Grzegorz Turnau: Pan od muzyki misternie tkanej

turnau_7_widokw

Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, a czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu.

[more]

*

Tamta epoka

Świat pędzi jak oszalały do przodu, zewsząd atakowani jesteśmy bardziej lub – najczęściej – mniej istotnymi informacjami. Tzw. rynek muzyczny zachowuje się nie mniej agresywnie, napastując nasze oczy i uszy dźwiękami gwałtownymi, wyprodukowanymi, spreparowanymi w takich czy innych studiach nagraniowych, spakowanych i przeznaczonych do natychmiastowej, jednorazowej konsumpcji. Zwykle z niekonieczną jakąkolwiek refleksją.

Jak dobrze więc, że są wokół nas ludzie, których talent wykracza daleko poza miarę jednego sezonu, zaś ich temperament sprawia, iż słuchacz chętnie ulega i poddaje się zupełnie innemu odmierzaniu czasu. Zwalniamy – wbrew wszystkiemu wokół – i dobrze nam z tym.

Korzkiew jest wszędzie, wszystko jest Korzkiew

Grzegorz Turnau wygrał festiwal piosenki studenckiej jeszcze jako licealista. Z biegiem lat mógł przepaść bez wieści. Lub utknąć w niebezpiecznej szczelinie nurtu studencko-poetyckiego, stać się jeszcze jednym bardem  wykrzykującym do mikrofonu gniewne frazy albo cierpiącym za miliony. Mógł też podryfować w kierunku opolsko-sopockim, stać się artystą telewizyjnym, za to niekoniecznie sprzedającym swoje, z rzadka wydawane, przeciętne płyty i konfekcyjne koncerty adresowane do bliżej niesprecyzowanej publiczności.

Jego talent to jednak zupełnie inna skala. Od trzydziestu już lat tworzy rzeczy osobne, znaczące, wybitne, a za ich patrona, co wciąż powtarza, ma Marka Grechutę. Którego – to już moja opinia – jakiś czas temu przerósł.

Ledwie chwila, ledwie – krok

Przed ponad rokiem zachwycałem się ostatnią płytą GT – 7 widoków w drodze do Krakowa. Ten materiał, nagrany z udziałem Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza, zrodził z kolei pomysł zorganizowania serii koncertów z udziałem właśnie takich orkiestr. Przedsięwzięcie to już inne, trudniejsze niż zebranie stałego, kilkuosobowego zespołu towarzyszącego i ruszenie w trasę po kraju. 

Miejsc, w których możliwe jest ustawienie kilkudziesięciu wykonawców na scenie, w Polsce nie brakuje – to banał. Ale są wśród nich zupełnie nowe, powstałe z wielkim rozmachem architektonicznym z jednej, a z dbałością o jak najlepszą akustykę z drugiej strony. Zamysł koncertu w dużej sali katowickiego NOSPR-u jest więc oczywisty.

To twoich palców ciepło wciąż na tych klawiszach

Jeśli ogląda się artystę w akcji któryś już raz, trudniej o odnalezienie w sobie emocji największych, tych, które zwykle towarzyszą odbiorowi pierwszego oglądanego występu, zwłaszcza gdy czekało się na niego długie lata. Co w niczym nie zmienia faktu, iż obecność, rozbrzmiewanie muzyki popularnej – tej najtrudniejszej, najszlachetniejszej, najbardziej wysublimowanej, ale popularnej – w takim miejscu jest nadal i pewnie długo jeszcze pozostanie czymś niecodziennym. Lecz jak najbardziej uzasadnionym – z racji zamysłu artystycznego, koncepcji całego ostatniego albumu oraz sposobu jego realizacji. I dostarczającym szczególnych wrażeń.

W sobotni wieczór, obok gwiazdy wieczoru, na scenie znaleźli się muzycy tyskiej orkiestry kameralnej Aukso Marka Mosia, no i oczywiście zespół towarzyszący: Dorota Miśkiewicz, Mariusz Pędziałek, Robert Kubiszyn, Cezary Konrad oraz Robert Majewski.

Bo to przecież nasz dom jest i opowieść o nas

Oboista M. Pędziałek to poniekąd sprawca całego tego zamieszania. Przystępując do remontu swojego krakowskiego mieszkania, odkrył na ścianach freski. Zachował się wobec tego odkrycia jak pokorny artysta i wrażliwy człowiek, a nie jak mieszczuch, który pewnie szybko by je zamalował i pozbył się kłopotu związanego z wizytami konserwatora zabytków. 

I w ten sposób na światło dzienne zostały wydobyte malowidła datowane na 1830-35 rok, stając się inspiracją do powstania całego cyklu pieśni. Turnau, jak sam opowiedział pomiędzy utworami, ubłagał Bronisława Maja o napisanie – przepięknych – tekstów. Tych tekstów, jak i muzyki mogliśmy posłuchać, a fotografie odrestaurowanych fresków oglądaliśmy na ekranie zawieszonym nad sceną. Okazało się także, że Pan Mariusz jest dzisiejszym jubilatem, obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Nie obyło się więc bez dowcipnych, uroczych życzeń dla niego.

Bo życie krótkie, sztuka zaś długa

Koncert był dwuczęściowy. Nie przepadam za taką formułą, jestem zdania, iż rozbija ona dramaturgię koncertu. W tym konkretnym przypadku nietrudno jednak znaleźć wytłumaczenie takiej decyzji. Na część pierwszą złożyły się utwory z 7 widoków, zaś drugą stanowiły pieśni z wcześniejszych albumów. Ale bynajmniej nie był to zestaw największych przebojów – to byłoby zbyt łatwe, nie w stylu GT.

Orkiestra na żywo zabrzmiała mocniej, donośniej niż na płycie. Ale przepiękne miejsce koncertu aż prosiło się o to, by dźwięków allegro było więcej, by wypełnić muzyką przestrzeń sali. Tu jednak należy się kolejny wielki ukłon w stronę Pana Grzegorza i pozostałych grających. Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło – gdy miało być ciszej i liryczniej, oszczędnie w środkach wyrazu – tak było. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, gdy na plan pierwszy wydobywał się obój wsparty pełnym brzmieniem smyków. A czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu – za sprawą trąbki Roberta Majewskiego i swingującej sekcji. Przy artystach tej miary, okazuje się, niepotrzebne są obawy o pomieszanie stylistyk, o karykaturalny efekt całości (jaki często dają koncerty kapel rockowych z orkiestrą symfoniczną). 

A nas – kto śni?

Jak widać, da się. Na początku dwudziestego pierwszego stulecia iść pod prąd chwilowym modom i proponować coś, co stanowi trwałą wartość, co jest z nami już długo i zostanie na kolejne lata. Co przeczy temu, że nie ma już dziś miejsca na melodię, na rozwiązania harmoniczne sprzed stuleci. Na mądry, literacki tekst – na wiersze Horacego i Maja, Sarbiewskiego i Herberta czy Baczyńskiego i Lipskiej. Na ukłony w stronę mistrzów polskiej piosenki dwudziestego wieku – Grechuty, Przybory i Wasowskiego. 

Może nie wszystko jeszcze stracone. Następcy co prawda nie widać, ale Grzegorz Turnau skończy w tym roku dopiero czterdzieści dziewięć lat. Więc – życzmy artyście i sobie – jeszcze dużo jego muzyki przed nami.

(Grzegorz Turnau, Orkiestra Aukso, NOSPR, Katowice, 20 lutego 2016)

W NaTemat: 21 lutego 2016]

Manhattan Transfer po raz pierwszy w Katowicach

MT_Kce

Jak się nie wybrać na występ legendy wokalistyki z okolic łączących jazz z muzyką popularną, jeśli ten ma miejsce dwa kilometry od miejsca, w którym mieszkam?

[more]

Z Manhattan Transfer pierwszy raz zetknąłem się gdzieś na przełomie podstawówki i szkoły średniej,

w 1977 roku.

To wtedy zespół pierwszy raz odwiedził Polskę, jeśli mnie pamięć nie myli – pojawił się także w reportażu z koncertu w Sali Kongresowej przetykanym rozmowami z czwórką wokalistów wyemitowanym w „Studiu 2”. To w tamtym też czasie wylansował swój największy przebój: Chanson D’Amour, który nucili wszyscy – starzy i młodzi, miłośnicy piosenki francuskiej i rocka.

Nigdy nie wniknąłem w tę muzykę głębiej, w jakieś w miarę systematyczne śledzenie ich dyskografii. Czas PRL-u temu nie sprzyjał, a potem – poza zakupem wydanej u nas płyty Brasil – pozostałem dość daleko od ich dokonań. Właściwie od początku bardziej kusił mnie jazz instrumentalny niż, z nielicznymi wyjątkami, ten z partiami śpiewanymi. Ale, jak już napisałem na początku, odpuścić jedną z najważniejszych, jeśli nie 

najważniejszą grupę

tego typu, gdy ta niemal puka do mych drzwi – nie uchodziło. Argument, że MT bez – zmarłego w ubiegłym roku – założyciela Tima Hausera to już nie to, jest tym bardziej do zbicia, że nigdy wcześniej nie widziałem zespołu na żywo. W dodatku koncert zaplanowano w dużej, [i]absolutely amazing[/i], sali NOSPR.

Trudno dać się ponieść, gdy na scenie rozgrywa się nie do końca moja bajka. Ale nie sposób też nie docenić wciąż wielkiej klasy, wielkiej kultury muzycznej i pełnego zawodowstwa siedmiorga muzyków na scenie – obok kwartetu wokalnego były jeszcze klawisze, bas i bębny.
Uwierać czasem mogły pewne wypracowane przez lata grepsy, wielokrotnie najwyraźniej powtarzane muzyczne dialogi np. między wokalistą a basistą, czy też solówki, które – miałem nieodparte wrażenie – są prawdopodobnie identyczne podczas każdego kolejnego koncertu. Ale z drugiej strony patrząc, jest tak, że śpiewanie w chórkach wymaga ogromnej dyscypliny – a chórki w przypadku MT są znacznie ciekawsze niż utwory śpiewane solo – zarówno od wokalistów, jak i muzyków towarzyszących. No i, czego tak całkiem udawać się już nie da – podobało się nie tylko publiczności, ale samym wykonawcom najwyraźniej także. Wielokrotnie zachwycali się miejscem, w którym przyszło im występować, a i żywiołowa reakcja publiczności też zdecydowanie ich napędzała. Być może niewiele jest już dziś miejsc na świecie, gdzie przez blisko pół wieku nie dane było MT wystąpić, być może mało gdzie fetuje się ich tak, jak uczyniono to w Katowicach, choć widownia nie była wypełniona w całości. 

Energii, ochoty do grania i śpiewania

nie brakło ani przez moment, a temperatura wręcz rosła, im bliżej było końca i bisów, do których nie trzeba było zespołu długo namawiać. W zestawie może zabrakło wspomnianej Chanson D’Amour czy Java Jive, ale nie obyło się bez żywiołowego wykonania klasyka Birdland Joego Zawinula. Warto było znaleźć się w mikołajkowy wieczór w katowickim NOSPR, zdecydowanie warto.

(The Manhattan Transfer, Katowice, NOSPR, 6 grudnia)

[W NaTemat: 9 grudnia 2015

Niedopieszczone dziecko Cassandry Wilson

Wilson_zabrze[more]

To był jeszcze jeden długo wyczekiwany koncert, jeszcze jedna wykonawczyni z grona tych, nad których dorobkiem pochylam się z rockową nonszalancją, ale jednocześnie też wielką atencją. A jednak czegoś zabrakło.

[more]

Organizatorzy z ufnością założyli, że Sala Kameralna NOSPR albo Teatr Rozrywki w Chorzowie to zbyt małe sale, że chętnych do obejrzenia amerykańskiej wokalistki będzie znacznie więcej. Tymczasem 

pustawa sala

na dwa tysiące miejsc, wypełniona zaledwie w połowie, nie robiła dobrego wrażenia. I chyba tym bardziej trudno było o zbudowanie odpowiedniego nastroju, klimatu – tej wartości, która pozwoliłaby mówić o magicznych chwilach.

Występ był bardziej recitalem – z bisem trwał niecałe siedemdziesiąt pięć minut – niż pełnowymiarowym koncertem. Tyle razy już psioczyłem na takie ramy czasowe, ale powtórzę: dla mnie to stanowczo za mało – by jako widz stać się dostatecznie istotnym trybem całości, by móc w pełni rozsmakować się w nutach płynących ze sceny, poczuć dopieszczonym obszernym zestawem utworów.

Czepiać się nie sposób, bo

profesjonalizm był pełen:

frontmanka w dobrej dyspozycji głosowej, pięciu towarzyszących muzyków (piano, kontrabas elektryczny, bębny, skrzypce oraz saksofony na zmianę z fletem) bez zarzutu i, wydaje mi się, z ochotą, by pograć więcej i dłużej. Jednak chemii między sceną a widownią zabrakło, mimo że bardzo chcieliśmy dać się porwać, popłynąć za głosem CW. Bardzo chcieliśmy, by ten czas był wyjątkowy, był świętem muzyki.

Ale to nie było możliwe, gdy kubatura niepełnej sali okazuje się zbyt duża, by unieść rozbrzmiewającą muzykę, gdy po zaledwie godzinie schodzi się ze sceny. Nie sposób zbudować dobrej relacji z publicznością, jeśli w trakcie występu znika się na prawie dziesięć minut. I na nic dywan na środku estrady, taki mniej więcej dwa metry na cztery, po to by artystka mogła zrzucić buty i poruszać się boso, nie czując ciągle chłodu desek.

Szkoda,

ponieważ wydarzyć mogło się znacznie więcej. Ta muzyka to pełnokrwisty jazz, żadna tam konfekcja udająca coś, czym nie jest. Żadnych dróg na skróty, taniego i tandetnego efekciarstwa, którym czasem próbują uwodzić wykonawcy trochę innej miary.

Żal, bo materiał muzyczny jest naprawdę wielkiej próby. Obecna trasa koncertowa CW związana jest z promocją krążka Coming Forth By Day, wydanym dokładnie w dzień stulecia urodzin Billie Holiday i będącym hołdem złożonym wielkiej pieśniarce. Krążkiem znakomitym i potwierdzającym klasę gwiazdy wczorajszego występu.

(Cassandra Wilson, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 4 listopada 2015)

[W NaTemat: 5 listopada 2015]

Włodek Pawlik Trio – liryzm i ekspresja

pawliktrioregio

Trudno sobie dziś w Polsce wyobrazić muzyka, którego koncert w ramach szóstej już edycji festiwalu RegioFun byłby bardziej à propos. Włodzimierz Pawlik to jedna z najważniejszych postaci polskiego jazzu ostatnich lat, a od momentu nominacji i potem przyznania nagrody Grammy za album „Night In Calisia” (nagrany przez trio wespół z Randym Breckerem i Filharmonią Kaliską) chyba najbardziej pożądana. Jego nazwisko na afiszu jest dziś wielkim magnesem przyciągającym wielu chętnych, by zobaczyć artystę na żywo.

[more]

Jeśli mowa o pianistach jazzowych tworzących 

muzykę filmową,

pamięć od razu przywołuje Krzysztofa Komedę. Tamta, wspaniale zapowiadająca się światowa kariera, została przedwcześnie przerwana na cztery dni przed trzydziestymi ósmymi urodzinami – 23 kwietnia 1969 roku. Dwaj ludzie z szafą, Do widzenia, do jutra i, przede wszystkim, Dziecko Rosemary Romana Polańskiego ze słynną Kołysanką to tylko trzy z długiej listy filmów zilustrowanych muzycznie przez Komedę. Lista Pawlika (rocznik 1958) także jest  imponująca – i są na niej obrazy znajdujące się wśród tych najważniejszych w dwóch pierwszych dekadach XXI wieku, mające szanse wejść do kanonu filmu polskiego: Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej czy Rewers Borysa Lankosza. Nie wolno zapomnieć także o muzyce do Straży nocnej Petera Greenawaya.

Kiedy pochylić się nad 

składami trzyosobowymi,

nie sposób nie zestawiać propozycji Pawlika z innymi uznanymi rodzimymi formacjami – triem Marcina Wasilewskiego i RGG. I choć w każdym z przypadków tropy wiodą tyleż do ojczyzny jazzu, co do Skandynawii, to jednak ekspresja WPT jest zupełnie inna. MWT i RGG to raczej asceza, powściągliwość przechodząca czasem w dostojny chłód, natomiast u Pawlika – obok podobnych klimatów – nie brak też grania forte – mocnej, acz bardzo smakowitej, jazdy do przodu. Mimo to moje skojarzenia i tak pozostają po drugiej stronie Bałtyku – i muzyki tria E.S.T. nieodżałowanej pamięci Esbjörna Svenssona. Pawlik otwarcie przyznaje się do fascynacji bluesem, rock and rollem, muzyką Jimiego Hendriksa – trudno więc dziwić się, że echa tego są tak wyraźnie słyszalne w jego muzyce.

Na półtoragodzinny występ zespołu – obok lidera: na kontrabasie Paweł Pańta, a na bębnach Adam Zagórski (na płycie gra Cezary Konrad) – w katowickim Rialcie złożył się przede wszystkim materiał z ostatniego krążka – 

America.

Nowego, zawierającego niepublikowane wcześniej utwory, ale jednocześnie podsumowującego trzydzieści lat działalności artysty na scenie.

Zaczęło się od znakomitego tytułowego numeru, który chyba wszystkich wybudził  z jesiennego półsnu. A zaraz potem zrobiło się lirycznie, gdy zabrzmiał temat z Rewersu. Tych filmowych konotacji – jakże mogło być inaczej? – było więcej. Usłyszeliśmy także fragment muzyki z Wron, które były kinematograficzną inicjacją Pana Włodzimierza.

Z uroczej, z lekka „odjechanej”, ale zupełnie bez śladów mistrzowskiego zadęcia konferansjerki lidera dowiedzieliśmy się też między innymi, iż uwielbia on polskie kino z lat 50. i 60. – stąd obecność w zestawie (zarówno płyty, jak i koncertu) Blue Munk oraz Zezowatego tanga.
Wśród 

muzycznych fascynacji,

do których przyznaje się pianista, nie zabrakło Chopina (Mazurek f-moll) i Paderewskiego (Nokturn B-dur). Usłyszeliśmy także opracowanie On Green Dolphin Street Bronisława Kapera, polskiego kompozytora, który skomponował muzykę do wielu filmów hollywoodzkich, laureata Oscara. Pawlik pochylił się też nad poezją, prezentując w Prego… Grazie… muzyczną ilustrację wiersza Jarosława Iwaszkiewicza.

Na zmianę z delikatniejszymi fragmentami mieliśmy zdecydowane podkręcanie tempa. Pawlik zresztą skomentował to przy okazji utworu Speed Limited – opowiedział, jak zdarza się, w trasie koncertowej i częstym niedoczasie, łamać ograniczenia prędkości – i potem toczyć rozmowy z drogówką. Całość, już na bis, zespół zakończył bardzo energetycznym wykonaniem tytułowej kompozycji z Night In Calisia. 

Wielka to była frajda dla uszu – dziewięćdziesiąt minut bardzo smakowitego grania. A komu było mało, mógł nabyć po koncercie któryś z albumów artysty i zdobyć autograf. Ludzie bowiem nie zdążyli jeszcze opuścić sali, a Włodzimierz Pawlik już zameldował się przy stoliku i z uśmiechem podpisywał płyty.

(Włodek Pawlik Trio, Katowice, Rialto, 23 października 2015)

[W NaTemat: 25 października 2015]

Józefa Skrzeka kęsy najlepsze

150_lat_katowic

Zawartość Skrzeka w Skrzeku wynosi sto procent. Jako wielki fan SBB wciąż wołać będę o większą zawartość SBB w Skrzeku.

[more]

*

Dwie godziny i czterdzieści pięć minut trwał koncert Józefa Skrzeka zatytułowany „Puls Ziemi”. Scena zaprojektowania przez Tomasza Koniora ze scenografią Matyldy Sałajewskiej stanęła w sercu Katowic, pomiędzy rynkiem, Teatrem Śląskim i Skarbkiem. Wymyślona została w ten sposób, by słuchacze mogli stanąć pod nią z każdej z czterech stron i w ten sposób uczestniczyć w koncercie.

Wśród wykonawców pojawili się

przyjaciele

artysty: Misza Ogorodow, Paul Lawler, Natalia Sikora, córka Elżbieta Skrzek, ojciec chrzestny muzyki elektronicznej Manuel Göttschnig (m.in. Ash Ra Tempel), Mirosław Muzykant i SBB, czyli – poza liderem – Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski. I to dla tej trzyosobowej formacji wybrałem się we wtorkowy, chłodny wieczór na ten występ, będący jeszcze jednym elementem obchodów stupięćdziesięciolecia Katowic.

I nie żałuję, zdecydowanie nie. Oryginalny znów od pewnego czasu skład tria to był wielki magnes prowokujący do wyjścia z domu. Drugim jest niegasnąca ochota, by posłuchać gry Lakisa, trzecim i wcale nie najmniej istotnym zaś fakt, iż – upierałem się przy tym zawsze i upierać będę nadal – nieokiełznanym wyobraźniom takich osobowości jak Pan Józef dobrze robi wejście w określone ramy – w tym przypadku jednej z najważniejszych grup w historii polskiego rocka. I, co istotne, wciąż jednej z najlepiej brzmiących. Ale cóż tu się dziwić, skoro mowa o trzech wybitnych instrumentalistach?

Utworów zagrali raptem kilka, bo 

set SBB

nie miał wymiaru pełnego koncertu, a ich numery, o czym doskonale wiedzą miłośnicy zespołu, do najkrótszych nie należą. Buty i tym razem wbiły mi się głęboko w chodnik przy Rainbow Man. Już przy okazji wcześniejszych koncertów zachwycałem się funkującym, potężnym i porywającym wykonaniem tej pieśni, z liderem znakomicie dysponowanym wokalnie i grającym na basie.

To, co wyczynia na sześciu strunach Lakis, jest czymś zdecydowanie więcej niż mistrzostwem Polski. Zastanawiałem się, w czym tkwi jego fenomen, co stanowi o najwyższym kunszcie. Oczywiście, niewiarygodna technika, rockowe środki wyrazu przy jazzowym momentami podejściu do instrumentu. U Anthimosa nie ma ani skłonności do powłóczystych, lirycznych i wyciskających łzy dźwięków w stylu Davida Gilmoura, ani kaskad szybkobiegaczy, najbliżej mu z pewnością do potężnych, bluesowych solówek w stylu wczesnego Claptona czy Hendriksa, z tej tradycji przecież wyrósł. Jego gra sytuuje się gdzieś pomiędzy tym wszystkim, wiek muzyka powoduje też pewnie, że nie odczuwa on już potrzeby bezustannego wpadania w euforyczny trans przy błyskawicznym przebieraniu palcami – i tymi środkami wywoływania poklasku u słuchaczy.

Lakis

jest krok dalej. I dziś, po wielu latach trawienia wszelakiego rockowego grania, uświadamiam sobie, że umieściłbym go w szpicy zestawienia ukochanych gitarzystów. Kiedyś „dopominałem się” o mój absolutny Number One w twórczości grupy – Walking Around The Stormy Bay – w wersji nie na dwie perkusje i klawisze, lecz z gitarą. Dostałem to wreszcie. Teraz dodam, że przydałby się jeszcze bas. Nie wiem, czy zamiast klawiszy (to ryzykowne w tym kawałku), ale kto wie – może? Doskonała kompozycja w wersji płytowej na żywo ustępuje nieco pola nokautującemu Rainbow Man.

Memento z banalnym tryptykiem, pięknie rozwijające się aż do porywającej solówki gitary w końcowym fragmencie, to także mocny punkt programu. Dane nam było także usłyszeć nowy utwór Odwieczni wojownicy, obecny niedawno na Trójkowej liście przebojów i zapowiadający nową płytę, a tuż przed finałem całego koncertu – popis na trzy zestawy perkusyjne: Piotrowskiego (ach, jak miło jest zobaczyć go w macierzystej formacji!), Lakisa i Muzykanta.

Zawartość Skrzeka w Skrzeku

wynosi sto procent. Jako wielki fan SBB wciąż wołać będę o większą zawartość SBB w Skrzeku. Bo to są, parafrazując słowa pochodzące z drugiej płyty zespołu, Mistrza Józefa kęsy najlepsze.

[W NaTemat: 1 października 2015]

Carlos Santana – czyli najpiękniejszy sen o dolinie

charlotta1

Żywioł rokendrolowo-latynoski okazał się zaraźliwy: nastrój nieskrępowanej i radosnej zabawy od samego początku przeniósł się na widownię, która niespotykanie gorąco jak na Polaków reagowała na płynące ze sceny nuty – cała w nich zanurzona i roztańczona.

[more]

*

Zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, mieliśmy okazję zobaczyć set estońskiej formacji 

Ziggy Wild.

To było coś naprawdę zaskakującego i miłego dla ucha. Kapelę tworzy czworo bardzo młodych ludzi – trzech sporo już potrafiących chłopaków zasłuchanych w klimatach Led Zeppelin i tym podobnych, a wraz z nimi frontmenka – bestia zdecydowanie sceniczna – przywodząca na myśl trochę Grace Slick, a trochę Beth Hart. Nie wiem, czy dane będzie jeszcze kiedyś usłyszeć o nich (oby tak), tym bardziej więc warto po(d)słuchać na YT.

*

Carlos Santana

nigdy nie należał do szczególnie ukochanych przeze mnie artystów. Jednakże z racji metryki jest obecny w mojej muzycznej świadomości od zawsze, no i gra ten rodzaj muzyki, który z wiekiem szanuje się, ceni i lubi coraz bardziej. Wcześniej jakoś się nie składało, by zaliczyć któryś z jego polskich występów, dopiero teraz, gdy uwolniły się pieniądze z odwołanego koncertu Simona i Stinga w Krakowie, a znajomi oświadczyli, że wybierają się do Doliny Charlotty, klamka zapadła.
Znaczący rockmani debiutujący w latach 60., jeśli przetrwali okresy wszelakiego nadużywania oraz kryzysów artystycznych – dopadających ich różnie, w latach 70., 80. czy 90. – w całkiem sporej grupie przeżywają od co najmniej kilkunastu lat drugą młodość i wciąż zapełniają jeśli nie stadiony, to spore hale lub miejsca plenerowe, nieodmiennie serwując granie na bardzo wysokim poziomie, wykonując nie tylko numery z początków karier, ale i o wiele młodsze, często niczym nieustępujące tym sprzed lat.

Santana zakochał się w niezwykle pięknie położonym i urokliwym amfiteatrze niedaleko Słupska i Ustki dwa lata temu, kiedy to dał swój pierwszy w tym miejscu koncert. Obiecał wówczas, że wróci, i obietnicy dotrzymał. Stąd wyświechtane zwykle, rytualne frazesy wygłaszane przez artystów do publiczności na całym świecie, że jest cudowna i niepowtarzalna, że czuje się tutaj wyjątkowo, w ustach giganta gitary zabrzmiały wzruszająco i prawdziwie. Znów – jak w lipcu 2013 – zaprosił na scenę pomysłodawcę festiwalu, Mirosława Wawrowskiego, którego nazwał swoim bratem i przyjacielem i serdecznie uściskał. Czy muszę dodawać, że wywołało to ogromny aplauz na widowni?

Zastanawiałem się w trakcie kolejnych numerów, jak to jest, że napieprzanie spod znaku Satrianiego czy Vai nudzi mnie i męczy już po minucie pierwszej solówki, a odwalającego jedno solo za drugim Santany słucha się cały czas z zapartym tchem i 

stereofonicznym uśmiechem

od ucha lewego do prawego i z powrotem. Z pewnością chodzi o to, że jego gra nie ma nic wspólnego z narcystycznym popisywactwem, a pełni zdecydowanie służebną rolę wobec dramaturgii utworów i ich zwartych ram czasowych. Tym bardziej, że instrument lidera nie stanowi jedynego bogactwa, jedynej wartości dodanej, lecz jest „tylko” częścią pulsującej, rozwibrowanej całości. Jedenastu w porywach ludzi na scenie tworzy perfekcyjnie działający mechanizm, w którym każdy ma wielokrotnie okazję zademonstrować swój kunszt wykonawczy. Ognista ze swej natury muzyka latynoska rozpala najintensywniej krew, gdy mamy możliwość jej odbioru na żywo.

*

Trwający sto trzydzieści minut koncert był znakomitym spektaklem.

Żywioł rokendrolowo-latynoski

(dwa zestawy perkusyjne plus konga) okazał się zaraźliwy: nastrój nieskrępowanej i radosnej zabawy od samego początku przeniósł się na widownię, która niespotykanie gorąco jak na Polaków, fantastycznie reagowała na płynące ze sceny nuty – cała w nich zanurzona i roztańczona.

Santana za dwa tygodnie kończy sześćdziesiąt osiem lat. Jest w znakomitej formie i wciąż udowadnia, że należy do gitarowej ekstraklasy. Jest jedyny w swoim rodzaju, olśniewa bajeczną techniką, wykonując zarówno stare, bardziej rozbudowane utwory, jak i kunsztownie skonstruowane piosenki z ostatnich kilkunastu lat. Bawi się ze słuchaczami, ozdabiając swą muzykę mnóstwem cytatów z klasyki rocka (choćby z grających dzień wcześniej w tym miejscu ZZ Top), soulu i popu.

Kto był, widział i słyszał, ten wie, o czym mówię, kto nie był – ma czego żałować i nad czym się zastanowiać – na przykład jak nadrobić tę zaległość w przyszłości. Zwłaszcza że señor Santana już obiecał kolejną wizytę w Dolinie Charlotty.

(Carlos Santana, 9. Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty)

[W NaTemat:7 lipca 2015]

ZZ Top w Dolinie Charlotty

charlotta

Jeśli ktoś lubi, by mu czasem dosypano porządnie do pieca, ten wyszedł z koncertu zadowolony. Jeśli wychował się na graniu rodem z lat 50. i 60., nie ma prawa narzekać, jeśli – jak ja – swingu oczekuje w każdych okolicznościach przyrody, to wszystko otrzymał w piątkowy wieczór na tacy.

[more]

*

Koncert ZZ Top był dla mnie powtórką z rozrywki, miałem już bowiem okazję zobaczyć zespół w akcji kilkanaście lat temu w katowickim Spodku. Jego muzyka, od zawsze właściwie, to synonim człowieka pierwotnego: wyzwalanie najprostszych, męskich instynktów – kiedyś myśliwego i wojownika z maczugą, dziś z gitarą podpiętą do prądu – równy, tirowo-motocyklowy ryk instrumentów i zniszczony nie całkiem higienicznym trybem życia, chrapliwy głos wykonujacego lwią część partii wokalnych Billy’ego Gibbonsa. A do tego parę jeszcze nieodłącznych elementów występów tria, wręcz 

cyrkowych czy kabaretowych:

długie brody gitarzystów, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne, instrumenty obłożone futerkiem i wesolutkie, synchroniczne machanie gryfami tudzież poruszanie się po scenie. To nie jest przekaz ani dla delikatnych natur, ani dla tych, którzy także w rocku szukają głębszych wartości. Tu raczej chodzi o parę głębszych lub kilka piw (cztery litery wypisane po angielsku i polsku na odwrotnych stronach gitar, które w wybranym momencie pokazuje się rozradowanej widowni).

Nie miejsce tu na analizy, dlaczego jednym się udaje, a innym nie. Dlaczego na przykład o wrocławsko-katowickim Easy Rider pamiętają dziś nieliczni krajanie, a na hasło „ZZ Top” cały świat kiwa głową ze zrozumieniem. Jesteśmy u źródeł, bluesowych korzeni rokendrola,

soczystego wycinania riffów

ku uciesze własnej i zgromadzonej licznie w Dolinie Charlotty publiczności. Ktoś, jak – skądinąd bardzo sympatyczny i gruntownie osłuchany – mój sąsiad tego wieczoru (Jacku, pozdrawiam Cię serdecznie), może kręcić nosem, że finezji w tym niewiele, ale jednego a niezwykle istotnego Teksańczykom odmówić nie sposób: bezustannej, bezkompromisowej jazdy do przodu i rozpoznawalności. Już po paru sekundach – nieważne, czy własnego utworu, czy coveru – wiadomo, że tak grać mogą tylko oni. I na nic tu opór mniej przychylnych, że przecież od blisko półwiecza to nieustanne wariacje na ten sam nieskomplikowany temat.

Jeśli ktoś lubi, by mu czasem dosypano porządnie do pieca, ten wyszedł z koncertu zadowolony. Jeśli wychował się na graniu rodem z lat 50. i 60., nie ma prawa narzekać, jeśli – jak ja – ledwie toleruje metal, a swingu oczekuje w każdych okolicznościach przyrody, to wszystko otrzymał w piątkowy wieczór na tacy.

Zawodowcy z Południa USA, nawet jeśli trudniej ostatnimi czasy znoszą się wzajemnie, na koncercie serwują dokładnie to, po co przychodzimy. Wystrzałów i fajerwerków nie ma, są za to, niekoniecznie oczywiste i nie zawsze te same, 

punkty zdecydowanie jaśniejsze.

Mam na myśli dwa numery z ostatniego, bardzo udanego albumu La Futura: I Gotsta Get Paid i Chartreuse oraz znakomicie zagrany I’m Bad, I’m Nationwide. Nie wolno zapomnieć też o rozpalających do białości bisach La Grange/Sloopy Drunk Jam, Tush i klasyku Jailhouse Rock na sam koniec.

Jeśli się czegoś czepiać, to tylko tego, że było stanowczo za krótko – w sumie osiemdziesiąt pięć minut. Aby poczuć się dopieszczonym, osobiście potrzebowałbym jeszcze jakieś pół godziny. Gdy jednak ktoś obejrzał w internecie setlisty z poprzednich występów, powinien być na taką właśnie, ściśle określoną porcję boogie przygotowany.

(ZZ Top, 9. Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty, 3 lipca 2015)

[W NaTemat:6 lipca 2015]

PSYCHOrganek

organek_gupi

Pewien poeta powiedział kiedyś, że aby łapać za pióro po Homerze i Mickiewiczu, trzeba mieć w sobie sporą dozę bezczelności. Gdy patrzyłem wczoraj na Tomasza Organka, nie takiego już przecież pierwszego młodziaka, pomyślałem, że po tych wszystkich Hendriksach, Morrisonach i Kriegerach trzeba mieć w sobie mnóstwo brawury, aby grać taką muzykę.

[more]

Jednak brawura, uzupełniona imponującą grzywą, byłaby tylko wabikiem dla panienek i niczym więcej, gdyby nie – bagatela – solidny warsztat nie tylko lidera, ale całego kwartetu, kultura muzyczna wsparta latami studiów w pobliskiej Akademii Muzycznej, świadomość tradycji muzycznej, głównie rockowej, ale przecież nie tylko, błogosławiony dystans do siebie objawiający się dowcipnymi zapowiedziami i komentarzami pomiędzy utworami. A do tych wszystkich talentów dopisać należy jeszcze, last but not least, pisanie niebylejakich tekstów: kłania się duch Torunia i nieodżałowanej pamięci Grzegorz Ciechowski.

Tradycja muzyczna,

do której odwołuje się TO, jest mi szczególnie bliska. Można oczywiście odnajdować tropy świeższej daty: Jack White, The Black Keys, Lenny Kravitz (niech będzie, zacznę wyliczankę: Stay), a z domowego podwórka Kim Novak (Nazywam się Organek albo Kate Moss) albo, nie tylko z racji personalnych koneksji, Atrakcyjny Kazimierz i Cyganie (knajpiany Italiano), ale to odbywałoby się trochę na podobnej zasadzie, jak w sztuce czerpano z Michała Anioła, a on sam inspirował się sztuką starożytnej Grecji i Rzymu. Organek ma za sobą wielokrotne lektury Doors, Led Zeppelin i całej reszty klasyków z przełomu lat 60. i 70. – i nie ma tu żadnego znaczenia, że ci z kolei czerpali z dorobku szczerbatych Murzynów.

Terminu „brawura” używam już po raz trzeci i nieprzypadkowo. Bo z tradycji można czerpać na wiele sposobów, ale trzeba naprawdę wielkiego talentu, by czynić to właśnie tak. 

Bezczelnie mieszać riffy

i faktury, nuty i zagrywki – i robić to na przemian lekko, piosenkowo, dotykając na przykład najlepszych patentów Doors z Light My Fire, Love Her Madly czy Hyacinth House – choćby w Nie lubię, zapuszczać się w okolice korzennego bluesa rodem z akustycznego setu Led Zeppelin z trzeciej płyty (O, matko i Głupi ja) zaaranżowane w stylu Bron-Y-aur Stomp czy Hats Off To (Roy) Harper) albo ciężkich basów z pierwszego albumu, można też podjąć próbę przekroczenia drzwi percepcji w King of The Parasites, gdy melodyjność Light My Fire powoli przeistacza się w oniryczną psychodelię The End, i testować jednocześnie gitarę na wzór i podobieństwo niejakiego Jimiego H. Trzeba naprawdę wielkiego talentu, by ze starych i wciąż rozlicznie stosowanych składników uzyskać nową wartość – błyskotliwą raz po raz świeżość, najlepiej pojętą przebojowość melodii, no i mieć jeszcze to „coś”, by na żywo, przed publicznością, odjechać czasem dość daleko od płytowych wersji.

Scena Rialta została wczoraj zalana rockową energią. Koncert sprawił mi wyjątkowo wiele frajdy – a nie byłem sam z takimi odczuciami. I od razu też pojawia się niepokój o to, 

co będzie dalej.

Organkowi udała się wielka sztuka: stylistycznie odbiegł daleko od macierzystej Sofy i zaproponował świetny, mainstreamowy rock. Zyskał zasłużone uznanie i zainteresowanie. Jednakże publiczność w naszym kraju bardzo chętnie pochyla się nad nowościami: nowymi nazwiskami, nazwami – nad debiutami. Pojawia się nowa jakość: głos, brzmienie, piosenki. Ale potem jest już różnie, nawet jeśli wykonawcy udaje się – co jest warunkiem niezbędnym – trzymać artystyczny poziom. Mija rok, dwa lata, pojawia się następna płyta, ale przecież zwykle o znanych już cechach. Posmak nowości uleciał, a tymczasem na ryneczku lidla lśnią kolejne gwiazdy i gwiazdeczki. Oby patronat Trójki był silną tarczą, choć – co oczywiste – nie daje on pełnej gwarancji zachowania popularności. Organek to dziś artysta gotowy – co będzie miał do zaproponowania za, powiedzmy, pięć lat? 

(Organek, Kinoteatr Rialto, Katowice, 9 czerwca 2015)

[W NaTemat: 10 czerwca 2015]

Lynyrd Skynyrd: nie tylko „Sweet Home Alabama”

ls_2015

Wyborny zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.

[more]

*

Coś, o czym młodzi muzycy pewnie marzyli całymi latami. By kiedyś móc stanąć i zagrać na jednej scenie ze swoimi mistrzami. Latem, przy pięknej pogodzie, na wielkim stadionie albo, niech tam, w Spodku pełnym wiwatujących fanów.

Włosy niektórym 

panom z Dżemu

zdążyły posiwieć, a nawet powypadać z głów, dwóch po drodze odeszło do lepszego (?) świata. Niedościgłe marzenia powoli zamieniały się w nie takie znów absurdalne pragnienia, w coś niezupełnie już nierealnego. Rok temu, na trzydziestopięciolecie, były plany, by wraz z jubilatami zagrała wielka firma. Szczegółów nie znam, mogę się tylko domyśłać, że dotyczyło to dwóch nazw: The Allman Brothers Band lub Lynyrd Skynyrd. Co nie udało się przed rokiem, zmaterializowało się teraz, 3 maja w Warszawie.

Rzeczywistość jednak skrzeczy – i to okrutnie. Nieprzepastny przecież Torwar ział i straszył pustkami. W hali zebrało się raptem około półtora tysiąca osób. W czasie występu Dżemu pod sceną była taka garstka, że ogarnęło mnie przerażenie. Koncert, który powinien być wielkim świętem muzyki, świętem bluesa i rokendrola, stał się czymś na kształt tajnego spotkania tych, co wiedzą lepiej, jakiejś sekty – a już na pewno rockowej sekcji dinozaurów na scenie i widowni. Smutne to, niepojęte, ale czy na fakty można się obrażać?

Dżem, na ćwierć mocy – zgodnie z ideą supportu, dał godzinny set złożony z od lat ogrywanych na żywo utworów: od najstarszych Małej alei róż i Cegły (na bis) po Do przodu i Partyzanta z wciąż ostatniej płyty studyjnej, czyli Muzy.

Sześćdziesiąt minut to – jak wiedzą bywalcy ich koncertów – czas, po którym zespół dopiero wchodzi na obroty piątego – szóstego biegu, tu natomiast okoliczności wymusiły opuszczenie sceny. Szału nie było, bo być nie mogło, ale Dżem jak zawsze zagrał znacznie powyżej średniej krajowej.

Lękałem się o to, jak wypadnie gwiazda wieczoru. Po sprawdzeniu w internecie danych z poprzednich koncertów wiedziałem, że należy oczekiwać 

czternastu numerów,

w tym jednego na bis. Zestaw stale powtarzany, czy nie będzie więc odczuwalny efekt zmęczenia materiału (muzycznego i ludzkiego), dodatkowo spotęgowany pustawą halą? Byłoby to trudne do zniesienia, po tylu latach wyczekiwania na pierwszy w naszym kraju występ legendarnej grupy.

Już pięć kawałków puszczonych w antrakcie – w tym Kashmir Led Zep, All Along the Watchtower Hendriksa, Crossroads Cream, Highway Star Deep Purple – zabrzmiało potężniej niż polski sekstet. Przy stole mikserskim dołożono więc mocy, ale to i tak – na szczęście! – była tylko zapowiedź tego, co miało wydarzyć się za chwilę.

Przy ostatnim klasyku, Thunderstruck AC/DC, zgasły światła, a w ułamek sekundy po jego zakończeniu powaliły nas potężne uderzenia gitar w utworze stanowiącym „list motywacyjny” Lynyrd Skynyrd – Workin’ For MCA. Wokal, bębny, klawisze, bas i aż trzy gitary (którym w niektórych kawałkach towarzyszył dwuosobowy damski chórek) uderzyły w  bębenki z taką siłą, że zostaliśmy natychmiast ogłuszeni. Ale stało się to w sposób najprzyjemniejszy z możliwych.
Półtoragodzinny występ LS to zbiór w stylu „The Best of”, co tu dużo mówić, po prostu wymarzony na 

pierwsze spotkanie 

z muzyką zespołu na żywo. Ale jednocześnie też nieco bolesna refleksja, że klasyczne albumy z lat 1973-78 znaczą zdecydowanie więcej w dorobku kapeli niż cały okres po reaktywowaniu, czyli 1987-2015, z którego nie usłyszeliśmy ani jednej piosenki. Nie czynię z tego zarzutu, bo lepiej otrzymać w pakiecie najstarsze, świetne numery aniżeli te późniejsze, w większości, niestety, słabsze.

*

Smakowity zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.

Brzmienie formacja ma bardzo, 

bardzo mocne,

po coś w końcu są te trzy gitary. Na szczęście wśród decybeli nie zabrakło tego, co dla LS pierwotne: stylowego grania na granicy rokendrola i bluesa doprawionego czasem elementami country, czyli tego, co definiowane jest jako southern rock. Maszyna od razu wskoczyła na najwyższe obroty i pędziła bez zbędnych przerw między kolejnymi numerami, mimo iż Johnny Van Zant, jak na prawdziwego Amerykanina przystało, nie szczędził trzeciomajowych grepsów (miał nawet na sobie biało-czerwony element garderoby) i wciąż domagał się od publiczności aktywnego udziału w koncercie oraz gorącej reakcji. Ufam jednak, że uprzedzono go, iż lwia część fanów rekrutuje się z roczników nieuczonych w szkołach w mowie Szekspira i Yeatsa i że nie powinien oczekiwać chóralnego odśpiewywania kolejnych piosenek. Sytuację pod samą sceną – jak usłyszałem od osoby tam stojącej – ratowali podobno młodsi sympatycy kapeli.

*

Muzyczne marzenia wciąż się spełniają. Może niekoniecznie za każdym razem w upragnionych dekoracjach, ale na to wpływu już nie mam. Tym razem do pełni osobistego szczęścia zabrakło może jakichś trzydziestu minut, by jeszcze mocniej, jeszcze pełniej nasycić się ukochanymi od wielu lat utworami – których zestaw nieuchronnie przywodził na myśl wspaniały, koncertowy One More From The Road (1976). Ale i tak Sweet Home Alabama na zakończenie części zasadniczej oraz potężniejący z każdą minutą Free Bird na bis – aż do ekstatycznego finału – to coś, czego raczej nie da się zapomnieć.

Rokendrol eksplodował w latach 50. XX stulecia, mój pesel zaczyna się od szóstki – i 3 maja wieczorem kolejny raz miałem w serdecznym poważaniu opinie, że takie granie jest stare i niemodne. Otóż, jak widać i słychać, wciąż się tak gra. I raz jeszcze dane mi było dostąpić muzycznego nieba. Bo od środka cały jestem wyklejony rockiem, a w tej układance southernowych elementów nie brakuje.

(Lynyrd Skynyrd, Dżem, Warszawa, Torwar, 3 maja 2015)

[W NaTemat: 5 maja 2015]

Voo Voo – siódme niebo tuż

voo_voo_dw

Cholernie to inteligentne. Wszystko. Jazzowa swoboda grania, Współbrzmienie gitary i saksofonu, oszczędne wokalizy Pospieszalskiego. No i – teksty Waglewskiego, z pewnością jedne z najlepszych nad Wisłą, nie tylko w rockowych kategoriach.

[more]

*

To była nasza – żony i moja – pierwsza wizyta w siemianowickim 

Parku Tradycji.

Nazwa niezbyt trafiona, bo kojarząca się raczej z cmentarzem niż ośrodkiem kultury. Chyba że mamy na myśli to, co zostało z górnictwa kopalnego na Śląsku… 

park_tradycji

Stary obiekt zyskał drugie życie, wzorem tego, co uczyniono w Chorzowie w miejscu po KWK „Prezydent” czy – na znacznie większą skalę – w Katowicach na zgliszczach kopalni noszącej imię miasta (czyli wybudowanie nowych siedzib NOSPR i Muzeum Śląskiego). Wraz z przyległym terenem został przepięknie, jak to się dziś mówi, zrewitalizowany. Połączenie surowej cegły z szarościami, srebrzystościami i czerniami elementów wykończenia oraz wszelkich instalacji sprawia imponujące wrażenie. Sala na około dwieście miejsc lśni nowością i zaskakuje bardzo porządnym, przemyślanym wystrojem (tu kłania się, oczywiście z zachowaniem proporcji, katowicka Akademia Muzyczna).

W tych poprzemysłowych okolicznościach przyrody przyszło nam degustować – nie zliczę który raz, bo nazbierało się tego trochę przez lata – występ Voo Voo. I chyba w ubiegły czwartek smakował on najbardziej. Nie dlatego, że zespół zrobił jakiś spektakularny krok naprzód w ostatnim okresie. Oczywiście nie – uśmiecham się – bo to wykluczone w tym przypadku. Ale chyba jest coś w panach Waglewskim i Pospieszalskim, wspieranym przez Martusewicza i Bryndala, co przypomina 

wino z bardzo dobrego rocznika.

Im później, po upływie większej ilości lat otwieramy butelkę, tym wyborniej ono smakuje.

Lider rzeczywiście w ostatnich latach poczynił postępy jako gitarzysta. Rockowy, dodam od razu. Te dwie czy trzy solówki, jakie odwalił w trakcie stuminutowego koncertu, zrobiły świetne wrażenie. Waglewski potrafi – i to bardzo dużo – w zakresie obsługi sześciostrunowego instrumentu. Przypominają się starzy mistrzowie wiosłowania, których przez szacunek dla garstki moich stałych odbiorców w tym miejscu wymieniać już nie będę: świetnie wiecie, o których chodzi. Pan Wojciech, jak napisałem, zrobił to zaledwie parę razy: pokazał, że umie, i nie widział powodu, by epatować napieprzaniem w każdym utworze (jak to mają w zwyczaju ci, których nie lubię, a o których także wiecie). I za to mistrzostwo i powściągliwość kłaniam mu się nisko.

To, co także wpływa na znacznie gorętszy mój odbiór tej muzyki – także, a może wręcz przede wszystkim – to rola Mateusza Pospieszalskiego. Nigdy nie byłem orędownikiem jego euforycznego i przytłaczającego „łobi-jabi”. MP chyba wreszcie… wydoroślał. Nie ma już bezustannej potrzeby wychodzenia na plan pierwszy i „zaśpiewywania” na śmierć świetnych – no właśnie: jednych z najlepszych nad Wisłą tekstów (nie tylko w rockowych kategoriach) swojego starszego kolegi. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to tylko do niepotrzebnego zachęcania publiczności do aktywnego udziału w koncercie: Polacy z niesłabnącym upodobaniem klaszczą na raz. To nijak nie pasuje do – bardzo mi bliskiego – stwierdzenia: „Są pojęcia niedefiniowalne jak swing w muzyce”.*

Więc z jednej strony wszystko jest zgodne z dawno już wypracowanym stylem zespołu, w którym rockowe klimaty przenikają się z – rodem z Osjana – wszelkim folkiem i etno; oraz oczywiście jazzem (saksofony Pospieszalskiego i kontrabas Martusewicza), a z drugiej – w ostatnich latach bliższe to rockowych źródeł, te riffy czasem żywcem wyjęte z klasycznych numerów, ale, oczywiście, zaraz odpowiednio zakręcone i to bynajmniej nie z powodu konieczności uniknięcia podejrzeń o plagiat.

Cholernie to inteligentne. 

Wszystko. Kultura muzyczna. Całkowita, iście jazzowa swoboda grania: odejścia od głównego tematu, mniej lub bardziej szalone improwizacje i płynne powroty do meritum. Fantastyczne współbrzmienie gitary i saksofonu. Gdy ta pierwsza gra solo, sax krótkimi dmuchnięciami robi za instrument rytmiczny – lub na odwrót. A sekcja cały czas wykonuje swoje. Wokalizy Pospieszalskiego – rzadsze, oszczędniejsze, bardziej wyważone niż dawniej – są przez to zdecydowanie szlachetniejsze. Teksty Waglewskiego – mądre jak ich autor. „Z wiekiem doszedłem do tego, że liczą się trzy tematy – powiedział kiedyś. – Kosmos i Bóg. Śmierć i przemijanie. Miłość i lęk przed utratą miłości”. W tym samym wywiadzie powiedział też, „że trzeba się przyzwyczaić, że już minął kryzys wieku średniego, trzeba przejść do grupy mędrców i z tej perspektywy patrzeć na okoliczności życiowe”.*

Jak się tyle muzycznie i literacko potrafi, co frontman Voo Voo, jak się tyle przeżyło i ma tyle dystansu do świata i – przede wszystkim – do samego siebie, zabiera się słuchaczy na półtorej godziny do szóstego nieba. A jeśli – cytując autora – jesteśmy w szóstym niebie już, to siódme jest tuż-tuż. I komuś takiemu jak Wojciech Waglewski, rocznik 1953, wolno ze spokojem obwieszczać: „A ty już wiesz, że wyścig nie ma znaczenia. Nic już nie musisz poza tym, by fantastycznie przeżyć życie”.*

Czyli także – przeżyć i odebrać koncert. Może nie jakiś wyjątkowy w historii zespołu, ale po prostu bardzo dobry. Natomiast dla słuchaczy stanowiący z  pewnością wyjątkowe chwile. „Jeszcze tego pożałujecie” – zażartował WW, zaczynając wśród niemilknących braw bisy. Oj, zdecydowanie nie.

(Voo Voo, Siemianowice, Park Tradycji, 19 marca 2015)_

______________________________

* „Kocham Grażynę W.”. Z Wojciechem Waglewskim rozmawia Piotr Pacewicz. W: Wysokie Obcasy, 14 marca 2009.

[W NaTemat: 22 marca 2015]