Lady Beth i Mr. Bonamassa w Amsterdamie

bh_jb_amsterdam1

Trudno dociec, co dokładnie stoi za takim pomysłem na przebieg kariery artysty w XXI stuleciu. Bezspornym natomiast faktem jest to, iż Joe Bonamassa chyba nikomu, nawet najzagorzalszemu fanowi, nie da stęsknić się za sobą, za nowymi nagraniami, za kolejnymi płytami, za koncertowymi wersjami swoich utworów.

[more]

Beth Hart podejmując cykliczną współpracę z tym gitarzystą i wokalistą, chcąc nie chcąc zdecydowała się na określone warunki gry, na wpisanie działań duetu w całość dokonań swojego przyjaciela.

Moi synowie postanowili natomiast uraczyć mnie stosownym dla zainteresowań prezentem z okazji 23 czerwca. Stanęło na tym, że w domu pojawił się pierwszy od ponad dwudziestu lat 

album analogowy

Live In Amsterdam rzeczonej dwójki wydany w marcu bieżącego roku. Winyle są drogie – i przyznam bez owijania w bawełnę, że to przede wszystkim ich ceny powstrzymywały mnie i powstrzymywać będą przed regularnymi zakupami. Zawsze będę się upierał, że najważniejsza jest muzyka, nośnik jest sprawą drugorzędną, przy zachowaniu oczywiście przyzwoitości i poszanowaniu praw autorskich. Za 139 złotych (bo tyle kosztował ten trzypłytowy album) można by zakupić znacznie więcej muzyki, niż to miało miejsce w tym przypadku. No, ale bajer jest i frajda też.

Jest też coś więcej, mimo iż trudno nie czuć w sobie pewnego 

oporu materii

– ilość płyt sygnowanych przez Joego Bonamassę jest tak olbrzymia, wręcz przytłaczająca, że nie sposób wyzbyć się całkowicie nieufności. I, na dodatek, nie pomaga świadomość, że BH i JB zabierają się za koncertowe wydawnictwo po opublikowaniu dwóch zaledwie studyjnych albumów.

No i co? Płyta się kręci, jedna, potem druga i trzecia – raz, drugi i piąty. Muzyka z wolna płynie do uszu. I z każdym kolejnym opuszczeniem ramienia gramofonu na rozbiegówkę robi się coraz piękniejsza. I nawet jeśli głowa broniła się przed tą myślą – dochodzę do rozbrajającej konstatacji, że mam do czynienia z bluesowym (czy tylko?) mistrzostwem świata: jest niespiesznie i niegwałtownie. Swingująco i po prostu bardzo smakowicie.
Najpierw

porywają mnie i nie chcą już puścić 

nagrania umieszczone na stronach B i C wydawnictwa: Close To My Fire, mój faworyt w tym zestawie – Rhymes, Something’s Got A Hold On Me, Your Heart Is Black As Night, Chocolate Jesus, Baddest Blues oraz Someday After Awhile (You’ll Be Sorry). A jak już porwą i parę razy przekonają o swej bezspornie wysokiej jakości i świetnym wykonaniu – droga do ufnego wsłuchania się w całość zostaje otwarta.

Potężny głos Beth Hart to coś, co wciąż zadziwia. Przecież – wydawałoby się – przy takim sposobie jego używania powinien słabnąć w miarę, jak mijają kolejne minuty koncertu, powinien zdradzać oznaki zużycia, bolesnego wręcz zniszczenia zmuszającego wokalistkę do coraz ostrożniejszego nim operowania, by w ogóle dotrwać do końca występu, a potem natychmiast rozpocząć kurację zdrowotną umożliwiającą za dzień lub dwa kolejne wyjście na scenę. Nic z tych rzeczy – to już wiem, znam, bo miałem radość oglądać dwa jej koncerty.

Zespół towarzyszący gra trochę inaczej niż stały band BH – mniej rockowo, nie ma tu dosypywania do pieca, więcej natomiast 

bluesowych wycieczek 

w stronę soulu, a nawet klimatów musicalowych (jak w Them There Eyes, klasyku, który miały w swym repertuarze Billy Holiday, Ella Fitzgerald czy Sarah Vaughan). Gitara Bonamassy zwykle oszczędna, ale wirtuozowska, sekcja bez zarzutu, do tego klawisze oraz tu i ówdzie stylowe dęciaki. 

I można by tak pozostać w zasłuchaniu, w zatopieniu się w te pulsujące nuty, raz po raz wręcz w zachwycie. W delektowaniu się szlachetnym trunkiem trochę przeszkadza świadomość, iż ten materiał – zamiast starczyć na dobre dwa lata, służyć do wielokrotnego sączenia w letnie i zimowe popołudnia czy wieczory – wtapia się w wielką górę wydawnictw sygnowanych nazwiskiem JB. Jest to jednak, mimo wszystko, wierzchołek tej góry, wszak w ostatnich trzech latach Dżej Bi nagrał dopiero trzeci album z Bi Ejcz. A to nie jest jeszcze nieznośnie przytłaczająca dawka.

(Beth Hart & Joe Bonamassa, Live In Amsterdam, 2014)

[W NaTemat: 15 lipca 2014]

W lazarecie pod wezwaniem JW III

lazaretto

Jack White wreszcie trochę zwolnił. Całe dwa lata kazał czekać na swój nowy album. Czy warto było?

[more]

Tak bardzo chciałbym, by mnie wreszcie zachwycił, oczarował. Bym z pełnym przekonaniem mógł powiedzieć, że nagrał materiał znakomity, porywający. Tymczasem znów czegoś mi brak. Niewiele, kropki nad „i”, tego czegoś, co sprawiłoby, bym poczuł się w pełni usatysfakcjonowany, dopieszczony.
Krążek jest 

kontynuacją Blunderbuss,

pierwszej jego solowej płyty z 2012 roku. Żadnych zaskoczeń – eksplorowanie klimatów panujących w rocku przed czterema, a nawet pięcioma dekadami nadal jest myślą przewodnią twórczości JW III, rejestrowanie materiału na starym, analogowym sprzęcie – również.

Lazaretto – lazaret, wojskowy szpital. Działający w polowych, trudnych warunkach. Linia muzycznego frontu przebiega gdzieś niedaleko, raz po raz słychać odgłosy wybuchów, starć – wpływy bardzo wielu wykonawców, zwłaszcza tych z lat 60. poprzedniego stulecia, mieszają się bezustannie, raz jedni, raz inni biorą górę. W lazarecie nie ma miejsca ani czasu na długi proces leczenia. Tu chodzi o życie – trzeba działać szybko, natychmiast – opatrywać najgorsze rany, łatać rozprutą skórę, wnętrzności, sklejać potrzaskane kończyny. Szyć niekoniecznie po mistrzowsku, warunki przecież dalekie od sterylnych, od klinicznej czystości, za to sprawnie i szybko. I zaraz pochylać się nad następnym pacjentem, następną pieśnią. 

Ta formuła chyba już pozostanie z White’em na zawsze: 

daleko od mozolnej pracy w studiu,

ciągłego siedzenia i poprawiania, wycinania i wklejania kolejnych implantów. Rokendrol w swej pierwotnej postaci: prostota lat 50. i 60., wręcz punkowy brud – tak ma być i koniec.

Zaczyna się porywająco – od numeru Three Women, natychmiast kojarzącego się z najlepszymi dokonaniami Atomic Rooster: charakterystyczne współbrzmienia organów Hammonda i gitary, przenikanie się organów i fortepianu – Vincent Crane uśmiecha się szeroko gdzieś z zaświatów: świetne otwarcie niespełna czterdziestominutowego albumu.


Po mniej oczywistym, a bardzo dobrym Would You Fight For My Love? mamy zeppelinowskie riffy toczące bój z pianem w duchu Keitha Emersona (High Ball Stepper).

Singlowy Just One Drink zaczyna się w stylu The Who, by zaraz rozlać się pomiędzy kamieniami szlachetnymi firmy The Glimmer Twins. Kolejne dwie pozycje na płycie znów dowodzą fascynacji rockmana tym, co ludowe i mejd in juesej. A po nich JW serwuje The Black Bat Licorice oraz I Think I Found The Culprit, ten drugi przywołujący ducha wspaniałych średniotempowych długasów Rolling Stones. I wreszcie – relatywne – wyciszenie i spowolnienie w Want And Able na koniec.

Moje ucho skupione wyłącznie na dźwiękach stoi w 

progu muzycznego szczęścia.

Słychać wyraźnie, że mamy do czynienia ze znakomitym materiałem, rewelacyjnymi piosenkami. Tyle że znów – tak jak na Blunderbuss – całość przypomina bardziej szkicownik niż efekt finalny. I tak bardzo mi żal, i bardzo mi to przeszkadza. Bo jestem przekonany, że niejedna z tych piosenek zostanie wzięta kiedyś na warsztat przez innych wykonawców, także – być może – mistrzów White’a. I oni uczynią z nich prawdziwe perły. Ale – powtórzę po dwóch latach – czemu, do cholery, nie sam White, jeśli ma wszystko, co do tego potrzebne?

[W NaTemat: 4 lipca 2014]

ARe you lonesome tonight?

rojek_skladam

Zmaterializował się solowy debiut Artura Rojka. W dwa lata po rozstaniu z Myslowitz, w rok po wydaniu przez zespół pierwszej płyty w nowym składzie.

[more]

Czy jest jakiś laryngolog, który odpowie, jakimi ścieżkami podąża ludzkie ucho?

Lato 76/

Całe życie było przed/Wracają pijani chłopcy/pamiętam ich cień. Powłóczyste nuty, męskie mormorando. O, k***a – zacytuję lidera z drugiej na płycie piosenki. – Waters and his Pink Floyd? The Final Cut, Włochy, Anzio 1944? Eric Fletcher, który nie wrócił z wojny, nigdy nie zobaczył małego Rogera? A w znanej już wcześniej Beksie dziecięcy, na odmianę, chórek – niczym w Another Brick In The Wall?

Litości, czy po iluś tam latach słuchania muzyki 

wszystko musi się kojarzyć 

i coś przypominać? Watersa, nieznośnie napuszonego, operowego i z wiekiem coraz bardziej pozbawionego rokendrolowych jaj nie cierpię, od dawna (ściślej: właśnie od 1983 roku) nie umiem w ogóle słuchać. Ale na przywołanie go w tym miejscu znajduję usprawiedliwienie już w samym tytule płyty Pana Artura. Zaś zarówno nazwisko Watersa, jak i kilku wymienionych niżej polskich twórców jest tutaj o tyle zasadne, że wszyscy oni – tak jak Rojek – byli lub są liderami bądź sztandarowymi postaciami macierzystych formacji, a ponadto pracowali albo nadal pracują na własne konto.

Rojek otwiera swój nowy rozdział. I z wielką ulgą starego fana stwierdzam, że jest O.K. Nie po to rozstał się z gitarowym zespołem, by solo robić dokładnie te same rzeczy. Ocalił jednak to, co najistotniejsze: umiejętne balansowanie

między popem i rockiem. 

Bo, udowadnia to kolejny raz, jest artystą – inteligentnym, utalentowanym, piszącym ładne piosenki i dobre teksty. Robota studyjna wyraźna, ale nienachalna. Aż prosi się o pytanie, kiedy wspólny projekt Rojka i Nosowskiej?

Składam się z ciągłych powtórzeń to krótka, trzydziestopięciominutowa płyta. Czerpiąca z muzycznych dokonań ostatnich lat, przetrawionych już nowinek brzmieniowych i realizacyjnych, bogata w klawisze i komputery. Niecofajaca się przed bardzo ryzykownymi nawiązaniami – niemal do techno, jak w Czasie który pozostał, czy też do muzyki tanecznej, na przykład w To co będzie. Rojek od razu jednak zdaje się wytrącać nam argumenty z ręki – na jednym oddechu, bez przecinka śpiewa: 

Trzymam dystans boję się

i dalej: To co będzie/powiem wprost/chcę i nie chcę/no i co/to chyba wszystko/a może nic/jestem głupi/miło mi.

Tak na gorąco – nie sądzę, że to wybitny album, a już na pewno pomyślany jest inaczej niż Obywatel G. C. Ciechowskiego. Może bardziej jak Puk Puk wspomnianej Nosowskiej, z którym osobiście nie radziłem sobie w chwili pojawienia się na rynku, a dziś uwielbiam. Rojek jest świadomy swych artystycznych sił. Bez zadęcia, 

z pewnością starego mistrza

ma odwagę pójść w stronę – pozornie – lekkich i łatwych piosenek (trochę jak Janerka na Plagiatach). I dziś wydaje mi się, że ma rację, że do tej muzyki będziemy z przyjemnością wracać także za parę lat. Płyta jest zwartym zbiorem mądrych piosenek, a to naprawdę niemało. 

(Artur Rojek, Składam się z ciągłych powtórzeń, 2014)

[W NaTemat: 7 kwietnia 2014]

Na tropach Trupy Trupa

tt

Muzyka Trupy Trupa (trudno o pełniejszą życia nazwę, prawda?) ujęła mnie od pierwszych sekund. Każdy nałogowo konsumujący muzykę zna takie uczucie: słucha czegoś wcześniej sobie nieznanego i „kupuje” to natychmiast. Gęba śmieje się od ucha do ucha. I, co zrozumiałe, próbuje tę muzykę odnieść do czegoś, co już zna. Te tropy czasem są oczywiste, innym razem nie całkiem.

[more]

Lenny Valentino i psychodelia

Profesor Aleksander Wilkoń, z którym jako student miałem zajęcia, powiedział kiedyś, że poeci czasem nie wiedzą, co piszą. Recenzenci natomiast (to już inna opinia) doszukują się czegoś, czego w dziele – literackim, malarskim, muzycznym – nie ma. Ale tak jak wszystko, co jest wytworem ludzkiego większego lub mniejszego talentu, nie powstaje w próżni, tak próbujący to opisać nieuchronnie szukać będą punktów odniesienia do tego, co zrodziło się wcześniej.

Album ++, od którego zaczęła się moja znajomość z muzyką zespołu, otwiera I Hate. Od razu dopadają mnie trójmiejsko-śląskie – i najlepsze – skojarzenia: Lenny Valentino, czyli projekt muzyków m.in. Myslovitz, Ścianki i Negatywu, a ponadto Radiohead. Następny numer – Felicy – przywodzi na myśl wczesny Pink Floyd. I z tymi porównaniami zostaję już do końca płyty

Jest oldskulowo, psychodelicznie – dorzucić należy jeszcze Doors oraz Velvet Underground – i onirycznie. Pięknie. Wracamy do źródeł – lat sześćdziesiątych, gdy dobry riff znaczył szczególnie wiele, a jednocześnie rock coraz częściej przechodził na mroczną stronę mocy. Gdy sięgnąć po pierwsze duże wydawnictwo TT, nie sposób nie dostrzec też wpływów punka.

Poeta przed mikrofonem

to nie pierwszyzna, choć ciągle wyjątek potwierdzający regułę. Grzegorz Kwiatkowski (rocznik 1984), frontman kapeli, ma na swym koncie kilka tomów wierszy, romanse z teatrem i operą – i wiele nagród. Pewnie porównania do Marcina Świetlickiego i Świetlików byłyby w pełni zasadne, gdyby nie fakt, że Kwiatkowski śpiewa najczęściej po angielsku. Z jednej strony możemy nad tym ubolewać, bo tu Polska i łatwiej przecież dotrzeć do ludzi z przekazem w rodzimej mowie, a z drugiej angielszczyzna jest zdecydowanie znakiem czasu, o wiele bardziej wyrazistym niż zaraz po przełomie 1989 roku i powszechnie dziś stosowanym przez młodych wykonawców.

 

Trójmiasto, niegdysiejsze okno na świat i wciąż wspaniały, wielokulturowy tygiel,

kolebka bigbitu,

raz po raz wypluwa z siebie coś, nad czym nie sposób przejść obojętnie. Coś dalekiego od wizerunków gwiazd wymyślonych przy biurkach i w studiach nagraniowych, gwiazd jednej pory jednego roku, o których w następnej porze roku już nikt nie pamięta.

Trupa Trupa nie miała, nie ma i nie będzie miała lekko. Na przychylność kolorowych mediów nie ma co liczyć, gra zbyt, za przeproszeniem, trudną muzykę. A że takich jak ona wykonawców jest na szczęście więcej, rodzi się pytanie, czy miejsce w szerokiej czołówce ogromnego peletonu wystarczy, by się przebić i zaistnieć w świadomości szerszej publiczności.

Trupa Trupa to dziś Grzegorz Kwiatkowski – g, voc, Wojciech Juchniewicz – b, g, voc, Rafał Wojczal – org, g, voc i Tomasz Pawluczuk – dr. Na dorobek kapeli składają się EPka z 2010 roku i dwa albumy: LP z 2011 i ++ z 2013, z gościnnym udziałem Mikołaja Trzaski (ex-Miłość) i Tomasza Ziętka, udział w Open’erze 2012, OFF Festivalu i Ars Cameralis – w 2013 roku. Ponadto TT jest dwukrotnym laureatem nagrody Gazety Wyborczej „Sztorm Roku” (za oba albumy), a kawałek Take My Hand znalazł się na na jednym z Trójkowych albumów z cyklu „Offensywa”.

Informacją jeszcze gorącą jest ta, że kwartet pracuje obecnie nad nowym albumem, jest już w połowie tego procesu, zaś premiera będzie miała miejsce prawdopodobnie wiosną przyszłego roku. Nadstawcie ucha,

zapamiętajcie tę nazwę,

sprawdźcie na żywo, jeśli zespół pojawi się gdzieś blisko Was. Jest dobrego grania w Polsce naprawdę dużo, toteż nie mam złudzeń, że wszystko pomieści się na niewielkim rynku, a tym bardziej w naszych głowach. A jednocześnie, jako niemłody już człowiek, wiem – i stwierdzam to nieraz z wielkim żalem – jak wielu ciekawych i dobrze zapowiadających się wykonawców przepadło w mrockach dziejów. Niech więc Trupa Trupa trzyma się dzielnie na pokładzie. A my nie pozwólmy jej zatonąć.

P.S. Za zgodą zainteresowanych pozwalam sobie zamieścić link do oficjalnej strony zespołu i przy okazji nagrań: http://trupatrupa.com/%5Dhttp://trupatrupa.com/

[W NaTemat: 26 marca 2014]

Apetyczna destrukcja

gnr

Lata 80. to trudny okres dla rokendrolowego mainstreamu. Deep Purple rozwiązali się jeszcze w 1976 roku, Led Zeppelin po śmierci Johna Bonhama w 1980 roku też dali sobie spokój. Black Sabbath pokazali nowe oblicze z Dio jako wokalistą, AC/DC po najlepszym w swym dorobku „Back In Black” (1980) wyrażnie obniżyli loty. Z używkami nie poradził sobie Phil Lynott, lider Thin Lizzy, i zmarł przedwcześnie w 1986 roku. Osobiście byłem świadkiem zmierzchu Nazareth, UFO i Budgie – z ich koncertów w Spodku na początku tamtej dekady trudno było wynieść szczególnie ciepłe wspomnienia.

[more]

A pragnienie, by pojawiła się jakaś 

nowa siła

zdolna nawiązać do najlepszych gitarowych dokonań poprzedniego dziesięciolecia, było wśród miłośników rocka wielkie. I kimś takim okazała się niełatwa do polubienia, a tym bardziej pokochania, formacja Guns N’Roses. 

To był 1987 rok. Welcome To The Jungle, pierwszy kawałek, jaki dotarł do uszu słuchaczy, nieźle narozrabiał w niejednej głowie. Axl Rose ze swoimi obcisłymi krótkimi spodenkami wzbudzał mieszane uczucia, ale gdy przestawaliśmy się wpatrywać, a oddawaliśmy tylko słuchaniu, robiło się znacznie przyjemniej. Bo jazda była bardzo do przodu, a ostry wokal kojarzył się nieodparcie i najlepiej jak mógł – z mistrzem Robertem Plantem. 

Przyznam, że kolejnych płyt zespołu jakoś nie potrafiłem w pełni zaakceptować. Fani byli jednak innego zdania – zwłaszcza albumy Use Your Illusion I i II (1991) sprzedawały się świetnie i ugruntowały pozycję GnR na rynku. Tym bardziej znudziły mnie późniejsze 

bezustanne przepychanki personalne,

kłótnie, rozstania – a pomiędzy nimi kolejne ostateczne terminy wydania nowego albumu. Z klasycznego składu ostał się tylko Rose. Nie wytrzymywali z nim ani kumple muzycy, ani rozczarowani fani. Dopiero w 2008 roku światło dzienne ujrzał krążek Chinese Democracy.

Debiut fonograficzny był jednak cholernie mocny, a siła zespołu rosła wraz z kolejnymi trasami koncertowymi.  Wymiatanie w roli supportu przed The Cult czy Mötley Crue, a potem już samodzielne koncerty uczyniły z kapeli gwiazdę pierwszej wielkości. Narastały też napięcia wewnątrz zespołu i problemy z narkotykami.

Szkoda, że wielki potencjał tkwiący w muzykach nie przełożył się na skalę dokonań, bo rozdział, jaki grupa miała do zapisania w historii rocka, wydawał się znacznie poważniejszych rozmiarów.

Apetyt, z wynikiem dwudziestu ośmiu milionów egzemplarzy, pozostaje jednak wciąż najlepiej sprzedającym się debiutem fonograficznym wszechczasów, a rokendrolowa destrukcja pod wodzą Axla i Slasha – świetnego gitarzysty, autora linii gitary w m.in. Black Or White i Give In To Me Michaela Jacksona, a później członka Velvet Revolver – nadal robi wielkie wrażenie.

(Guns N’Roses, Appetite For Destruction, 1987)

[W NaTemat: 16 marca 2014]

 

 

Epitafium na dworze karmazynowego króla

king_crimson_1

Jeśli przed laty jakaś grupa szczególnie wymykała się z szuflady z napisem „rock symfoniczny” czy też „progresywny”, do której zwyczajowo ją wkładano, z pewnością chodzi o King Crimson.

[more]

Niespokojny duch, kameleon,

gitarzysta, lider tej kapeli, Robert Fripp, szukał bezustannie. Składy więc ciągle się zmieniały, zmieniało się instrumentarium, zmieniali się wokaliści. Zakres stylistyczny, w jakim poruszał się zespół, też był wyjątkowo szeroki – od hard rocka, poprzez patenty progresywne, aż po rozwiązania charakterystyczne dla muzyki poważnej czy jazzu. No i ten kompletny odjazd w 1981 roku, gdy KC w jedyny w swoim rodzaju sposób (na [i]Discipline[/i]) wyprzedzili o parę lat wszystko, co działo się w rocku. 

Ten 

rozrzut stylistyczny

dotyczy już debiutanckiego krążka – In The Court of The Crimson King – wydanego w 1969 roku. Otwierający płytę 21st Century Schizoid Man to znakomity, oparty na hardrockowym riffie kawałek wzbogacony partią instrumentów dętych. Najdelikatniej jak można sobie wyobrazić tkane są balladowe i zarazem psychodeliczne I Talk To The Wind oraz Moonchild. Tyle że, bagatela, w tym drugim utworze wszystko się rozjeżdża: raz w stronę freejazzowych improwizacji, a w innym miejscu (tu sięgam do „Rock encyklopedii” Wiesława Weissa) Weberowskiego punktualizmu. No i wreszcie mamy klasykę rocka symfonicznego, dwie pozycje nawiązujące do muzyki symfonicznej z XIX stulecia, w których dominują partie melotronu: tytułowa oraz Epitaph.

Najcelniej zdefiniował muzykę zespołu sam Fripp: „Podstawą twórczości King Crimson jest zorganizowana anarchia: wyzwalanie potężnych sił chaosu, a następnie szukanie dróg powrotu do stanu równowagi”. 

Na tym arcydzielnym bez wątpienia albumie po raz pierwszy pojawia się też jeden z moich szczególnie ulubionych głosów – 

Greg Lake.

Tu jeszcze jako pełnoprawny członek zespołu, rok później, na bliźniaczym albumie In The Wake of Poseidon, już jako gość. Bo po drodze zdążył stać się członkiem supertria Emerson, Lake & Palmer.

(King Crimson, In The Court of The Crimson King, 1969)

[W NaTemat:   lutego 2014]

Magnificent Muttley – starym szlakiem w nowych butach

mm_little

Twórczość to nie jest pole dla pokornych. I Magnificent Muttley nie są pokorni. Są ambitni, ale jednocześnie bardzo normalni. Sami mówią, że nie chcą być do nikogo porównywani, pragną odcisnąć swój ślad – i niekoniecznie tylko w polskim rocku.

[more]

Pytani o

publiczność

na koncertach odpowiadają, że to taki ciekawy zestaw: obok ich rówieśników – panowie w wieku czterdziestu, pięćdziesięciu lat. No, jasne! – przytakuję. Sam jestem takim „50” z małym już plusem i słucham MM z radością. Bo chociaż chłopaki muszą mieć w sobie dość (dobrze pojętej) bezczelności, by tak grać w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, by – z młodzieńczą nonszalancją – odżegnywać się od tego, co było przed nimi, ludzie z podobną do mojej metryką nieuchronnie usłyszą w ich muzyce to, na czym się sami wychowywali. MM nie wzięli się z księżyca, nie grają na jakiejś pustyni. Grają tu i teraz swoją muzykę, która wpisuje się wyraźnie w określoną

tradycję muzyczną.

Określoną i – najlepszą. Ich drugie wydawnictwo, Little Giant – EPka z dwoma nowymi nagraniami oraz trzema utworami z debiutanckiego albumu zarejestrowanymi na żywo – dowodzi samych dobrych rzeczy. Pochylenia nad rokendrolowym sacrum, zwłaszcza w wydaniu trzyosobowym – czyli Cream i Jimi Hendrix Experience (choć nie tylko). Dowodzi znacznie więcej niż dobrego już warsztatu wszystkich trzech młodych panów. Wreszcie – sporej inwencji, świeżości, potężnego ładunku energii, jaka zawarta jest w tej muzyce.

Płytkę otwiera

rewelacyjny Winter.

Jak ubiegłoroczny krążek Queens of The Stone Age … Like Clockwork wdarł się do mojego serca i zostanie tam na zawsze, tak podobne emocje budzi we mnie numer MM. Kapitalne splątanie tradycji z nowoczesnością. Weapon of Choice jest, jakże by inaczej, z tej samej bajki. Na dokładkę mamy kolejny – po wielu materiałach dostępnych w internecie – dowód na to, że na żywo trio radzi sobie co najmniej tak samo dobrze, jak w studiu. Trzymam za nich kciuki. I trzymam za słowo, że w 2014 ujrzy światło dzienne pełnowymiarowy album. Trzymam, bo chcę więcej. Mam nieodparte wrażenie, że Magnificent Muttley dołączą do grona tych grup, które mocno wystartowały, a swój szczyt osiągnęły w okolicach trzeciego albumu, jak choćby – sięgając po przykłady ze świata – U2 czy Kings of Leon albo – w Polsce – Hey (?). A może już drugiego, jak np. Nirvana. Więc Panowie – osiągnijcie i zostańcie tam na dłużej.

(Magnificent Muttley, Little Giant, 2013)

[W NaTemat: 11 stycznia 2014]

E.C. is here

crossroads

Kiedy wiosną sięgałem do portfela, by cząstkę jego zawartości zamienić na „Starą skarpetę”, jeszcze tego nie mogłem przewidzieć. Także nie wtedy, gdy przed występem Erica Claptona w Łodzi częściej niż zwykle jego płyty lądowały w domowym odtwarzaczu.

[more]

Nawet jeśli jest w tym – moich tegorocznych zakupach płyt z jego udziałem –

niemało przypadku,

to w sumie, stwierdzam w ostatnich dniach roku, bardzo przyjemnego. Najpierw zremasterowane wydanie jedynego albumu Derek and The Dominos, trochę później Old Sock, w czerwcu zaliczyłem bardzo dobry koncert, na który czekałem jak na żaden inny, w dwóch podejściach – w odstępie, bagatela, trzydziestu czterech lat. Po śmierci JJ Cale’a wyszperałem w regałach katowickiego MM The Road To Escondido i zakochałem się od pierwszego słuchania.

Wciąż zaglądając do przegródki z napisem „Cream” w tym samym MM lub S, w końcu złapałem w ręce dwupłytowy, zremasterowany Gold. Za kwotę tak śmiesznie niską, że grzechem byłoby ten album – mimo że nie katalogowy, nie kanoniczny – z rąk wypuścić. I teraz, w grudniu, jeszcze raz E.C. – Crossroads. Eric Clapton Guitar Festival.

Dwa kompakty

dawka muzyki równa czterem analogom. Czuję coraz wyraźniej, jak po latach znów mocniej skręcam w stronę bluesa, a jeszcze bardziej rocka nasączonego potężną dawką bluesa. Na dodatek to bardzo przyjemne uczucie, gdy każde kolejne odsłuchanie albumu sprawia więcej radości, gdy ta muzyka mości sobie miejsce w głowie, łapie za serce. Kołysze jak żadna inna.I nie chcę innej. Nic tak mi nie smakuje, nic tak cudownie nie rozpływa się po podniebieniu, jak gitary, bas i perkusja. Pod jednym wszakże warunkiem: musi być w tym swing.

Łojenie Cream, zwłaszcza na żywo, to jeden z kilku pokrewnych

wzorców z Sevres 

ostrego grania (razem z Hendriksem i Led Zeppelin), szalonych improwizacji, jazdy bez trzymanki. I, oczywiście, z bluesem we krwi  każdego muzyka. Dwaj slowhandzi – Cale i Clapton – to druga strona tego samego medalu. Luz, lekkość, oddech, prostota – ale z tych przynależnych mistrzom. I, oczywiście, puls, swing.

I to wszystko jest na Crossroads, rejestracji wybranych fragmentów czwartej już edycji Guitar Festival. W dwa kwietniowe wieczory w Madison Square Garden na scenie pojawiło się tylu znakomitych muzyków, że można by nimi obdzielić nie jedną, a co najmniej kilka znaczących imprez. Obok gospodarza koncertów – Booker T., Robert Cray, John Mayer, Gary Clark Jr., Buddy Guy, Allman Brothers Band, Taj Mahal, Jeff Beck, Warren Haynes, Keith Richards, Andy Fairweather Low i wielu innych.

W showbiznesie dziś dzieje się nieprawdopodobnie dużo. Ukazuje się tak 

nieprzyzwoicie dużo płyt,

że wciąż trzeba robić ze trzy kroki wstecz, by – mając głowę nabitą dźwiękami – nie zwariować i nie zbankrutować. Pisałem o tym już parę razy, ale powtórzę (obiecuję, że ostatni raz w tym roku): coraz mniej uwiera mnie świadomość, że szczególnie sobie upodobałem te mniej więcej dwadzieścia lat między 1955 a 1975 rokiem, kiedy wydarzyło się właściwie wszystko, co w rokendrolu istotne. Coraz mniej, bo mocno trzymają się ci, co tworzyli i wciąż tworzą takie właśnie nuty, bo na ich koncertach wiwatują tłumy, a nie dinozaurowate niedobitki, bo kolejne płyty znajdują tysiące, miliony nabywców. Nie jestem więc sam ze swoimi upodobaniami, co – nie ukrywam – bardzo mnie uspokaja. 

Wracając na koniec do 

Crossroads

to wydawnictwo dla tych, których muzyczne radary ustawione są na przełom lat 60. i 70. Prawie sto sześćdziesiąt minut bluesowej uczty. Trudno je ogarnąć w krótkim tekście. Ale chyba nie ma szczególnej potrzeby, po co przynudzać pisaniną. Szybko tylko wymienię, co wprawia mnie w największy zachwyt: She’s Alright – Doyle Bramhall II i Gary Clark Jr., Queen of California – John Mayer, Next Door Neighbor Blues oraz When My Train Pulls In – Gary Clark Jr., Congo Square – Sonny Landreth i Derek Trucks, Change It – John Mayer i Doyle Bramhall II, The Neddle and The Damage Done oraz Midnight Rider – Allman, Haynes i Trucks, Got To Get Better In A Little While – Eric Clapton. Czyli chyba połowa całego materiału. Ale sprawdźcie lepiej sami.

(Crossroads. Eric Clapton Guitar Festival, 2013)

[15 grudnia 2013]

Profan w świątyni – Led Zeppelin po raz trzeci

lz_iii1

Jak dobrze, że nikt ze starych fanów nie musi już odpowiadać na pytanie, którą płytę Cepów lubi najbardziej. Jak dobrze, że nie grozi mi podróż na bezludną wyspę i nie muszę decydować, które płyty zabrać, a na które zabraknie miejsca w bagażu. Dziś każdy, kto ma na to ochotę, może za równowartość 4,50 euro nabyć dowolny katalogowy, pojedynczy album grupy. W dodatku zremasterowany. Coś, co kiedyś było dla większości z nas nieosiągalne, leży teraz praktycznie na podłodze – tylko się schylić.

[more]

Wzruszyłem się jesienią ubiegłego roku, oglądając na dużym ekranie zabrzańskiego Multikina 

Celebration Day

i patrząc na niemłodych, ale szczęśliwych trzech oryginalnych członków zespołu oraz nie mniej szczęśliwego syna czwartego. I nie myślałem wtedy o tym, że ich początki nie były usłane wyłącznie różami. Bo niby od razu zdobyli uznanie, pierwsza wyprawa za ocean uczyniła z nich gwiazdy, a jednocześnie w rodzinnej Anglii nie chciano ich – wykonawców – wpuścić do klubu, bo nie mieli założonych krawatów…

*

Pisanie o płytach Led Zeppelin, choć kuszące, jest jak dotykanie sacrum – „tylko” rockowego, jednak sacrum bezdyskusyjnego. Ale co tam! Love is blindness – ponad osiem dioptrii w jednym i drugim oku. Kwartet na tym krążku dał wyraz swej fascynacji muzyką amerykańską, a ja nie mogę – któryż to już raz – wyrazić swego uwielbienia dla dzieła kapeli?

Immigrant Song

na zawsze już pozostanie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa. Powiem: na szczęście, bo gdyby nie pocztówka braci, to bliską znajomość z całą płytą zawarłbym dopiero w… 1982 roku. Otwierający album kawałek to – jeden z wielu w przypadku LZ – ekstrakt najdoskonalszego gitarowego łojenia. Mniej niż sto pięćdziesiąt sekund. Są takie kapele, które w trzeciej minucie wychodzą dopiero z intro, a tu jest wszystko, o co chodzi w rokendrolu.

Since I’ve Been Loving You

pokochałem raz na całe życie. Porywający, przejmujący numer. Klasyczny  sposób podejścia rockowej kapeli do bluesa. Od kilku lat podstawowy sygnał w mojej komórce. Możecie ten kawałek zagrać w czasie mojego pogrzebu. Jeśli nie cały umrę, słysząc go, na pewno będę szczęśliwy.

Cóż jeszcze? P

Jakby prosto z Południa USA wzięte staroangielskie Gallows Pole, przepiękna Mandarynka, bezzębni Murzyni kłaniają się w – nomen omen – Hats Off To (Roy) Harper. Folkowe That’s The Way z cudownie zaplecionymi country’owymi nutami.

Mnóstwo właściwie akustycznego grania. Ten, kto wymyślił koncerty

unplugged,

chyba zakochany był w tej właśnie płycie. Bardzo młodzi ludzie – najstarszy Page miał dwadzieścia sześć, Jones dwadzieścia cztery, Bonham i Plant po dwadzieścia dwa lata – znaleźli sposób na nagranie kolejnego genialnego materiału, na przejście do historii muzyki. Czy tylko rockowej, rozrywkowej, czas pokaże. Piszę te słowa, mając oczywiście omawiany krążek w odtwarzaczu. I kolejny raz ściśnięte gardło. Tak jest od lat i tak już będzie zawsze.

(Na talerzu lub w szufladce: Led Zeppelin, III, 1970)

[11 grudnia 2013]

Joni Mitchell – urocza kosmitka w objęciach Martyny Jakubowicz

jakubowicz_burzliwy

Granie cudzych kawałków jest stare jak świat. W Polsce uwieczniono w postaci nagrań płytowych sporo takich projektów. Śpiewano m. in. pieśni Okudżawy, Zembaty nagrał krążek z utworami Cohena, bluesowa ekipa zarejestrowała „Tribute to Eric Clapton”. Śmietana sięgnął po Hendriksa, Turnau wziął na tapetę piosenki Starszych Panów i Grechuty, Raz, Dwa, Trzy – Osieckiej i Młynarskiego, Sojka – Osieckiej i Niemena. Efekty, jak to z coverami bywa, są różne: od zachwycających po takie sobie.

[more]

Martyna Jakubowicz doczekała się

hołdu

w postaci 30-tych urodzin. Sama natomiast sięgnęła parę lat temu po utwory mistrza, wydając płytę Tylko Dylan (2005), a ostatnio na rynku pojawił się album, na którym wykonuje piosenki Joni Mitchell. Powiem tak: jakie to ładne sąsiedztwo na moich półkach z płytami – Jakubowicz i Janerka. Płyty obojga kupuje się w ciemno, natychmiast. Jeśli jest w tym zawarte jakieś ryzyko, to na pewno niedotyczące poziomu artystycznego.

Posłuchaj Marta, Kłopoty to jej specjalność, Tyle zalet miał – to był początek, 1982 rok. A w styczniu następnego nagrała swój pierwszy album – Maquillage – z udziałem znakomitych muzyków: Nowaka i Niekrasza (TSA), Ryszki (Krzak), Bierzniewskiego i „Skiby” Skibińskiego (Kasa Chorych).

Kiedy będę starą kobietą

i W domach z betonu nie ma wolnej miłości z tekstami pierwszego męża, Andrzeja Jakubowicza, to klasyka polskiego rocka.

Parę lat starszy, w 1992 roku byłem na jej koncercie w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Skład znów powalający: Waglewski, Piotrowski, Głuch, Rękosiewicz, Pospieszalski, Rusek, Korecki. To był znakomity koncert i z wielką radością odnotowałem fakt, że ukazał się na dwupłytowym wydawnictwie Kołysz mnie. Od tamtej pory nie miałem wątpliwości, że MJ należy do moich szczególnie ukochanych artystów. To przeświadczenie ugruntował kolejny, bardzo dobry album: Dziewczynka z pozytywką Edwarda (1995).

Później o Pani Martynie zrobiło się ciszej, by nie rzec – cicho. Jednakże gdy dowiedziałem się, że nad płytą z piosenkami Dylana pracuje wspólnie – znów – z Wojciechem Waglewskim, byłem pewien, że jest na co czekać. I nie pomyliłem się.Teraz, po kolejnych ośmiu latach, sięgnęła po inną ikonę muzyki drugiej połowy XX wieku, a w tekście umieszczonym na okładce płyty nazwała ją uroczą kosmitką –

Joni Mitchell.

Śpiewanie coverów takich gigantów to zadanie karkołomne i niezwykle ryzykowne. Dlatego że wcześniej brali się za to inni giganci sceny rockowej, folkowej i popowej. Dlatego że te utwory wciąż żyją, stanowiąc kamienie milowe tej muzyki, nawet jeśli tu, między Odrą a Bugiem, nie do końca jesteśmy świadomi skali tego zjawiska. W dodatku Jakubowicz porwała się nie na pojedyncze utwory, lecz postanowiła nagrać całe płyty.

Skalę talentu MJ można mierzyć na różne sposoby. Jednym z nich jest umiejętność dobierania sobie współpracowników. Pani Martynie się nie odmawia, nie odmawiają najlepsi – Wojciech Waglewski czy, teraz, Marcin Pospieszalski – biorący na siebie główny ciężar pracy polegający na nowych aranżacjach piosenek. I oto, łapiąc się za bary z Himalajami muzyki rozrywkowej, tworzą zupełnie nową jakość. Przed ośmiu laty dostaliśmy Dylana, ale i Jakubowicz, dziś mamy Mitchell, lecz również wspaniałą Jakubowicz. A ponadto Andrzeja Jakubowicza, wielkiego majstra od tekstów, który równie świetnie jak sam pisze, potrafi też wziąć się za tłumaczenia.

Kobiecie do metryki zaglądać nie wypada, ale upływu czasu ukryć się nie da. Tymczasem

głos Martyny Jakubowicz

jest wciąż krystalicznie czysty, nadal znaczony świetną dykcją. I ciągle, jak przed laty, wysoki. Po prostu młody.Tegoroczna jesień w naszym kraju to wysyp płyt śpiewających dam: Edyty Bartosiewicz, Anity Lipnickiej, Ani Rusowicz, Misi Furtak (Tres b). Dla mnie jednak nowy album najważniejszej, obok Katarzyny Nosowskiej, wokalistki w historii polskiego rocka jest bezkonkurencyjny. I urzekająco piękny – od pierwszej do ostatniej nuty.

(Na talerzu lub w szufladce: Martyna Jakubowicz, Burzliwy błękit Joanny, 2013)

[28 listopada 2013]