Skandynawska asceza: Bobo Stenson

bobo

„Kupuję” tę powściągliwość w dobywaniu kolejnych dźwięków. Momentami zdecydowanie bardziej klasyczną niż jazzową urodę melodii. Ta niespieszność mości się pod skórą i czyni mnie na jakiś czas łagodniejszym człowiekiem. I jako jazzowemu profanowi jest mi w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś uznaje tę estetykę, jakże inną od wzorca amerykańskiego, za jazz dla maluczkich, „łatwiejszy”.

[more]

*

Dokuczliwy jest brak narzędzi, dzięki którym mógłbym choć w miarę swobodnie pisać o jazzie. Lecz przecież jest jeszcze to coś, coś podstawowego i istotnego – mianowicie emocje, które wyzwala w człowieku muzyka. I jeśli są one pozytywne, tym chętniej przychodzi się nimi dzielić.

W trakcie blisko półtoragodzinnego koncertu zastanawiałem się, na ile

pianistyka jazzowa 

weszła w kompetencje tzw. muzyki poważnej – fortepianowej, ile wyrwała z tego akurat muzycznego tortu dla siebie. To pewnie takie rozważania na poziomie szkoły podstawowej, ale gdzieś tam u ich początku pozostaje pytanie, gdzie urywa się świat nienagannych interpretacji klasyki, a gdzie zaczyna nieograniczone szaleństwo muzyki improwizowanej, częstokroć z równie bajeczną techniką, choć pojmowaną nieco inaczej. I czy – wreszcie – do historii muzyki fortepianowej wiek dwudziesty wniósł więcej od strony klasycznej, czy też może jednak jazzu.

*

Niskie na ogół temperatury panujące w Skandynawii przekładają się częstokroć na podobnie stonowane klimaty filmowe, literackie czy muzyczne. A nam, Polakom, jakoś dziwnie blisko było do Bergmana, zaś wspólpraca rodzimych jazzmanów ze Szwedami czy Norwegami ma już liczącą parę ładnych dekad tradycję. Lecz jak popatrzeć na mapę Europy, to przecież okazujemy się raczej ludem Północy niż Południa. W tym upatruję tej szczególnej 

bliskości

– na przykład Komedy i Carlsona, Możdżera i Danielssona, Tria Marcina Wasilewskiego i Mildera czy Stańki i Stensona.

*

Wśród tych, którzy wywarli największy wpływ na Bobo Stensona, dziś już siedemdziesięcioletniego pana, wymienia się przede wszystkim Billa Evansa, a także młodszego od Szweda o rok Keitha Jarreta. Stenson od lat stoi na czele swojego tria, natomiast w CV ma współpracę z takimi gigantami, jak Sonny Rollins, Stan Getz, Gary Burton czy Don Cherry. Legitymuje się wspólnymi płytami z m.in. Janem Garbarkiem, Charlesem Lloydem oraz Tomaszem Stańką.

*

Mnie to bierze, chwyta za serce, kupuję tę 

powściągliwość

w dobywaniu kolejnych dźwięków. Momentami zdecydowanie bardziej klasyczną niż jazzową ładność melodii. Ta niespieszność mości się pod skórą i czyni mnie na jakiś czas łagodniejszym człowiekiem. Dobrze mi z taką muzyką. I jako jazzowemu profanowi jest w gruncie rzeczy obojętne, czy ktoś uznaje tę estetykę, jakże inną od wzorca amerykańskiego, za jazz dla maluczkich, „łatwiejszy”.

Ta asekuracja jest poza tym zupełnie zbędna. Wprowadzaniem pewnych nazwisk polskich czy skandynawskich, w tym Stensona, na salony, do ekstraklasy europejskiej czy światowej zajęli się  już dawno temu inni – biegli w meandrach sztuki jazzowej. Ci natomiast, którzy – jak ja – wybrali się 9 grudnia wieczorem do siedziby NOSPR w Katowicach, zostali przez pianistę wyrwani na godzinę z okładem z rzeczywistości i przeniesieni w lepszy świat. A to warte jest znacznie więcej niż dwadzieścia pięć złotych wydane na bilet. 

(Bobo Stenson solo, NOSPR Katowice, 9 grudnia 2014)

[W NaTemat: 21 grudnia 2014]

Wyrób jazzopodobny: Marek Bałata Chopin Quintet

nospr

Konfekcja w jazzie jest zdecydowanie bardziej bolesnym doznaniem niż w przypadku innych gatunków muzycznych. Popowa miazga produkowana na tony w manufakturach nagraniowych całego świata niewarta jest więcej ponad wzruszenie ramion. W odniesieniu do jazzu ból nie jest jednak udawany, spreparowany przy komputerze, a dobywa się z trzewi.

[more]

Moja pierwsza wizyta w niedawno otwartej 

siedzibie NOSPR w Katowicach,

budowli zrodzonej w mękach także finansowych, acz bardzo pięknej i zachwycającej tak z zewnątrz, jak i w środku, miała miejsce 11 listopada – i był to koncert Marka Bałaty w Sali Kameralnej. Koncert, w programie którego pojawiły się opracowania utworów Fryderyka Chopina.

Czas świetności Bałaty to dość odległe lata. Wespół z Lorą Szafran wygrywał on klasyfikacje „Jazz Forum” na najlepszego śpiewaka jazzowego w Polsce już parę dziesiątków lat temu.  A jeśli nadal sytuuje się w ścisłej krajowej czołówce, dowodzi to przede wszystkim maleńkiej konkurencji na tym polu.  W ten sposób z niejakimi obawami udawałem się na koncert.

Głos wciąż robi wrażenie. Spore. Ale poza nim absolutnie nic. Już takim jestem muzykofilem-dziadem, że o wiele łatwiej wybaczam orientację seksualną od politycznej, zwłaszcza gdy tak bardzo zaangażowanej (kto chce, niech wygoogluje

Bałatę

i znajdzie artykuł o nim w wikipedii). A przede wszystkim moje ucho nie wybacza: tego, że nie rozumiem, nie słyszę słów śpiewanego tekstu, gdy ten sporadycznie się pojawia, nie wybacza ojczyźniano-wolnościowych grepsów świętokradczo połączonych z Chopinem oraz – ni z gruchy, ni z pietruchy – Summertime i My Funny Valentine na bisy. Nie wybacza muzykom wielu lat nauki w szkołach muzycznych, wyższych na koniec, służących do tak niecnych artystycznie celów, jak na przykład zestaw utworów tego koncertu na okoliczność święta narodowego zaserwowany prawie całkiem bezokolicznikowej, czasem rozpaczliwie upozowanej na zesnobowaną publiczności. 

Przy takich standing ovation zbiera mi się po prostu na wymioty, a skojarzenia widowniane z Patem Methenym same cisną się przed oczy. Pan Bałata zatrzymał się gdzieś całkiem na początku swej drogi, wciąż zapatrzony w Ala Jarreau, otaczający się, niestety, coraz bardziej gładkimi, wyślizganymi z czasem, wyświeconymi jak rękawy starego płaszcza  jazzopodobnymi dźwiękami. Tylko solo Stana Michalaka na elektrycznym basie wyrwało mnie na kilka minut z objęć

znużenia i niesmaku.

Najjaśniejszym fragmentem tego koncertu był… opowiedziany przez lidera dowcip.Spotyka się trzech wielkich sadowników i zaczynają się przechwalać, który ma więcej pieniędzy.- Mógłbym kupić te wszystkie drzewka z renetami, koksą, rubinami i cortlandami – mówi pierwszy.- A ja mógłbym kupić te sady grusz ciągnące się po horyzont – powiada drugi. Na co odzywa się trzeci:- Ale przecież ja nic nie chcę sprzedawać!…

*

Powie ktoś, że sam jestem sobie winien, nikt przecież nie zmuszał mnie do pójścia na ten koncert. I będzie miał rację.

Dwie moje bardzo dobre studenckie koleżanki (z których jedna została trochę później moją żoną) zdawały w tzw. terminie zerowym wraz z jeszcze jednym kolegą egzamin z literatury angielskiej i amerykańskiej. U wtedy doktora, a po latach profesora i rektora Uniwersytetu Śląskiego Tadeusza Sławka, jednego z najwspanialszych nauczycieli, z jakimi dane było nam się zetknąć przez długie lata edukacji. Także poety i – wielkiego miłośnika muzyki rockowej ze szczególnym uwzględnieniem The Doors i Jima Morrisona.

Ów kolega, którego rozwój emocjonalny zatrzymał się na poziomie dwunastolatka, został zapytany o powieści grozy. I zaczął bajdurzyć tak nieprzytomnie, źle i głupio, że dziewczyny nie wiedziały, gdzie oczy podziać, a już zupełnie zrozpaczone popatrywały czasem na egzaminatora.

Ten, znudzony, spuścił na długie parę minut głowę, ale w pewnym momencie usłyszał:

– I wie pan, panie doktorze, ja się w ogóle nie bałem.

Wtedy wreszcie się wyprostował i rzekł:

– To interesujące, co pan opowiada.

I wpisał owemu studentowi „dostatecznie”, pewnie po to, by nie oglądać go więcej, zaś zdecydowanie wyżej ocenionym dziewczynom powiedział na koniec:

– A w przyszłości proszę lepiej dobierać sobie towarzystwo.

To jedna z najważniejszych lekcji w moim życiu, choć – na szczęście – nie dane było mi brać w niej bezpośredniego udziału. Tak ważna, a mimo to czasem zdarza mi się o niej zapomnieć.

[W NaTemat: 27 listopada 2014]

Człowiek orkiestra: Gaba Kulka

gaba_kulka

Klimaty najbliższe Kulce to z pewnością lata 70. i 60. – w tej właśnie kolejności. Piosenka, ale w najszlachetniejszym rozumieniu tego słowa: staranne aranżacje, świetne wykonania, mocno pokręcone – zwykle – faktury muzyczne, z którymi większość wykonawców nie tylko w naszym kraju miałaby szalone problemy.

[more]

*

Po koncercie, przy okazji zdobywania autografów na płytach, zapytałem artystkę, jak jej tata, słynny skrzypek i profesor Uniwersytetu Muzycznego w Warszawie Konstanty Andrzej Kulka, odnosi się do „niepoważnej” kariery córki. „Jest zadowolony – odparła – że nie ścigam się z nim, nie próbuję go gonić, co byłoby niezmiernie trudne”.

Ale przecież widać u Pani Gaby ten ogromny 

bagaż edukacji, 

nie tylko muzycznej, w każdym wydobywanym przez nią dźwięku – z instrumentu lub gardła, w każdym wypowiadanym zdaniu, a tych w przerwach między utworami nie skąpi słuchaczom. Widać wielką kulturę osobistą: przy ekstrawertycznej osobowości – ujmujący sposób bycia, zbawienny dystans do siebie, pokorę i subtelne poczucie humoru. Wielką kulturę muzyczną: lata pracy nad opanowaniem gry na wielu instrumentach, pracy nad głosem; świadomość wielowiekowej historii muzyki w jej klasycznym, poważnym wymiarze, ale i doskonałą znajomość pop music. I, po prostu, wielki talent – wspaniały, o wręcz nieograniczonych możliwościach głos, dający możliwość realizowania chyba każdego kompozytorskiego pomysłu, jaki jej przyjdzie do głowy (a przychodzi całe mnóstwo). No i wreszcie świetną dykcję.

Ta wiedza muzyczna w zakresie muzyki rozrywkowej dwudziestego stulecia i początku obecnego jest imponująca. Jak sama przyznała niedawno w „Tygodniku Kulturalnym” w TVP Kultura – wśród inspiracji wymienić należy w pierwszej kolejności The Beatles, ale zaraz potem padły nazwiska Kate Bush czy Tori Amos. I, zwłaszcza to pierwsze, przy Gabie Kulce pojawiać się będzie chyba zawsze. Rodzi się pytanie, pół żartem, pół serio, na ile podobieństwo barwy i osiagane rejestry powodują czy wręcz prowokują do pójścia nieodległą drogą artystyczną. Oraz uruchamiają – gdzieś kiedyś, na samym początku, podobną 

wrażliwość muzyczną.

Klimaty najbliższe Kulce to z pewnością lata 70. i 60. – w tej właśnie kolejności. Piosenka, ale w najszlachetniejszym rozumieniu tego słowa: staranne aranżacje, świetne wykonania, mocno pokręcone – zwykle – faktury muzyczne, z którymi większość wykonawców nie tylko w naszym kraju miałaby szalone problemy. Do tego wielki temperament, gnający ją ciągle do przodu, do kolejnych poszukiwań, a więc także nagrań w przeróżnych konfiguracjach personalnych. Pominę w tym miejscu niezliczone duety, a wspomnę jedynie o płytach – np. z Konradem Kuczem czy formacji The Saintbox. To pewnie dlatego przyszło nam czekać na jej autorski album z premierowym materiałem całe pięć lat. The Escapist to zbiór starannie opracowanych utworów rozpisanych najczęściej na fortepian, bas, saksofon i bębny. I takie też instrumentarium ujrzeli ci, którzy zjawili się w sobotę w katowickim Rialcie. 

Na początku usłyszeliśmy trzy utwory – nieco odjechane – z debiutanckiej solowej płyty Wojtka Traczyka, basisty zespołu, wspomaganego przez Kulkę oraz Roberta Rasza (bębny). To zrozumiałe, liderka chce pomóc koledze, a publiczność otrzymała swego rodzaju bonus. Potem jednak napięcie mocno siadło, gdyż muzycy zniknęli ze sceny i przyszło nam czekać długich bodaj dziesięć minut na właściwy koncert, a wszystko to – no właśnie – przy „dyskursie wewnętrznym” gwiazdy wieczoru puszczonym z komputera.

Ale warto było czekać. Mówiąc po piłkarsku, ze stanu 0-1 po samobójczym golu zrobiło się efektowne 4-1. Świetne 

piosenki z nowej płyty, 

a to one stanowiły lwią część programu koncertu, zabrzmiały jeszcze lepiej na żywo. Wszystko opierało się na dźwiękach pianina, basu (raz kontrabasu, raz gitary basowej), perkusji, do których w większości utworów dołączały niezwykle oszczędne i delikatne saksofony Michała Fetlera, a czasem ukulele bądź syntezator. 

I to jazzowe de facto instrumentarium znakomicie wpisuje się w szlachetną fakturę kompozycji Kulki. Która udowadnia, że niekoniecznie trzeba szukać nowych lądów, by mieć coś istotnego do powiedzenia. Przykładem tego, że artystka ma oczy i uszy szeroko otwarte, są też zawsze obecne w repertuarze jej koncertów covery. Tym razem, obok piosenek Petera Gabriela czy George’a Harrisona, na sam koniec usłyszeliśmy rewelacyjną wersję Keep Your Eyes Peeled Queens of The Stone Age. Ten kawałek to jeszcze jeden argument przemawiający za tym, by zapoznać się z nowym krążkiem Gaby Kulki, a także wybrać się na jej koncert.

(Gaba Kulka, The Escapist Tour, Rialto Katowice, 8 listopada 2014)

[W NaTemat: 10 listopada 2014]

Znakomity koncert Eltona Johna w Krakowie

elton_j

Trudno to opisać i jeszcze trudniej przekonywać tych, którzy EJ nigdy nie widzieli w akcji. Siła tej muzyki na żywo jest nieporównywalnie większa od nagrań studyjnych. Te czasami drażniły popowym aranżem, bywało, że jawiły się jako banalne i podejrzanie konfekcyjne. Band o zdecydowanie rockowym zacięciu w koncertowych wykonaniach robi z nich piosenki uderzające w słuchaczy z mocą czasem wręcz porażającą.

[more]

*

Nie szargać świętości.

Nie ryzykować, bo ideał może nie tyle od razu sięgnie bruku, ale jednak spadnie z piedestału. To wszystko prawda, tyle że ryzyko jest zdecydowanie bardziej po stronie wychodzącego na scenę artysty niż słuchacza, który po latach znów wybiera się na jego koncert.

Po latach dokładnie trzydziestu, bo tyle mija od występu Eltona Johna w katowickim Spodku (w kwietniu 1984), który miałem możliwość zobaczyć i pierwszy raz, a więc wyjątkowo mocno, najmocniej, doświadczyć magii na scenie, która udzieliła się chyba wszystkim wtedy widzom. To był prawdopodobnie w ogóle pierwszy bądź jeden z pierwszych razów, gdy zachodni artysta z kręgów popowo-rockowych przyjechał do nas i dał z siebie wszystko – w rewelacyjnym, dwuipółgodzinnym koncercie. A jak będzie teraz, po latach, gdy EJ ma trzy krzyżyki więcej, a dzisiejszy showbiznes niekoniecznie traktuje go jak gwiazdę pierwszej wielkości?

Krakowska Arena

robi wrażenie: piękna z zewnątrz, solidna od środka, gdy chodzi o część korytarzową, i imponująca, gdy wejść na widownię. Niepokoiły mnie dość pustawe trybuny, ale te – na szczęście – wypełniły się w sporym procencie tuż przed rozpoczęciem występu.

Czyli o około 19.40. Wtedy sześciu muzyków pojawiło się na scenie i rozległy się pierwsze dźwięki połączonych Funeral For A Friend i Love Lies Bleeding. Przez około kwadrans towarzyszył mi też lekki niepokój dotyczący akustyki, ale gdzieś przy czwartym utworze moje manipulowanie przy małżowinach usznych niczego już nie zmieniało w odbiorze – było bardzo dobrze.

Najistotniejsze jednak i najpiękniejsze było to, że lata biegną, a Elton John i jego zespół, w którym od 1969 roku gra na bębnach Nigel Olsson, a tylko dwa lata krócej na gitarach Davey Johnstone, wciąż są w rewelacyjnej formie i w bardzo zawodowy sposób podchodzą do swojej roboty. Żadnej taryfy ulgowej: znów dwie i pół godziny, świetna forma wykonawcza i imponujący zestaw największych i wielkich przebojów z długiej kariery artysty.

Tak naprawdę trudno to opisać i jeszcze trudniej przekonywać o tym tych, którzy EJ nigdy nie widzieli w akcji. 

Siła tej muzyki

na żywo jest nieporównywalnie większa od nagrań studyjnych. Te czasami drażniły popowym aranżem, bywało, że jawiły się jako banalne i podejrzanie konfekcyjne. Band o zdecydowanie rockowym zacięciu w koncertowych wykonaniach robi z nich piosenki uderzające w słuchaczy z mocą czasem wręcz porażającą.  To, że łzy kręcą się w oczach przy najwybitniejszych kompozycjach, jakie wyszły spod palców pianisty, to jasne, ale że poruszają utwory o prostszej fakturze – to, powtórzę, magia. A taką aurę potrafią stworzyć tylko artyści wielkiej miary.

Kondycja fizyczna mistrza od lat nieco szwankuje – porusza się on z pewnym wysiłkiem, tym niemniej chętnie i, raz po raz podchodząc do brzegu sceny i karmiąc się z bliska żywiołową reakcją widowni, najwyraźniej ładuje w ten sposób akumulatory. Tych niedomagań zupełnie jednak nie widać i nie słychać, gdy zasiada przy fortepianie. Gra wciąż niesamowicie, waląc w klawiaturę z siłą i świeżością młodego rokendrolowca, zaś jego głos wciąż brzmi zadziwiająco mocno. Oczywiście, niemłodzi dziś panowie nie wyciagają już takich gór i nie serwują tych falsecików, z których przed laty słynęli (frazy w Crocodile Rock wzięte ze Speedy Gonzalesa Pata Boone’a puszczone zostały z taśmy), ale i tak chórki wciąż robiły wrażenie. Lider miał też dość energii, by – przy gromkich owacjach – przez dobrych kilka minut, przed bisami, podpisywać płyty i co tam kto jeszcze pod sceną trzymał w wyciągniętych dłoniach.

Elton John od lat opiera 

program 

swych koncertów na przebojach z pierwszych lat działalności – tych, które weszły do historii pop music – ze świadomością, że są najbardziej oczekiwane przez publiczność i nie może ich zabraknąć. Poza tym jednak, mając w czym wybierać, może zmieniać repertuar odgrywany w kolejnych trasach. Materiał prezentowany podczas obecnego touru (do sprawdzenia w internecie) jest stały, ale jednak widać, że muzykom raz gra się lepiej i przyjemniej, innym razem może odrobinę mniej. Dwadzieścia sześć pozycji na krakowskiej setliście to jeszcze jeden dowód na to, że chemii między sceną a widownią nie zabrakło. Natomiast – co odnotowałem ze zdziwieniem – nie pojawił się żaden utwór z ostatniego, bardzo udanego albumu The Diving Board.

Zawsze najbardziej mięknie mi serce przy Danielu i Your Song, a tylko trochę mniej przy Candle With The Wind i Goodbye Yellow Brick Road. Nie inaczej było i wczoraj, ale najbardziej powaliło mnie rewelacyjne, rozbudowane formalnie wykonanie 

Rocket Man 

z mocnym fortepianowym intro i potężnym finałem. Nie zabrakło też ognistego Saturday Night’s Alright (For Fighting) na zakończenie zasadniczej części – trochę może żal, że publiczność nie podjęła wokalnego wyzwania Eltona, ale cóż, w większości to nie te roczniki (już nie, gdy chodzi o dyspozycję głosową, jeszcze nie, gdy mowa o biegłej znajomości języka Szekspira, choć taka akurat w tym momencie nie była wymagana). Jedyna repertuarowa wątpliwość dopadła mnie na samym końcu, gdy Elton samotnie wykonał – połączone – Circle of Live i Can You Feel The Love Tonight? z „Króla lwa”. Zrobiło się trochę nazbyt lukrowato, ale cóż to znaczy wobec ponad dwóch godzin świetnego grania? Tym bardziej że opuszczaliśmy widownię przy dźwiękach Song For Guy, co dla mnie stanowiło jeszcze jeden łącznik z katowickim występem, który kończył się właśnie tym utworem.

Elton John ma dziś sześćdziesiąt siedem lat. Podkreślam ten fakt dlatego, że zalicza się on do grona tych niemłodych już muzyków, którym dyspozycji artystycznej można tylko pozazdrościć. Na koniec powtórzę zaś to, co już kiedyś pisałem: to nie jest mój ukochany wykonawca, nie mam zbyt wielu jego płyt w domu, ale podziwiam go za to, co potrafi zrobić na żywo, za profesjonalizm w każdym calu, za wielki szacunek dla publiczności. Za mnóstwo pięknych piosenek. Za to, że wciąż udowadnia, iż jest artystą przez wielkie „A”.

[W NaTemat: 6 listopada 2014]

Dawid Podsiadło: ostatni koncert

curly_heads

W piątkowy wieczór w katowickim „Rialcie” Dawid Podsiadło dał ostatni koncert z materiałem, którego podstawę stanowiły utwory z albumu „Comfort And Happiness”. Ostatni z towarzyszeniem muzyków, z którymi przez miniony rok grał koncerty w całym kraju.

[more]

Mniej zorientowanych sympatyków Pana Dawida spieszę uspokoić. Młody artysta bynajmniej nie ma zamiaru kończyć kariery.  Za kilka dni bowiem ukazuje się debiutancki album macierzystej formacji DP – 

Curly Heads.

I, najwyraźniej – co było widać w telewizyjnym minireportażu wyemitowanym w sobotnie przedpołudnie – głową i sercem jest już ze swoimi przyjaciółmi i premierowym repertuarem.

Trwający trochę ponad godzinę występ odbył się w ramach festiwalu Regiofun i nie miał w sobie nic z jubileuszowej czy pożegnalnej fety. Szczyt popularności – przynajmniej ten pierwszy – Podsiadło jako solista ma już za sobą. „Rialto” bywało wielokrotnie znacznie szczelniej wypełnione i chyba nie wszystko można tu złożyć na karb wspomnianego festiwalu i w związku z tym nie do końca właściwego targetu publiczności.

Wątpliwości,

jakimi dzieliłem się trzynaście miesięcy temu, zaraz po ukazaniu się Comfort And Happiness, pozostały. Pop, nawet w swych najszlachetniejszych przejawach, popem pozostanie. A więc muzyką szczególnie narażoną na bezlitosne obchodzenie się z nią przez czas. Jest w tym graniu – na szczęście – sporo patentów rockowych – choćby instrumentarium (dwie gitary, klawisze, bas, żywe bębny) – z pewnością w koncertowych dekoracjach manifestujących się znacznie wyraźniej niż na płycie. Czytelne są oczywiście klimaty spod znaku Coldplay (z barwą głosu frontmana na czele), ale raz po raz robi się mocniej, ostrzej – i więcej wtedy wpływów U2. Natomiast sporym zaskoczeniem było dla mnie to, jak wiele pojawiło się w koncertowych aranżacjach utworów klimatów wypracowanych kiedyś przez kapele 

symforockowe.

Słychać to było zwłaszcza w ostatniej części występu, gdy zaserwowano nam kilka piosenek połączonych w całość, w taką wręcz suitę. Klawisze raz po raz wychodziły na pierwszy plan, serwując powłóczyste dźwięki i długie finały. Pytanie, na ile świeżo to brzmiało. W moich uszach więcej w tym, niestety, Marilliona czy Pendragona niż klasycznych Yes albo Genesis, więcej rzemiosła niż finezji Wakemana lub Banksa.

W może dziesięć minut po rozpoczęciu koncertu żona nachyliła się do mnie i podzieliła wątpliwością co do lidera: czy wciąż taki nieśmiały, czy już zblazowany? Chyba jednak, sądzę, to pierwsze: jego 

introwertyczna osobowość

nie całkiem dobrze czuje się w świetle reflektorów. Ale cóż, taka to już robota, że trzeba ze sobą walczyć. Dopatrując się niejakiego zewnętrznego podobieństwa Podsiadły do Andrzeja Poniedzielskiego, można oczekiwać, że – kto wie – z czasem jego konferansjerka, pozostając bezpretensjonalną, stanie się bardziej błyskotliwą i dowcipną.

A co do muzyki – jako miłośnik bardziej zdecydowanych dźwięków – chciałbym, aby skład Curly Heads zapowiadał coś bardziej frapującego, mającego szansę przetrwać na dłużej w uszach i pamięci słuchaczy. Podsiadło jako wokalista potrafi docisnąć, więc z tej strony zagrożenia bym nie upatrywał. Obyśmy zamiast popu symfonicznego otrzymali więcej soczystego rokendrola. 

Ale czy piosenki, których można już posłuchać w YT, pozwalają tego właśnie się spodziewać? Chyba niekoniecznie. Zaś moja sympatia dla Podsiadły jako człowieka nie jest aż tak rozciągliwa, bym umiał z pełną przyjemnością zanurzyć się w jego – podobnych do dotychczasowych – nowych propozycjach muzycznych.

[W NaTemat: 13 października 2014]

Niekoncertowy Stadion Narodowy

orange_warsaw

Po sobotnim koncercie AC/DC rozpętała się akustyczna burza z piorunami. Powiem z pożal się, Boże, satysfakcją, że wreszcie. Niech pewni ludzie przestaną udawać, że na warszawskim Stadionie Narodowym można tak samo organizować koncerty, jak na przykład na Wembley. Burza ma jednak to do siebie, że przechodzi, a za jakiś czas, jak gdyby nigdy nic, dowiemy się o nowym koncercie planowanym w tym miejscu. Jednak tych, którzy – podobnie jak ja – stwierdzili, że więcej tam się nie wybiorą, przybywa.

[more]

* * *

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas. Na Stadionie Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

*

Do krótkiej, acz już obfitującej w niepowodzenia piłkarskie historii Stadionu Narodowego uzupełnionej finansową aferą z koncertem Madonny dopisać należy jeszcze jedną klęskę. Z tą zasadniczą różnicą, że kopacze – w co dziś trudno komukolwiek uwierzyć – mogą w przyszłości zbliżyć się poziomem gry do futbolowych przeciętniaków i bez lęku przystępować do spotkań ze starannie wyselekcjonowanymi graczami Azerbejdżanu albo Luksemburga, natomiast konstrukcji, kształtu oraz użytych materiałów rzeczonego obiektu nikt już nie zmieni (pisał o tym niedawno Marcin Piątek na łamach „Polityki”).

Cóż, wypada 

powinszować wizjonerstwa

inwestorom, projektantom i wykonawcom tego przybytku. Pierwszym nieustannie przyświecającej idei, czemu ten obiekt w przyszłości ma służyć, by nie stać się tylko kolejnym pomnikiem narodowego zrywu i niekompetencji, drugim i trzecim tempa, w jakim lano tysiące ton betonu – zgodnie z projektem i zapisanymi w umowach terminami.

Rok temu byłem na koncercie Paula McCartneya. Nie wyobrażałem sobie, by nie być na pierwszym w Polsce występie Beatlesa, który w dodatku zewsząd zbierał w ostatnich latach pochwały za wysoką formę artystyczną. Gdyby nie ogrom emocji związanych z tym, jakie miejsce zajmuje w moim życiu muzyka rockowa, a w niej z kolei jak wyjątkowa jest pozycja The Beatles, pewnie nic nie potrafiłoby odmienić moich pierwszych akustycznych wrażeń z Narodowego. Wtedy zwyciężyła miłość do muzyki, do piosenek genialnej czwórki, poczucie, że biorę udział w najpiękniejszej z możliwych podróży sentymentalnej.

Gdy organizatorzy tegorocznej edycji 

Orange Warsaw Festivalu

zapowiedzieli przyjazd Queen of The Stone Age, także nie wahałem się ani chwili, mimo bagażu wątpliwości wyniesionych z Alei Księcia Poniatowskiego przed rokiem. Gdy dowiedziałem się, że w pakiecie dostanę jeszcze Pixies i Kings of Leon, mogłem się tylko cieszyć. Jak to zwykle jednak bywa, wątpliwości rosną, im mniej czasu pozostaje do rozpoczęcia imprezy. 

Jadąc wczoraj na koncert razem z siedmioma znacznie młodszymi od siebie ludźmi, przypadkowymi towarzyszami podróży, zastanawiałem się, co też tym razem spotka mnie w stolicy. Zaskoczenia często spadają na człowieka z najmniej oczekiwanej strony. Weszliśmy na stadion, gdy walczyła już fińska formacja French Films. Grała dla garstki ludzi pod sceną oraz nielicznej publiki rozrzuconej po sektorach. Widok mnie przeraził, bo takich pustek się nie spodziewałem, a pomny wrażeń sprzed dwunastu miesięcy, czułem, co się święci. Finowie grali, a dźwięk odbijał się od wszystkiego, co było w pobliżu, a więc przede wszystkim od wyzierającego zewsząd szarego betonu. Masakra.

Skończyli, następni mieli wyjść

Pixies.

Przemontowanie sceny przebiegało zawodowo, sprawnie. Stan widowni ledwie drgnął. Już wiedziałem, że klęska jest nieunikniona, że z tym nie poradzi sobie nikt, nawet ten, kto zdobył mistrzostwo świata w nagłaśnianiu koncertów.

Wymarzony na pierwszy występ w Polsce zestaw greatest hits wsparty paroma numerami z dopiero co wydanego albumu powinien wielu z nas – słuchaczy powalić, znokautować. Na scenie wszystko było w najlepszym porządku: ochota do gry, poziom artystyczny. Numery, które wpłynęły na wyobraźnię milionów odbiorców na całym świecie i na wielu tych, co sami postanowili uprawiać muzyczną grzędę. A i osobistą, neoficką, też, bo przez dwa ostatnie miesiące ich nagrania wciąż rozbrzmiewały w moim samochodzie. Tyle że po drugiej stronie przyszło raczej wszystkiego się domyślać, niż doświadczyć, nie mówiąc już o delektowaniu się, a po to przecież jedzie się taki szmat drogi. Wszystko dudniło, świszczało, miast dawać autentyczną, dziecięcą radość. Jako pięćdziesięciodwuletni człowiek byłem zdegustowany, jako fan – zrozpaczony.

Queens of The Stone Age

z Joshem Homme’em na czele byli tymi, na których czekałem szczególnie. Żałowałem już rok temu, gdy wystąpili na Open’erze, więc nie było mowy o odpuszczeniu ich warszawskiego występu. Widzów trochę przybyło, ale nie na tyle, by wyraźnie miały się zmienić warunki odsłuchu. Na otarcie łez pozostało to, że QOTSA grają ciężej niż Pixies, używają więcej niskich tonów, więc brzmieli odrobinę lepiej. 

Kapela stała się po ostatnim albumie moim zdecydowanym faworytem wśród łojących zespołów. Ten występ, choć stanowczo za krótki, siedemdziesięciominutowy, w pełni potwierdził jej klasę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś dane mi będzie usłyszeć ich w pełnym wymiarze i w normalnych warunkach.

Najgęściej pod sceną zrobiło się podczas ostatniego punktu programu, a tym był set 

Kings of Leon.

Najgęściej i najpiskliwiej, a to za sprawą licznych fanek zespołu. Kwartet jednak wystawił je na niełatwą próbę, gdyż zagrał o wiele mocniej, niż brzmią jego nagrania studyjne. Zadanie kwartet miał jednak piekielnie trudne. Wystąpić po Pixies i QOTSA i dotrzymać kroku – ba! To nie mogło się udać i się nie udało, mimo melodyjności przywodzącej na myśl U2 od czasów The Joshua Tree. Sto minut z bisem (oczywiście Sex On Fire na finał) i… Publiczność bez zbędnego ociągania się ruszyła do wyjścia.

Festiwal dopiero się rozpoczął, podsumowywać go będą ci, co zobaczą (prawie) wszystko. Ci natomiast, z którymi wczoraj zamieniłem parę zdań, widzowie tacy jak ja, byli podobnego zdania: Stadion Narodowy jako miejsce koncertowe jest 

nieporozumieniem.

Ale jasne, że obiekt stoi i ludzie, którzy o tym decydują teraz i będą decydować w przyszłości, zorganizują na nim kolejne muzyczne imprezy. Warto jednak, by pamiętali przy tym, że złe wieści rozchodzą się bardzo szybko. Nie wnikam, w czym tkwi przyczyna słabej frekwencji wczoraj, ale sądzę, że coraz bardziej pustych trybun należy się po prostu spodziewać. Można oczywiście udawać, że zapraszając kogoś do (z całym szacunkiem) Fiata Punto, sadzamy go na kanapie w BMW serii 5, albo że w naszym ogródku dobrze słychać muzykę, którą puszcza w swoim mieszkaniu sąsiad, ale chyba coraz mniej ludzi będzie się na to dawało nabrać.

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas: radości niewiele, za to odczułem wielką ulgę, gdy koncert dobiegł końca. Więcej w takim święcie muzyki udziału brać nie mam zamiaru. Na Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

Pomarańczowa fiesta

miała miejsce wczoraj, ale za oceanem, w Brazylii, gdzie moi ulubieni od czasów Ajaksu z początku lat 70. i reprezentacji z 1974 oranje dokopali 5-1 Hiszpanom (co jeszcze nic nie znaczy, ale jest bardzo przyjemne).

Witold Gombrowicz zadał w swoich Dziennikach pytanie: co zrobią Polacy, gdy już wszystkie inne narody napiszą dysertację o słoniu? I szybko odpowiedział, że przygotują rozprawę pt. „Słoń a sprawa polska”. Ponieważ nasze narodowe ego, tak jak każde inne, domaga się wzmocnień pozytywnych, dowartościowania, jedyną receptą na 

spektakularny sukces

na Stadionie Narodowym może okazać się karkołomny chyba nie tylko pozornie pomysł zorganizowania konkursu skoków narciarskich w ramach Pucharu Świata. Wyobrażacie to sobie – w obecności prezydentów RP i miasta stołecznego, premiera, marszałków sejmu i senatu grają Mazurka Dąbrowskiego, a na podium stają Stoch, Kot i Żyła? Tylko niech odpowiedni ludzie poprzeliczają zawczasu wszystkie działające siły fizyczne i naprężenia. Bo zawalenie się wczoraj Warsaw Stage (drugiej, mniejszej sceny) sprawiło, że nie wystąpiło trzech wykonawców, ale jak zapadnie się bula, to co Tajner powie Hoferowi?

[W NaTemat: 14 czerwca 2014]

Ahoj! – czyli Peter Gabriel w Ostrawie

 

gabriel_soTen artysta to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania związane z koncertem miałem zdecydowanie powyżej średniej. I zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie.

[more]

*

Peter Gabriel odszedł z Genesis w 1975 roku, po wydaniu dwupłytowego albumu [i]The Lamb Lies Down On Broadway[/i] oraz trasie promocyjnej. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia pięć lat. Milczał do 1977 roku, a wtedy było to bardzo, bardzo długo. 

Z macierzystą formacją nagrał siedem albumów, a jeśli uwzględnić absolutne początki – był z nią związany przez prawie dekadę. Dziś ma sześćdziesiąt cztery lata. Od – aż się wierzyć nie chce – czterdziestu pracuje na własne konto, dość oszczędnie dozując kolejne wydawnictwa. Zawsze był 

artystą niespokojnym, 

poszukującym, wytyczającym w muzyce nowe szlaki. Przez długi czas był też wykonawcą koncertowym bardzo pożądanym, bardzo oczekiwanym. Kochanym przez wielkie rzesze fanów. I właściwie tak jest do dzisiaj, choć nie zapełnia już stadionów, a „tylko” hale. Sam także zawsze zaliczałem go do grupy szczególnie ulubionych muzyków, bardzo pragnąłem znaleźć się na jego koncercie. I powiem, mieszając nieco kolejność wywodu, że najwyraźniej spóźniłem się o dobre dziesięć – piętnaście lat.

Udało się dopiero przed dwoma laty w Oświęcimiu, wystąpił z towarzyszeniem orkiestry i dwuosobowego żeńskiego chórku. Wczoraj natomiast dane mi było wreszcie usłyszeć na żywo jego utwory w wersjach zbliżonych do pierwotnych.

Peter Gabriel to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania zdecydowanie powyżej średniej. I myślę, że w pełni zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie – fizycznej i wokalnej, wciąż – swym charakterystycznym, matowym głosem – bez nadmiernego wysiłku bierze równie charakterystycznym falsetem górne rejestry, tańczy, a nawet kładzie się na scenie. Wciąż bardzo dba o 

oprawę swoich występów.

Spore wrażenie robiły światła – ze szczególnym uwzględnieniem pięciu jeżdżących po scenie w niektórych utworach masztów (przypominających nieco potwory z japońskich filmów grozy), pozornie tylko wprowadzających chaos, a tak naprawdę wspaniale współtworzących zarówno scenografię, jak wzbogacających finalny efekt za sprawą gry świateł i obrazów zbieranych z zamontowanych na tych masztach kamer. Ten obraz z kolei wyświetlany był na dwóch mniejszych ekranach zawieszonych po bokach lub na większym stanowiącym tło sceny. Do tego jeszcze jeden element: okazały podwieszony pierścień, którego uroda w pełnej krasie objawiła się dopiero przy The Tower That Ate People na pierwszy bis.

Dla mnie zawsze najważniejsza będzie jednak 

muzyka.

I tu miałem problem. Już kiedyś, gdy z wieloletnim poślizgiem nabyłem na CD – najpierw Plays Live (1983), a potem So (1986) – nie potrafiłem odnaleźć swojego pierwszego zachwytu nad tą muzyką. Najpierw nie dowierzałem sobie, ale kilkakrotne przesłuchanie tego materiału niczego w nie zmienło. Cóż, to co jest bardzo nowoczesne w chwili ukazania się na rynku, czasem szybko się starzeje. A Gabriel zawsze poświęcał przygotowaniu swoich płyt, a więc – nie bójmy się tego słowa – produkcji bardzo wiele uwagi. Albumem So pognał szczególnie mocno do przodu, pamiętam, jak bardzo zaskoczyła mnie komputerowa rytmiczność Sledgehammer i Big Time i musiało upłynąć trochę czasu, muzyka musiała zrobić kolejnych kilka kroków naprzód, bym całkowicie oswoił się z tymi dźwiękami.

Krążek 

So

którego dwudziestopięciolecie stało się pretekstem do zorganizowania trwającej od 2012 roku wielkiej trasy koncertowej, od początku budził spore emocje. Tomasz Beksiński prezentując go na antenie Polskiego Radia, kręcił nosem i nazwał, używając kulinarnego porównania, mielonym. A szczególnie oburzonym słuchaczom zaprezentował jakiś czas potem  to, co nazwał soczystym schabowym, czyli czwartą płytę artysty z 1982 roku. Przebojowość i piosenkowość, a więc i łatwiejszy odbiór, na niespotykaną u tego artysty wcześniej skalę, wreszcie wielki sukces komercyjny – wszystko to na świeżo utrudniało przyłożenie odpowiedniej miary do tego krążka.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ta płyta czy w ogóle muzyka Gabriela się zastarzała. Chyba jeszcze nie, ale coraz wyraźniej przynależy do przemijającej muzycznej epoki. Znów wychodzi mi na to – w osobistym, zaznaczam, rachunku – że nieodległe pierwotnym instynktom, atawistycznym odruchom ludzkim porządne mainstreamowe wiosłowanie znacznie lepiej znosi upływ czasu niż to, co tak samo jest efektem wielkiego talentu, ale jednak w dużej mierze wspieranego przez nowinki studiów nagraniowych. Tyle tytułem wytłumaczenia, dlaczego nie wpadłem wczoraj w zachwyt.

*

Koncert składał się 

z czterech części. 

Pierwszą z nich był support w wykonaniu dwóch młodych śpiewających Szwedek: Jennie Abrahamson i Linnei Olsson – krótki, zwięzły, dwudziestominutowy i bardzo dobrze wpisujący się w klimaty eksplorowane przez gwiazdę wieczoru. Dzięki stosowanemu instrumentarium, czyli wiolonczeli i ksylofonowi – niewymagający przebudowy sceny. Po dwudziestu paru minutach przerwy, w pełnym świetle, rozpoczął się 

występ Petera Gabriela.

Akustycznie, z liderem przy fortepianie. W pierwszym utworze – Obut – z towarzyszeniem tylko Tony’ego Levina, a od Come Talk To Me już z całym zespołem – Manu Katche, David Rhodes, David Sancious i wspomniane już panie w chórkach. 

W Family Snapshot, w trakcie którego zgasło górne oświetlenie, dokonało się płynne przejście do części elektrycznej. Potężnie, mocno, z tnącą jak heavymetalowa brzytwa gitarą Rhodesa zabrzmiało Digging In The Dirt – wtedy mieliśmy też pierwszą próbę gry świateł. I tak płynęliśmy – do Solsbery Hill i Why Don’t You Show Yourself na koniec tej części.

A potem rozpoczął się 

zasadniczy fragment koncertu,

czyli odegranie w całości, w kanonicznej kolejności, albumu So. Z uroczymi partiami tańczonymi, z duetem z Jennie Abrahamson w Don’t Give Up. Na pełny gaz, z wielkim kunsztem wykonawczym.

Niemilknące brawa publiczności (Polaków też nie brakowało) wywołały artystów raz jeszcze na scenę – by wykonać wspomniany już The Tower That Ate People oraz na definitywne zakończenie nieśmiertelny, monumentalny Biko.

Świetny koncert, bardzo dobra forma wszystkich muzyków. A we mnie gdzieś żal, że – cholera – emocje już nie te największe, że ciary po plecach już nie chcą przebiegać. Że Peter Gabriel nie mieści się już na mojej najwyższej półce, lecz na drugiej, patrząc od góry. Po reakcji ludzi sądząc, wielu fanów wciąż ceni go mocniej niż ja dzisiaj. I dobrze, bo dla takich wariatów grają ci ludzie na scenie. Ale żeby nie było nieporozumień – Pan Piotruś grał wczoraj także i dla mnie.

{W NaTemat: 14 maja 2014]

Muzyka elektroniczna – czyli formuła przepastnie otwarta

skrzek_podroz

Tego tekstu miało nie być. Czasem, przez wielki szacunek dla drugiego człowieka, zwłaszcza takiego ze sporymi osiągnięciami, przechodzi się do porządku nad jego słabościami. Miało nie być, bo byłem pełen obaw przed koncertem, a pisanie ze z góry założoną tezą nie jest uczciwe. Ponadto nie powinno się pisać o czymś, czego nie widziało się do końca. A jednak jest powód, który nie pozwala mi milczeć.

[more]

W czwartek w katowickim Rialcie, przy okazji Europejskiego Kongresu Gospodarczego, zagrał 

Józef Skrzek.

By wpisać się w międzynarodowy charakter całości, zaprosił do wspólnego występu także Rosjanina Miszę Ogorodowa i Brytyjczyka Paula Lawlera.

Pisałem już o tym kiedyś – o liderach wspaniałych zespołów, którzy podejmując karierę solową, zatracili umiar. Chodzi o nazwiska największe: Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Tego pierwszego i jego działalność po rozwiązaniu Aerolitu pozostawmy już w spokoju. I tak to drobiazg przy tym, do czego zdolny jest największy jego uczeń.

Gdy w listopadzie 1980 roku Piotr Kaczkowski przekazał informację o rozpadzie SBB, miałem – będąc już osiemnastolatkiem – łzy w oczach. Bo stało się to w szczytowym okresie działalności – zespół w realizacjach studyjnych wreszcie brzmiał rewelacyjnie, nagrywał swoje najlepsze płyty.

Józef Skrzek z marszu rozpoczął solową karierę. Jeszcze w tym samym momencie, w którym kapela nagrywała Memento z banalnym tryptykiem, realizował Ojca chrzestnego Dominika. W 1983 roku ukazała się Józefina, nagrywana w 1981, pierwsza po rozpadzie SBB solowa płyta artysty. Lżejsza, piosenkowa, nagrana z wieloma gośćmi, ale zwarta i rockowa. Z Haliną Frąckowiak zrealizował drugi wspólny krążek – Ogród Luizy. Potem była muzyka do filmu Wojna światów Piotra Szulkina, a następnie przez pewien czas Skrzek grał z Tomaszem Szukalskim. Efektem tej współpracy był album Ambitus Extended. Do tego momentu wszystko było w porządku.

Kolejną pozycją w dyskografii okazała się – uwaga – Podróż w krainę wyobraźni. Pretensjonalny tytuł – i zapis fragmentów solowych występów multiinstrumentalisty w chorzowskim Planetarium. Płyta słaba i zwyczajnie nudna.  W tym miejscu kończę wyliczankę, by wrócić do owej tezy, o której wspomniałem na wstępie. Nie spodziewałem się niczego szczególnego po czwartkowym koncercie, bo 

nie lubię muzyki elektronicznej,

el muzyki (termin wylansowany przez Jerzego Kordowicza, autora „Studia nagrań”, audycji przez wiele lat nadawanej w Trójce). Nie lubię tej muzycznej formuły otwartej, której otwartość kojarzy mi się przede wszystkim z odrzuceniem ram czasowych, a tym samym i dramaturgicznych utworów. Wszystko, a więc i dobre, piękne czasem pomysły, fragmenty – rozmywa się w czasie: ginie w rozciągnięciu do granic wytrzymałości każdej frazy, w jej wielokrotnym, do znużenia i znudzenia, powtarzaniu. 

Muzyka elektroniczna to całkowite zaprzeczenie gitarowego rocka z lat 50. i początku 60. – krótkich, niewiele ponad dwuminutowych form. Skondensowanych maksymalnie – wpierw z racji niedużych możliwości aranżacyjnych, instrumentalnych, a potem – gdy te już w wielu przypadkach były – dalej wielu wykonawców potrafiło utrzymać zbawienny rygor czasowy. Absolutnie sztandarowy dla mnie przypadek, gdy fenomenalna fraza pojawia się zaledwie jeden jedyny raz w piosence, to Badge Cream z tym olśniewającym wejściem Claptona.

W muzyce elektronicznej jest miejsce na wszystko. Najczęściej na to, by pomysły warte w przybliżeniu jakichś dziesięciu, góra piętnastu minut rozdąć do rozmiarów całej płyty analogowej, czyli około trzech kwadransów. O cierpliwości! Nie na moje nerwy takie granie. Bo to już przed laty przypominało – i tym bardziej dziś przypomina – granie a vista z włączonym nagrywaniem. Dobrze, jeśli potem się siada i wyciska z tego sok jak z pomarańczy. Ale jeśli ci mistrzowie elektronicznych klawiatur uparcie serwowali – i nadal serwują – muzykę graną w zwolnionym tempie – to nie dla mnie taka podróż.

I dotyczy to także Józefa Skrzeka. Którego cenię jak mało kogo na polskiej scenie – ale przede wszystkim za to, co zrobił i wciąż potrafi zrobić z SBB. Tyle razy składałem mu hołdy fana, że chyba w tym miejscu nie muszę tego powtarzać. 

*

Muzyka elektroniczna – formuła otwarta. Najczęściej – 

forma bezkształtna, magma 

jakaś. Otwartość kojarząca się raczej z bezdenną przepaścią, w którą wpadają pozbawieni instynktu samozachowawczego artyści. Nawet ci najwięksi. I to boli najbardziej.

Na Boga, Panie Józefie, wyszedł Pan na scenę z kolegami bodaj o 20.10. W paru momentach było pięknie, choć te w większości wzięte były z SBB – Freedom (znów mocny, wspaniały Pana głos) czy maleńki fragment Ze słowem biegnę do Ciebie. Tak jak nie zwykłem wychodzić z koncertów przed ich końcem, tak o 22.10 opuściliśmy z żoną salę. Wydawało się parę razy, że już kończycie, że dźwięki już wybrzmiewają, ale zaraz potem odradzały się, bynajmniej nie jak Feniks z popiołów. To nie jest takie proste: wytrwać, gdy następnego dnia trzeba wstać jak zwykle przed szóstą, a ze sceny wieje głównie nudą.

Skonsternowany dowiedziałem się właśnie – i to sprawiło, że chwyciłem za klawiaturę komputera – o której zakończył się ten występ. Na początku na widowni było około dwieście pięćdziesiąt  osób. Do końca wytrwało dwadzieścia. 

Panie Józefie, 

tak się nie godzi.

Koncert powinien mieć coś ze święta, z misterium. Być czymś wyjątkowym, wyrywającym ludzi na chwilę z codzienności. Winien też cechować się obustronnym szacunkiem – widzów do artysty, ale i artysty do widowni. Zapraszam was na ucztę, do siebie, do domu, raczę was tym, co mam najcenniejszego. Zachowuję błogosławiony umiar, wyczucie tego, co mogę i powinienem. Mówię, ale i słucham. Nie otwieram naraz wszystkich szuflad i schowków, nie wyciągam wszystkiego na stół, podaję tylko kęsy najlepsze. Jezus, Maria, Józefie Święty, była 23.50, gdy skończyliście grać. To nie ludzie wyszli przed końcem koncertu, to Pan grał jeszcze długo po jego zakończeniu. 

Ponieważ niejednokrotnie odwołuje się Pan do chrześcijańskiej tradycji – zakończę w podobny sposób. Jednym z grzechów głównych jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oraz graniu innym – bez krztyny refleksji, czy aby nie mają już serdecznie dość.

[W NaTemat: 10 maja 2014]

Smaczne jadło w karczmie na moście

Martyna Jakubowicz należy do grona tych artystów, których szczególnie sobie upodobałem. Jej pierwsze nagrania to czas, gdy wkraczałem w dorosłość, zachłystując się jednocześnie bezmiarem polskiego grania na początku lat 80. Wykonawców sprzed lat, którzy są aktywni do dziś, pozostało nie tak wielu, a tych wciąż tworzących rzeczy istotne – jeszcze mniej.

[more]

W sobotni wieczór w katowickim Rialcie, w trzy lata po koncercie w Chorzowskim Centrum Kultury, kolejny raz miałem okazję zobaczyć MJ w akcji, a u jej boku czterech panów tworzących Żonę Lota – kapelę akompaniującą jej od tamtego właśnie okresu, od płyty Okruchy życia (2010).

Określić dokonania Pani Martyny frazą

Dokoła wszędzie blues mi gra

oznaczałoby tylko część prawdy. Bo ona nigdy tak całkiem w tej formule się nie mieściła, zaczynała bardziej od folku, od Dylana, Mitchell i Baez. Najbliżej bluesa znajdowała się w czasach pierwszej płyty, a to był rok 1983. Tak naprawdę nie ma to jednak większego znaczenia – liczy się nade wszystko wspaniały puls wyczuwalny w każdym momencie grania, czerpanie z najszerzej pojętej tradycji muzyki lat 60. i 70., ale doprawianej też nutami orientalnymi czy wziętymi z muzyki żydowskiej.

Program koncertu był przekrojowy. Usłyszeliśmy zarówno najstarsze piosenki –

Kłopoty to jej specjalność

czyli jeden z trzech zupełnie pierwszych utworów Pani Martyny, jakie prezentowane były na antenie Polskiego Radia, oraz hymn deweloperów, a więc pochodzący z debiutanckiego albumu największy przebój MJ – W domach z betonu nie ma wolnej miłości. Sporo było piosenek ze Wschodniej wioski (1988), z wciąż przepięknym Młodym winem. Nie mogło zabraknąć numerów z ostatnich dwóch płyt, tych, w których nagraniu uczestniczyli Dariusz Bafeltowski, Przemysław Pacan, Łukasz Matuszyk i Paweł Mikosz. To tu słyszalne były te żydowskie klimaty, na przykład w Co znaczy osobno. Album z utworami Joni Mitchell reprezentowany był przez Błękitny hotelowy pokój oraz Dużą żółtą taksówkę. Z krążka Tylko Dylan (2005), na koniec części zasadniczej, zespół zagrał Pukam do nieba bram. Pojawiła się też pochodząca z drugiego krążka – z długim finałem, porywająco zagrana 

Karczma na moście.

I most, i karczma – a raczej stylowa restauracja dla podniebień znużonych popową siekaniną – to chyba dobre terminy na zdefiniowanie tego, co od lat robi Martyna Jakubowicz. Od dawna już mieszka na wsi, a i artystycznie przestała się z kimkolwiek ścigać. Aby jej posłuchać, trzeba zboczyć z głównego traktu, stanąć na moście, który łączy właściwie wszystko to, co najszlechetniejszego wydobyła z siebie przez dziesięciolecia muzyka okołorockowa. Wejść do tej, niech już będzie, karczmy, usiąść i smakując różnej proweniencji swingujące potrawy i płyny, po prostu poddać się muzyce. A starzy fani zawsze mogą liczyć na chwile nostalgii – na przykład przy Kołysance dla misiaków na sam koniec występu.

(Martyna Jakubowicz i Żona Lota, Katowice, Rialto, 12 kwietnia 2014)

{W NaTemat: 13 kwietnia 2014]

Kto się boi Beth Hart?

beth_2014

To był już trzeci koncert amerykańskiej wokalistki w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie. Znów – po prostu – bardzo dobry.

[more]

Dziś do 

brzmień sprzed bez mała półwiecza

nawiązują już wykonawcy urodzeni w latach 80. i później, a więc ci, którzy nijak nie mogą z autopsji pamiętać tamtej muzyki. Nawet ci starsi, roczniki siedemdziesiąte, też nie do końca. Zgoda, wciąż jeszcze żyją rodzice i dziadkowie, którzy skutecznie zarażają niejedną młodą duszę, wciąż aktywnych jest wielu znaczących artystów sprzed lat. Ale wydaje się, że nawet gdy jednych i drugich zabraknie, gdy pozostanie już tylko samotne penetrowanie dźwięków z przeszłości – wciąż dla wielu będą one wielką fascynacją i inspiracją. Widać bowiem coraz wyraźniej, że choć lwia część rynku opanowana jest przez wielkie koncerny, to w dłuższej perspektywie ich repertuarowa dyktatura nie ma większych szans. Jest gęsto, wykonawców zatrzęsienie, ale ci, którzy szczególnie dobrze nawiązują do najlepszych tradycji, całkiem nieźle sobie radzą.

Tak jak Beth Hart (kobiecie wieku wypominać nie wypada, ale dodam dla porządku: rocznik 1972), 

L.A. Woman,

współczesna Janis Joplin.Nie wiem, czy – posłużę się cytatem z The Doors – jest szczęśliwą (bo na pewno nie małą) damą w Mieście Światła, czy tylko jeszcze jednym zagubionym aniołem. Ale na pewno jej włosy płoną. A jeszcze bardziej płonie gardło.

Hart nie jest kruchą niewiastą – to duża kobieta o wielkim głosie. Mocnym od początku do samego końca koncertu – podobnie jak przed rokiem, trwającego godzinę i czterdzieści pięć minut.
Nie mieliśmy innej możliwości, jak tylko 

w biegu wskoczyć do pociągu,

bo ten nie zatrzymał się, a tylko zwolnił na stacji Chorzów Batory – występ zaczął się od Can’t Let Go z drugiej wspólnej płyty Hart z Joe’em Bonamassą. Wskoczyć dali radę chyba wszyscy, bo reakcja liczącej około pięćset osób widowni była cały czas gorąca i niezwykle, jak na Słowian, żywiołowa. Sprzężenie zwrotne między słuchaczami a sceną kolejny raz okazało się w tym miejscu niesamowite – i uniosło wszystkich nad ziemię.

Po drugim w kolejności Sinner’s Prayer, gdy wszyscy już dobrze się rozgrzaliśmy, Hart zasiadła do swojej Yamahy. Zrobiło się delikatniej i 

bardziej lirycznie

– w I’ll Take Care Of You weszliśmy po raz pierwszy tego wieczoru w Joplinowskie klimaty. I tak się to przeplatało – raz mocno, gitarowo, z ciągłym przenikaniem się bluesa i rocka, aż po skynardowską w klimacie Delicious Surprise czy zeppelinowskie, potężne riffy w Waterfalls, a czasem przejmująco jak w LA Song czy kończącym część zasadniczą Caught Out In the Rain.

Po pięciu kwadransach kwintet zszedł (na chwilę) ze sceny, a pojawił się na niej Andrzej Matysik, redaktor naczelny kwartalnika „Twój Blues” i zakomunikował, że Beth Hart w opinii czytelników uznana została za

najlepszą wokalistkę bluesową

w ubiegłym roku na świecie. Przy niemilknących brawach wręczył gwieździe wieczoru nagrodę, a z kolei dla nas wielką nagrodą było to, że otrzymaliśmy jeszcze dwudziestominutową porcję muzyki na bis – m.in. z Bang Bang Boom Boom, największym przebojem artystki, oraz Everything Must Change na koniec.

Świetny, znów świetny koncert tego kwintetu w Chorzowie. Głos Hart powalający – niesłabnący ani przez moment, wszystkie dźwięki zaśpiewane zostały dokładnie tak, jak wymyśliła jej głowa, a to robi olbrzymie wrażenie. Ponadto solidna sekcja i znani nam już dwaj bardzo dobrzy gitarzyści – Jon Nichols i PJ Barth, wspomagający frontmankę także w chórkach. 

Muzykom, co wyraźnie było widać, też się podobało. Więc niech przyjeżdżają kolejny raz za rok, bo przy takich dźwiękach rośnie każde bluesowe serce. Beth Hart: BEauTHiful HeART.

(Beth Hart, Miejski Dom Kultury, Chorzów, 28 marca 2014)

[W NaTemat:30 marca 2014]