Stadion Śląski Reaktywacja

stadion

Jako mieszkaniec Śląska do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym kibicem, natomiast muzyka nawet z łysiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć.

[more]

*

Radiowa Trójka zjechała 26 października na Śląsk i z niegdysiejszego „kotła czarownic” nadawała swoje audycje. Słuchając rano wspomnień redaktorów oraz słuchaczy, pomyślałem sobie, że też mam co nieco, i to bynajmniej nie małe, do opowiedzenia.

*

Jako mieszkaniec Śląska, a od 1977 roku Katowic, do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym 

kibicem,

natomiast muzyka nawet z łysiejącej i siwiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć. A – jak powszechnie wiadomo – meczów i koncertów odbyło się trochę na chorzowskim gigancie. W głowie mam strzępy szczenięcych wspomnień dotyczących potyczek Górnika Zabrze z AS Roma, Manchesterem City czy Dynamem Kijów. Znacznie więcej niż strzępy to rok 1973 i zwycięskie mecze kadry Kazimierza Górskiego z Anglią i Walią. Do końca życia nie zapomnę czterdziestej siódmej minuty, gdy Włodek (jak mówiła cała Polska) Lubański odebrał piłkę Moore’owi i pognał na bramkę rywali, kończąc rajd wspaniałym strzałem i podwyższając prowadzenie na 2-0. Nie zapomnę też, gdy jakiś czas później, poturbowany przez McFarlanda, opuszczał boisko na noszach, co radykalnie miało odmienić oblicze reprezentacji.

*

Nie dojdę już dziś do tego, czy 10 września 1975 roku to była moja pierwsza wizyta na Śląskim. Polska była wtedy trzecią drużyną świata, a w eliminacjach do ME 1976 przyszło naszym orłom bić się z Holendrami, czyli wicemistrzami świata. To był, ośmielę się powiedzieć, ostatni naprawdę wielki mecz kadry Górskiego, która w proch i pył rozniosła rywali 4-1. Trzynastoletnie gardło zdarłem tak, że następnego dnia w ogóle nie mogłem mówić, za to byłem bohaterem nie tylko w swojej klasie i nie tylko na swoim podwórku.

(W dołączonym filmie słychać głos Jana Ciszewskiego, nieodżałowanej pamięci komentatora i świadka największych triumfów polskiej piłki. Dzisiaj, 12 listopada, mija ćwierć wieku od jego śmierci). W Chorzowie zaliczyłem też między innymi jeden z finałów MŚ na żużlu, a także ostatni występ Lubańskiego w reprezentacji – przeciwko Czechosłowacji. W latach 80., a jeszcze bardziej później, motywacja do tego, by bywać na Śląskim, spadła tak samo jak miejsce futbolistów we wszelkich europejskich czy światowych rankingach.

*

Ktoś mądry jednak doszedł do wniosku, że ten stadion to dobre miejsce do organizowania koncertów. 

Występu AC/DC wraz z supportującymi Aerosmith i Metallicą „wysłuchałem” latem 1991 przez uchylone okna mieszkania, bowiem czteromiesięczne wtedy bliźniaki nie miały żadnej konkurencji, gdy chodziło o spędzanie tzw. czasu wolnego. Pierwszym obejrzanym koncertem był więc dopiero siedem lat później ten, który pozostanie jednym z najważniejszych w moim życiu: 

The Rolling Stones.

Dożyć chwili, gdy ukochana kapela wybiega na scenę przy riffach Satisfaction – bezcenne! Tym bardziej, że koncert był po prostu rewelacyjny, nawet bez You Can’t Always Get What You Want na bis (granego w wielu innych miejscach podczas tamtej trasy – było to po wydaniu Bridges to Babylon).

W 2005 roku spełniło się moje kolejne muzyczne marzenie: by zobaczyć w akcji 

U2. 

Było tak pięknie, że nie było mowy, by cztery lata później tego nie powtórzyć, choć bilety sprzedawano przez internet i, pamiętam, można było dostać zawału. Żonie udało się je zabukować o jakiejś absurdalnej, wczesnoporannej porze, przed wyjściem do pracy. Przy New Year’s Day widownia utworzyła jedną wielką biało-czerwoną flagę, wprawiając w osłupienie Bono i jego kumpli. Ukłonił się głęboko, wywrócił swoją kurtkę na lewą stronę (była w czerwieni) i tak pozostał do końca występu.

Gdzieś po drodze, bardziej jako bodyguard (za przeproszeniem mojej wagi lekkopółśmiesznej) niż sympatyk, trafiłem z nieletnimi jeszcze wtedy synami na koncerty Iron Maiden i Metalliki. Nikt i nic – niech fani wybaczą – nie skłoni mnie do słuchania, jak kolorowy rokendrol przechodzi na czarną stronę metalu. Próbowałem parokrotnie, w różnych życia okresach, ale nie – i koniec.

2007 to trzy koncerty: 

Pearl Jam 

z Linkin Park jako supportem. W sumie zawód, zwłaszcza że osiem lat wcześniej w Spodku było fantastycznie. Tym razem dwukrotnie chrzanił się sprzęt, a panowie zeszli ze sceny po półtorej godzinie, ponieważ mieli obstalowany samolot do następnego miejsca na trasie. Oj, tak się nie robi tym, którzy tyle lat czekali, a nawet jeździli po obcych landach z transparentami „You Forgot Poland”. 

Prawdziwą miazgą był jednak występ 

Red Hot Chilli Peppers. 

Popelina sączyła się z głośników aż miło, tyle że nie dla mnie. Byłem tak rozczarowany, że już bodaj następnego dnia zakupiłem Mother’s Milk, by posłuchać, jak RHCP gra bezkompromisowego rokendrola.

Na 

Genesis

– w parę lat po koncercie w Spodku z Wilsonem jako wokalistą – szedłem z pełnym przekonaniem, że chciałbym usłyszeć zupełnie inny materiał, a otrzymam coś, na co czekają tysiące ludzi. Ten zespół skończył się dla mnie na Second’s Out, a już na pewno na Duke’u – czyli tam, gdzie dla wielu dopiero zaczął. Sceneria grozy – gwałtowna ulewa i burza z wściekle walącymi piorunami – dodały jednak niesamowitego smaku temu koncertowi. Szkoda tylko, że Mama i inne takie to nie moja bajka.

Rok później zaliczyłem ostatni, póki co, koncert na Stadionie Śląskim – 

Police.

Pisałem nawet o nim w blogu. Znakomite brzmienie, lepsze niż trzech kapel rok wcześniej, ale zejście po sześćdziesięciu pięciu minutach ze sceny było jak obicie mnie po gębie. Panowie po miesiącu wspólnego grania, po ćwierćwiecznej – dodajmy – przerwie, mieli siebie tak dość, że nawet nie potrafili spojrzeć od czasu do czasu w swoją stronę. Tak się nie traktuje ludzi, którzy zapłacili za bilet, kupowali i kupują płyty. Dla mnie był to fragment większej całości pt. Sting.

*

Wychodzi na to, że starego zgreda trudno zadowolić. Cóż, tak już mam, trochę w życiu widziałem i posłuchałem i byle czym smarowana kanapka mi nie smakuje. Lecz ufam, że jeszcze na tym samym, aczkolwiek zupełnie innym stadionie, czekają mnie wrażenia wielkie i piękne. Co prawda dwa hasła – Van Morrison i Dave Matthew Band – na które czekam najbardziej, stadionu u nas, w Polsce, nie wypełnią, ale parę innych – kto wie?

Jak w starym serialu: J-23 znowu nadaje. W innej rzeczywistości, wśród paru innych pięknych, ale „tylko” piłkarskich obiektów, w tym z koszmarnym akustycznie, nie do nagłośnienia Stadionem Narodowym w stolicy. Pierwsze imprezy sportowe w Chorzowie  już zapowiedziane, inne planowane. Pora zabrać się za kawałki muzycznego tortu.

P.S. Właśnie ogłoszono, że koncertową inauguracją będzie występ Guns’N’Roses. Mam wątpliwości, czy gwiazdorzy sprzed lat zdołają wypełnić chorzowski stadion. I czekam na kolejne zapowiedzi.

[W NaTemat; 12 listopada 2017]

Borówkowy Kombinat, czyli prawdziwy festiwal eurowizji

pobrane15

Dwóch Islandczyków o posturach drwali, pięciu pięknych chłopców z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych – międzynarodowo i kolorowo było wczoraj na dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

[more]

*

Dwóch Islandczyków, o posturach, nie przymierając, drwali, pięciu pięknych chłopców w garniturach lub kamizelkach i białych koszulach z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych, mające u boku dwóch panów –  międzynarodowo, kolorowo i różnorodnie było wczoraj na aż dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

Wykonawcy, poza ostatnim, raczej tzw. ogółowi nieznani. Nieobecni z Zetkach, Eskach czy RMF-ach, a i w Trójce chyba też nie. Łączy ich fakt, iż związali swe losy, przynajmniej gdy chodzi o nasz rynek, z Bartkiem „Borówką” Borowiczem. Patrzyłem wczoraj (pierwszy raz) na niego, słuchałem konferansjerki – i podziwiałem sympatycznego, normalnego faceta. Parę lat temu nie brakowało złośliwych komentarzy, gdy agencja Borówka Music legitymowała się jedną wydaną płytą. Dziś Piotr Brzeziński, czyli Peter J. Birch, przebija się powoli do mainstreamowej świadomości, zaś Bartek… 

Miał wczoraj na sobie białego tiszerta w czarne albo szare ołówki. A więc tym, muzyką – pomyślałem – zajmuje się w dorosłym życiu 

Zaczarowany ołówek (Ołówek),

bohater jednej z moich ulubionych kreskówek z dzieciństwa. Życie jest brutalne: nie da się, jak w animowanym filmie, jednym rysunkiem wyczarować Złotych Płyt, pełnych sal koncertowych, Grammy czy Fryderyków. A jednak – wbrew rynkowi opanowanemu przez potężne koncerny płytowe i agencje koncertowe – można walczyć o kawałek tortu, realizując przy tym swoją największą życiową pasję.

Na pierwszy ogień „poszedł” Ragnar Ólafsson. O gusta nie sposób się spierać, ale z wielu propozycji Borówka Music  pierwsza solowa płyta Islandczyka, znanego wcześniej niektórym z występów w  formacji Árstíðir)  idealnie wpisała się w moją wrażliwość. Pewnie m.in. dlatego, że odwołuje się do rzeczy „starych”: Simona i Garfunkela, rocka progresywnego – mimo swej kameralności – i Radiohead z okolic O.K. Computer. Obawy, jak staranna i bogata chwilami aranżacja płytowych wersji piosenek przełoży się na koncert, w którym RÓ grający na gitarze akustycznej wspierany jest tylko przez gitarę elektryczną (i damski wokal w jednym numerze), były niepotrzebne. Choć 

Ólafsson

nie gra wybitnie – bo akordami, a nie palcami – całość świetnie się wybroniła. Dzięki przyzwoitej grze na instrumencie połączonej z bardzo ciekawym głosem (Islandczyk to duży mężczyzna operujący o wiele częściej delikatnością niż dociskaniem, przy tym świetnie radzący sobie z falsetami) oraz dającej oddech, lirycznej najczęściej – w stylu floydowsko-gilmourowym – gitarze elektrycznej dało się osiągnąć naprawdę przedni efekt. Wydaje mi się, że Ólafsson ma wszelkie dane, by przebić się na naszym rynku, że gra coś, co stary wyjadacz Piotr Kaczkowski lubi najbardziej, a w ślad za nim – wielka rzesza wyznawców Minimaksu.

Po artyście z Islandii na scenie stanęło pięciu ładnych i dobrze ubranych młodzieńców z sąsiedniej Litwy. Chłopaki podobno są tam sporą gwiazdą, zbierającą wiele krajowych nagród. Choć rozumiem Borowicza, który szuka w Polsce i ościennych krajach nieodkrytych jeszcze przez rodzimego słuchacza wykonawców, tym razem wydaje mi się, że to strzał chybiony. Bardzo schematycznego pop-rocka mamy w rodzimym wydaniu dostatecznie dużo, by nie mieć ochoty  zwrócić baczniejszej uwagi na towar z importu. 

Colours of Bubbles 

to, z zachowaniem proporcji, taki Coldplay. Czyli, jak powiedział onegdaj w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Piotr Metz, ilustrując rozróżnienie między pojęciami „muzyka” i „entertainment”, zdecydowanie to drugie. Schemat goniący schemat, banalne piosenki ubrane czasem w niby ostry aranż – może to coś nowego na Litwie, ale w świecie znane od lat. Do dojrzałego Myslovitz Colours daleko, ale tak sobie przypomniałem, dlaczego nie wypaliła kariera Rojka i kolegów na Zachodzie: w Wielkiej Brytanii podobnie grających zespołów mieli mnóstwo, w dodatku lepiej śpiewających po angielsku.

O wiele przyjemniej zrobiło się podczas seta 

Sashy Boole’a, 

niewysokiego, ale z potężnymi barami artysty z Ukrainy. Niezwykle sympatyczny songwriter zagrał sam (inaczej niż na swojej trzeciej, najnowszej płycie), ale wybronił się znakomicie. Wyposażony był nieźle – w gitarę akustyczną na ramieniu, przystawkę do harmonijek ustnych (szeroki pas na biodrach z ich zestawem wyglądał groźnie, na Ślonsku godajom: choby z handgranatami), a pod prawym butem urządzenie dające efekt stopy perkusyjnej, wzmocnionej jeszcze w końcowych fragmentach występu założonym „tamburynem”. Ach, i jeszcze dwa mikrofony – drugi brzmiący niczym megafon (przepraszam, brakuje mi fachowej wiedzy, by właściwie nazwać instrumentarium Sashy). 

To była porcja muzyki przeznaczona szczególnie dla miłośników amerykańskiego Południa, bluesa, country, folku, porcja bardzo świeża i okraszona na dodatek uroczą konferansjerką (w głowie od razu pojawiły się jakieś skojarzenia z Aloszą Awdiejewem).

Całość zwieńczył występ 

Dagadany

– kwartetu niezwiązanego bezpośrednio z Borówka Music, ale z racji pomieszania tego, co ukraińskie i polskie, co ludowe, jazzowe i elektroniczne, świetnie wpisującego się w międzynarodową formułę agencji. To muzyka, która nie całkiem jest moją bajką, zwłaszcza gdy – jak na początku – elektroniki było sporo, nie jestem też wyznawcą bezustannego forte, wokalnego natarcia, a tak śpiewa Dana Vynnytska (pisownia z oficjalnej strony zespołu). Jednak gdy melodii, ludowości i piana pojawiło się więcej, gdy odnalazłem klimaty z okolic wczesnej Kate Bush czy Tori Amos, serce zabiło zdecydowanie żywiej.

*

Pozostaje, mimo zgłoszonych zastrzeżeń,

pogratulować pomysłu

organizatorom koncertu. Sto dziewięćdziesiąt minut za niewygórowane trzydzieści złotych to przyjazna dla ucha i kieszeni dawka. Bardzo dobrą i pozwalającą zachować dobre tempo koncepcją było też przenoszenie akcji z sali koncertowej do foyer i z powrotem. Po występie Ragnara Ólafssona obejrzeliśmy wystawę zdjęć Bartka Busza, dokumentującą jedną z tras Sashy Boole’a po Polsce i jednocześnie zapowiadającą publikację książkową. Wróciliśmy do sali, by obejrzeć występ litewskiego kwintetu, potem, znów we foyer, wysłuchaliśmy grającego na specjalnie zbudowanej małej scenie ukraińskiego solisty, a na koniec wróciliśmy na fotele, by wziąć udział w koncercie Dagadany. Oszczędzono w ten sposób słuchaczom nużącego czekania, aż scena zostanie przeinstalowana na potrzeby kolejnego wykonawcy.

Kiedyś w Chorzowskim Centrum Kultury odbywały się cyklicznie koncerty, które wraz z gospodarzami przygotowywał nieodżałowanej pamięci Marcin Babko. Wówczas prezentowali się wykonawcy rekrutujący się głównie z województwa śląskiego. Czy teraz – choć formuła inna, międzynarodowa – możemy spodziewać się, iż Kombinat nie będzie jednorazowym wydarzeniem?
(Festiwal Kultury Nieprzymuszonej Kombinat – Dagadana, Sasha Boole, Colours of Bubbles, Ragnar Ólafsson, Chorzowskie Centrum Kultury, 27 października)

[W NaTemat: 28 października 2017]

Bryan Ferry gorący jak rozgrzane żelazo

pobrane10

Ta muzyka wydestylowana w laboratoryjnych, zdawać by się mogło, zimnych warunkach, urzeka wciąż swoim pięknem i niespotykaną w rocku elegancją, a jednocześnie jest pełna życia i energ

[more]

*

Godzinę przed punktualnym do bólu Bryanem Ferrym na scenie pojawiła się

Judith Owen

z czteroosobowym zespołem. Było na co popatrzeć, bo na perkusjonaliach grał Portugalczyk, a smyczki – skrzypce, altówkę i wiolonczelę – obsługiwały trzy bardzo niebrzydkie panie. Walijska wokalistka i pianistka od dwudziestu lat nagrywa płyty w USA, jednak u nas chyba mało kto o niej słyszał. Trzydziestopięciominutowy set przywodził na myśl przede wszystkim wczesną Tori Amos, ale kiedy zrobiło się – w moim odczuciu – zbyt ckliwie i cukierkowo, na koniec dostaliśmy dwa tak pięknie i stylowo zagrane bluesidła (świetną wersję Aquariusa na pożegnanie), że serce zabiło mi zdecydowanie żywiej.

  

*

Co jest bliżej 

istoty rokendrola:

dobiegający pięćdziesiątki, nieco przaśny już Spodek, długowłosi, czasem siwiuteńcy fani w czarnych, bywa, że spranych tiszertach, dżinsach, skórach, trochę spoceni i z kubkiem piwa w ręce – czy nowiutkie Centrum Kongresowe ICE w Krakowie, jeden z tych obiektów, które sprawiają, iż mamy prawo czuć się pełnoprawną częścią Europy, lśniące nowością i architektonicznym smakiem, a w nim – nie wypominając, jak w Katowicach – niemłodzi fani i fanki, tyle że ubrani w większości elegancko i z dużą starannością, popijający przy białych stolikach kawę lub wino z kieliszków – ? Cztery dekady temu odpowiedź byłaby oczywista, tymczasem dzisiaj, za sprawą głównych aktorów, osobiście rację  przyznaję tej drugiej grupie. Tym bardziej, że reakcje w obu przypadkach były równie żywiołowe, a rozpoznawanie kolejnych utworów już po kilku taktach jest zdecydowanym wskazaniem na fanów Roxy Music i Bryana Ferry’ego. Z prostej przyczyny, że nigdy ten zespól ani jego lider w solowych dokonaniach nie mogli liczyć w Polsce na tak mocne zainteresowanie dziennikarzy muzycznych i fanów, jak kiedyś Deep Purple, oglądany w akcji w środę.

Zobaczenie BF na żywo było spełnieniem jeszcze jednego mojego muzycznego marzenia. Czas biegnie jednak nieubłaganie i nie do końca da się przewidzieć, jak nie pierwszej już młodości gwiazdy radzą sobie obecnie na scenie. Po kilku minutach niedzielnego koncertu zdałem sobie jednak sprawę, w jakim muzycznym skansenie znalazłem się cztery dni wcześniej. Wieczór był, nie będzie to nadużycie i nadmiar egzaltacji – magiczny. Ta 

magia

rosła z każdą piosenką, uwodząc walorami, za sprawą których fani pokochali to granie. Redaktor Roman Rogowiecki wypalił dawno temu, że muzykę w latach 70. popychali do przodu Steely Dan za oceanem i Roxy Music w Europie. Wtedy wydała mi się ta opinia dziwna i prowokacyjna, dziś dostrzegam w niej przewrotny sens.

Przewrotny zwłaszcza w przypadku Brytyjczyków. Bo niby grali mainstream: najpierw z okolic glam, stosując klasyczne patenty rokendrolowe, obficie przy tym czerpiąc z ducha piosenek Beatlesów, zaprawiając całość nieoczywistymi aranżacjami. Później znaleźli się bliżej popu, dając wręcz jeden z impulsów elektronice lat 80. A jednak potęga smaku jest wielka: robione było to wszystko z niewiarygodną kulturą muzyczną, swobodą w operowaniu środkami i mccartneyowską  łatwością pisania piosenek ładnych, acz o nie całkiem prostej fakturze. Ferry pozostał taki do dziś i – o, paradoksie – bije świeżością i szlachetnością dźwięków na łeb, na szyję większość wyliniałych gwiazdorów sprzed lat, tych, co to niejednokrotnie jakby nie chcieli dostrzec, że świat i muzyka dokoła jednak trochę się zmieniają. 

Włosy wciąż gęste i – mimo prawie siedemdziesięciu dwóch lat – nie całkiem siwe, nieodłączny elegancki garnitur na grzbiecie i to, co najważniejsze: głos. Z pewnością nie ten co dawniej, niesięgajacy już wyższych rejestrów, bardziej matowy i w ten sposób mniej naznaczony charakterystycznym wibratem – ale na tym chyba różnice między „dziś” a „dawniej” się kończą. To, czym zachwycał przed laty, pozostało, czyli dopracowane w najmniejszych szczegółach piosenki i ich perfekcyjne, krystalicznie czyste brzmienie. Ta muzyka wydestylowana w laboratoryjnych, zdawać by się mogło, zimnych warunkach, urzeka wciąż swoim pięknem i niespotykaną w rocku 

elegancją,

a jednocześnie jest pełna życia i energii. Lider dziesięcioosobowego bandu zadbał o to, by publiczności nie pozwolić wejść w rutynę słuchania: rzeczy spokojniejsze cały czas przeplatały się z rozgrzewającymi numerami gitarowymi.

 

W każdej sekundzie występu czuć było szlachetność – ta muzyka to butelka wina z wyjątkowo dobrego rocznika, takiego, co to trafia się raz na kilkadziesiąt lat. Ferry ze swoimi warunkami głosowymi i niedzisiejszą stylowością mógł stać się piosenkarzem na wzór amerykański, ckliwym i blichtrowatym, występującym z dużą orkiestrą towarzyszącą – i w ten sposób docierającym do zupełnie innej  publiczności. Wyobraźnia muzyka i historyka sztuki nie pozwoliła mu jednak zamknąć się w tak ciasnych ramach, stał się mistrzem popu buszującym w rockowym świecie, kompozytorem i wykonawcą, którego należy wymienić w ścisłej czołówce: oczywiście w pewnej odległości za wspomnianym już Paulem McCartneyem, ale w jednym szeregu z Eltonem Johnem. Tym, co go od wymienionych i od wszystkich innych odróżnia, to zegarmistrzowska precyzja,

cyzelowanie

każdego dźwięku, każdej nuty tworzącej ostateczny kształt utworu. O tym, że nie popełnia przy tym grzechu „przeprodukowania”, najlepiej świadczy fakt, że takich krążków jak Avalon czy Boys and Girls po ponad trzydziestu latach od chwili wydania słucha się wciąż znakomicie.

Właśnie od The Main Thing i Slave to Love zaczął się trwający godzinę i pięćdziesiąt minut krakowski koncert. Wszystkie atuty znane z płyt pojawiły się na scenie, doprawione jeszcze rokendrolową żywiołowością wykonań na żywo. Było na przemian gitarowo i lirycznie, usłyszeliśmy piosenki z repertuaru Roxy Music i solowe nagrania, kompozycje własne i covery. Z każdą kolejną piosenką publiczność coraz bardziej zanurzała się w tej muzyce, coraz wyraźniej uświadamiając sobie, w jak świetnej formie są wszyscy muzycy, siedmiu panów, i – jak zwykle u Ferry’ego – panie: trzy tym razem. „Czekoladka” robiąca chórki oraz dwie bardzo niepospolitej urody niewiasty, z których jedna obsługiwała saksofony i instrumenty klawiszowe, a druga skrzypce i także klawisze. Już sobie nie przypomnę, po którym utworze po raz pierwszy owacje były szczególnie gorące i długie, ale to „coś”, to 

cudowne sprzężenie

między sceną a widownią rosło i rosło. Żywiołowa reakcja publiczności, jej zachwyt powracał do muzyków powodując, że – najwyraźniej – dali z siebie jeszcze więcej niż zwykle. My biliśmy brawo im, oni – nam, poruszeni widać cieplejszym chyba niż zwykle odbiorem.

Rozpaliły nas takie numery jak Re-make/Re-model z debiutanckiej płyty RM, a gdy rozbrzmiały pierwsze takty Avalon, zwłaszcza piękniejsza płeć jęknęła z zachwytu. I to był moment, który – zdawało się – zakończy część zasadniczą występu. Jednak w pewnym wieku niekoniecznie ma się ochotę przeciągać całość, znikać ze sceny, a potem na nią wracać. Więc otrzymaliśmy jeszcze pięć fantastycznych piosenek, w tym Let’s Stick Together, Do the Strand i Lennonowską Jealous Guy – i niemal natychmiast potem rozbłysły światła, nie pozostawiając wątpliwości, że to już koniec. Trochę nagle i niespodziewanie, ale w gruncie rzeczy zrozumiale. Dawka – około sto dziesięć minut – była w pełni satysfakcjonująca – zarówno uszy, bo forma gwiazdy wieczoru i całego bandu była imponująca, jak i oczy, bo oprawa wizualna także mogła się podobać. Szczęście fana jest po takim koncercie pełne, takie muzyczne chwile pamiętać się będzie do końca życia.

(Bryan Ferry, Judith Owen, ICE Kraków, 28 maja)

[W NaTemat: 31 maja 2017]

Spodek znów w purpurze

pobrane9

W purple’owskim graniu za dużo jest rutyny, świetnego, ale tylko rzemiosła, perfekcyjnie odrabianych wieczór za wieczorem dawno wyuczonych lekcji.

[more]

*

Gdy niemal równo dziewiętnaście lat temu, w tym samym miejscu, oglądałem występ Deep Purple, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Czas był inny.

Wykonawcy z Zachodu dopiero zaczęli do nas zjeżdżać, dopiero wtedy pojawiły się pierwsze okazje, by niemłodzi już często fani mogli zobaczyć w akcji zespoły swojej młodości. I wyjątkowy, jak się miało okazać, moment, gdy tydzień po tygodniu w Spodku grali Jethro Tull (wspaniale), Emerson, Lake & Palmer (słabo), Black Sabbath z Ozzym Osbourne’em (nie byłem, bo budżet domowy nie był w stanie udźwignąć zakupu tylu biletów jednocześnie) i właśnie DP. Zaskoczenie bylo przyjemne, bo cudów się nie spodziewałem, a tymczasem zobaczyłem i usłyszałem kapelę świetnie brzmiącą i bardzo dobrze nagłośnioną.

Teraz nie było inaczej, tylko że… Minęły dwie dekady, jestem w trochę innym miejscu w życiu i bogatszy o dość pokaźną ilość zobaczonych koncertów. No i to, co najistotniejsze: nigdy nie szalałem za Głęboką Purpurą. Moi starsi bracia, u progu lat 70. zafascynowani rockiem symfonicznym, odrzucili gitarowe granie. Gdy obaj wyfrunęli już z rodzinnego gniazda, zacząłem na własną rękę muzyczne podróże. Traf chciał, że na początku lat 80. Jerzy Janiszewski prezentował w radiu całą dyskografię Led Zeppelin. No i stało się: po LZ, rozpoznanym przeze mnie – jak widać – z pewnym poślizgiem, nic już nie miało prawa smakować, a na pewno nie to mocne granie, w którym prawie wcale nie słychać bluesowych korzeni.

W purple’owskim graniu za dużo jest rutyny, świetnego, ale tylko rzemiosła, perfekcyjnie, ale w sposób całkowicie przewidywalny odrabianych wieczór za wieczorem 

dawno wyuczonych lekcji.

Czasem wręcz nudnych jak flaki z olejem dialogów gitarowo-klawiszowych, dobrych może czterdzieści lat temu, ale dziś trącących myszką, tak samo jak cepeliady Dona Aireya, który od lat najpewniej odgrywa podobne solo na swych keyboardach, w polskich koncertach zahaczając o Chopina i dzieweczkę, co do laseczka szła. Wojciech Waglewski w opublikowanej niedawno rozmowie z Wojciechem Bonowiczem powiedział, że publiczność rockowa jest konserwatywna, lubi najbardziej to, co zna. I ta opinia – niech mi wybaczą szalikowcy grupy – świetnie pasuje do tego, co widziałem wczorajszego wieczoru. Mnie podobne granie, trawestując słowa profesora Jerzego Bralczyka, nie ubogaca.

W paru momentach krew zaczynała mi szybciej krążyć, a mianowicie tych, gdy wspomniane już korzenie bluesowe czy rokendrolowe stawały się bardzo czytelne: Lazy, kawałek, za którym kiedyś nieszczególnie przepadałem, dziś jawi mi się jako jeden z najjaśniejszych elementów w układance DP (cóż, dodać muszę, że klawiszowe intro w stylu Keitha Emersona to dla mnie zdecydowany bonus). Zajechany do imentu Smoke On The Water, bez którego żaden koncert grupy obyć się nie może, też ma ten ogień (nomen omen) w sobie. Podobnie jak kawałki na bis – Hush i Black Night. Szkoda wielka, że rozciągnięte w sumie do niemal pół godziny, z – jak wspomniałem wyżej – odklepanymi solówkami i “dialogami” instrumentów – zamiast dołożenia jeszcze jednego czy dwóch zwartych numerów, tak aby bis był tą przysłowiową 

wisienką na torcie.

 Ale i tak cztery takie utwory to prawie wszystkie z tych, które chciałem usłyszeć. Patrząc na setlisty, na Woman From Tokyo nie było co liczyć.

Czy panowie grać będą dalej, czy nie – pozostanie ich decyzją, mają dla kogo, bo katowicka hala wypełniona była po brzegi, ale ja nie przewiduję już swojego koncertu nr 3, nawet jeśli mam dla starszych panów sporo szacunku, a dla Iana Gillana głębokie ukłony za to, że ciągle wokalnie daje radę.

Więcej przyjemności sprawił mi wczoraj support – około czterdzieści minut w wykonaniu Monster Truck, bardzo zdrowo łojącego kwartetu rodem z kanadyjskiej prowincji Ontario, legitymującego się dwiema póki co dużymi płytami. Ich muzyka skrzy się od pomysłów – zgoda, nienowych – i jeśli weny panom nie zabraknie, powinniśmy chyba jeszcze o nich usłyszeć.

(Deep Purple i Monster Truck, Spodek, Katowice, 24 maja 2017)

[W NaTemat: 25 maja 2017]

Tymon Tymański w porządku jest

tymon_poster

Siedmiu panów i dwie panie, kawał warsztatu, duża kultura muzyczna – naprawdę dobrze zorganizowany hałas dopadł zgromadzonych w sobotni wieczór w katowickim Rialcie.

[more]

*

W południe lektura wywiadu w „Gazecie”, wieczorem koncert. A po koncercie niespodziewany suplement, gdy artysta podchodzi do „naszego” stolika i gratisowo dzieli się z nami, przypadkowymi – cokolwiek by mówić – słuchaczami, kolejną porcją swoich niepokojów, swojej niechęci do rzeczywistości. Cóż, żyjemy w kraju, gdzie możemy próbować udawać się na emigrację wewnętrzną, wypraszać pewnych gości z domu przy pomocy czerwonego guzika w pilocie, ale polityka i tak raz po raz będzie nas dopadać.

Mogę się mylić w swych przypuszczeniach, ale widzę to tak:

facet dobiega pięćdziesiątki,

jest bezdyskusyjnie zdolnym człowiekiem, kimś godnym miana artysty. W tym wieku chciałoby się już dyskontować wcześniejsze dokonania, znaleźć się w dobrze pojętej strefie komfortu, która pozwalałaby realizować kolejne zamierzenia. Czyli, nawet jeśli nie być albo nie chcieć być artystą mainstreamowym, to jednak dysponować dostatecznie dużym kręgiem odbiorców, a co za tym idzie, bezpiecznym zapleczem finansowym.

A polska rzeczywistość, także ta muzyczna, skrzeczy. Tutaj, szczególnie gdy wykonawca nie ma zamiaru ani temperamentu pozwalającego okopać się na wybranych pozycjach, jeśli jest  niespokojnym duchem, gdy wyobraźnia rzuca nim od jednego, jazzowego (jassowego) projektu do drugiego beatlesowskiego, od jednego pomysłu do drugiego, tym trudniej o określenie swojej artystycznej tożsamości i tym łatwiej zaskakiwać publiczność nowymi dokonaniami. A publiczność wtedy ma prawo czuć się zaniepokojona, bo nie wie, czego spodziewać się za następnym rogiem, czyli wewnątrz kolejnej okładki kolejnej płyty. W ten sposób, w kraju, gdzie Złotą Płytę przyznaje się za piętnaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy, niezmiernie trudno jest o zdobycie i utrzymanie swojego 

muzycznego elektoratu.

Tym trudniej, im ciężej jest o przebicie się do najważniejszych potencjalnych przedstawicieli tego elektoratu, czyli dziennikarzy – i ich gustów – w rozgłośniach radiowych.

 

Ta refleksja wraca do mnie raz po raz. Bo pamiętam czasy, gdy między Bałtykiem a Tatrami grać potrafiło niewielu, a z tych niepotrafiących całkiem spora grupka nieźle funkcjonowała gdzieś między Opolem, Muzą, Sopotem a Pronitem. Teraz ludzi umiejących  naprawdę dobrze posługiwać się instrumentami jest w Polsce mnóstwo, a ryneczek lidla jest w stanie nielicznych tylko przygarnąć, o przytuleniu nie wspominając.

Dziewięcioro muzyków na scenie Rialta w sobotni wieczór to całe mnóstwo, to także długa lista płac. Siedmiu panów i dwie panie, kawał warsztatu, duża kultura muzyczna – naprawdę 

dobrze zorganizowany hałas.

Pierwsze pół godziny stanowiły pieśni z nowej płyty Tymona & The Transistors, Zatrzymaj wojnę!, pozostałe ponad sześćdziesiąt minut to wcześniejsze propozycje zespołu. Rozrzut stylistyczny ogromny: od Okudżawy do Franka Zappy, od Ciechowskiego do Joy Division, od Wysockiego do Davida Bowiego.

Tymański, macho, absolutny lider, uosabia odwieczne pragnienie mężczyzn: Jim Bean, kobiety i śpiew, czyli jest na szczęście nie cyfrowy, tranzystorowy, a lampowy, analogowy. Dominuje, przykuwa uwagę, mówi sporo pomiędzy utworami, nie przebierając w słowach, zwilża gardło pociągnięciami łiskacza. Ale, co zdecydowanie istotniejsze, pokazuje niemały kunszt jako gitarzysta, ogarnia wszystko, co dzieje się na scenie, daje pograć kolegom, a ci również potrafią naprawdę sporo. Czadu dają świszczypały (termin samego Tymańskiego), czyli saksofon i trąbka, popisowe partie mają też klawiatura i bębny, swoje robią druga gitara i bas, do tego jeszcze panie – na wokalu i wiolonczeli – oj, jest czego posłuchać. Głos Tymańskiego to nie najmocniejsza jego strona, ale te zaskakujące u dużego mężczyzny falsety wdzięcznie i dźwięcznie nawiązują do jednej z wielu fascynacji lidera, czyli The Beatles. Reasumując, Transistors mogą zagrać wszystko, dają radę, energii i chęci cały czas mając pod dostatkiem.

Tylko, cholera, w tym zdecydowanym ukontentowaniu występem kapeli docieram do jego istoty: 

eklektyzmu.

A więc i pytania – dla kogo to ostatecznie jest, kto ma stanowić target? Bo tu niestety nie USA i nie Wielka Brytania, nie Berlin i nie Amsterdam, tu zdecydowanie łatwiej na scenie o utrwalony stan frustracji. Bo podaż olbrzymia, w Katowicach na przykład dzień po dniu koncert albo dwa, bilety sprzedają się opornie – i nie mi w tym miejscu diagnozować, dlaczego.

*

Znów uświadamiam sobie, jak wiele ciekawych rzeczy dzieje się w Trójmieście, jaka tam dokonuje się od czasów Rhytm and Bluesa i Bogusława Wyrobka bezustanna fermentacja, iluż tam zdolnych muzyków, ileż świetnej muzyki się rodzi. A co z tego po latach zostanie? Wysokie czoło i te włosy, których już nie mam, podpowiadają mi, że – niestety – dużo ludzkich niespełnień i tylko kupka płyt. Z jednym zastrzeżeniem: niekoniecznie tych, o których myślimy dzisiaj.

(Tymon & The Transistors, Rialto, Katowice, 22 kwietnia)

[W NaTemat: 24 kwietnia 2017]

Stary człowiek i może

mayall

Gdy w pierwszym kawałku Mayall złapał za harmonijkę ustną, można było mieć obawy o jego płuca i serce. Ale gdzie tam! – on doskonale wie, ile może. A może bardzo wiele.

[more]

*

O tym, że John Mayall jest w dobrej formie, słyszałem ostatnio parokrotnie. Nie złożyło się, bym znalazł się w 2015 roku w Zabrzu, nie wybrałem się jesienią 2016 do Wrocławia, ale koncertu w warszawskiej Stodole już nie odpuściłem. Legendę brytyjskiego bluesa widziałem w akcji w 1980 roku w Katowicach, w Spodku, i wtedy nie zrobił najlepszego wrażenia. Jak większość wykonawców debiutujących w latach 60., miał zdecydowanie słabszy okres, zmęczenie materiału było słyszalne gołym uchem. Ale było to tak dawno temu, że trudno zestawiać ze sobą te dwa koncerty, bo przecież w innym miejscu był Mayall czterdziestosiedmioletni, a w innym jest teraz, gdy stuknęły mu już osiemdziesiąt trzy lata.

Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie zaraz po wejściu do Stodoły – artysta przed występem podpisywał swoje płyty. Do odrębnego pomieszczenia wpuszczano jednocześnie chyba tylko po kilka osób, ale to zupełnie zrozumiałe, natomiast to, że stary mistrz – tuż zanim pojawi się na scenie – wychodzi do ludzi, już takie oczywiste i powszechne nie jest.

Orkiestra,

jak przedstawił zespół sam lider, była trzyosobowa – poza Mayallem grającym na pianinie, organkach, gitarze i w jednym utworze na organach, jeszcze Greg Rzab na basie i Jay Davenport na perkusji. Sekcja rodem z Chicago była po prostu fantastyczna. W bodaj 2002 roku byłem na koncercie podobnego składu w Spodku – tam Gary Moore zajechał bluesa jak łysą kobyłę, skatował chyba nie tylko moje uszy kaskadami niekończących się solówek, w ogóle nie dając pograć pozostałym dwóch panom, tutaj królowała muzyka: panowie słuchali siebie nawzajem, szanując każdy dźwięk wydobywany przez kolegów. Widać to było zwłaszcza na przykładzie basisty, szalonego muzyka o jazzowej wyobraźni i rockowej ekspresji. Gdy mógł, szarpał struny swego instrumentu, raz po raz wydobywając z niego bardzo nieoczywiste dźwięki, gdy trzeba było, grał miękko, tworząc wspaniałe tło dla piana czy gitary. Jego solówki raz brawurowe, okraszone cytatami (np. z Friday Night In San Francisco), raz zaledwie kilkusekundowe, złożone z kilku zupełnie odjechanych uderzeń, wywoływały entuzjazm na widowni. Znakomicie grał też czarnoskóry perkusista, dając parę solówek, a poza tym przepięknie, niezwykle stylowo nabijając rytm.

Gra samego Mayalla to coś niesamowitego. Jego kondycja fizyczna budzi zdumienie i podziw – mocno starszy pan nie ma w sobie nic ze zniedołężniałego staruszka. Trzyma się dziarsko na scenie, pewnie i prosto, zaś blues, zwłaszcza grany dla tak żywiołowo i gorąco reagującej publiczności, jak ta w piątkowy wieczór, wspaniale go konserwuje. Dużo młodsi (o co nietrudno w jego przypadku) kompani po fachu wyraźnie mu służą, mobilizują i ujmują lat. Mayall jeśli był określany 

wirtuozem,

to harmonijki ustnej. Gdy w pierwszym kawałku złapał za swój najmniejszy instrument, można było mieć obawy o jego płuca i serce. Ale gdzie tam! – JM doskonale wie, ile może, a może bardzo wiele. Tak wiele, że na harmonijce grał w każdym utworze, aż do porywającego Room To Move na bis. Głos może już nie taki jak dawniej, lecz to w pełni zrozumiałe – i tak brzmiał, że daj Panie Boże zdrowie. Gdy w Devil Must Be Laughing Mayall przesiadł się do hammondów, zrobiło mi się jeszcze cieplej na duszy, ale jeszcze bardziej urzekająca była jego  gra na gitarze. Obsługiwał sześć strun jak wielu innych, czarnych mistrzów: pozornie nieczysto, jakby cały czas trochę obok, ale w tym właśnie zawiera się bluesowy kunszt. 

Całość, jakże by inaczej w takich okolicznościach, kołysała się i nas, widzów i słuchaczy, od pierwszej do ostatniej minuty. Ileż w tej muzyce było nieskrępowanej, wręcz dziecięcej radości! Owacje publiczności tylko podkręcały panów na scenie, wyzwalając w nich jeszcze większą ochotę do grania. 

Temperatura rosła

z każdą kolejną pieśnią, wyraźnie wyczuwało się to wyjątkowe „coś”, co zdarza się z rzadka, wówczas gdy koncert przeistacza się w swego rodzaju misterium, magiczny obrzęd. Mayall uszczęśliwiony tak gorącą reakcją dziękował raz po raz, a jego „Thank you very much indeed” upewniało tylko w tym, że siwiuteńki pan na scenie i ten nagrywający w grudniu 1964 roku swoją debiutancką płytę John Mayall Plays John Mayall to ta sama osoba.

Fani bluesa nad Wisłą w sporej mierze wychowali się na „Bielszym odcieniu bluesa”, szacownej audycji Jana Chojnackiego i, dawniej, Wojciecha Manna, w której John Mayall jako ojciec brytyjskiego bluesa miał swoje wyjątkowe miejsce. Do białego koloru skóry grandfa kilka krzyżyków temu dołączyły włosy, bielutkie dziś, choć nadal gęste. Mistrz może jest już stary, ale radość na niego patrzeć, radość słuchać. Razem ze swoją muzyką – bluesem – trzyma się znakomicie.

(John Mayall, Warszawa, Stodoła, 3 marca)

[W NaTemat: 6 marca 2017]

Włodek Pawlik Trio, Randy Brecker i NOSPR: Night In Katowice

pobrane2

To, co najważniejsze w tej muzyce, należało do czterech świetnie dysponowanych solistów, jednakże orkiestra zdecydowanie przydawała kompozycjom rozmachu i przestrzeni.

[more]

*

Nie jestem szczególnym wielbicielem łączenia niekoniecznie bliskich sobie stylistyk, na przykład melanżu rocka albo jazzu z brzmieniem orkiestry symfonicznej. Nieco inaczej jednak rzecz się ma z przearanżowywaniem już istniejącego, zapisanego na płytach materiału, a inaczej z braniem się za bary z takim zamysłem na etapie komponowania. Dwoma ilustrującymi to rozróżnienie przykładami są koncerty Billy’ego Cobhama i Włodka Pawlika. Ewentualnych zainteresowanych moimi spostrzeżeniami dotyczącymi występu w Katowicach tego pierwszego odsyłam do innego tekstu, tu natomiast chciałbym podzielić się refleksjami po występie drugiego z wymienionych panów.

Włodek Pawlik, muzyk o klasycznym wykształceniu, z wyboru jazzman, człowiek o

wielkim muzycznym temperamencie,

wciąż balansuje na styku jazzu i muzyki kameralnej, zarówno w wydaniu ilustracyjnym, komponując muzykę filmową (Wrony, Rewers, Pora umierać), jak i – co wydaje się istotniejsze – proponując autonomiczne, duże formy łączące te dwa światy. Całkiem niedawno w sprzedaży pojawił się dwupłytowy album 4 Works 4 Orchestra, zaś w niedzielny wieczór mieliśmy okazję na żywo usłyszeć materiał z nagrodzonej Grammy w 2014 roku płyty Night In Calisia.

Zanim jednak wyjechało na stół danie główne, w pierwszym z trzech setów otrzymaliśmy jazz w formie sauté, czyli Pieniny, Nokturn b-moll I.J. Paderewskiego i Speed Limited – z Pawlikiem na fortepianie, Pawłem Pańtą na kontrabasie i Cezarym Konradem na perkusji. I choć sala NOSPR-u do małych, jak wiadomo, nie należy, a skład zespołu był w tym momencie ledwie trzyosobowy, chyba nikt nie odniósł wrażenia, że muzyka nie była w stanie wypełnić przestrzeni tego zachwycającego miejsca.

Część drugą stanowiło wykonanie We Are From Here – utworu, w którym, obok wymienionej trójki, na drugim fortepianie pojawił się syn lidera, Łukasz Pawlik, oraz nosprowe smyki dowodzone przez Alexandra Humalę. I tu już byliśmy w sąsiedztwie tego, co stanowiło clou programu: po przerwie orkiestra rozrosła się do ponad trzydziestu osób, pojawiły się dęciaki, a z przodu sceny stanął Randy Brecker ze swoją trąbką.

Wykonanie Night In Calisia (In Katowice, jak w pewnym momencie zażartował Pawlik) na żywo zdecydowanie 

zyskało na mocy,

na dynamice. Wynikało to tyleż z typowych różnic w odbiorze muzyki z płyty oraz w sali koncertowej, co z nieco innych aranżacji – szczególnie brawurowo zabrzmiał Quartet of the Roman Merchants 

To, co najważniejsze w tej muzyce, należało do czterech świetnie – co warto zaznaczyć – dysponowanych solistów, jednakże orkiestra, zwłaszcza w spokojniejszych fragmentach, a takich – przepięknych – nie brakuje w tym materiale, zdecydowanie przydawała kompozycjom rozmachu i przestrzeni.  Trudno więc się dziwić, że publiczność owacyjnymi brawami nagradzała wykonawców, nie chcąc, by ci opuścili scenę. Nie obyło się więc bez dwóch bisów, którymi z konieczności niejako były zaprezentowane już wcześniej utwory, w tym Amber Road – nie mylić z Amber Gold (nawiązuję tutaj do dowcipnej zapowiedzi lidera).

 

W ten sposób, wliczając dwudziestominutową przerwę, koncert zbliżył się do imponującego czasowo rozmiaru ponad dwóch i pół godziny. Imponującego z prostego powodu: muzyki znaczonej tylko szlachetnymi, nieoczywistymi rysami. Gdy piszę te słowa, z głośników dobiegają mnie te same nuty odtwarzane z płyty – i myślę jako laik, ktoś bez muzycznego wykształcenia, że Night In Calisia to chyba nie jest najtrudniejsze zadanie dla orkiestry symfonicznej. Jednakże wyraźnie czuć lata świetlne różnicy w tym, co skomponował  Pawlik, a co piszą na orkiestrę ci, czasem także gruntownie wykształceni muzycznie, których przez szacunek dla Pana Włodzimierza w tym miejscu nie godzi się wymieniać.

(Randy Brecker, Włodek Pawlik Trio, Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, NOSPR Katowice, 4 grudnia)

[W NaTemat: 7 grudnia 2016]

Stare, dobre riffy: Cinemon

cinemon_po

Po takich koncertach zwykle radość i smutek mieszają się we mnie. Radość, że tylu młodych gra tak dobrze w starym stylu. Smutek, że tak cholernie ciężko im się przebić.

[more]

*
Zespół zaczął grać piętnaście minut przed dwudziestą pierwszą, trzy kwadranse po – zgoda, luźno – zapowiedzianym czasie. Jako ten, który rusza w dzień wcześnie rano, byłem już nieco zniecierpliwiony przeciągającym się początkiem. Prawie jak Guns’N’Roses – pomyślałem. Panowie przechadzali się po sali, dostrajali instrumenty, poprawiali setlistę, a czas płynął.

Gitarzysta i wokalista to wizualnie skrzyżowanie późnego Jima Morrisona, Michała Muzolfa (Breakout) i brodatego Eddiego Veddera. Bębniarz ma coś z Robbiego Kriegera (Doors), zaś basista jest zdecydowanie wystylizowany na Kurta Cobaina. Kiedy wreszcie wzięli instrumenty do ręki, wrażenie młodzieńczego zblazowania i błazenady natychmiast ustąpiło:

potężne riffy

Messengera rozlały się w moim sercu. Zaczęli ci, którzy są w tym zespole od początku, Michał Wójcik i Jakub Pałka. Decybele szczelnie wypełniły niewielką salę katowickiej Katofonii, a ja pomyślałem o White Stripes, Black Keys czy Royal Blood, czyli koncepcji grania tylko w dwójkę, na gitarę lub bas i perkusję. W tym jednak przypadku – ostry, obsługiwany kostką bas doszlusował w finale pierwszego numeru, dopełniając brzmienia.

Otrzymałem blisko półtoragodzinną dawkę takiego łojenia, jakie lubię najbardziej. Jeśli mowa o triach, to głowa podpowiada tropy najoczywistsze, ale też po prostu najlepsze: Cream i  Jimi Hendrix Experience,  a ponadto patenty pokrewne, czyli gitara, bas i perkusja plus wokal: Led Zeppelin. Sami muzycy wśród inspiracji sygnalizują także grunge. W tym wszystkim zdecydowanym atutem tria jest jednak niemożność wskazania tych inspiracji w  jednoznaczny sposób: choć Claptona, Hendriksa i Page’a jest tam po trochu, a gęste okładanie bębnów przywodzi na myśl Gingera Bakera, nie ma mowy o czymś takim, jak kopiowanie. Atutem są ponadto chórki – rzecz wciąż nieczęsto spotykana nad Wisłą.

Krakowski Cinemon nie jest nieznany, ma całkiem sporo osiągnięć na koncie, ale nie da się powiedzieć, że przebił się do świadomości masowego odbiorcy. Kuba Pałka stwierdził w trakcie rozmowy po koncercie, że w Polsce

nie ma rynku

dla takiego grania. On już, po jedenastu latach istnienia kapeli, wie, że w muzykowaniu ma pod górę, że w naszym kraju nikt nie otwiera przed nimi szeroko ramion. Zwłaszcza gdy śpiewa się teksty w języku angielskim, bo na przykład Organkowi się udało. Fakt, kilkudziesięciu słuchaczy po kilkunastu latach pracy to nie jest złapanie Pana Boga za nogi. Stąd oczy członków zespołu zwrócone są na Zachód, na Niemcy przede wszystkim, bo tam – mówi Pałka – wygląda to inaczej.

A mi jest smutno, gdy myślę o kapelach takich jak Magnifficent Muttley, Cinemon czy Tape Reels (kiedyś nawet miałem być widzem ich wspólnego występu w Krakowie). Dziś, odwrotnie niż w latach 60. czy 70., potrafiących dobrze grać zespołów jest sporo, za to mało miejsca na rynku, strasznie ciasno w peletonie. Jednocześnie też sam łapię się na tym, że – zupełnie inaczej niż przed laty – kupuję sporo płyt, ale już nie nadążam. Za czasem, za nowościami, z „przerobieniem” tego, co mam na półkach. Bo chciałoby się więcej niż tylko polizać nowości, a i, pewnie z racji metryki, ochota, by bawić się w archeologa rockowego (i jazzowego także) wciąż rośnie. Skąd wziąć na to czas i pieniądze?

Wciągam – nieco przećwiczony wcześniej w nieulubionym medium, jakim jest dla mnie internet – krakowski Cinemon na listę kapel obserwowanych

z sympatią i czułością

ojcowską, chętny, by dać się opanować tym szczególnie bliskim dźwiękom gitar i perkusji, ale jednocześnie z przykrą konstatacją, że świat pędzi jak oszalały, niekoniecznie do przodu. Że w różności siła napędowa dziejów, ale nie raz chciałbym, by tych, co muzycznie czują tak jak ja – było więcej.

Póki co,  6 października ukazuje się nowy album tria, ale czy za dwa – trzy lata będzie tak, że wyda ich kolejne nagrania, powiedzmy, niemiecki Nuclear Blast, publikujący płyty Kadavara albo Blues Pills, trudno przewidzieć. A jeszcze trudniej, czy Cinemonowi pisany jest sukces.

(Cinemon, Katofonia, Katowice, 30 września)

[W NaTemat; 2 października 2016]

Profesor Fripp na karmazynowym tronie

kc_zabrze_2016

Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Podążać bowiem za wyobraźnią Roberta Frippa – choć największe wzloty ma on już za sobą – nadal nie jest łatwo.

[more]

*
Nie jest aż tak bardzo trudno wyobrazić sobie formację King Crimson jako gwiazdę wypełniającą i dziś stadiony, wielbioną przez miliony zakochanych w powłóczystych nutach fanów kilku pokoleń. Wystarczy wybrać z dyskografii takie numery, jak np. Epitaph, The Court of The Crimson King, I Talk to The Wind, Cadence And Cascade. Book of Saturday, Starless czy nawet Matte Kudasai. Już widzę te

tysiące rozkołysanych rąk

uniesionych w górę, uzbrojonych w telefony komórkowe lub zapalniczki. Widzę tę nadmuchiwaną, unoszącą się nad sceną gębę Karmazynowego Króla albo, podczas innego touru, „słońcoksiężyc” z okładki Larks’ Tongues In Aspic. Słyszę te opowieści o tonach przerzucanego z miejsca na miejsce wyposażenia, o wielomilionowych kosztach kolejnej trasy koncertowej i jeszcze większych zyskach wpływających na konta muzyków. O kasę chodziłoby tak wielką, że gościnny udział Grega Lake’a razem z Johnem Wettonem byłby tylko kwestią dogadania się prawników stron.

Zespół miał dane ku temu, by gdzieś pod koniec lat 70. stać się takim właśnie wykonawcą. Nawet jeśli uwzględnić cały szereg zmian personalnych, wolty stylistyczne, a więc – z grubsza rzecz biorąc – trzy oblicza w okresie między 1969 a 1974 rokiem (a czwarte od 1981).

Właśnie. Robert Fripp wyczuł

wyczerpywanie się formuły

rocka symfonicznego, progresywnego (czy jak go tam zwał), na długo przed innymi. Wszystko zaczęło rozpadać się i pękać gdzieś w okolicach 1977 czy 78 roku – członkowie Pink Floyd opowiadali, że czują rosnący mur między sceną a widownią, Emerson, Lake i Palmer wyzionęli artystycznego ducha w 1978 roku, panowie z Yes mieli się chwilami tak dosyć, że uprawiali boks na oczach fanów. Genesis położyli głowy pod topór po odejściu Steve’a Hacketta i w 1978 roku wkroczyli na piosenkową drogę. Tylko Peter Gabriel zdał sobie z tego sprawę wcześniej i w 1974 roku opuścił pokład. Tak jak Fripp, który w tym samym 1974 roku rozwiązał swoją grupę.

Rock progresywny dogorywał, ratowali go jeszcze kumple Frippa, tworząc United Kingdom, ale trwało to krótko, ze wschodu nadciągnęło SBB, jednak wszystko szlag trafił ostatecznie w 1980 roku. Rozpaczliwe działania spod znaku zespołu Asia czy wejście na rynek duplikatu Genesis, czyli Marillionu, Final Cut (nomen omen) Pink Floyd – były w moim osobistym odczuciu tylko dowodem ostatecznej klęski tego nurtu.

Robert Fripp był już wtedy o lata świetlne dalej. Przywrócił do życia nazwę, ale pokłócił się z fanami, nie chcąc grać starego materiału – i muzycznie wyprzedził wszystko w rocku o jakieś niebotyczne długości. Wymyślił do tego – on, gwiazdor i trzydziestopięciolatek wtedy – zupełnie nowy sposób gry na gitarze. Taki, że po kilku sekundach wiadomo, iż takie dźwięki, takie rozwiązania harmoniczne mogą wydobyć się tylko z jego głowy i spod jego rąk. League of Gentlemen i, już pod nazwą KC, Discipline to było w rokendrolu, w parę lat po gwałcie punka, wejście na zupełnie inną orbitę.

Fripp otworzył

nowy rozdział

– w swoim życiu, w historii King Crimson i całego rocka. Poszedł w kierunku, który nie mógł zjednać mu uwielbienia tłumów – grał rzeczy nieoczywiste i, najzwyczajniej, zbyt opornie wchodzące zarówno do mniej wyrobionego ucha, jak i tego nawykłego do starych dźwięków. Zaryzykuję opinię, na ile starcza mi wiedzy i świadomości, że nikt od strony rockowej nie zbliżył się tak bardzo do jazzu jak on, to była (i jest) swoista, Frippowska odmiana jazz-rocka i fusion.

Obecnie, gdy w koncertowym repertuarze KC znów, ku radości także i mojej, są kawałki z dyskografii pierwszego wcielenia grupy, widać wyraźnie – i paradoksalnie – jak wszystkie elementy jego układanki się przenikają i niczym puzzle pasują do siebie: progresja i psychodelia najwcześniejszego okresu, jazzowe inklinacje charakterystyczne dla pierwszej połowy lat 70., potężne gitarowe riffy pochodzące z płyt nagranych z Wettonem jako wokalistą, riffy, których nie powstydziłyby się najlepsze ostro grające zespoły nie tylko w tamtych latach, i wreszcie ten szalony, odjechany wynalazek brzmieniowo-rytmiczny z początku kolejnej dekady.

Dziś to wszystko bezustannie przenika się w muzyce KC, miesza, nie pozwalajac słuchaczowi zbyt długo pozostawać w strefie komfortu, jaką daje „nałożenie” w głowie zapisu znanego z płyt na to, co słyszy w danym momencie z głośników. Stadiony tego nie lubią, tam musi być bardziej przewidywalnie, a Fripp zdaje się robić wszystko, aby nikt nie mógł tego powiedzieć o jego graniu. U niego nie ma skakania po scenie, żadnego taniego spoufalania się z publicznością. Panuje wręcz akademicki porządek, są białe koszule, kamizelki i garnitury, w menzurkach i słoikach są może i znane składniki, ale do ostatniej chwili nie wiadomo, czego i w jakich ilościach użyje tym razem

profesor wraz ze swymi asystentami.

On nam i naszym uszom nie schlebia dłużej niż przez kilka minut, znacznie częściej zabiera w niełatwą podróż, której warunki dyktuje nieustannie, zmuszając słuchacza, by przyspieszył kroku, jeśli nie chce stracić z nim kontaktu. Prowadzi nas bardzo nieoczywistymi drogami, a jednak wciąż jest tak, że zapełnia hale. Cztery występy – dwa w Zabrzu i dwa we Wrocławiu -wyprzedane zostały błyskawicznie.

Uśmiechałem się cały czas w niedzielny wieczór, miejsca mieliśmy z żoną fantastyczne, na wprost estrady, oto spełniało się moje jeśli nie ostatnie z czasów dzieciństwa i młodości, to na pewno największe marzenie. Ale z powodów, o których napisałem wyżej, w osobistej strefie komfortu przebywałem tylko od czasu do czasu. Niby od ponad trzydziestu lat Fripp niewiele już nowego wniósł do swojego postrzegania muzyki, a jednak biec za nim wciąż nie jest łatwo. Jak, nie przymierzając – kiedyś i za oceanem – za Frankiem Zappą. Z tą wszakże różnicą, że Zappa przypominał naukowca – szaleńca, raz po raz dającego upust swoim emocjom i nieokiełznanej wyobraźni, zaś Fripp jakby cyzelował swoje dzieła w zaciszu akademickich laboratoriów.

Układ sceny był wręcz matematyczny: na dole trzy zestawy perkusyjne – Pata Mastelotto, Gavina Harrisona i Billa Rieflina, wyżej Mel Collins z fletem i saksofonami, Tony Levin z zestawem basów, Jakko Jakszyk, gitara i wokal, i lider z gitarą i klawiszami. Otrzymaliśmy de facto podwójną dawkę muzyki – wszystko zaczęło się dwadzieścia minut po dwudziestej i z dwudziestominutową przerwą trwało do dwudziestej trzeciej z okładem. Po zaaplikowaniu takiej dawki nikt chyba nie mógł powiedzieć, że za mało i za krótko.

Obawiałem się nieco po perkusyjnym intro, że bębniarze przytłoczą całość potężnymi uderzeniami swoich zestawów. Częściej jednak grali w danej chwili na cztery ręce niż na sześć, a pierwsze mocne akordy gitar i basu w Lizard upewniły mnie tylko, że dźwięk jest ustawiony bez zarzutu, podobnie jak dyspozycja, w jakiej znajdują się wszyscy panowie. Równowaga między starymi (do 1974) i nowszymi (od 1981) utworami była zachowana. Jednak rozglądając się po widowni, widząc w przeważającej liczbie tych, którzy lat naście mieli raczej w okolicach przełomu lat 60. i 70. poprzedniego stulecia, mam przekonanie, że serce żywiej nie tylko mi biło przy najstarszym materiale. Czy muszę się z tego tłumaczyć, że w głowie mam wyrytą każdą nutę z Larks’… zapisanego przez moich braci jeszcze na ZK120? Że przemielone i przetrawione nastoletnią jeszcze głową mam te właśnie siedem pierwszych studyjnych albumów?

Taka karma

i z tym trudno dyskutować.

Tyle lat przyszło mi czekać, by wreszcie móc usłyszeć King Crimson na żywo, wcześniej jakoś się nie składało. Warto było, koncert był znakomity, wrażenia, jakie dopadają człowieka za tym pierwszym razem, uderzyły we mnie z całą mocą. Nie ośmielę się marudzić, że nie było nic z Discipline, że nie śpiewał Adrian Belew, że to czy tamto.

Wciąż na nowo próbuję odpowiedzieć sobie na pytanie, które wcielenie KC jest mi najbliższe – to symfoniczne (?) z dwóch pierwszych płyt z Lake’em, to psychodeliczno-jazzrockowe (?) z Lizard i Islands, czy progresja połączona z hardrockowymi riffami (?) z czasów Larks’…, Starless… i Red. I najbliższą prawdy odpowiedź otrzymałem w ostatnim numerze na bis – tym pochodzącym z pierwszej płyty z 1969 roku: 21st Century Schizoid Man. Bo były w nim wtedy, przed laty, potężne gitary i psychodeliczno-progresywny odjazd, a teraz jeszcze z dokładką w postaci jazzowych improwizacji. Czyli wszystko.

(King Crimson, Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 18 września)

[W NaTemat: 20 września 2016]

Świetne urodzinowe granie w Katowicach

urodziny_2016

Organizatorzy 151 urodzin Katowic wystawili słuchaczy na nieoczywistą próbę. Nie sprowadzili bowiem żadnego wykonawcy, którego nazwisko czy nazwa kojarzone byłyby przez ogół (pominąwszy Kroke i A.M. Jopek), a poszli tym razem tropem tego, co lokuje się w przepastnym worze określanym terminem world music. Postąpili ryzykownie, ale – jak się okazało – trafnie i ze smakiem.

[more]

Z czterech koncertów, jakie odbyły się wczoraj pod siedzibą NOSPR, zdecydowaliśmy się z żoną na dwa.

La Chiva Gantiva

Międzynarodowy skład powstały na początku obecnego stulecia z inicjatywy kolumbijskich studentów w Brukseli już od pierwszych sekund występu mógł kojarzyć się z najsłynniejszym artystą z tej – mniej więcej – części świata, czyli Carlosem Santaną. Drugi kawałek przywodził na myśl stare, dobre Red Hot Chili Peppers – i z tymi skojarzeniami, za które przepraszam, pozostałem już do końca znakomitego występu. My tu w Polsce o kapeli wiemy niewiele lub, najczęściej, nic, a tymczasem koncertowała ona już we wszystkich częściach świata, na słynnym festiwalu rockowym w duńskim Roskilde pojawiła się dwa lata temu.

Mocna gitara, jakby odwrotnie niż u Santany, od rocka podążająca w stronę rytmów latynoskich i afro, pulsujący, napędzający całość bas (niczym Flea), solidna sekcja instrumentów perkusyjnych, saksofon i flet w rękach pana o wietnamskich korzeniach (Wietnam kojarzył mi się dotąd raczej z konkursem chopinowskim i Dang Thai Sonem, a tu taka niespodzianka). No i szalony frontman, showman obdarzony świetnym głosem – razem dało to puls i dynamikę świetnie współgrające z zupełnie niepolską jak na ten czas w kalendarzu upalną aurą. Scena aż kipiała energią, nic dziwnego więc, że nawet nieskorzy do pląsów moi krajanie ulegli urokowi tej muzyki i im bliżej końca, tym mocniej kołysali biodrami.

Yemen Blues,

kapelę z Tel Awiwu, kojarzyłem już dzięki mojemu edukatorowi z zakresu współczesnej muzyki z innych kręgów kulturowych, Jackowi S., poznanemu, nomen omen, rok temu w Dolinie Charlotty przy okazji koncertu wspomnianego już Santany (pozdrowienia, Dżeku!). Zresztą, Yemen Blues nie byli pierwszy raz w Polsce, w YT dostępny jest nawet cały ich występ sprzed pięciu lat na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Zespół zjeździł już kawał świata, a – podobnie jak La Chiva Gantiva – ma też za sobą występ na festiwalu w Roskilde (w 2011 roku).

Z tego, co dostępne jest w internecie, widzę, iż skład formacji jest kwestią płynną. Wczoraj zjawili się jako kwintet, a wiodącą rolę pełniły tym razem instrumenty klawiszowe, raz po raz odpływające w stronę jazzu. Kłaniały się lata 70. i Weather Report, ale też coś trochę lżejszego – pewne echa Steely Dan: YB to zespół dowodzony przez wokalistę, Ravida Kahalaniego, więc partii śpiewanych nie mogło zabraknąć. Mimo wszystko trudniej tu jednak, przynajmniej mi, o znalezienie jakichś oczywistych porównań, skojarzeń, nie o to zresztą chodzi, zwłaszcza że instrumentarium wczorajszego wieczora było mało miarodajne w porównaniu z tym, co zwykle serwuje zespół.

Jego muzyka, choć bardzo dynamiczna, trudniejsza jest w odbiorze niż La Chiva Gantivy, bardziej naznaczona miejscem powstawania, czyli Bliskim Wschodem. Muzycy – wszyscy – o wielkich możliwościach, skala głosu lidera imponująca, w wielu momentach można by go pomylić z kobietą. Kawał znakomitego grania.

*

Z mieszania składników wychodzą rzeczy najpiękniejsze. Z mieszania nacji – najpowabniejsze niewiasty i przystojni faceci. Z mieszania muzyki różnych kultur – brzmienia nieoczywiste i dokonujące ożywczego przeciągu, zwłaszcza w głowie takiej jak moja: mieszkańca Europy środkowej, wychowanego na rokendrolu, który czasem sięga po jazz, za rzadko po muzykę poważną, zaś na co dzień żyje w całkowitym oderwaniu od nut rodem z innych szerokości geograficznych. Ubolewam tylko nad faktem, iż na stoisku Miasta Ogrodów płyty La Chiva Gantivy były po 50, a Yemen Blues – po 80 zł. Podobno były to pomysły samych wykonawców, jednak stanowczo za drogie, zwłaszcza te drugie, by pójść za ciosem i utrwalić sobie wrażenia z występów na żywo. Czego bardzo żałuję, bo muzyki z internetu nie słucham prawie wcale.
Żałuję też, iż odpuściłem, pierwszy tego dnia, występ kongijskich bębniarzy – Les Tambours de Brazza. Zrobiłem to z metrykalnej obawy o kręgosłup na odcinku lędźwiowym, a także o jasność muzycznej percepcji dłuższej niż trzygodzinna.

Władzom Katowic oraz osobom odpowiedzialnym za takie ustawienie urodzinowego repertuaru należy najzwyczajniej podziękować. Jako mieszkaniec tego miasta niejednokrotnie się wstydzę, ale tym razem jestem po prostu dumny.

(La Chiva Gantiva, Yemen Blues, Strefa Kultury Katowice, 10 września)

[W NaTemat: 11 września 2016]