Swingo Rodriguez

sixto_zabrze

Sixto Rodriguez, który 10 lipca skończył siedemdziesiąt cztery lata, dzielnie wytrzymał w pozycji stojącej trudy godzinnego koncertu i bisów trwających około kwadransa. Choć wyraźnie niedomagający, w kondycji był lepszej niż poruszająca się o lasce Marianne Faithfull jesienią ubiegłego roku w Chorzowie, a i – można zażartować – w formie wokalnej wyższej niż od lat mistrz Bob D.

[more]

*
Doniesienia dotyczące występów Rodrigueza mających miejsce po jego cudownym come backu w 2012 roku, związanym z uhonorowanym Oscarem filmem Malika Bendjelloula, były różne. Czasem było podobno fatalnie (w Amsterdamie), innym razem fantastycznie (w Warszawie przed dwoma laty), nie bardzo więc było wiadomo, czego dokładnie można się spodziewać.

Gdy artysta powolutku, z nogi na nogę, w damskiej asyście wyszedł na przód sceny, nie sposób było się nie niepokoić o przebieg koncertu. Miłość, jaką polska publiczność przed trzema laty zapałała do Sixto, rozlała się jednak natychmiast i to szeroką falą. Ze standing ovation ”na dzień dobry” zetknąłem się pierwszy raz. Sam jestem ostrożny w takich gestach, nad Wisłą – jak mi się zdaje – nadużywanych, więc podniosłem się chyba jako jeden z ostatnich.

Występ zaczął się

zaskakująco,

bo od Your Song Eltona Johna. Rozpisany tylko na głos i gitarę, zabrzmiał urzekająco. Wokal SR brzmiał ze zwrotki na zwrotkę lepiej, pozwalając zapomnieć o problemach ze zdrowiem bohatera wieczoru – i najwyraźniej dowodząc, że kondycja fizyczna to czasem jedno, a artystyczna – drugie.

Gdy w drugim utworze pojawił się na scenie stylowy, bardzo dobry zespół akompaniujący – gitara, bas i perkusja – obawy, jeśli ktoś – tak jak ja – je miał, były już bardzo niewielkie, zaś zniknęły zupełnie, gdy jako trzeci w zestawie pojawił się, rewelacyjnie zagrany, klasyk Blue Suede Shoes Carla Perkinsa.

Rodriguez zaskoczył pod paroma względami. W jego wieku niektórzy już nie żyją, inni mają się świetnie, jeszcze inni borykają się z przeróżnymi schorzeniami, a mimo to próbują być aktywni cały czas. Sixto sprawia wrażenie, jakby to nie dla niego były te wszystkie owacje, gesty uwielbienia i miłości, jakby pozostawał zupełnie obok tego. Widać popularność przyszła stanowczo zbyt późno, by mogła poczynić jakiekolwiek znaczące zmiany w charakterze tego porażająco

skromnego człowieka.

Gitara w ręku, stolik z dwoma kapeluszami zakładanymi na zmianę, kubek z czymś do picia, ciemne okulary na nosie niepozwalające, nawet z pomocą lornetki, zajrzeć w oczy starszego pana – i do tego konferansjerka, uroczo nieporadna, pełna podziękowań i wdzięczności za gorące przyjęcie, oszczędna do tego stopnia, że zapomniał (?) przedstawić świetnych muzyków towarzyszących mu na scenie.

Piosenki płynęły jedna za drugą, w tempie rodem z lat 60., czyli każda po dwie minuty z sekundami, góra – trzy. Odstępstw od tego było niewiele, solówki gitarowe dozowane były z umiarem i wielkim smakiem. Ci, którzy spodziewali się, iż całość zacznie się od I Wonder, a koncert złożony będzie z piosenek zawartych na kompilacyjnym Searching For Sugar Man, mogli poczuć się nieco zawiedzeni. Rodriguez, autor zaledwie dwóch albumów, wydanych w 1970 i 1971 roku, obficie sięgnął po repertuar innych wykonawców, głównie po

klasyki amerykańskie,

ale bezdyskusyjnie odcisnął w ich interpretacjach własne piętno. Olśniewająco zabrzmiała Fever, nie gorzej Doorsowskie Light My Fire (gdzie nie sposób było nie dopatrzeć się podobieństw do Jose Feliciano) czy Somebody To Love Jefferson Airplane, w którym – chyba nie tylko ja? – odnajdywałem nuty… All Along The Watchtower Dylana. Z utworów jego autorstwa szczególne wrażenie zrobiły na mnie rewelacyjnie, swingująco zagrany Inner City Blues* oraz Sugar Man. Zresztą, dopisać to trzeba do listy niespodzianek, wersje, które usłyszeliśmy, znacznie odbiegały od oryginalnych.

Wokalnie Rodriguez zdecydowanie dał radę: głos brzmiał mocno i bez zarzutu, jako gitarzysta przypominał  zwłaszcza Neila Younga, a więc gęsta faktura, niekoniecznie czysto zagrana, ale frazowanie w stylu czarnych mistrzów bluesa zdecydowanie uwodziło. Warsztatowo piętro wyżej dźwigał całość zespół – miłośnicy amerykańskiego grania na styku folku i bluesa byli z pewnością ukontentowani.

Muzyka to

wzruszenia,

to emocje. Tych w czwartkowy wieczór w Zabrzu miałem pod dostatkiem. W ślad za tym, jak z każdym rokiem przykrywa mnie coraz większy cień coraz większej góry, czuję coraz więcej miłości fana do swoich starych mistrzów, szczególnie tych nadal aktywnych i nadal trzymających fason. Mając pierwszy raz okazję obejrzeć SR na żywo, mogę tylko powtórzyć swe zdziwienie z czasu, gdy pierwszy raz obejrzałem wspomniany wcześniej film, zdziwienie ugruntowane przez wielokrotną lekturę krążka Searching For Sugar Man: jak tak znakomity facet mógł przejść zupełnie bez echa, niezauważony. Choć – jego gwiazda, mimo iż zdecydowanie zbyt późno, rozbłysła, a ilu jest takich – równie znakomitych – co przepadli zupełnie bez wieści?

Jakże się cieszę, że nazwisko Sixto Rodrigueza mogę dopisać do wciąż – szczęśliwie – wydłużającej się listy ukochanych artystów, których dane mi było zobaczyć na żywo. Z emocjami lokującymi się w stanach górnych i najwyższych. Z czułością – powtórzę, co już kiedyś napisałem – po prostu synowską.

(Sixto Rodriguez, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 14 lipca 2016)
___________________________

* Na setliście dostępnej w internecie brak tego utworu. Ale tym razem z moją pamięcią do tytułów oraz uchem – mam nadzieję – wszystko w porządku.

[W NaTemat: 16 lipca 2016]

Królowa i ulewa

queen_lfo

Na pięć dni przed Brexitem zespół Queen wystąpił w Oświęcimiu. Zespół, a raczej to, co z niego zostało. Logika, matematyka to albo miłość: czy jeśli oryginalny skład liczył czterech ludzi, teraz mamy do czynienia z połową czy tylko dwoma spośród nich? Cieszyć się czy ganić za – zdaniem części dawnych fanów – odcinanie kuponów od niegdysiejszej sławy?

[more]

Lwia część polskiej publiczności wypowiedziała się na ten temat jednoznacznie: chcemy tych utworów na żywo, chcemy Briana Maya i Rogera Taylora, akceptujemy Adama Lamberta jako głównego wokalistę. To referendum wypadło tym bardziej jednoznacznie, że tuż przed rozpoczęciem występu Królowej (dość szalona jak na polskie zwyczaje pora: niedziela, 23.00) zaczęło padać, a w trakcie koncertu rozpętała się potworna ulewa, której koniec odnotowałem dopiero przed dziewiątą rano w poniedziałek.

To, że miałem problem ze znalezieniem na sobie choć jednego w miarę suchego fragmentu odzienia, na pewno nie ułatwiło przychylnego odbioru całości. O wiele bardziej byłbym ukontentowany obecnością

przy statywie mikrofonu

jednej z legend brytyjskiego rocka, Paula Rodgersa, frontmana grup Free i Bad Company, nawet gdyby radził sobie z wokalizami Mercury’ego gorzej od Lamberta. Ale Rodgers parę lat temu podziękował za współpracę.

Bo, jestem przekonany, z tymi wokalizami w pełni nie jest w stanie poradzić sobie nikt. To, co wydawało się takie oczywiste za życia FM, olbrzymią skalę trudności objawiło podczas koncertu poświęconego jego pamięci. Radę dał tylko, ku zaskoczeniu wielu, George Michael, brawurowo wykonując Somebody to Love. Ale pytanie, czy dałby radę przez dwie godziny, pozostanie chyba bez odpowiedzi.

Lambert ma sporo z Michaela, bo dysponuje głosem nie rockowym, a popowym, by nie rzec bojsbendowym. Pierwszych kilka numerów w niedzielę to była masakra, bo zespół zaczął od paru ostrych kawałków z One Vision na sam początek, a ten młodziak zupełnie nie potrafił się wstrzelić w mocne i soczyste brzmienie instrumentów. Parę razy tak zafałszował, że byłem przerażony i zdegustowany.

Po pierwszej zmianie garderoby, gdy zaśpiewał Play The Game, było zdecydowanie lepiej. Widać, że w tych fragmentach mniej rockowych, tam, gdzie nie trzeba dociskać (co Mercury robił z łatwością), a pójść w wysokie rejestry i falsety, daje sobie zdecydowanie lepiej radę. I tak było już do samego końca, co w niczym nie zmienia faktu, że był zaledwie bladym odbiciem oryginalnego wokalisty.

O Taylorze też powiadali i powiadają, że bębniarz to niewybitny, ale perkusja, wspierana zresztą przez drugi zestaw, brzmiała bez zarzutu. O klawiszach i basie – zdecydowanie pomijanych przez kamerzystów i obraz na telebimach (nb. takiego show Life Festival chyba jeszcze nie widział) też nie można nic złego powiedzieć. May, fachura wielkiej próby, był

największą ozdobą całości.

Co prawda burza „pierścionków” na głowie zmieniła barwę z czarnej na srebrną, ale palce wciąż biegną tam, gdzie chce głowa. Potężne riffy One Vision czy Fat Bottomed Girls robiły spore wrażenie.

Queen, poza krótkim okresem albumów Jazz i Live Killers, szczególnie mnie nie kręcili. W latach 80. zastanawiałem się, jak można pójść w komputerowe klimaty, gdy ma się w składzie takiego wymiatacza jak May (dekadę później to samo zrobili U2). Jednakże nie da się udawać, że nie ma w ich repertuarze utworów, które zyskały, jak najbardziej zasłużenie, wielką popularność, utworów w paru przypadkach naprawdę wielkich.

Trudno było się nie wzruszyć, gdy parokrotnie na telebimie pojawiła się postać Freddiego Mercury’ego, a z głośników dobiegł nas jego wspaniały głos. Podczas Under Pressure ujrzeliśmy również Davida Bowiego, co widownia też oczywiście przyjęła owacyjnie. Cóż, show must go on.

Usłyszeliśmy Love of My Life z wokalem Maya, z kolei Taylor zaśpiewał główną partię w A Kind of Magic, znalazło się miejsce na moją ukochaną Crazy Little Thing Called Love, choć brakło w niej tej stylowej solówki na gitarze elektrycznej – cóż, obsługą sześciu strun podczas koncertu zajmował się tylko Brian May, więc w tym numerze było miejsce jedynie na gitarę akustyczną. Z wielominutowego sola gitarowego z elementami Brighton Rock nastąpiło płynne przejście do

znakomicie zagranego

Tie Your Mother Down, po nim przyszła pora na evergreen Bohemian Rhapsody i na koniec… mój senny koszmar: Radio Ga Ga.

Muzycy zniknęli ze sceny, ale – szanując publiczność wiwatującą w strugach deszczu – nie kazali na siebie długo czekać. Na bis otrzymaliśmy to, co od dawna kończy koncerty Queen, a więc We Will Rock You, We Are The Champions, no i hymn.

Nie dziwię się panom Mayowi i Taylorowi, że wciąż chcą robić w życiu to, co potrafią najlepiej i kochają, czyli grać. Że chcą grać te piosenki, dzięki którym zyskali popularność i uwielbienie milionów. Szanuję za profesjonalizm i za to, że nie kalają legendarnej nazwy próbami nowych kompozycji pod tym szyldem. Zastanawiam się jednak, czy na całym świecie nie da się znaleźć wokalisty, który radziłby sobie z tymi karkołomnymi partiami wokalnymi choć trochę lepiej. Widać – nie jest to wcale takie proste.

Nie wiem też, czy w tych miejscach, gdzie grupa występowała w oryginalnym składzie, może dziś liczyć na równie wielkie przejawy miłości fanów. W Polsce z Mercurym i Deaconem nie zagrali ani razu, więc trudno dziwić się żywiołowej reakcji publiczności. Mimo że w  butach chlupocze woda, a niebo tej nocy nie ma nad nami ani odrobiny litości.

(Queen, Life Festival Oświęcim, 19 czerwca )

[W NaTemat: 24 czerwca 2016]

Perfekcyjny Perfect

lfo

Zawodowstwo pięciu nie najmłodszych już panów, zawodowstwo w najlepszym rozumieniu tego słowa, to wcale nie tak często spotykana rzecz, zwłaszcza na rodzimym rynku.

[more]

*
Od dawna już, gdy zdarza mi się mówić: polski rockowy mainstream, sam środek koryta tej rzeki – myślę w pierwszej kolejności o zespole Perfect. Bo to istota klasycznego, gitarowego grania. Jednak jak się gra tyle lat, ciężko jest utrzymać zainteresowanie publiczności na poziomie przynajmniej zbliżonym do tego z początku lat 80., kiedy kapela Hołdysa była jedną z kilku, co to wiodły

rząd polskich dusz

spragnionych gitarowego grania.

Nie miejsce tu na wałkowanie wielokrotnie już przeżutych i wyplutych kwestii dotyczących zmian wokalistów albo liderów grup, ich – grup – prawa do dalszego istnienia, używania nazwy itp. Z oryginalnego składu pozostają w zespole od lat tylko Grzegorz Markowski i Piotr Szkudelski, ale od razu należy zaznaczyć, że wraz z Dariuszem Kozakiewiczem, Jackiem Krzaklewskim i Piotrem Urbankiem grają już ho ho, a nawet dłużej.

Istotne jest to, jak grają. Kawał czasu minął, odkąd widziałem grupę w akcji poprzednio – w 2009 roku na festiwalu „Ku Przestrodze”, ale nic się nie zmieniło. Szczelnie wypełniła się wtedy przestrzeń pod sceną na Polach Marsowych niedaleko Stadionu Śląskiego, a panowie tak pozamiatali, że kończący pierwszy dzień, obchodzący wtedy swoje piętnastolecie Cree wypadł po nich dość blado.

W historii Perfectu dopatruję się niejakich podobieństw do losów Lynyrd Skynyrd. Zawężając temat do muzyki – w obu przypadkach trudno wyobrazić sobie koncert bez

soli i pieprzu,

czyli piosenek z pierwszego, najważniejszego okresu działalności. Ludzie na to po prostu czekają, ludzie by im nie wybaczyli, gdyby muzycy dokonali choć raz innego wyboru. A gra się przecież po to, by w słuchaczach wyzwalać emocje najgorętsze z możliwych, a nie zaledwie letnie.

Zawodowstwo pięciu nie najmłodszych już panów, w najlepszym rozumieniu tego słowa, to wcale nie tak często spotykana rzecz, zwłaszcza na rodzimym rynku. Ze „starych” zespołów – i to z tych, co to wciąż elektryzują publiczność, i to znacznie mocniej niż Perfect – jest szczególnie jedna taka, której nazwę tu przezornie przemilczę, w której wokalista przez ponad trzydzieści lat nie nauczył się choć przyzwoicie śpiewać, a instrumentaliści choć przyzwoicie obsługiwać swoje sprzęty, czego – na Boga – nie potrafię pojąć.

W Perfekcie jest inaczej: Markowski wciąż zdecydowanie daje radę, taki Panasewicz to mógłby mu dziś wiązać sznurówki, a reszta zespołu potrafi rozpalić w każdym piecu. Duet Kozakiewicz – Krzaklewski jest jednym z nielicznych, a może aktualnie jedynym takim w Polsce (Adam Otręba został nieco w tyle za Jerzym Styczyńskim), w którym nie ma śladu rywalizacji, a jest najlepiej pojęta swoboda i biegłość operowania sześcioma strunami i pięcioma palcami obu rąk. Grają

bez popisywactwa, taniego efekciarstwa,

za to z pokorą wobec linii melodycznych i ram czasowych kolejnych piosenek. Serce rośnie, gdy panowie wycinają swoje sola jedno za drugim, jak dodają smaku dość skromnie opracowanym wersjom studyjnym niektórych najstarszych utworów (choćby w Idź precz czy Lokomotywie z ogłoszenia). Stopa Szkudelskiego i bas Urbanka natychmiast, od pierwszych dźwięków otwierającego występ Bla, bla, bla uderzyły mnie w żebra (brzuch przezornie miałem osłonięty zawieszonym od przodu plecakiem), nie pozostawiając wątpliwości, że jestem na rokendrolowym koncercie, gdzie nie będzie żadnego pitu-pitu, lecz porcja solidnego łojenia.

Co istotne, w odróżnieniu od wspomnianych już Lynyrd Skynyrd, rodzimy kwintet wciąż dorzuca coś do koszyka z największymi przebojami. Ostatnim takim numerem jest Wszystko ma swój czas. Nie widzę więc absolutnie powodów do narzekania, psioczenia. Nie śledzicie już ich nowych płyt? Trudno. Ale wybierzcie się na koncert. Nie ma mowy o odcinaniu kuponów, na scenie jest radość grania, a pod nią radość patrzenia i słuchania. Long Live Rock’n’roll.

(Perfect, Life Festival Oświęcim, 19 czerwca)

[W NaTemat: 22 czerwca 2016]

Elton John: Rocket Man

elton_john_oswiecim

Lata biegną, a Elton John wciąż utrzymuje się w znakomitej formie. Ten. kto zna go tylko z płyt, niewiele wie o sile rażenia tej muzyki na żywo.

[more]

*Pierwszy raz widziałem Eltona Johna w akcji

w 1984 roku.

To był też dla mnie pierwszy raz, gdy zobaczyłem, że artysta z Europy zachodniej gra u nas na pełne sto procent. Był wtedy świeżo po wydaniu znakomitej Too Low For Zero, znajdował się na szczytach list przebojów, ale przecież musiał wiedzieć, że żaden Polak nazajutrz po jednym z trzech zakontraktowanych koncertów (w Katowicach, Warszawie i Gdańsku) nie pójdzie do sklepu i nie kupi za złotówki żadnej jego płyty. Że z emisji jego nagrań w jednym z paru ówczesnych programów radiowych nie dostanie ani szylinga tytułem tantiem. A jednak zagrał tak, jakby miał to być jego, a już na pewno wszystkich widzów w wypełnionym po brzegi katowickim Spodku ostatni koncert w życiu. Na drugi bis wyszedł sam i z towarzyszeniem fortepianu oraz puszczonej z taśmy elektronicznej perkusji zaśpiewał Song For Guy, a na koniec, zlany potem, potwornie zmęczony po dwuipółgodzinnym występie powiedział krótko; „Thank you, goodbye”. Czuliśmy, że Spodek, a my razem z nim, odleciał w muzyczne rejony dotąd po tej stronie muru berlińskiego nieosiągalne. To był – i na zawsze już pozostanie – koncert mojego życia.

Trzydzieści lat czekałem na kolejne spotkanie z EJ, niespecjalnie kontemplując dokonania artysty, niezbyt uważnie śledząc jego dalszą karierę. Ale czy tego pana da się tak w ogóle nie zauważać? Gdy jesienią 2014 roku miał wystąpić w Krakowie, nie wahałem się ani chwili, czy kupić bilety. I znów było pięknie.

Teraz, w półtora roku po grodzie Kraka, wybraliśmy się z żoną do Oświęcimia, na Life Festival. Spokojni o to, co powinno wydarzyć się na scenie, spokojni o miejsce, parokrotnie wcześniej już zaliczone. Pogoda dopisała, lato, bezchmurne niebo – i sobotni wieczór w sam raz na koncert niemłodego już mistrza. Na 

Wonderful Crazy Night,

jak zatytułowany jest jego tegoroczny album – niosący kolejną porcję bardzo udanych piosenek, z których kilka – jestem przekonany – gdyby zostało nagranych przed laty, zostałoby zapamiętanych na dłużej. A dziś takie płyty giną niestety w zalewie nadprodukcji muzycznej pulpy.

Elton John pojawił się na scenie wraz z pięcioma znanymi już kolegami o 20.45 – i od pierwszego wyśpiewanego słowa wiadomo było, że jest, wciąż i wciąż, w znakomitej dyspozycji. Na pierwszy ogień poszedł tym razem numer z 1974 roku, The Bitch Is Back, a więc natychmiast mieliśmy do czynienia z istotą muzycznej formuły artysty: pop mocno zaprawiony, zwłaszcza w wydaniu na żywo, rokendrolem. Trudno się dziwić, że jego przyjaźń z pierwszorzędnym gitarzystą, jakim jest Davey Johnstone, oraz wzruszającym podobnie jak Charlie Watts bębniarzem, siwiuteńkim Nigelem Olssonem, trwa już prawie pół wieku.
A potem była pierwsza dla mnie miła niespodzianka. Klasyczny numer Bennie And The Jets w swym finale przybrał nieco jazzową formę, z bardzo krótkimi, acz stylowo zaznaczonymi solówkami gitary, basu i klawiszy. Już po paru minutach miała miejsce kolejna, bo I Guess That’s Why They Call It the Blues kończył się w rzeczywiście bluesowy sposób, z tym charakterystycznym dla tego gatunku frazowaniem wokalisty.

Czwarty w kolejności był Daniel, jedno z cudeniek w dorobku Sir EJ. Tu mała uwaga: na prywatny użytek utwory z setlisty dzielę następująco:

żelazny zestaw

w postaci niemal wszystkich kawałków z krążka Greatest Hits z 1974 roku (wczoraj było osiem z dziesięciu na nim zawartych), a do tego żonglowanie niezliczoną ilością przebojów dużych i wielkich, zaś całość uzupełniana kilkoma rzadziej testowanymi na żywo numerami (wczoraj Tiny Dancer czy All The Girls Love Alice).  Takie zmiany w zestawie mogą tylko cieszyć słuchaczy.

Powalił mnie, tak jak w Krakowie, rozbudowany do niemal minisuity Rocket Man, z długim, mocnym fortepianowym intro. Elton John nie jest ani wirtuozem w stylu Keitha Emersona, ani szalejącym Jerry Lee Lewisem, ale te parę minut robiło jednak wrażenie. A że piosenka wielkiej urody i smakowicie – cała – zaaranżowana, znów miałem łzy wzruszenia w oczach. Nie zabrakło też Sad Song (Say So Much), ulubionego numeru mojej lepszej połowy. Tu spotkała nas jeszcze jedna niespodzianka, bo utwór podryfował, lekko i jak gdyby nigdy nic, w całkiem stonesowskie klimaty. Zasadniczą część występu zakończył popisowy numer Johnstone’a, a więc Saturday Night Alright (For Fighting), a na bis nieco krótszego niż wspomniane dwa wcześniejsze występu (z racji wymogów festiwalowych) jeszcze Candle In The Wind i Crocodile Rock.

Świetny koncert, co jest

tyleż oczywiste, co niesamowite,

bo lata przecież biegną nieubłaganie. Bawili się wszyscy, starsi i młodzi. Tych ostatnich było – za sprawą festiwalowej formuły i obecności innych jeszcze wykonawców (na koniec Dawid Podsiadło) znacznie więcej niż miałoby to miejsce w przypadku występu samego EJ – mnóstwo. I widać, że świetnie znali piosenki, z których zdecydowania większość powstała na długo przed ich urodzeniem.

A co do panów na scenie, ze szczególnym uwzględnieniem Eltona Johna, Olssona i Johnstone’a – widać, że gdy seksualne i alkoholowe ekscesy ma się już dawno za sobą – pozostaje stary dobry rokendrol. Rock and roll, ten w popowym, piosenkowym wydaniu, rodem ze szkoły Paula McCartneya, szybko zamienionej na szkołę własną, natychmiast rozpoznawalną. Pozostaje rock and roll, mimo upływu kilku dekad, nadal znakomicie podawany.
(Elton John, Life Festival Oświęcim, 18 czerwca)

[W NaTemat: 19 czerwca 2016]

Borzym na tropach Mitchell

borzym_4

Monika Borzym, jako druga polska wokalistka w ostatnich latach, po Martynie Jakubowicz, mierzy się z piosenkami Joni Mitchell. Z powodzeniem.

[more]

*

Joni Mitchell, jedna z ikon pop music, nigdy nie zdobyła w Polsce wielkiej popularności. Najprościej byłoby wrzucić tu jeszcze jeden kamyk do Trójkowego ogródka, ale kto żył w tamtych czasach, ten wie, że czasu antenowego programy muzyczne szczególnie dużo nie zajmowały. I zawsze też – powtórzę, co już nie raz pisałem – działały filtry w postaci upodobań ówczesnych redaktorów.

A jednak jest tak, że w ostatnich latach aż 

dwie panie

śpiewające między Odrą a Bugiem wzięły się za bary z piosenkami kanadyjskiej artystki. O ile płyta Martyny Jakubowicz (Burzliwy błękit Joanny, 2013, z polskimi tekstami Andrzeja Jakubowicza) nie może stanowić szczególnego zaskoczenia – z racji pokolenia i folkowych upodobań – o tyle pójście podobną drogą młodej Moniki Borzym – już tak. Tyle że Borzym od dawna spędza mnóstwo czasu w USA, a tam o zetknięcie się z piosenkami Mitchell i ludźmi zarażonymi ich urodą o wiele łatwiej.

To Pani Moniki dzielenie czasu między USA i Polskę nieodparcie kojarzy się z drogą Grażyny Auguścik. Z tą jednakże różnicą, że ta druga znalazła się w Stanach po przekroczeniu trzydziestki, a Borzym jako nastolatka zaledwie. Cóż, znak czasów.

Można też oczywiście zastanawiać się, czy gdy ma się niespełna dwadzieścia sześć lat i dwie płyty na koncie, tą trzecią powinien być materiał z coverami jednego tylko artysty. Jesteśmy jednak w okolicach wokalistyki jazzowej, gdzie podobna praktyka jest znacznie bardziej powszechna niż na gruncie rockowym. No i – wreszcie – prostą weryfikacją takiej decyzji będzie moment ukazania się wydawnictwa na rynku, a już teraz 

trasa z piosenkami Joni Mitchell

po Polsce.

I tu argumenty zdają się być wyłącznie po stronie artystki. Album nagrała i w trasę ruszyła z trzema muzykami: na bębnach gra Michał Bryndal, znany m.in. z Sofy (razem z Tomaszem Organkiem) czy teraz Voo Voo, na kontrabasie Robert Kubiszyn, stały współpracownik choćby Grzegorza Turnaua czy A. M. Jopek, na gitarach natomiast Mitchell Long. 

To on namówił Borzym do zainteresowania się piosenkami Mitchell, niegdysiejszy hipis, jeden z tych, co to perfekcyjnie rozpracowali patenty gitarowe kanadyjskiej kompozytorki. Bo Mitchell, nie będąc wybitną gitarzystką, musiała szukać dróg na skróty, by zagrać skomplikowane nieraz tonacje. Problem był w tym, że o wymyślonych wytrychach z czasem zapominała – i nie potrafiła tej czy innej piosenki zagrać na żywo. I wtedy nieocenieni okazywali się jej fani, zwłaszcza – rzecz oczywista – ci, co posiedli umiejętność gry na gitarze na znacznie wyższym od przeciętnego poziomie. Jak właśnie Mitchell Long. Który też potrzebował między niektórymi utworami dłuższej przerwy, by ustawić odpowiedni strój.

 

Chemia między czwórką artystów

na scenie była widoczna gołym okiem. Uwagi frontmanki na temat niedawno ukończonej w studiu pracy nad albumem, dziewczyńskie refleksje na temat niedyspozycji głosowej, nieumytych włosów, „niezrobionych” paznokci czy pupilka yorka, o wdzięcznym imieniu Tomek (który wesoło i bezgłośnie przechadzał się po scenie Rialta) – panowie przyjmowali z wyrozumiałością starszych braci, wciąż uśmiechając się do wokalistki i do siebie nawzajem. Publiczność w zdecydowanej większości też przyjmowała te nieformalne zdania ze śmiechem i nagradzając je oklaskami.

Lecz ręce same składały się do braw przede wszystkim za stronę merytoryczną występu. Pieśni Joni M. zostały bowiem z pozoru prosto, ale niezwykle szlachetnie zaaranżowane. W każdej z nich był czas na smakowanie głosu Borzym i chórków męskich, bo panowie  czasem wspierali liderkę, i wreszcie na posłuchanie gitary, basu i bębnów. Klasa Kubiszyna i Bryndala znane są nie od wczoraj, a Long, wychowany na tradycjach rocka lat 60., doskonale wpisywał się w całość.

Koncert sprawił – nie tylko mi – mnóstwo radości. Pozostaje wierzyć, że z płytą będzie podobnie.

P.S. Póki co próżno szukać w YT Borzym śpiewającej pieśni Mitchell, te z przygotowanej do wydania płyty. Stąd – z konieczności – taka a nie inna ilustracja muzyczna niniejszego tekstu. 

(Monika Borzym, Katowice, Rialto, 15 maja)

[W NaTemat: 28 maja 2016]

SBB – trzech panów w łódce czasu

sbb_1

Ze wszystkich obejrzanych koncertów SBB – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów – oryginalnych członków grupy. Ileż radości sprawia im wspólne granie!

[more]

*
Czy jestem w stanie o SBB – ukochanej grupie mojej młodości, grupie z lat, gdy z okresu inicjacji muzycznej wchodziłem w bardziej świadome słuchanie muzyki –  powiedzieć coś, czego dotąd nie powiedziałem?

Tak się sprawy potoczyły, że wtedy, do roku 1980 i rozpadu zespołu, nie dane mi było zobaczyć go w akcji. I przez długie lata wydawało mi się, że tak już zostanie, że będzie to jedno z tych marzeń, które nigdy już się nie spełnią.

Gdy Józef Skrzek postanowił reaktywować kapelę, z pozostałych dwóch członków zespołu blisko był tylko Apostolis Anthimos. Przez wiele lat grali z wieloma świetnymi perkusistami: Mirosławem Muzykantem, Paulem Wertico, Ireneuszem Głykiem, Gaborem Nemethem czy Frankiem Parkerem. A jednak powrót za bębny Jerzego Piotrowskiego zelektryzował wszystkich fanów, wszyscy poczuli, że to dopiero będzie prawdziwy,

stuprocentowy powrót tria.

Gęba śmiała mi się wczoraj cały czas, bo też bytomski koncert od pierwszej do ostatniej minuty był wielką ucztą. Trzej panowie: Skrzek – kosmita, jak trafnie określił Pana Józefa Piotr Metz, Piotrowski – okładający bębny z pasją Zwierzaka z Muppet Show i koordynator tej międzyplanetarnej ekspedycji – Lakis. Ostatni z wymienionych przypomina Robby’ego Kriegera, gitarzystę The Doors. Anthimos tak jak tamten, sprawiał wrażenie jedynego „przytomnego”, zerkającego, co robią w danej chwili jego rozpędzeni koledzy.

Radość patrzeć, radość słuchać. Przyznam, że od dawna zastanawiam się nad kwestią: dlaczego tak niewielu urodzonych w latach 60. zapoznało się czterdzieści lat temu z muzyką SBB. Wielu moich znajomych słabo lub wcale kojarzy nagrania tria, młodsi podobnie. Jak to możliwe – wtedy, gdy w ogólnym, także muzycznym marazmie mieliśmy ledwie paru naprawdę znaczących wykonawców? Boom rockowy w Polsce lat 80. brutalnie obszedł się z przeszłością, na długo odkładając do lamusa Niemena czy SBB właśnie. Wiele dobrego, by przywrócić nie tylko pamięć o zespole, ale i uświadomić słuchaczom, że działa on nadal i ma się znakomicie, uczynił wspomniany już Piotr Metz. Sala Bytomskiego Centrum Kultury, obliczona na około pięćset miejsc, była wczoraj pełna, jednakże stawili się nie tylko podtatusiali fani kapeli z dawnych czasów, lecz także młodzi miłośnicy tej muzyki.

Pierwsze kilkanaście minut występu przypomniało o

jazzrockowych inklinacjach

formacji, o tym, jak wielkie znaczenie na początku ich drogi miała wspólna trasa po Europie z Mahavishnu Orchestra. Muzyczna formuła grupy sięga od bluesa i rokendrola, poprzez rock progresywny, aż po jazz właśnie.  I bez znaczenia tutaj jest fakt, czy Skrzek obsługuje w danej chwili klawisze, czy gitarę basową.

Zespół go dyscyplinuje, muzyczne ramy, choć niezwykle pojemne, nie są nieograniczone. A mam do tego nieodparte wrażenie, że w paru  przypadkach jesteśmy bliżej pierwotnych wersji utworów niż jeszcze trzy-dwa lata temu, co jest dla mnie wielkim atutem. Doczekałem się wreszcie takiego wykonania Walking Around The Stormy Bay, na jakie czekałem. To arcydzielne – nie mam wątpliwości – nagranie zabrzmiało wczoraj fantastycznie. Z potężną gitarą Lakisa w pierwszej i trzeciej części, ze starannie odegraną, gęstą partią instrumentów klawiszowych w środkowej. Palce same składały się do oklasków. Szalone Wizje i Odlot[, czyli utwory z pierwszego albumu, od lat są stałymi pozycjami w repertuarze koncertowym zespołu – i dobrze, bo miejsce w nich na zaprezentowanie swojego kunsztu mają wszyscy trzej panowie. Kolejny raz ucieszyło mnie potężne, funkujące Rainbow Man. Pięknie zabrzmiało też Memento z banalnym tryptykiem, wciąż skrócone, ale teraz z pełniejszym, wręcz monumentalnym, organowym wstępem, przypominającym nieco Three Fates Emerson, Lake & Palmer. Ze starych rzeczy mieliśmy jeszcze Na pierwszy ogień i – jako pierwszy bis – Z których krwi krew moja.


Znakomita dyspozycja

całej trójki: Skrzek ciągle mocny wokalnie, czego dał dowód zwłaszcza we wspomnianym bisie, zagrał wspaniale linie basu i, co ciekawe, zarówno na gitarze, jak i – zwłaszcza na początku – na klawiszach. Piotrowski odwalił szychtę na przodku, okładał bębny jak za dawnych lat, wciąż gra gęsto, w stylu Gingera Bakera czy swojego mistrza Billy’ego Cobhama. Do tego partia solowa oraz dwa duety perkusyjne z Anthimosem – lekcje obowiązkowe nie tylko dla początkujących perkusistów. W Lakisa grze na gitarze zakochany jestem nie od wczoraj, jego jazzowa lekkość i nieoczywistość dobywania kolejnych dźwięków, porywające, mimo iż niepędzące jak u niektórych innych gitarzystów solówki – to poziom niedostępny dla chyba wszystkich fachmanów nad Wisłą, a i w świecie takich niewielu. Może ktoś powinien namówić Johna Scofielda, by zagrali razem, przynajmniej parę koncertów w Polsce?

No i jeszcze, last but not least, miejsce wczorajszego koncertu, Bytomskie Centrum Kultury. To, które zawsze już będzie takim „powrotem do macierzy”, sceną, gdzie w przeszłości działy się w wykonaniu SBB rzeczy wielkie. Muszę powiedzieć, że ze wszystkich obejrzanych koncertów grupy – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów. Ileż radości sprawia im wspólne granie! „Odmłodnieliśmy wszyscy o dobre dziesięć lat” – powiedział uśmiechnięty lider do wiwatującej publiczności. Oj, zdecydowanie tak.

(SBB, Bytom, Bytomskie Centrum Kultury, 8 kwietnia 2016)

[W NaTemat: 9 kwietnia 2016]

Przedpremierowy błysk Heya

hey_przedbysk

Katarzyna Nosowska była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, „Ku słońcu”, powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Żartowała, opowiadała anegdoty, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga – pląsała na scenie!

[more]

*

O ileż trudniej jest zachwycić się czymś po latach, po całym ćwierćwieczu mniej lub bardziej intensywnego, ale bezustannego  konsumowania muzyki, niż gdzieś na początku. O ileż trudniej uwierzyć młodszym od siebie niż tym, którzy mogliby być naszymi rodzicami lub przynajmniej starszym rodzeństwem. A jednak gwałtowność pierwszych piosenek śpiewanych przez Katarzynę Nosowską, hałas robiony przez czterech młodych facetów był pierwszym muzycznym doznaniem, który przedostał się przez zapory utworzone z płaczu i pieluch na pupach moich synów bliźniaków.

Z ostrożności kupiona kaseta Fire szybko została zamieniona na CD, do którego dołączały potem wszystkie kolejne. Moje uczucie do zespołu rozkwitło w okolicach Heledore i ?, kiedy niektórzy zastanawiali się, co będzie dalej z kapelą i czy nadal ma

pomysł na siebie

– tymczasem ja zachwyciłem się Listem czy Wczesną jesienią. I te silne emocje towarzyszą mi do dzisiaj, mimo przeżywanych niepokojów fana związanych z odejściem Piotra Banacha czy wyraźną woltą stylistyczną, gdy gitary zrobiły bardzo dużo miejsca elektronice. Nawet jeśli na koncertach brakowało mi dawnej energii, soczystych solówek Marcina Żabiełowicza, to płyty, choć inne niż dawniej, nadal sprawiały wielką radość.

Mimo dominacji klawiatur i komputerów, wciąż jest w graniu Heya to coś najistotniejszego, coś, co – wydawało mi się – w takiej instrumentacji nie jest możliwe: swing, puls. Jest – ta muzyka wciąż płynie, żyje, a nie jest tylko zimnym, wykalkulowanym wytworem studiów nagraniowych, efektem klikania w klawiatury bezdusznych komputerów. Chciałoby się, by czasem, jak dawniej, zespół dosypał do pieca, przypomniał, skąd się wziął, wrócił na parę minut do korzeni, ale skoro chce inaczej, to nadstawiam ucha, by poznać jego

argumenty.

Bo je po prostu ma – i to bardzo mocne. Żadna inna spośród polskich kapel, ani z tych zaczynających w latach 60., ani tych młodszych, nie zaskarbiła sobie tak bardzo moich względów. Żadna z tych, które – jak Hey – poszukiwały, popychały polskiego rocka do przodu, ani, poza Dżemem tylko, które szły wcześniej wytyczonym szlakiem. Żadna z tych nielicznych, które przez kilka dekad są aktywne i ciągle nagrywają nowe płyty.

Tak mam – i tak, najwyraźniej, zostanie. Hey rozpoczął wczoraj swoją trasę koncertową po kraju anonsującą wydanie nowego albumu, Błysku. Występ przy komplecie publiczności w katowickim Rialcie (bilety rozeszły się błyskawicznie) upewnił mnie, że Nosowska i jej pięciu kolegów są nadal w świetnej formie.

Premierowy, po raz pierwszy słyszany materiał – co zawsze obarczone jest dodatkową trudnością w odbiorze – zabrzmiał momentami wręcz znakomicie.

Nasza Kasia kochana

była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, Ku słońcu, powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Niezmiennie skromna i stremowana, opowiadała o niepokojach związanych z nowymi piosenkami, z graniem ich na żywo jeszcze przed wydaniem płyty. Żartowała, sypała anegdotami, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga – pląsała na scenie! Tak, tańczyła, czego nigdy wcześniej nie było dane mi zobaczyć, co wydawało się w jej przypadku niemożliwe. Z fryzurą jak Mała Mi z Muminków, tyle że – w odróżnieniu od postaci literackiej – pełna ciepła i życzliwości, rozśmieszyła nas na przykład zdaniem, że wybrać się na koncert grupy Hey to jak pójść do muzeum.

Koncert z bisami trwał półtorej godziny, trzy pierwsze kwadranse zajęła prezentacja

nowych piosenek,

z których znana jest tylko [i]Prędko, prędzej[/i]. Trudno oczywiście stwierdzić, na ile wersje koncertowe podobne są do tych przygotowanych na album, który ukaże się jeszcze w tym miesiącu. Było na pewno mocniej niż na dwóch poprzednich krążkach studyjnych.

Frontmenka tryskała energią, ale też, co nie mniej ważne, była w dobrej dyspozycji głosowej. Teksty może nie zawsze dostatecznie czytelne, przebijające się przez instrumenty, ale już po takim pierwszym razie wiadomo, że i z tej strony czekają nas dobre doznania. Nosowska jest dziś niedościgłą mistrzynią w opisywaniu uczuć. W kończących premierowy set Historiach (tu sięgam do setlisty), tak jak przed laty w Romansie petitem, znów w obezwładniająco prosty, piękny sposób opisała to, jak bardzo nie obchodzi jej świat i to w nim, na co nie ma wpływu, a jak ważna jest miłość: Z tobą wszędzie mi po drodze.

Druga część to już dobrze znane utwory

z wcześniejszych płyt,

choć z pewnym żalem odnotowuję, że zespół nie sięgnął w tym wyborze głębiej niż do [sic!], czyli pierwszej płyty nagranej z udziałem Pawła Krawczyka. Było Do rycerzy…, Kto tam? Kto jest w środku?, była Cudzoziemka w raju kobiet i Muka!. Trochę niespodziewanie w tym zestawie pojawił się mocno gitarowy Luli lali. Na bis usłyszeliśmy To tu, Stygnę, [sic!] i na koniec, już bardzo kameralnie, gdy z instrumentalistów pozostał na scenie tylko Marcin Macuk, przepiękne Nie więcej.

Więcej – już niebawem, bo Błysk ukazuje się 22 kwietnia. Sam skorzystałem z okazji i dokonałem przed koncertem przedpłaty, dzięki której krążek ma być do mnie wysłany sześć dni wcześniej. Taką sposobność ma każdy z posiadaczy biletów na występy zespołu w trwającej właśnie trasie. Już się cieszę na słuchanie. Bardzo.

(Hey: Przedbłysk, Katowice, Rialto, 31 marca 2016)

[W NaTemat; 2 kwietnia 2016]

Billy Cobham w Katowicach

cobham_kce

Billy Cobham, jedna z legend jazzu, ze szczególnym uwzględnieniem fusion i jazz-rocka, współpracownik Milesa Davisa, współzałożyciel – razem z Johnem McLaughlinem – Mahavishnu Orchestra, zagrał w piątkowy wieczór w katowickim NOSPR-ze. Był to podobno pierwszy w jego karierze wspólny występ z orkiestrą.

[more]

Koncert podzielony był na dwie części – i właśnie w pierwszej kwartet Cobhama zagrał wespół z orkiestrą symfoniczną NOSPR dowodzoną przez Alexandra Humalę. Ponieważ najwięcej do powiedzenia miała tutaj sekcja instrumentów dętych, można stwierdzić, że na naszych oczach dokonało się przeistoczenie orkiestry symfonicznej w big-band (opracowaniem materiału na orkiestrę zajął się Karol Ślusarski).

I powiem od razu, z największym szacunkiem dla kunsztu muzycznego, duże zespoły to nie jest to, co lubię w jazzie najbardziej. Podobnie jak w przypadku rocka, mam wątpliwości, czy takie aranżacje, choć stanowiące bez wątpienia nową jakość, są jednocześnie wartością dodaną. Mnie te pięćdziesiąt minut nie do końca przekonało, tym bardziej że pograli sobie może Cobham i drugi czarnoskóry członek zespołu, Michael Mondesir na basie, ale orkiestracje dokonały się kosztem gitary Jeana-Marie Ecaya i klawiszy Steve’a Hamiltona.

Ostrzyłem więc sobie zęby na część drugą, na bliższe oryginału wykonania klasycznych pozycji repertuarowych. I wszystko byłoby wreszcie w porządku, gdyby nie fakt, iż trwało to zaledwie pół godziny, a mistrz nie dał się namówić na bis. Osiemdziesiąt – łącznie – minut pozostawiło spory niedosyt. Tym bardziej, że cała reszta była w największym porządku.

Forma lidera bez zarzutu, kilka solówek nie pozostawiało wątpliwości, że mamy do czynienia z jednym z najwybitniejszych perkusistów na świecie. Żadnych przejawów artystycznego narcyzmu, imponujące kilka minut na cztery pałeczki, a poza tym raczej, co nieproste w przypadku bębnów i talerzy, granie wręcz liryczne, delikatne, nie zaś epatowanie szybkością ruchów rąk i stóp.

Basista był taką szarą eminencją na scenie. Elektryczny to jazz, więc  funkujące napędzanie rytmu było świetnie czytelne nawet przy orkiestrze. Gitara Ecaya w rozkroku między jazzem i rockiem, z paroma brawurowymi partiami solowymi, no i charakterystyczne dla takiego grania sprzed około czterech dekad klawisze.

Dwa dni wcześniej skład występował w Krakowie, grając cały koncert w czteroosobowym zestawieniu. Może uczestnicy tamtego koncertu poczuli się bardziej dopieszczeni, w Katowicach brakło przynajmniej kwadransa.

(Billy Cobham Band & NOSPR, 18 marca 2016)

McCLEERYcznie

mccleery

Pewną trudność w odbiorze koncertowych wersji piosenek Jono McCleery’ego stanowił fakt, iż realizacje studyjne rozpisane są najczęściej na zespół, na kilka instrumentów, na żywo natomiast ten okołofolkowy przekaz został sprowadzony do swej pierwotnej postaci, czyli głosu i gitary.

[more]

*
Chłopiec z gitarą.

Choć już, o ile mi wiadomo, po trzydziestce. Z kilkoma płytami na koncie, pierwszą wydaną w 2008, a ostatnią, Pagodes, w listopadzie ubiegłego roku. Z burzą kręconych włosów, tyle że nie tak imponującą jak dawno temu u Boba Dylana, no i – burzą rudą. Ciężar gatunkowy także nie spod znaku Dylana, ale też, co tu dużo i pożal się, Boże, odkrywczo gadać – jaki przekaz ze sceny może mieć dziś moc równie wielką jak muzyka w tamtych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych latach? Choć – patrząc na licznie we wtorek  zgromadzoną w katowickim Rialcie publiczność – prawdopodobnie trzeba poczynić zastrzeżenie, że tę moc może niekoniecznie odnajdą fani z mocno garbatym już peselem, natomiast młodzi, mniej obciążeni półwieczną z okładem historią pop music, reagują bardziej spontanicznie.

Pewną trudność w odbiorze koncertowych wersji piosenek Jonathana McCleery’ego stanowił fakt, iż realizacje studyjne rozpisane są najczęściej na zespół, na kilka instrumentów, na żywo natomiast ten

okołofolkowy przekaz

został sprowadzony do swej pierwotnej postaci, czyli głosu i gitary. Jono McCleery wybitnym instrumentalistą nie jest. Palce przebiegały po gryfie w sposób  raczej niekojarzący się ze szczególnie wielką biegłością. A mimo wszystko w takim graniu nie da się nie dostrzec pewnej metody. Bo choć estetyka przekazu inna, a i kolor skóry też, miałem nieodparte skojarzenia z grą wielu czarnoskórych bluesmanów. Przecież nawet najwybitniejsi z grona klasyków – zanim światu objawili się w pełnej krasie B.B. King czy Buddy Guy – to nie byli mistrzowie w gitarowym fachu. Co w niczym nie zmienia faktu, że Howlin’ Wolf czy Lightnin’ Hopkins są wzorcami gatunku.

Nie trzeba było szczególnie wyczulonego ucha, by w tej

surowości

McCleery’ego dosłuchać się niebanalnych nut i bogactwa gotowego, by się objawić w pełnej krasie. A więc – wracam do myśli zawartej wyżej – w aranżacjach rozpisanych nie na jednego człowieka z gitarą akustyczną, lecz cały zespół. Zresztą to spostrzeżenie kogoś, kto wcześniej nie zaznajomił się dostatecznie z materiałem studyjnym dostępnym na krążkach czy choćby w YT. Młodzież bowiem, w odróżnieniu ode mnie, miała dobrze odrobioną lekcję.

Na program ponadgodzinnego koncertu złożyły się piosenki przede wszystkim z najnowszego albumu artysty, ale znalazło się też miejsce na covery. A te były zaskakująco dalekie od oczywistych tropów: Robert Wyatt, Lenny Kravitz czy Nat King Cole.

Introwertyczny pieśniarz o nosowej barwie głosu przypominającej nieco frontmana Coldplay, Chrisa Martina, oraz jego powściągliwa konferansjerka przypadły do gustu katowickiej publiczności. Dobrze pisali o nim też niektórzy muzyczni krytycy brytyjscy. Czy jednak może on liczyć na coś więcej niż status artysty niszowego?

(Jono McCleery, Rialto, Katowice, 8 marca 2016)

[W NaTemat: 12 marca 2016]

Piszę, gram, śpiewam, zwlekam: Patrick The Pan

patrick

Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem.

[more]

*

Takie momenty w słuchaniu muzyki lubię szczególnie (ze świadomością, iż nie przynosi mi chwały, że nie wiem nic o wykonawcy nie całkiem przecież nieznanym, obecnym na rynku już jakiś czas, mającym na koncie dwie płyty i kontrakt z Kayaksem). Lubię te momenty, gdy zasiadam na widowni bez jakichkolwiek danych, bez uprzedzeń i nastawień – i ze sceny płyną ku mnie dźwięki z każdą minutą sprawiające coraz większą przyjemność.

Jesień i łyżka

Przyjemność przede wszystkim muzyczną, to już naprawdę byłoby wystarczające. A tymczasem do tego jeszcze całkiem spory bonus w postaci inteligentnego przekazu w przerwach między piosenkami. Jak zauważyła szefowa Rialta, patrzenie na takich czterech młodych mężczyzn budzi w nas rodzicielską tkliwość i czułość. Dlatego że są w wieku naszych synów. Dlatego że są dowcipni i zdystansowani wobec siebie. I że patrząc na nich można odpędzić odwieczne myśli zgredów, że czasy to były, ale dawniej, że dzisiejsza młodzież to… 

Opuściłem Rialto w sobotni wieczór z radosnym przeświadczeniem, że nie wszystko jeszcze stracone, że nadzieja właśnie w ludziach tego kroju. W Piotrze Madeju, w takim – albo i nie – Piotrusiu Panu, mózgu całego przedsięwzięcia, autorze, wokaliście, pianiście i gitarzyście, w Kubie Dudzie, bez problemu przesiadającym się z gitary na gitarę basową i z powrotem (przy okazji pozdrawiam serdecznie całą Vladimirską), w Wawrzyńcu Topie, co to da radę i gitarze basowej, i kontrabasowi, i klawiszom, a jeszcze w czasie tego wszystkiego – jak zażartował lider – kontroluje, co dzieje się na fb, i w Adamie Stępniowskim, który obsługuje bębny, zdradzając wyraźne jazzowe inklinacje.

Może czerwone

Początek otwierał we mnie szufladkę z napisem „lider – śpiewający pianista z zespołem rockowym”. Elton John, Billy Joel, może Gary Brooker. Ale nie za bardzo mi się to zgadzało. Zbyt było powściągliwe w operowaniu dźwiękiem, za mało mainstreamowe, zbyt niepokojące. Gdy Madej zamienił klawiaturę na gitarę, gdy zaśpiewał wreszcie po polsku, punkty odniesienia stały się zdecydowanie bardziej wyraźne, bardziej oczywiste – i nie napiszę w tym miejscu nic, co już ustalono przede mną. Co w niczym też, dodam od razu, nie umniejsza walorów muzyki Patrick The Pan. Stare, gitarowe Myslovitz, wokal do pomylenia z Arturem Rojkiem (Bozia lub natura czasem tak się bawi, na to nikt nie ma wpływu), a nostalgia, trochę schizofrenii i psychodelii przywodzi nieodparcie na myśl wczesny Radiohead i somnambuliczność Thoma Yorke’a. Połamane faktury większości piosenek, pomieszanie gitar i elektroniki pozwalają na dorzucenie jeszcze Rojka z Walusiem Mietallem i kumplami ze Ścianki, czyli Lenny Valentino. A więc, zbierając to do kupy, ostatnie ćwierć wieku na Starym Kontynencie.

Witam państwa!

Dużo dzieje się w tej muzyce, zaskakująco dużo. Gdy – nie tak przecież często – zdarza się słuchać piosenek pozornie prostych, melodyjnych, niebanalnie zaaranżowanych i ze smakiem wykonanych – dla mnie, przedstawiciela wczesnych roczników sześćdziesiątych, skojarzenie, z zachowaniem proporcji, może być tylko jedno: Paul McCartney.

Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem. Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Namawiałbym wręcz zespół do większej odwagi, dobrze pojętej bezczelności (w tę stronę poszli np. Myslovitz na koncertach po „Miłości w czasach popkultury”): wyciśnięcia na żywo całego soku z poszczególnych numerów, rozwinięcia strony instrumentalnej (panowie potrafią tyle, że na pewno sobie poradzą), rozbudowania przynajmniej kilku finałów, psychodelicznego dowalenia do pieca, dania słuchającym po uszach, a co tam – niech scena odleci, a widownia razem z nią.

*

Słuchając Patrick The Pan znów ze smutkiem konstatuję, że – z rozgłośni radiowych – jeśli nie Trójka, to kto? Że zdolnych ludzi w Polsce, w tym przypadku w Krakowie, jest znacznie więcej, niż potrafi pomieścić skromny rodzimy rynek. I co musi się stać, by zespół w pełni artystycznie na to gotowy – mógł odnieść prawdziwy sukces?

(Patrick The Pan, Katowice, Rialto, 27 lutego)

_____________________

Śródtytuły pochodzą z uroczo opowiedzianych przez Piotra Madeja „szkolnych” dowcipów:

– Co łączy jesień i łyżkę? Je się nią.

– Co mówi nauczycielka geografii w sklepie obuwniczym? – Może czerwone?

– A co – ta sama pani od geografii – mówi, wchodząc do sali z mapami? – Witam państwa!

[W NaTemat: 29 lutego 2016]