem sporo. I, co niezmiernie ważne, co słychać – spędzili ze sobą na próbach już wiele, wiele godzin. Bardzo mocna sekcja – Iwo Nowak i Adam Budziński – to świetny punkt wyjścia dla frontmana. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się coś do powiedzenia. Porządny wokal i takaż, niezwykle stylowa gitara Bartosza Pokrywki budzą spore nadzieje na przyszłość. 



Pokrywka może kojarzyć się z coverem, ale to mylny trop. Muzyka, choć cała upstrzona cytatami, jest oryginalną propozycją kapeli. Trzy kwadranse soczystego, gitarowego grania upewniło mnie, że ten zespół ma sporo do zaproponowania. I szkoda byłaby wielka, gdyby – z tych czy innych powodów – ci młodzi ludzie rozeszli się do innych w życiu zajęć. Klimaty starego grania, tego z przełomu lat 60. i 70., mają się dobrze jak nigdy – i to zarówno w pełnym zanurzeniu w przeszłości, jak i wtedy, gdy klasyczny rock stanowi „jedynie” punkt wyjścia. 

Tape Reels to solidna, równa sekcja i gitara, w której mnóstwo jest Hendriksa i Page’a. Stąd zamiast równo odgrywanych akordów, palce wciąż znajdują nuty z sąsiedztwa. Faktura jest przez to gęstsza, ale że Bartek robi to ze znajomością tematu i smakiem, wszystko cały czas swinguje.
Można uśmiechać się oczywiście, widząc, jak lider zapatrzony jest nie tylko w klasycznych mistrzów rockowej gitary, ale też ich sceniczne przed laty zachowanie. Jednak jego młodzieńcza nonszalancja (oj, dziewczyny, przystojny to młodzian) jest pełna uroku. Gdy w czasie grania solówki otwiera butelkę z wodą albo klęka przed wzmacniaczem, nie sposób się nie wzruszyć.
To jednak dodatki, najważniejsza jest muzyka, a ta jest zdecydowanie O.K. Panowie, oby tak dalej. Są nowe numery, najwyraźniej kształtuje się materiał na debiutancki album. Trzymam kciuki!

Lugozi

Parę dekad temu – mowa przede wszystkim o latach 80. – by zagrać taką muzykę, potrzeba było ze trzech ludzi na scenie i baterii syntezatorów. Te wszystkie Ultravox, Spandau Ballet, Soft Cell, Yazoo, a nieco wcześniej Kraftwerk (choć tu było bardziej industrialnie) – czytelne są u cieszyńskiego samotnika ukrywającego się pod pseudonimem Lugozi. A cały jego arsenał to laptop i parę innych niedużych zabawek.Od dawna nie jestem miłośnikiem syntetycznych brzmień. Muzyka lat 80. już wtedy, gdy była nowa, znacznie częściej przyprawiała mnie o drgawki niż budziła cieplejsze emocje, ale jest coś, co – mniej lub bardziej – Lugoziego broni. Zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się melodia, a nie ogłupiający komputerowy rytm. Nie moja to bajka, ale muzykalności młodemu artyście odmówić nie sposób.

Milcz Serce

Wjeżdżanie samochodem do Mysłowic od strony Katowic przez kilka lat doprowadzało kierowców do bólu głowy. Czy jazda po dziurawych i nieoświetlonych ulicach wydobywała i wciąż wydobywa z młodych ludzi tam mieszkających artystyczne zacięcie szybciej niż w innych miastach? Od dawna nie mogę się nadziwić, jaki ferment muzyczny ma miejsce w Mysłowicach, ile się dzieje w tym nie największym w warunkach aglomeracji śląskiej mieście.

Jeśli chodzi o najważniejszych wczoraj wykonawców, moje serce nie może milczeć – brać ich! Do radia, na duże sceny muzyczne, te czy inne festiwale, albo gdzie tam jeszcze. Tych pięciu facetów jest na to gotowych. Sam wokalista powiedział w pewnej chwili, że ten skład jest ostateczny, a jeśli coś się zmieni, to zespół się rozpadnie. Nie mi oceniać monolityczność kapeli, ale przyznam, że z każdym wysłuchanym kawałkiem stawałem się większym fanem zespołu.

Skojarzenia – z tych odleglejszych w czasie, za sprawą wykorzystywanego w niektórych piosenkach saksofonu: Mr. Z’oob – i to ten najlepszy, z samego początku Mój jest ten kawałek podłogi, a dalej  Blenders Kupiłem czarny ciągnik – ta sama dobra energia na scenie. Wreszcie bardziej oczywiste i współczesne: muzyka sytuująca się gdzieś między Myslovitz i Muchami. Zaryzykuję twierdzenie, że Milcz Serce są w tej chwili ciekawszą propozycją niż nowe wcielenie Myslovitz. I równie ciekawą jak Muchy. 

Ten kwintet to już zawodowcy. Świetne piosenki skrzące się od dobrych tekstów lub co najmniej wersów (np. o kawałku żony zawiniętym w papier śniadaniowy). Dobry tekst w języku polskim zawsze przyjmiemy z radością i wzmożoną uwagą, a jeśli włożony jest w dobrą i dobrze zagraną muzykę, do pełni szczęścia słuchacza już naprawdę niedaleko. Mamy niby pop, ale szlachetny, gitarowy, a w każdej piosence kilka pomysłów, kilka wolt linii melodycznej. Mnóstwo pomysłów aranżacyjnych i mocnych gitarowych riffów raz po raz wyprowadzających na manowce nasze myślenie, że mamy do czynienia z bezpretensjonalną i prostą muzyką. Otóż nie – i bardzo dobrze!
Dawno temu ta sztuka udawała się Oddziałowi Zamkniętemu i Lady Pank. Do mistrzostwa na rodzimym gruncie doprowadzili ją pod koniec XX wieku panowie z Myslovitz, a jeśli talentu i sił do zmagań starczy, to Milcz Serce ma wszelkie dane, by zawojować zarówno listy przebojów (np. Trójkową), jak i dotrzeć do serc bardziej wymagających słuchaczy.

Płyta, którą nabyłem tuż po koncercie, została dziś trzykrotnie przepuszczona przez domowy odtwarzacz. I jest tak, jak być powinno. Przy pierwszym słuchaniu: kurde, gdzie jest ta energia ze sceny? Przy drugim: no, no, jest nieźle. Przy trzecim: hm, wchodzi do głowy. Wiem, bo znam ten stan u siebie – że tak już zostanie.Powtórzę więc na koniec: brać ich!

(w NaTemat: 24 października 2013)



Z wolnej ręki – Eric Clapton w Oświęcimiu

LF_2014

Ostatni dzień piątej edycji Life Festivalu w Oświęcimiu zwieńczył występ jednej z największych legend rokendrola – Erica Claptona.

[more]

Zanim jednak mistrz gitary pojawił się na scenie, gościła na niej wciąż uznawana za czołową polska artystka. Tymczasem w moim odczuciu Edyta Bartosiewicz to od dawna jedno – trudno nawet mówić, że wielkie –

rozczarowanie.

Lata przerwy niczego u niej nie zmieniły. Tak jak niedbale, z okropnym frazowaniem śpiewa na płycie, tak, albo jeszcze gorzej, na żywo. W ten sposób można wydawać z gardła dźwięki przy ognisku albo w wersjach demo nagrań, ale nie dla paru tysięcy ludzi. Lekcje śpiewu i dykcji potrzebne od zaraz, ale co z materiałem muzycznym? Ani krztyny w tym finezji, odrobiny gry palcami na gitarze, wszystko zlewa się w popkonfekcyjną miazgę – nawet cover Joy Division Love With Tear Us Apart. I chyba nic tu już nie pomoże. Ta świetna kiedyś wokalistka i – wydawało się – zdolna kompozytorka jest dziś, jak sądzę, nie do odratowania. 

*

Czego spodziewaliśmy się po wczorajszym występie E.C.? Czego ja się spodziewałem, a co otrzymałem? Clapton nieuchronnie zbliża się do siódmego krzyżyka. Jako muzyk koncertujący wciąż jest niesłychanie aktywny, wciąż w wybornej formie jako instrumentalista i nie gorszej jako wokalista, a tym ostatnim wybitnym nigdy przecież nie był. Czy mamy czuć się zawiedzeni, że to było

tylko półtorej godziny?

Najwyższa pora oswoić się z myślą, że występy festiwalowe rządzą się swoimi prawami, nawet te ostatnie danego dnia. Jeśli doceniamy, że zaczynają się bardzo punktualnie, to uszanujmy też zakontraktowaną – najwyraźniej – ich długość. A ta najczęściej oscylować będzie wokół dziewięćdziesięciu minut.

Czy poza tak określonym dystansem coś było nie tak? Jeśli większość widzów miała niedosyt, to tylko dlatego, że ze sceny płynęły wspaniałe dźwięki. I chciałoby się jeszcze, bo wiadomo, że mistrz ma w czym wybierać.

Ośmioosobowy skład, którego poza liderem ozdobą byli Andy Fairweather Low na drugiej gitarze i Paul Carrack na organach, obaj znakomicie śpiewający, no i te dwie smaczne „czekoladki” (po filmie „O krok od sławy” chyba już zawsze będę inaczej, znacznie cieplej i z większą uwagą, popatrywał na chórki) – to absolutne

zawodowstwo.

I chyba nie ma większego znaczenia, ile świeżości mogą wydobyć z siebie niemłodzi muzycy, odgrywający te same numery po raz nie wiadomo który, od wielu, wielu lat. A jednak wciąż najwyraźniej odzywają się w nich dusze rasowych bluesmanów, którzy z radością kładą palce na instrumentach, by wydobyć z nich wielkiej urody dźwięki. I’m just a swinger – chciałoby się sparafrazować tytuł pewnej piosenki. Ten puls, ten swing w ich sercach powoduje, że wciąż czerpią siłę z grania, wciąż w jazzowy sposób podchodzą do większości utworów, w których znajduje się miejsce na solówki dwóch gitar, fortepianu i organów.

Repertuar był trochę krótszą mutacją ubiegłorocznego występu w Łodzi. Wyraźnie zarysowane były

trzy części:

pierwsza elektryczna – z m.in. Key To The Highway i Tell The Truth z jedynego albumu formacji Derek And The Dominos oraz klasyka Hoochie Coochie Man W. Dixona, druga, akustyczna, z Laylą, Tears In Heaven i cudnej urody numerem JJ Cale’a Crazy Mama. W trzeciej, znów elektrycznej, mieliśmy wokalne popisy Carracka w How Long i Fairweathera Lowa w Gin House oraz żelazne pozycje w postaci Crossroads i Cocaine. Na bis zespól zagrał High Time We Went Cockera i Staintona.

Było pięknie, stylowo, z wielkim kunsztem, więc taki koncert mógłby jeszcze trwać i trwać. Ale cieszmy się tym, co otrzymaliśmy. Czas biegnie nieubłaganie – mistrzowie rokendrola są coraz starsi i nie wiadomo, jak długo jeszcze będą nam opowiadali swe muzyczne bajki. Oby jak najdłużej, bo wciąż na ich koncertach pełno nie tylko siwych i łysiejących głów, ale i bardzo młodych ludzi.

Soundgarden: legenda grunge na Life Festivalu w Oświęcimiu

LF_20141

Przykłady Doliny Charlotty niedaleko Słupska oraz Oświęcimia dowodzą, że dzięki wariatom, zapaleńcom można stworzyć właściwie coś z niczego. Life Festival dzięki Dariuszowi Maciborkowi z RMF-u i władzom miasta rozrasta się z roku na rok, tym razem stając się już imprezą pełną gębą, będącą w stanie przyciągnąć wielu wykonawców, a wśród nich gwiazdy największe. Piątkowy wieczór zwieńczył występ legendy muzyki grunge – kwartetu Soundgarden.

[more]

Choć ekipa Chrisa Cornella, podobnie jak Alice In Chains, nigdy nie dorównywała Nirvanie i Pearl Jam, należała w ostatniej dekadzie XX wieku do

czołówki mocnego grania.

Gdy pod koniec ubiegłego roku dowiedziałem się, że przyjedzie do Oświęcimia, nie miałem wątpliwości, że trzeba tam być. Bilety od pół roku cierpliwie czekały na swój moment.

Po dousznym harakiri, jakiego doświadczyłem dwa tygodnie temu na Orange Warsaw, bardzo pragnąłem, by wreszcie muzyka skatowała mnie w sposób, który lubię. Panowie z Seattle nie całkiem się do tego nadawali, nigdy nie byłem ich zaprzysięgłym fanem, nie miałem złudzeń, że repertuar koncertu to będzie w całości moja lista marzeń.

Stanęliśmy z żoną na wprost sceny, tuż przed namiotem ze stołami realizatorów koncertu. Już pierwsze uderzenia stopy Matta Chamberlaina (zastępującego w tej trasie Matta Camerona) i basu Bena Shepherda sprawiły, że zastanawiałem się, czy ktoś przypadkiem nie robi mi sztucznego oddychania, mocno napierając na moją klatkę piersiową, prawie ją miażdżąc. Jak dołożyć do tego przestery Kima Thayila, możecie sobie wyobrazić, że żartów nie było –

spusty surówki

z hutniczego wielkiego pieca dokonywały się raz po raz. Z lękiem popatrywałem na moją połowicę, czy daje radę – najciężej było, gdy przez oświęcimski stadion MOSiR-u przetoczył się transporter opancerzony o nazwie Jesus Christ Pose – wersja studyjna to drobiazg w porównaniu z wykonaniem tego numeru na żywo.

Występ zaczął się punktualnie o 21.30, od numeru pochodzącego z albumu Badmotorfinger ((1991) – Searching With My Good Eye Closed. I przez godzinę i czterdzieści pięć minut bezustannie balansowaliśmy na granicy hard rocka i metalu. Można się zastanawiać, dlaczego gitara raz po raz przykrywała wokal, zwłaszcza że trudno było podejrzewać wczoraj Cornella o jakąkolwiek niedyspozycję – od początku do końca nie miał żadnych problemów ani z charakterystycznymi dla siebie dołami w stylu Coverdale’a, ani z plantowskimi górami. Widać tak to miało być, tak ustawiono to na mikserskiej konsolecie: nad wszystkim panować ma potężny i niski dźwięk gitary (lub gitar, bo w części materiału tradycyjnie panowie grali na dwa takie instrumenty).

Soundgarden nie ma w swoim repertuarze

przebojów

w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Jedyny hit, Black Hole Sun, pojawił się bardzo szybko, jako piąty numer i, też w pełni świadomie, został odarty z cech pościelówy – płynność i łagodność melodii naruszało kąśliwe brzmienie gitary Thayila. Z Trójkowej listy przebojów pamiętamy też o Been Away Too Long z ostatniego albumu, który zabrzmiał zaraz po sabbathowskim  Blood On The Valley Floor.

Utwory, które w moim odczuciu, niosły ten koncert, zaczęły się od pozycji nr 10 na setliście – znakomitego My Wave. Potem zagrali Superunknown i znów rewelacyjne – Blow Up The Outside World i nieco zeppellinowski Burden In My Hand. To były naprawdę porywające momenty występu zespołu. Koncert zakończył się pieśnią 4th of July, a na bis zabrzmiały jeszcze Let Me Drown i pochodzący z pierwszego albumu Beyond The Wheel.

Czego mi zabrakło?

Na przykład wszystkich trzech kawałków, o których pisałem, zapowiadając jakiś czas temu w blogu ten koncert: Like Suicide, Dusty i Overfloater. Ale tak jest prawie zawsze, występ tej czy innej kapeli to nie koncert życzeń. Generalnie jednak było bardzo, bardzo O.K. Mój osobisty dowód na to, że spędziłem czas w bardzo miły sposób, jest prosty: nazajutrz z radością sięgam do płyt dopiero co usłyszanego na żywo wykonawcy. A tak jest także i dzisiaj.

Jeszcze cieszę ucho nagraniami SG i czy prędzej spisuję na gorąco swe wrażenia, bo już za parę godzin na tej samej scenie mam nadzieję zobaczyć niejakiego E.C.

P.S. Skoro „NaTemat” do jutra jest nieczynny, relację z koncertu SG zamieszczam w starym miejscu. MG

Co robić, kiedy nie zachwyca? – Lao Che, Kinoteatr Rialto, 15 listopada 2013

Główni autorzy Blog and rolla przenieśli się do

blogandroll.natemat.pl

tu zrobiło się tak cicho, że postanowiłam coś napisać. Zwłaszcza że pojawiła się sposobność. Byłam (sama) na koncercie Lao Che.

[more]

Dawno już chciałam pójść, znałam ich tylko z radia, z kilku wydanych płyt, i to niezbyt dobrze. Wreszcie nadarzyła się okazja. Moje ulubione Rialto, żaden tam spęd halowy (to zresztą nie zespół na takie miejsca), tylko koncert na

cztery i pół setki oddanych fanów.

Niby wszystko mi się zgadzało – fantastyczna energia płynąca ze sceny, spontaniczność i nieudawana radość grania ze sobą, a to zawsze podoba się publiczności, wreszcie znakomity warsztat muzyczny i świetne teksty, a w nich wiele nawiązań do Biblii, do literatury. Czegóż chcieć więcej?

A jednak z minuty na minutę byłam coraz bardziej znużona. Co jest ze mną nie tak? Czego brakuje?

Niczego. Wszystkiego jest dosyć, ba, nawet w nadmiarze. I chyba ta nadmiarowość mnie tak wymęczyła.

Zespół zaczął od trzęsienia sceny. I tak już pozostało, na wysokim ce. Na pierwszy ogień (nomen omen) poszły utwory z płyty Gospel, na czele ze znakomitym Hydropiekłowstąpieniem i Czarnymi kowbojami. Potem było przejmujące Życie jest jak tramwaj i Prąd stały/prąd zmienny z płyty pod tym samym tytułem.

Im dalej, tym

bardziej elektronicznie i hiphopowo

(ostatni Soundtrack), i to już zdecydowanie nie była moja bajka. Choć przyznaję, że gryzł w oczy snujący się Dym (Rzuciłem palenie i kościół też/Do pierwszego czasem wracam, do drugiego – nie) i zadziwiała prawdziwością autorefleksji Na końcu języka (Odgadł zagadkę bytu ten, co gębą tak rusza, że/gęba się porusza, a wyraża się dusza).

Mało jest zespołów, w których wszyscy świetnie śpiewają. A tu tak było, cały sześcioosobowy skład nie stronił od mikrofonów, wręcz przeciwnie, wyśpiewywano wszystko od pierwszej do ostatniej nuty. Nie było miejsca na jakieś tam solówki, nikt nie wychodził, Boże broń, przed szereg, no może z wyjątkiem Spiętego, ale on, wiadomo nie jest łatwy w związkach – to jedno/A w tych wyznaniowych to już na pewno.

To granie nie ma raczej anglosaskich korzeni, nie wyrosło z bluesa, rokendrola, nie ma w nim swingu. Bliżej mu – tu się zawahałam – do dramatyzmu piosenki francuskiej, wykoncypowania piosenki aktorskiej.

Publiczności się podobało,

dawno nie widziałam takich tłumów śpiewających z ulubionym wykonawcą. Trzeba przyznać, że zespół się nie oszczędzał, dał długi, bardzo energetyczny koncert, ze starannie dobranym światłem i wizualizacjami.

Co robić, kiedy nie zachwyca? Nic. Słuchać dalej. W tym morzu dźwięków znajdą się te warte wyłowienia. I niewykluczone, że będzie to jakiś kawałek Lao Che.



Wciąż łyżkami jeść – Dżem, Chorzowskie Centrum Kultury, 3 października 2013

Dżem nigdy nie grał słabych koncertów. Powiem więcej: nigdy nie grał niezłych koncertów. Pierwszy raz usłyszałem ten zespół na żywo chyba trzydzieści lat temu, grali dobrze. Potem działo się tak, że byłem świadkiem ich występów co najmniej raz w roku. Widziałem, jak z dobrej kapeli stają się bardzo dobrą. Świetną.

[more]

I fantastyczne jest to, że lata lecą, skład – także w następstwie najsmutniejszych faktów – parokrotnie się zmieniał, a zespół pozostaje

osobnym rozdziałem w muzyce

nie tylko polskiej, ale, co powiedział już dawno temu Jan Chojnacki, także europejskiej. To formacja rodem z Południa Stanów.

Wzruszył mnie wczoraj Beno Otręba. Czwarty członek ZZ Top, który za sprawą amerykańskich służb przerzucony został na Śląsk, by graniem bluesa czynić znośniejszym komunizm. Był wyjątkowo ożywiony (Beno, nie komunizm), uśmiechał się raz po raz, podśpiewywał sobie momentami, co przywodziło na myśl lata 80., gdy wielokrotnie podchodził do tego samego mikrofonu co Riedel. Jak zawsze – mistrzowsko napędzał bas, raz po raz zabawiając się z młodszym bratem w stylu Status Quo.

Właśnie. Od dawna już przywykliśmy do tego, że gdy pora na gitarową solówkę, to – jak zauważył mój syn – spoglądaliśmy na prawo, w stronę Jerzego Styczyńskiego. Tymczasem wczoraj jeszcze jedno przypominało mi

Dżem sprzed trzydziestu – dwudziestu pięciu lat:

praktycznie równy podział solówek między Styczyńskiego i Adama Otrębę. Ten ostatni nie jest może tak efektowny, ale to także fachman z tych (Tych) nie tak znowu licznych stylowych w Polsce. Jak dobrze, że o sobie przypomniał.

Trochę żałowaliśmy, że koncert był takim Dżemem dla wszystkich, że odegrano chyba w komplecie wszystkie „naj”, a z ostatnich dwóch płyt tylko pięć kawałków – Diabelski żart i Do kołyski z 2004 oraz Do przodu, Nie patrz tak na mnie i Partyzanta z Muzy.

Ale – co tam! Wszystkie atuty zespołu, jakie znamy od dawna, wciąż pozostają atutami: radość grania, fantastyczny warsztat i szacunek dla publiczności. Choć część główna skończyła się po półtorej godzinie, wraz z dwoma pokaźnymi bisami zespół przebywał na scenie blisko sto pięćdziesiąt minut.

Co było

mniej oczywiste,

to początek – pięknie brzmiący Wiem na pewno wiem – nie kocham cię, następnie Boże daj dom (moje uszy chętnie usłyszałyby tu skrzypce) oraz – jeszcze jedno westchnienie za dawnymi latami, kiedy ten utwór był żelaznym punktem każdego występu – Nieudany skok.

Publiczność, zdecydowanie – średnio rzecz biorąc – starsza niż na przykład na festiwalu Ku przestrodze, była jednak wyraźnie zadowolona z tego swoistego „debestofu”. Podniosła się z miejsc przy Harleyu, pozostała tak przy Wehikule czasu, uszczęśliwiona była Cegłą oraz zwieńczeniem koncertu w postaci Whisky.

Ten whiskaczowy scenariusz powtarza się już chyba od kilkunastu lat: zaczyna Styczyński na gitarze akustycznej, a po paru minutach pojawia się właściwy temat i reszta instrumentów. Konstrukcja utworu – wypisz, wymaluj Cockerowskie

With A Little Help From My Friends,

czyli ekstatyczne never ending story. W pięknym wnętrzu odnowionego parę lat temu ChaCeKu, mieszczącego około czterysta osób, ze sceną na wyciągnięcie ręki, widać było, ile węgla przerzucił wczoraj Zbigniew Szczerbiński. Oj, nie oszczędzał się bębniarz Dżemu nic a nic. Gra w starym stylu – gęsto – jak Baker, Bonham, Nebeski czy Hajdasz.

Jerzy Styczyński robił swoje, tak samo Janusz Borzucki, zdecydowanie lepiej nagłaśniany w tej gitarowej przecież kapeli niż dawno temu Paweł Berger (to pewnie sprawa większych dziś możliwości technicznych). Maciej Balcar jest dla mnie, pisałem już o tym, właściwym facetem na właściwym miejscu. Nie wyobrażam sobie nikogo, kto równie pięknie wniknąłby w ducha tej kapeli.

Nie był to z pewnością jakiś szczególny koncert. Jeden z wielu tak dla zespołu, jak i starych fanów. I może właśnie dlatego z tym większą radością konstatuję, że poza mniejszą ilością i bielszym kolorem włosów większości członków zespołu, w Dżemie bez zmian. Czyli wciąż znakomicie.

Najlepsze na początku – Holly Blue i Ania Dąbrowska, Urodziny Katowic, Trzy Stawy, 14 września 2013

Słuchając na żywo Ani Dąbrowskiej, zastanawiałem się nad nie do końca jasną granicą. Między czymś, co sprawia, że pop jest zwykłym popem, równo mielącą maszynką, oraz miejscem, w którym – wciąż pozostając piosenką – zyskuje na szlachetności. Co powoduje, że robi się subtelniejszy i nabiera smaku.

[more]

Ania Dąbrowska

Mam na półce w domu trzy pierwsze jej płyty (aż się zdziwiłem). Sympatia do artystki datująca się jeszcze z czasów pierwszego „Idola” to za mało, by sięgnąć do portfela. Musiałem więc dopatrzeć się, a raczej dosłuchać w jej propozycjach czegoś nie do końca oczywistego.

Weryfikacja wrażeń sprzed kilku lat podczas występu na żywo nie wystawia Dąbrowskiej dobrej oceny. Miałem skojarzenia z Melą Koteluk, bo po paru numerach zrobiło się w podobny sposób nużąco i przewidywalnie. Będę się upierał przy aranżacjach, bo to one potrafią z banalnej pozornie melodii wydobyć sporo piękna. A te aranże w obu przypadkach są bardzo liniowe – wszyscy instrumentaliści grają allegro, na swoistego maksa. Może to wynika z faktu, że są poprawni, ale nic ponadto? Bo żeby choć jednemu z nich dać trochę pograć, ten musi umieć coś więcej, umieć wziąć na siebie – i unieść – trud nadania prostym nutom lekkości i wdzięku.

Tej subtelności chyba jest trochę na płytach, wczoraj, w plenerowych okolicznościach, zdecydowanie jej zabrakło.

Holly Blue

Jestem pewien, że to co najlepsze wczoraj przy katowickich Trzech Stawach, usłyszeliśmy na samym początku. Usłyszeliśmy? Przerażająco mała garstka ludzi, na początku koncertu mniejsza niż liczba ochroniarzy wokół sceny. Było mi wstyd – nie pierwszy raz zresztą – że jest tak pusto, cicho i byle jak. Co musi się wydarzyć, by ludzie wyszli z domów?

Dwa tygodnie wcześniej miałem okazję liznąć imprez otwierających kolejny sezon kulturalny w Amsterdamie. W parku w centrum miasta trzy sceny stały obok siebie w odległości nie większej niż dwieście metrów. Pozostałych miejsc, gdzie grała muzyka, nie zliczę (mieliśmy z żoną okazję zobaczyć piękny występ połowy składu Arify, niedawno oglądanej w Katowicach). Mnóstwo ludzi, nie tylko młodych, żywiołowe reakcje, ogólna zabawa. Wspominaliśmy oczywiście très b., którego gitarzysta i wokalista, Olivier Heim, ma holenderskie korzenie.

Serce mnie bolało. Taka kapela, jak Holly Blue – projekt Sonii Kopeć i Emila Blanta – mogłaby w kraju tulipanów liczyć na aplauz kilkusetosobowej widowni. Tymczasem miałem wrażenie, że młodziutka, bardzo utalentowana i posiadająca mnóstwo wdzięku wokalistka raz po raz liczy, ile osób jej słucha.

Mysłowicki zespół serwuje granie lokowane w worze z napisem indie rock, sytuujące się – jeśli o rodzimą scenę chodzi – blisko wspomnianego très b. czy Kari Amirian. Ciepły, delikatny wokal, dużo pięknych, urzekających melodii – to naprawdę granie zdecydowanie powyżej jakkolwiek rozumianej średniej.

Mam wrażenie, że gdzieś tam, w Holandii na przykład, pewnie spokojnie kapela zarabiałaby na chleb, a jej członkowie robili to, co w życiu potrafią najlepiej, czyli grali. I mieli poczucie sensu, bo byłaby publiczność, koncerty, płyty – i ufne patrzenie w przyszłość. Wszystko mogłoby sprowadzać się tylko do kwestii skali talentu.

U nas tymczasem mamy nie rynek muzyczny, a ryneczek lidla. Tutaj przebić, by nie przymierać głodem, udaje się nielicznym i, jak to zwykle bywa, niekoniecznie tym, którym najbardziej by się to należało. Póki co jest więc tak, że zespół, który zaistniał w internecie, ma teraz na koncie swój debiutancki album – wydany w wydawnictwie „Falami” Marcina Babki First Flight.

Nie wiem, gdzie Sonia Kopeć, osiemnastoletnia, a niezwykle już dojrzała wokalistka i pianistka, będzie – sama czy z kolegami – za, powiedzmy, siedem lat. Oby nie za jakimś biurkiem, z telefonem przy uchu. Oby to, co usłyszałem wczoraj, było początkiem kariery.