Po koncercie: czy „Myslovitz bez Rojka to już nie to” ?

W życiu pewne są tylko zmiany. To, że z różnych powodów zmieniają się składy grup rockowych, nie jest więc niczym szczególnym.

[more]

Jeśli spojrzeć wstecz, najbardziej za nic wszelkie okoliczności miał Robert Fripp, który wciąż dobierał sobie nowych współpracowników, łącznie z tymi szczególnie istotnymi – wokalistami, tymczasem Karmazynowy Król nagrywał kolejne świetne płyty. Wielcy mogą sobie na wiele pozwolić. 

Łagodny przebieg

miała wymiana Teda Turnera na Lauriego Wisefielda w Wishbone Ash. AC/DC po śmierci Bona Scotta błyskawicznie dokooptowali nowego wokalistę, Briana Johnsona, i nagrali z nim swoją najlepszą płytę. W Van Halen po odejściu Davida Lee Rotha zameldował się Sammy Hagar, zupełnie inny, ale też świetny frontman. Wychodzi na to, że poziom artystyczny tłumaczy jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. Poziom i – trzeba dodać – chęć powiedzenia czegoś jeszcze ponad to, co już zostało powiedziane. Bo na przykład obecność nawet takiego głosu jak Paul Rodgers nie wydaje mi się dostatecznym usprawiedliwieniem kolejnych tras koncertowych pod szyldem Queen.

A w Polsce? Przed laty, gdy stan zdrowia nie pozwolił Krzysztofowi Jaryczewskiemu kontynuować współpracy z Oddziałem Zamkniętym, zespół uzupełnił Jarosław Wajk. Ale cóż z tego, jeśli wyraźnie zaczynało brakować pomysłów, a kolejne zmiany wokalistów tylko pogrążały formację. Podobny los spotkał Mafię po odejściu Andrzeja Piasecznego.Nieuchronnie zmierzam w stronę przypadku najsmutniejszego i najbardziej spektakularnego zarazem. 

„Dżem bez Riedla to już nie to”

– słychać było zewsząd. Kiedyś o tym pisałem, ale powtórzę: pamiętając o wcześniejszych śląskich przypadkach – SBB i Krzaka – gdy po rozpadzie grup muzycy, łącznie z Józefem Skrzekiem, niczego szczególnego już nie stworzyli, jako wielki fan tyszan prawie modliłem się, by grali dalej. Jacek Dewódzki nie zachwycał, nie za dobrze wpisywał się w bluesrockowy klimat nagrań kapeli, ale siła instrumentalistów była zbyt wielka, by całość zaczęła kuleć. Natomiast zatrudnienie w 2001 roku Macieja Balcara okazało się strzałem w dziesiątkę – Dżem wciąż jest po prostu wielki i miękko wylądował nawet po kolejnej tragedii – śmierci klawiszowca Pawła Bergera.

I jeszcze jeden przykład: Hey. Paradoksalnie, od odejścia pierwszego lidera, Piotra Banacha, gdy – wydawało się – dalsze losy zespołu stanęły pod wielkim znakiem zapytania, istotniejsza okazała się wolta stylistyczna, która dokonała się kilka lat później. Z rasowego, gdzieś na początku zanurzonego w grunge’u gitarowego zespołu Hey przeistoczył się w formację bardzo mocno opartą na brzmieniach elektronicznych. Ryzykując odwrócenie się fanów i utratę dotychczasowej pozycji.

Dżem, Hey i Myslovitz:

trzy wyjątkowo ważne w dziejach polskiego rocka zespoły. Pierwszy będzie niebawem świętował swoje trzydziestopięciolecie, dwa pozostałe mają już ponaddwudziestoletnią historię. Sporo bardzo ważnych dokonań – płyt i poszczególnych nagrań, które mocno zapisały się w głowach i sercach miłośników gitarowego grania między Odrą a Bugiem. Najwyższa półka na rodzimej scenie – tym trudniejsze więc i bardziej brzemienne w skutki decyzje, tym większe emocje fanów związane ze zmianami personalnymi czy – gdy mówimy o Heyu – stylistycznymi.

Myslovitz bez Rojka, Rojek bez Myslovitz – to stało się faktem dwa lata temu. Atmosfera w kapeli wyraźnie się oczyściła, bo jej duszna gęstość w ostatnim okresie funkcjonowania w poprzednim składzie była aż nadto odczuwalna. W 2013 roku światło ujrzała nowa płyta – [i]1.577[/i], a teraz Artur Rojek sygnalizuje swój powrót na scenę.

Myslovitz wystąpił wczoraj, 

półakustycznie, w Rialcie. 

W Katowicach, a więc właściwie na swoich śmieciach. Zespół dał długi, prawie dwuipółgodzinny koncert. W pierwszej godzinie zaprezentował materiał z albumu Korova Milky Bar, w drugiej części odegrał zawartość nowej płyty. Na długi bis złożyło się pięć piosenek z Miłości w czasach popkultury oraz Scenariusz dla moich sąsiadów. I?

Gdy słyszymy stare piosenki w nowych wykonaniach, porównania są nieuchronne, zderzenie tego, co pamiętamy, z tym, co słyszymy, odbywa się bezustannie, z utworu na utwór, z jednego wyśpiewywanego słowa na drugie. Rojek na żywo nigdy mnie nie zachwycał. Głos ma osobliwy, z pewnością nie taki, o którym powiedzielibyśmy: mocny, twardy, męski. Z trzymaniem linii melodycznej też miewał problemy. Ale – zwłaszcza dziś, po obejrzeniu w akcji nowego frontmana – nie mam wątpliwości, że był (jest) osobowością. Postacią wziętą z filmów Wernera Herzoga, takim

Nosferatu wampirem. 

Mimo niewielkiego wzrostu – demonicznym, charyzmatycznym, oszczędnym w komunikowaniu się z publicznością, ale potrafiącym skupić na sobie uwagę. Trzy występy starego Myslovitz, które dane mi było obejrzeć – w 2002 roku w Spodku, znakomity w 2005 roku na zakończenie pierwszego dnia festiwalu „Ku przestrodze” i bodaj w 2008 roku na Polach Marsowych pod Stadionem Śląskim miały w sobie sporo z tego, co zwykliśmy określać jako magię.

Wczoraj tej magii nie było. Ostrożny byłbym z mówieniem, że zespół bez Pana Artura to już tylko chłopcy z Mysłowic. Ale nie lubię takiego kumplowania się z widownią, nadmiaru wypowiedzianych, częstokroć zupełnie nieistotnych zdań. Jeśli koncert ma mieć coś z misterium, to tego rodzaju wypełniacze pomiędzy piosenkami zdecydowanie taki odbiór uniemożliwiają. 

Muzyka się jednak broni.

Świetne w wielu przypadkach utwory takimi przecież pozostają, a jest ich sporo zarówno Na Korovej, jak i na 1.577. Michał Kowalonek wyraźnie lepiej wpisywał się w nowy materiał. Czy tylko dlatego, że moje – i pewnie nie tylko moje – ucho było wolne od porównań? 

Ale nie przekonał mnie, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Czy nie jest nazbyt popowy, wręcz, jak powiedziała moja żona, boysbandowy? Na pewno, przynajmniej póki co, brak mu charyzmy – umiejętności bycia frotmanem z prawdziwego zdarzenia, który potrafi porwać słuchaczy, unieść w powietrze, zabrać ze sobą w podróż. Kowalonek jest bardzo młody, wiele jeszcze przed nim, może kiedyś tak się stanie. 

Pytanie tylko, czy zespół to udźwignie: czy jest w stanie ocalić zainteresowanie fanów przez kolejne lata. Czy bez Rojka, nawet proponując ciągle dobry, chwilami bardzo dobry materiał muzyczny, nadal będzie w stanie władać sercami i, co nie mniej ważne, portfelami słuchaczy? Wczoraj mogące pomieścić około czterysta osób Rialto było pełne. Więc?

(Myslovitz, Katowice, Rialto, 21 marca 2014)

Stara gwardia nie rdzewieje

wishbone_andaluzja

Wybrani – jak The Rolling Stones – wciąż gromadzą tłumy na stadionach czy w Hyde Parku, inni – jak Deep Purple – są w stanie zapełnić katowicki Spodek. Niektórzy już dawno odwiesili gitary na kołkach, niektórzy nie żyją. Są też tacy, co – aczkolwiek w składach mocno odbiegających od oryginalnych czy najlepszych – też wciąż grają, tyle że w salach na kilkaset miejsc.

[more]

Nawet nie minął miesiąc, kiedy wspominałem stary, dobry, w wielu momentach wspaniały Wishbone Ash. Nie miałem wtedy świadomości, że na 26 lutego zaplanowany jest występ zespołu niecałe dwadzieścia kilometrów od Katowic. I że zdecyduję się na jego obejrzenie.

Długowłosy przed laty

Andy Powell, 

gitarzysta, wokalista i współzałożyciel zespołu, goli dziś resztki włosów na głowie. Co jeszcze jest inaczej niż dawniej? To, że ze starej ekipy ostał się on jeden, pozostali trzej panowie pochodzą ze znacznie późniejszego naboru. To, że lider nie wyciąga już  górnych rejestrów, tak jak pięknie robił to wraz z kolegami – bagatela – czterdzieści lat temu.

Ale jeśli kiedyś było się zaliczanym do grona najlepszych rockowych gitarzystów, to znaczy, że było się bardzo biegłym w obsłudze sześciu strun, a tego się raczej nie zapomina. I nawet jeśli brakuje brzmieniu zespołu dawnej finezji, maestrii, wciąż prezentuje on poziom, który nie pozwala słuchaczom wysuwać prostej i smutnej tezy o odcinaniu kuponów od niegdysiejszej popularności. Nie ma w żadnym wypadku mowy o niesmaku czy zażenowaniu poziomem wykonawczym. Nie, na szczęście nie.

Za sprawą 

niepoprawnego zapaleńca,

Piotra Zalewskiego, dyrektora Ośrodka Kultury „Andaluzja”, od lat w Piekarach Śląskich mają miejsce zadziwiające koncerty. Ten Years After, Iron Butterfly, Cactus. Starym fanom rocka są to wiele mówiące nazwy. I chociaż jest to już tylko granie dla wybranych i margines tego, co zajmuje dziś głowy dziennikarzy muzycznych oraz szerokiej publiczności, wciąż są ludzie, którzy chcą takiej muzyki słuchać. I to zarówno ci łysiejący i podtatusiali, którzy w czasach swojej młodości mogli o podobnych koncertach jedynie pomarzyć, jak i znacznie młodsi, dla których klasyka rocka jest bardzo żywym zjawiskiem.

Sala mogąca pomieścić około trzystu widzów zapełniła się szczelnie w środowy wieczór. Zastanawiałem się, jak w nieszczególnym od strony akustyki miejscu zabrzmi rockowa kapela, ale moje niepokoje były niepotrzebne. Rozpoczęli od Strange Affair, tytułowego nagrania z albumu z 1991 roku – i wszystko poszło nadspodziewanie dobrze. Potem usłyszeliśmy kolejne tytułowe nagranie, tym razem z dopiero co wydanego krążka Blue Horizon.

 

To, że wszyscy czekaliśmy na utwory pochodzące

z pierwszych płyt

grupy, jest oczywiste. Z radością powitaliśmy więc The King Will Come, a zaraz potem Warrior z trzeciego w dyskografii, najsłynniejszego Argusa (1972). Temperatura na widowni wyraźnie się podniosła. Tak samo jak wtedy, gdy kolejno usłyszeliśmy The Pilgrim, Blowin’ Free, Jail Bait (z aktywnym udziałem publiczności) i na koniec około dziewięćdziesięciominutowej części głównej dwa utwory z pierwszego albumu – Lady Whiskey i Phoenix. Wśród trzech utworów zagranych na bis nie mogło zabraknąć  Persephone.

Nie było może porywająco, ale znów miałem przyjemność wysłuchać bardzo porządnego koncertu dawnej gwiazdy. I kolejny raz doświadczyć osobistych wzruszeń, gdy ze sceny dobiegały dźwięki kawałków z zestawu szczególnie przeze mnie ukochanych.

Oczywiście 

koncert marzeń 

wyglądałby inaczej: duża hala, gdzie, jestem pewien, zespół tylko zyskałby na sile, i nieco inny repertuar. Cóż, tak jest zawsze w przypadku wykonawców, którzy grają długie lata. Bo mają w czym wybierać, zaś wybitnych kompozycji starczyłoby na dwa, a może i trzy występy. No i bardzo chcą pokazać, że wciąż żyją, są aktywni i nagrywają płyty, więc prezentują też piosenki z późniejszego okresu. Ale także dbają o swoich fanów, bo zaraz po koncercie panowie zeszli do nas i cierpliwie, z uśmiechem podpisywali płyty, bilety i co tam kto miał.

Przy jeszcze jednej starej firmie mogę postawić iksa – byłem, zobaczyłem, wysłuchałem. Bez szaleństw, ale z prawdziwą przyjemnością.

(Wishbone Ash, Piekary Śląskie, Ośrodek Kultury „Andaluzja”, 26 lutego 2014)

[W NaTemat: 1 marca 2014]

Inne Granie – Panna Nikt, basistka i faceci

ms_no_one1

Na pstrym koniu jeździ łaska pańska. Koncernów płytowych, mediów i fanów też. Od czasu do czasu zdarza mi się widzieć w akcji młodych wykonawców, młode zespoły i wielokrotnie zastanawiać się, czego brakuje jednym, co mają – i czy rzeczywiście – drudzy.

[more]

Od lat z  niechęcią obserwuję, jak rosną zastępy tzw. 

artystów telewizyjnych

(o stacjach radiowych innych niż Trójka nie wspomnę, bo nie słucham). Artystów znanych z tego, że są znani. Wydaje się, że wielu z nich cechuje świetne samopoczucie. Najwyraźniej mylą rozpoznawalność wynikającą z w miarę regularnego pojawiania się przed kamerami z uznaniem dla skali talentu. Mniejsza o nazwiska i nazwy – jest tego tyle, że zęby bolą.

Są też ludzie zupełnie inni. Tacy, którym Bozia dała znacznie więcej umiejętności: śpiewania, grania na instrumentach, pisania tekstów i komponowania. Poskąpiła jednak dostępu do dróg prostszych, ścieżek szybszych w zdobywaniu popularności, w nagrywaniu i sprzedawaniu płyt.
Ktoś powie: „Muzyk? 

Robota jak każda inna.

Narobić się trzeba, a zarabiają nieliczni”. Niby prawda, ale nazbyt oczywista, by nie uwierała tych utalentowanych ponadprzeciętnie.

Kolejne w Chorzowskim Centrum Kultury „Inne Granie”. Cena biletu: siedem złotych. Miejsca na widowni wypełnione nawet nie w połowie. Dużo dobrej roboty Marcina Babki – muzyka, dziennikarza, szefa wytwórni „Falami”, animatora ruchu muzycznego na Śląsku. Bo mu się chce, bo wyszukuje i stawia na scenie naprawdę zdolnych ludzi. Ale w tym mechanizmie coś nie całkiem dobrze funkcjonuje – reklama? stare porządki w ładnie odnowionym ChaCeKu? nie dość mocna aktywność samych wykonawców? W dobie internetu, przy cenie biletu stanowiącego równowartość szklanki piwa w knajpie nie najwyższych lotów pustawa widownia boleśnie kłuje w oczy.

A na scenie dzieją się ciekawe rzeczy. Zaczyna 

Oliver Hasse,

młody berliński gitarzysta, harmonijkarz i wokalista. Wielu było przed nim, także mistrzów: weźmy Boba Dylana czy Neila Younga. Z tego drugiego czerpie chyba najwięcej. Zamierzony chaos, nieczystość w dobywaniu kolejnych dźwięków, sporo brudów i przesterów za sprawą przystawek. Naprawdę niezłe.

Po nim melduje się 

Max Bravura, 

kwartet śląsko-warszawski. Dwie gitary, damski bas i bębny. Pobrzmiewają lata 80. Na przykład The Smiths, bo frazowanie lidera w paru utworach przywodzi na myśl Morrisseya. Jest zdecydowanie rokendrolowo, chwilami przebojowo, ale z popeliną nie ma to nic wspólnego. I bardzo dobrze.

Na koniec 

Ms. No One.

Panna Nikt to już nie byle kto, ma na koncie dwie płyty (wydane w 2010 i 2013 roku). Frontmenka czasem gra na klawiszach, obok niej męskie gitara, bas i bębny. Oj, dużo już potrafią ci panowie. Gitara przednia, zastosowane przetworniki przenoszą nas w koniec lat 60. Bas uderza po żołądku, jest bardzo nisko ustawiony, perkusja natomiast czasem imituje dźwięk automatu, ale czuje się żywego człowieka.

Na żywo bardzo niewiele w tym graniu generowanych z komputera brzmień, a jednak jest w tej muzyce duch Portishead (realizacje studyjne są nieco inne). Ale jeszcze bardziej rzuca się w uszy stara psychodelia. Całość brzmi świetnie, bardzo zawodowo, szlachetnie. Na bis zespół gra Kaszuby, numer kończący jego drugi album. Wisienka na torcie, znakomity kawałek na koniec bardzo dobrego koncertu.

I co dalej?

Tu wracam do początkowych rozważań. Co musi się zdarzyć, by wykonawca zdobył publiczność (nawet na kulawym polskim rynku)? Czy to naprawdę kwestia co najmniej piątki w Lotto – czyli splotu paru szczęśliwych przypadków? Albo pozostaje tylko konstatacja trącąca komunałem,, że mowa tu o dziedzinie, w której talent oraz mozolna i uparta praca przez lata niczego nie gwarantują?

(Inne Granie: Ms. No One, Max Bravura, Oliver Hasse, Chorzowskie Centrum Kultury, 25 lutego 2014)

[W NaTemat: 26 lutego 2014]

Melodie z domowego zacisza

domowe_melodie

Jakkolwiek zacząć – od domu czy melodii, od muzyki czy tekstów – będzie dobrze i na miejscu. Ale to, że Domowe Melodie wypięły się na wielkie koncerny – teraz gdy są już znane szerszej publiczności, że pozostały „swojskie”, domowe, internetowe – wcale nie jest takie oczywiste.

[more]

Okazuje się, że można zaistnieć wyłącznie dzięki 

internetowi. 

Z jednej strony wiadomo, że to coraz powszechniejsze zjawisko, ale jednocześnie nie sposób nie zrozumieć wykonawców, którzy w ten sposób szukają swej drogi do podpisania kontraktu płytowego. Tymczasem w przypadku tej kapeli jest tak, że ma już swój numer jeden na Trójkowej liście przebojów Grażka, ale pozostała w domowych pieleszach. Trio najwyraźniej pragnie zachować dotychczasowy wizerunek: funkcjonowanie poza wszelkimi układami oraz pełną niezależność twórczą. Muzycy wychodzą na scenę, na której – jak w gościnnym pokoju – rozłożony jest dywan, a ubrani są w piżamowe kombinezony, frontmenka pojawia się nawet boso.

Skąd aż taki 

sukces?

Jak to się dzieje, że kapela nieistniejąca prawie w medialnym obiegu ma tylu fanów, którzy na koncertach śpiewają piosenki razem z zespołem? W czym tkwi jej fenomen?Po pierwsze: inność. W stosunku chyba do wszystkiego, co dzieje się od lat w tzw. showbiznesie. Mądre teksty zamiast grafomańskich rymowanek. Kłania się najlepsza z możliwych tradycja: Jeremiego Przybory, Wojciecha Młynarskiego czy Agnieszki Osieckiej, ale też blisko do tego, co wychodzi spod ręki Marii Peszek. Jest lekko, błyskotliwie i raz po raz frywolnie. Po drugie: 

naturalność i przysiadalność.

Muzyka powstająca nie w świetnie wyposażonym studiu nagraniowym, ale w domu. Tak samo rzecz się ma z klipami oraz płytą wydaną własnym sumptem. Muzyka zdecydowanie powyżej średniej, ale wpisana w piosenkową, a nie jakąś wysublimowaną, dla wybranych, fakturę. Do tego świetny kontakt z publicznością – ale w postaci inteligentnego dowcipu, a nie schlebiania niskim gustom.

Po trzecie: instrumentarium. Nie całkiem oczywiste – elektryczne piano liderki, kontrabas obsługiwany palcami i często smykiem, akordeon, gitara, ukulele oraz skromny zestaw perkusyjny. I, co istotne, biegłość w panowaniu nad tym wszystkim.Po czwarte: wokal. Może niewybitny, ale dobry 

głos Justyny Chowaniak,

wsparty świetną dykcją, która pozwala bez trudu wsłuchiwać się w tekst. Do tego chórki albo wręcz sama obecność pozostałych członków zespołu – Stanisława Czyżewskiego i Jakuba Dykierta – co tak bardzo przypomina Starszych Panów, towarzyszących Kalinie Jędrusik, Irenie Kwiatkowskiej czy Barbarze Krafftównie. Skojarzenia z Przyborą i Wasowskim są nieuchronne, choćby tylko za sprawą kołweru (jak zapodają DM) Addio pomidory, ale przede wszystkim z racji – powtórzę – tekstu o czymś oprawionego w ciekawą i starannie zaaranżowaną melodię. 

Jednocześnie jesteśmy bardzo daleko od (nieulubionej przeze mnie) piosenki aktorskiej. Mamy autorski przekaz, a nie choćby najdoskonalej, ale tylko odrobioną lekcję. Jest tu błogosławione, anglosaskie „pomiędzy” – umiejętne poruszanie się wśród różnych stylistyk i nastrojów, a nie pisana krwią piosenka francuska czy rosyjska. Jest coś z literackiego kabaretu (pamięć podsuwa mi nieodżałowane Mumio), coś z klimatów Grechuty i Turnaua. Ale rockowe ucho też odnajdzie sporo dla siebie: Kate Bush, Tori Amos, liryczność Eltona Johna czy Billy’ego Joela.

Jest dobrze, jest bardzo dobrze. Jest pop, ale ten, który dostarcza 

szlachetnej rozrywki,

zmusza odbiorcę do myślenia i chwili refleksji. Mamy do czynienia z bardzo szczególnym, osobnym debiutem. Dziś ma więc ta muzyka posmak nowości. Wchodzi i do głowy, i do serca – niekoniecznie przez eleganckie frontowe drzwi okazałego domu na przedmieściach, raczej przez uchylone w kuchni okno.  W ten sposób pragnieniem fana jest, by tę jakość ocalić na dłużej, na lata. Powiedzieć, że to nieproste – to banał. Ale niektórym się udało.

Domowe Melodie dały wczoraj w katowickim Rialcie świetny koncert. Krótki – mimo iż z kilkoma bisami – bo złożony z piosenek z jednej póki co płyty. Ale pojawił się też numer Panie Prezydencie, który jest zapowiedzią następnej. Oby równie dobrej, czego zespołowi serdecznie życzę. A że refren tej pieśni – dotyczącej polityków – jest mi wyjątkowo bliski, pozwolę sobie nim zakończyć:

 

A wy się bijcie, gińcie,zesrajcie, zróbcie sobie wojnę.

Na połamanie nóg, pohybel,czasy niespokojne.

I tylko won z mojego domu

– nie ma was tu, nie ma was tu, nie ma was tu!

Nie ma, nie ma, nie ma, nie ma…

Nie ma was tu, nie ma was tu, nie ma was tu!


(Domowe Melodie, Katowice, Rialto, 21 lutego 2014)

[W NaTemat: 22 lutego 2014]

Z domu w daleki świat

kari_wounds

„Tatuś mówi, że jestem wyjątkowa” („Daddy Says I’m Special”) to tytuł pierwszej płyty Kari – wtedy jeszcze Amirian. Płyty pięknej, delikatnej i eterycznej, złożonej z mnóstwa łagodnych, kojących dźwięków. I będącej jednym z najważniejszych debiutów ostatnich lat na rodzimym rynku.

[more]

Ojciec, tata, tatuś – to symbol największego bezpieczeństwa dziecka, ostoja, gwarant spokoju rodzinnego domu. Gdy młody człowiek zaczyna tę smycz rozciągać czy wręcz zrywa się z niej, wkraczając w świat, który niekoniecznie okazuje się miły i przyjazny, pojawiają się pierwsze 

rany i stłuczenia

Wounds and Bruises (tak nazywa się nowa płyta). Znacznie bardziej bolesne od tych dziecięcych, fizycznych, bo te się goją, zaś takie „na duszy” krwawią nieraz przez długie lata. Robi się mroczniej, ciepło domu zamienia się w bliżej nieokreśloną, bezkresną przestrzeń świata, a nawet wszechświata. Obecność taty zastąpiona zostaje poszukiwaniem Boga.

Przepraszam za tę porcję grafomanii i komunałów. Ale muzyka to emocje – te kompozytorów i wykonawców, a następnie słuchaczy. Do powyższych zdań czuję się o tyle upoważniony, że przesympatyczna artystka sama – w nielicznych, dodajmy – komentarzach między utworami podpowiadała podobne tropy.

To 

wyjście w świat

jest u niej dosłowne. Bo jeśli wcześnie opuściła Świnoujście, by kontynuować naukę w Warszawie, jeśli pierwszą płytę realizowała co prawda w Szkokholmie, ale z polskimi muzykami, o tyle teraz zrobiła kolejny krok. Wyjechała do Londynu, by tam odnaleźć tych ludzi, z którymi głównie pracowała nad swoim drugim albumem wydanym w grudniu ubiegłego roku. Teraz razem z nimi ruszyła w krótką, zaledwie pięciokoncertową trasę po Polsce.

Przyznam, że nazwy i nazwiska takie jak Lykke Li i Stina Nordenstam (przywoływane przy okazji debiutu), czy Fever  Ray i Bat For Lashes (pojawiające się w recenzjach obecnie), mówią mi niewiele lub zgoła nic. Jeśli więc odnajduję jakieś 

podobieństwa, wpływy

dostrzegam raczej dawną muzykę elektroniczną rodem z Niemiec, tyle że pomysły, które tam częstokroć starczały na całą jedną stronę analogowego wydawnictwa, tutaj włożone są w kilkuminutowy utwór wzbogacony ponadto o instrument najważniejszy – głos liderki. Gdy robi się bardziej rytmicznie, za sprawą bębnów etnicznie i czarnoafrykańsko, dostrzegam wyraźne związki z propozycjami Petera Gabriela – i to są te najbardziej dynamiczne i przebojowe zarazem fragmenty na krążku. Dodałbym jeszcze klimaty celtyckie, które obficie pojawiły się w muzyce w latach osiemdziesiątych.

Bardzo, 

bardzo młodzi ludzie na scenie.

Poza frontmenką, śpiewającą oraz grającą na keyboardzie, Jon Headley – ten, który w wielkim stopniu odpowiedzialny jest za obecne brzmienie Kari, na klawiszach i w chórkach, Chris Headley na gitarze i w chórkach, Callum Harvie na klawiszach, basie i w chórkach oraz John Pullam na perkusji. Dominują instrumenty klawiszowe, elektronika, ale gdzieś ponad tym wszystkim jest przecież wokal, jest – uff – analogowa perkusja. Jest też gitara, choć ta za sprawą przystawek staje się – bardziej niż instrumentem strunowym – jeszcze jednym urządzeniem elektronicznym.

I ta

elektroniczna faktura oraz głos Kari

tworzą szczególny klimat, nastrój. Dziś jest w nim zdecydowanie więcej niepokoju i mroku niż na debiutanckim krążku. Przyznam, że nie spodziewałem się takiej wolty stylistycznej, oczekiwałem raczej kontynuacji pomysłów. Lecz to bynajmniej nie zarzut. 

Na wczorajszy, bardzo udany występ w katowickim Rialcie złożyły się prawie wyłącznie numery z nowego albumu. Przy okazji podpisywania płyt po występie zapytałem wokalistkę, dlaczego nie pojawiła się żadna piosenka z pierwszej płyty, skoro muzycy chcieli grać (bo były bisy), a publiczność chciała dalej słuchać. Odparła, że nie pasowało jej to do koncepcji artystycznej.

Rozumiem, choć w ten sposób jeszcze trudniejsze postawiła przed sobą zadanie – mając w swej dyskografii dwie płyty, całkowicie zrezygnowała z materiału zawartego na jednej z nich. Ale to prawo artysty.

Kari ma już swoją publiczność, to dla niej otwiera własny świat. Bardzo odległy od popowej miazgi i list przebojów, dlatego media szczególnie jej nie rozpieszczają. Ponieważ jednak nagrywa dla niewielkiej, niezależnej wytwórni Nextpop, nie ma chyba powodów do niepokoju. Mniej tu ciśnienia, by osiągnąć szybki, komercyjny sukces, więcej miejsca na realizację wizji muzycznych. I dobrze, bo pomysłów póki co artystce nie brak.

(Kari, Rialto, Katowice, 8 lutego 2014)

[W NaTemat: 9 lutego 2014]

Rok 2013 z oklaskami

Od razu obiecuję, że nie będzie tu żadnych list, zestawień czy rankingów. Tych znajdziecie od groma i trochę w innych miejscach. Mnie od dawna już nie bawią – ale nie chcę, by zabrzmiało to z wyższością. Mam najzwyczajniej poczucie, że to, z czym dane było mi zetknąć się w minionym roku, jest zaledwie maleńką wyspą na muzycznym oceanie.

[more]

Koncerty zawsze będą najbardziej spektakularnym kawałkiem tortu. Bo, w odróżnieniu od słuchania płyt, dostarczają niepowtarzalnych i przez to szczególnie silnych emocji. Zwłaszcza gdy mowa o występach artystów najukochańszych, najważniejszych, na których zobaczenie czekałem wiele, wiele lat. 

I w tym roku spełniło się coś wyjątkowego dla mnie – usłyszałem

piosenki The Beatles

w wykonaniu Bitlesa. Stało się. Przyjechał, zagrał. Wszyscy mówili, że jest w świetnej formie. I był. Do pełni szczęścia zabrakło „tylko” dobrej akustyki na Stadionie Narodowym. Lecz i tak występ Paula McCartneya pozostanie dla mnie jednym z największych muzycznych wzruszeń nie tylko ostatnich dwunastu miesięcy, ale całego życia.

Kilkanaście dni wcześniej w Łodzi zagrał 

Eric Clapton. 

Drugi, którego wyssałem jeśli nie z mlekiem matki, to z plastikowej masy, z której produkowano kiedyś w naszym kraju pocztówki dźwiękowe. Człowiek, który nie wyszedł na scenę w 1979 roku, by zagrać swój czwarty polski koncert. Było to w katowickim Spodku, a ja siedziałem wtedy na widowni. Długo nie mogłem mu tego, jako bardzo zawiedziony młody fan, wybaczyć. W Atlas Arenie spełniło się więc inne moje marzenie. I wracając nocą do domu, byłem szczęśliwy, że wreszcie dane mi było usłyszeć na żywo klasyczne numery   E. C.

Nie sposób zapomnieć też o lutowym, chorzowskim występie 

Beth Hart

z zespołem. Było to stare, bluesowo-rockowe granie w najlepszym stylu, ekspresja z okolic Janis Joplin. Bilety na jej koncert w tym samym miejscu w marcu 2014 już zostały zakupione.

Z polskich wykonawców obejrzanych na żywo wciąż wielkie wrażenie wywołują 

Lech Janerka, Dżem i SBB. 

I niczego nie zmienia tu fakt,  że nie były to jakieś szczególne jeśli chodzi o okoliczności występy. Stara gwardia trzyma się mocno, choć może nie wpływa już w tak znaczący sposób na odbiorców jak dawniej. 

Z młodych, walczących dopiero o swoje miejsce w sercach słuchaczy, ujęły mnie szczególnie Milcz Serce (bardzo szlachetna propozycja gitarowa, mimo iż to middle of the road), Ms. No One i Holly Blue (w obu przypadkach ciekawe 

damskie wokale i sporo dobrze podanych ładnych melodii), Vladimirska (zupełnie niekonfekcyjne połączenie folkloru z elementami jazzu i rockową energią) i Tape Reels (powrót do klasycznego łojenia z końca lat 60.). Ciekaw jestem, gdzie ci ludzie będą za pięć lat. Obyśmy nie stracili ich z pola widzenia. 

Po jazzowej stronie 

największe wrażenie zrobił na mnie koncert Johna Scofielda – kameralny i znakomity, z pogranicza jazzu, funky, bluesa i rocka. W ciepłej pamięci zostaną też minuty spędzone przy słuchaniu panów Możdżera, Danielssona i Fresco, Jana Garbarka z Hilliard Ensemble, międzynarodowej Arify. Za każdym razem były to wyprawy do najpiękniejszych miejsc: tu zostawiam Wam wybór – albo we wszechświecie, albo tych, które każdy z nas nosi w sobie, choć niekoniecznie chętnie odkrywa przed innymi. I wreszcie Tie Break – ważny za sprawą sentymentalnej podróży w czasie, powrotu do okresu studiów i FAMY 1983.

Z rzeczy, które mnie ominęły, żałuję przede wszystkim koncertów Queens of The Stone Age i Nicka Cave’a na Open’erze oraz Portishead w Krakowie. Zapowiedzi dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy też są bardzo interesujące. Na niektóre koncerty biletów już dawno nie ma. Jako katowiczanin ubolewam nad marazmem związanym ze stojącą w martwym punkcie przebudową Stadionu Śląskiego oraz iście peerelowskimi porządkami w Spodku. Ale to temat do oddzielnych rozważań.

***

A u progu nowego roku życzymy Wam spokoju – ale takiego, który nie usypia, oraz wzruszeń – niech raz po raz dowodzą, że nie tylko z wątroby, kwasów i żółci jesteśmy ulepieni. I dobrej muzyki.

(W NaTemat: 1 stycznia 2014)

Już nie pionek, jeszcze nie książę

ke1

Na koniec wyjątkowo długiej w moim przypadku serii koncertów przyszło mi zobaczyć w akcji Bartosza Księżyka. Jego nazwisko, póki co, słabo jest znane tzw. szerszej publiczności, mimo iż macierzysta formacja, NeLL, ma na koncie dwa albumy, obecność na pierwszych „Offensywnych” składankach Piotra Stelmacha oraz występ w Trójkowym studiu im. A. Osieckiej. Teraz przyszła pora na autorski debiut tego wokalisty, multiinstrumentalisty i kompozytora – pod szyldem K-essence.

[more]

W studyjnej robocie 

wspomogli go Łukasz Lach z zespołu L.Stadt, który zagrał w trzech kawałkach na perkusji, a jako producenci Maciej Staniecki i Krzysztof Tonn, w którego studiu album był miksowany. Na żywo, w promocyjnym koncercie 4 grudnia w katowickiej Katofonii, wsparli go Johnny Lid, czyli Bartek Pokrywka (Tape Reels) na klawiszach, Klaus Tudyka na kontrabasie oraz Krzysztof Kot na bębnach.

I był to bardzo udany występ, mimo iż niewielka przestrzeń klubu nie daje większych szans na porządne nagłośnienie. Wszystko już było, wszystko skądś znane, ale w jednym 

nie da się oszukać słuchaczy

– ze sceny płynęła dobra energia i świeżość. Nieco porządnego łojenia, gitarowego grania spod znaku starego, dobrego Placebo – w górnych rejestrach głos Księżyka łudząco był podobny do Briana Molko (Faraway Land). Trochę knajpy w stylu Toma Waitsa. Szczypta prostych akordów gitary z zapisaną w pamięci PJ Harvey (Oh Mum). Przede wszystkim jednak liryczno-psychodeliczne, momentami musicalowe (Suicide), granie przypominające Nicka Cave’a. Same dobre skojarzenia, a wszystko układające się w sensowną całość. I, co jest wielką zaletą tej muzyki, całość nie całkiem oczywistą na rodzimym rynku.

Tak samo jak zastosowane, przynajmniej na żywo,

instrumentarium:

klawisze, kontrabas i bębny, tworzące w wielu momentach całą stronę muzyczną piosenek. Bo Księżyk najwyraźniej tak sobie to wymyślił – kontrabas wyłamujący się z rockowej estetyki, do tego w wielu utworach bardzo oszczędne dozowanie gitary, ale mimo to zdecydowanie rokendrolowa ekspresja. Dla mnie te siedemdziesiąt minut spędzone przy stoliku pięć metrów od wykonawców to była kolejna w ostatnim czasie przyjemna niespodzianka.

Losy dopiero co wydanej płyty – Prince of Pawns – to inna bajka. Ukazała się staraniem oficyny Requiem Records, dzięki wspomożeniu wiernych, czyli przyjaciół i fanów, których pieniądze umożliwiły realizację nagrań i ich bardzo efektowne – jeśli chodzi o szatę graficzną – wydanie. Podobno krążek ma być dostępny we wszystkich tych miejscach, których – jak powiedział pomysłodawca – nie lubimy odwiedzać.

Młodzi w natarciu, na Śląsku – miejscu o wielkich bluesowo-rockowych tradycjach – też. Jestem kolejny raz pod wrażeniem, jak wiele już potrafią. I jak wbrew rynkowym okolicznościom próbują wyjść ze swoimi propozycjami do ludzi i wyrwać swój kawałek muzycznego tortu.

(K-essence, Katowice, Katofonia, 4 grudnia 2013)

[8 grudnia 2013]

Polska – kraina szlachetnej łagodności

mdf

Jeśli pierwszy obejrzany na żywo występ danego wykonawcy wprawia w zachwyt – a tak było parę lat temu w tym samym miejscu, wtedy jeszcze pod nazwą Górnośląskie Centrum Kultury w Katowicach – właściwie niemożliwe jest powtórzenie równie silnych doznań. Co w niczym nie zmienia faktu, że będę chciał znów znaleźć się na widowni, gdy Leszek Możdżer, Lars Danielsson i Zohar Fresco kolejny raz zawitają na Śląsk.

[more]

Polski pianista dwukrotnie zaakcentował, że w koncercie tria w ramach festiwalu

„Jazz i okolice” 

bardziej chodzi o te drugie. Trudno się spierać, bo to przeniesie nas na grunt nudnej akademickiej dysputy, a chodzi przecież o muzykę i wyzwalanie emocji.

Pierwszych siedemdziesiąt minut to była prezentacja materiału z dopiero co wydanego krążka pt. Polska. Czyli żadnej taryfy ulgowej dla słuchaczy, żadnego przeplatania nowych utworów ze starszymi, które ci mogli mieć już dobrze opanowane. Dopiero pozostałe trzy kwadranse , wliczając w to bis, stanowiły przypomnienie wcześniejszych nagrań.

Osobiście bardzo się cieszę, że formacja powróciła. Bo jeśli w zaświatach jest jakaś przestrzeń, w której dane nam będzie przebywać i gdzie zachowana będzie pamięć o naszych ziemskich uczynkach, to ja bardzo proszę o stałą wejściówkę do podgrupy pod nazwą „jazz skandynawski” (tak, mam świadomość, że tylko jedna trzecia zespołu ma takie korzenie). Bo jak już się nasłucham i podkręcę Beatlesami, Stonesami, Led Zeppelin, Cream i Doors, to pójdę się wyciszyć właśnie tam. I zaciągnę też panów z Nirvany, by posłuchali niesamowitej wersji Smells Like Teen Spirit.

Obyło się

bez fajerwerków,

orgiastycznych solówek, które mogłyby zmęczyć zwłaszcza niewiasty licznie obecne na sali. Otrzymaliśmy natomiast jakość dobrze już rozpoznaną przez miłośników tego ansamblu. Mnóstwo liryzmu, delikatności, pięknych melodii, oszczędnego brzmienia instrumentów. Bryzy od Bałtyku, bo wspólne granie sprawia tym panom wiele frajdy. Easy Money – powiedział L. Możdżer – to takie pieniądze, które pojawiają się, gdy robi się coś, co się lubi. I dostarcza, dodam, wielkiej przyjemności tym, którzy przyszli posłuchać.

Fortepian, kontrabas, nieprzypominający żadnego innego zestaw perkusyjny (a ponadto wokalizy Fresco). Parę razy sygnalizowałem już swoje gorące uczucia do takiego instrumentarium (EST czy Marcin Wasilewski Trio), bo to granie niesie ukojenie, nawet w swych momentach allegro. Tych na nowym krążku jest więcej niż na poprzednich płytach tria, ale to wciąż

kraina szlachetnej łagodności.

Chyba nie ja jeden tęsknię za ucieczką od zgiełku kolejnych dni. Jednak mało kogo stać na radykalny krok i trwałe zerwanie z ogłupiającym światem. Dobrze więc, że są tacy muzycy, którzy potrafią nas porwać choć na dwie godziny w zupełnie inny wymiar.

(Możdżer – Danielsson – Fresco, Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice, Centrum Kultury Katowice, 1 grudnia 2013)

[3 grudnia 2013]

Ojciec i synowie, czyli Wagle na scenie

msb

Mam dwóch dorosłych już synów. I nie ukrywam, że gdy patrzyłem, jak panowie Waglewscy podłączają swoje instrumenty, a potem zaczynają grać, poczułem zazdrosne ukłucie w sercu. Bo to jest pewnie fantastyczne uczucie – móc muzykować z rodziną i to w zupełnie innych rejestrach niż klezmerskie „Sto lat” u cioci Kloci na imieninach.

[more]

Muszę także przyznać, że od lat

mam problem z WW

(a od niedawna z Kim Novak, ale trochę innej natury). Wojciech Waglewski jest jednym z tych artystów, bez których trudno sobie wyobrazić polską scenę muzyczną. Imponujący dorobek, dziesiątki płyt, setki nagrań – w  roli najczęściej muzyka, lidera, ale i producenta.Jednak na jego przykładzie wyraźnie widzę przenikanie się tego, co w muzyce cenię, z tym, co lubię szczególnie. Jego obserwacje dotyczące tzw. życia są mi wyjątkowo bliskie, ale muzykę bardziej doceniam, niż lubię. Zwłaszcza w ostatnich latach, gdy nabrał rozpędu jak żaden inny artysta w Polsce i nagrywa wyjątkowo często.

Jako

gitarzysta

chyba nigdy nie podobał mi się tak jak teraz. Coraz bardziej upodobnia się do czarnych klasyków bluesa, a w tej prostocie zbliża się – o, paradoksie – w niejednokrotnie wirtuozowskich solówkach do mistrzów gitary, np. Hendriksa, którego zresztą zacytował w jednym z utworów. Wyraźnie widać tu fascynację Bobem Dylanem, który od kilkunastu lat podąża taką właśnie drogą.Mimo to po około trzech kwadransach zaczynam odczuwać pewne znużenie. Czym? Powtarzaniem tego samego schematu. Od kilku lat WW zanurzony jest szczególnie mocno w bluesie i rocku lat 60., a więc piosenkach opartych na jednym, czasem

do bólu prostym riffie.

Jeśli w dawce trzech, czterech, pięciu kawałków to może zachwycić – jakością wykonania, powrotem do szlachetnych źródeł – o tyle w miarę jak koncert biegnie dalej, zaczyna nieco męczyć. Jeden świetny instrumentalista to, zdaje się, za mało. Obsługiwane przez synów bas i bębny zachowują się zbyt liniowo, a klawisze, damski wokal i skrzypce niewiele w moim odczuwaniu zmieniają. 

Utwory, które złożyły się na poniedziałkowy występ Waglewskich, pochodziły z dwóch płyt, jakie ci panowie mają we wspólnym dorobku. I może to też jest dodatkowym czynnikiem powodującym taką a nie inną reakcję. We wsłuchiwaniu się w materiał z danej płyty, w spokojnym smakowaniu i wyłuskiwaniu chwytających za serce fragmentów przeszkadza mi świadomość, że za chwilę pojawi się na rynku kolejna porcja muzyki. Ta ilość mnie przytłacza.

Publiczność szczególnie ciepło, co oczywiste, przyjęła te numery, które dobrze znane są z radia.

Ojciec

zabrzmiał dwa razy – na początku i jako czwarty, ostatni bis. Podobnie wyraźnie ożywiła widownię Męska muzyka. Mi wielką przyjemność sprawiły Trafiony ze stylową solówką Mariusza Obijalskiego na harmonijce ustnej, Bóg oraz Chromolę.

Coraz trudniej oddzielić stylistycznie to, co senior Waglewski robi z Voo Voo, a co z synami. Zwłaszcza że głos Fisza z każdym rokiem robi się coraz bardziej podobny do głosu ojca. 

Maszynka miele systematycznie, 

równo i na poziomie trudnym do osiągnięcia w naszym kraju przez większość wykonawców. Ale jakby zbyt rzadko wydaje z siebie cacka, do stworzenia których WW jest zdolny. Mam wrażenie, że gdyby nagrywał mniej, proporcje byłyby inne. Piosenki „zaledwie” niezłe i dobre zostawałyby w szufladzie, a na świat wychodziły wyłącznie znakomite. Słuchacze, stęsknieni za nowymi nagraniami, tym częściej cmokaliby z zachwytu. Pan Wojciech zdecydował jednak inaczej i postawił na dużą aktywność. A jego synowie najwyraźniej podążają tą samą drogą.

(Waglewski – Fisz – Emade, Teatr Rozrywki, Chorzów, 25 listopada 2013)

[1 grudnia 2013]

Rockowe ucho w krainie czarów

jazz_scofield_

Czy John Scofield jest gitarzystą jazzowym, funkowym, bluesowym, czy też rockowym – nie wiem. Bo taka wiedza do niczego nie jest potrzebna. Jest gitarzystą znakomitym. Będąc wirtuozem swego instrumentu, porusza się w bardzo szeroko pojętej materii jazzowej, czerpiąc obficie ze wszystkich gatunków muzycznych, nie wyłączając reggae oraz elektroniki.

[more]

Gitara

nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Nie lubię George’a Bensona, mam bardzo niechętny stosunek do Pata Metheny’ego. Natomiast zachwycił mnie kiedyś Kenny Burrell. Podobnie jak John Scofield i piątkowy występ jego Überjam Band w katowickim Rialcie. 

Jazz to, przepraszam za tę odkrywczą myśl, muzyka improwizowana. JS w każdym utworze serwuje wielominutowe

solówki.

Jeśli przenieść to na grunt muzyki rockowej, mamy z jednej strony Hendriksa, Claptona, Page’a czy Knopflera, a z drugiej Satrianiego, Vai’a lub Malmsteena. Czyli – albo swing, puls i blues, albo gryf gitary potraktowany jak tor bobslejowy. Tylko to pierwsze powoduje szybszy obieg krwi w moich żyłach.

Scofield, tak jak Burrell, jest mi bardzo bliski. Bo jego olśniewająca biegłość w poruszaniu się wśród sześciu strun służy tylko i wyłącznie muzyce. Blues w równym stopniu stanowi źródło tak dla rocka, jak dla jazzu. I wczoraj mogliśmy tego doświadczyć. Ileż w grze mistrza było nawiązań do B.B. Kinga, Hendriksa czy Cream (finał jednego z utworów nieodparcie kojarzył się z White Room)! 

JS, który ma w swoim CV grę praktycznie z wszystkimi największymi w jazzie, sam od lat jest

bandliderem,

wokół którego pojawiają się następne pokolenia wybitnych instrumentalistów. W Rialcie fantastycznie zagrali Avi Bortnick na drugiej, najczęściej funkującej gitarze i keyboadzie, czarnoskóry Louis Cato na perkusji oraz szara eminencja tego składu – basista Andy Hess. Zespół zagrał m. in. kilka numerów z ostatniej płyty Überjam Deux – wskrzeszonego po jedenastu latach projektu Überjam – Al Green Song, Curtis Knew czy porywający Boogie Stupid. Lider uśmiechał się raz po raz, wyraźnie czerpiąc przyjemność z grania, zagadywał, a w fantastycznym bisie I Don’t Need No Doctor pochodzącym z albumu That’s What I Say, zawierającego interpretacje utworów Raya Charlesa, zachęcał publiczność do chóralnego śpiewu. Świetny wokal w tym kawałku należał do perkusisty, Louisa Cato.

Całość trwała dwie godziny. Przyznam, że dawno już czas koncertu nie upłynął mi tak szybko i, mimo pozycji stojącej, zupełnie bezboleśnie. Może dlatego, że bezustannie

kołysałem się i bujałem

w rytm muzyki. Zaś John Scofield po niespełna kwadransie, jaki upłynął od zakończenia występu, wyszedł raz jeszcze do nas, by podpisywać płyty. Znów uśmiechnięty, jakby zupełnie niezmęczony występem, a ma już przecież sześćdziesiąt dwa lata. Okazało się, że nikt nie wyposażył artysty w coś, czym mógłby składać swoje autografy. Podałem więc swój cienkopis, podsunąłem płytę i – odszedłem, nie śmiąc oczywiście wyrwać mu pisadła z ręki.

(John Scofield Überjam Band, Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice, Katowice, Rialto, 22 listopada 2013)

[24 listopada 2013]