Bryan Ferry: arbiter elegantiarum

ferry_avonmore

Jest elegancko. Bardzo – pachnie starą Anglią. Złe myśli zostawiamy w przedpokoju, brzydkie słowa, które cisną się czasem w ciągu dnia na język, wpychamy głębiej w kieszenie. Podchodzimy na palcach, najciszej jak się da, do miękkiego fotela i z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni zamieniamy się w słuch.

[more]

*

Wśród zaproszonych do nagrania płyty muzyków Marcus Miller – wirtuoz gitary basowej, współpracownik m.in. Milesa Davisa, Nile Rodgers, Nile Hubbard czy Mark Knopfler.  Na okładce czarno-białe zdjęcie – prawy profil eleganckiego, ubranego w marynarkę mężczyzny. Nowy album zatytułowany Avonmore? A może pierwsza po rozpadzie Roxy Music solowa płyta Bryana Ferry’ego Boys and Girls z 1985 roku (rewers książeczki)? Okazuje się, że i jedno, i drugie.
Jeden z 

gigantów rocka

nigdy nie miał problemu z doborem współpracowników. Wymienione wyżej nazwiska, a także wiele innych znakomitych, pojawiają się stale w opisach krążków BF. Temu panu się nie odmawia. W przypadku tegorocznego wydawnictwa wspomnieć jeszcze należy przynajmniej Johnny’ego Marra (gitarzystę The Smiths), Flea (basistę Red Hot Chili Peppers) i Steve’a Jonesa (Sex Pistols).

Jeśli mówić o stylistycznych zmianach „na osi czasu”, gdy chodzi o najstarszą i starą gwardię, to bardzo proszę takie, jak w przypadku Roberta Planta. Stanowczo „nie” mówię natomiast temu, co serwują dziś U2. Od tego drugiego zdecydowanie bardziej wolę 

zatrzymanie w przestrzeni,

jakie proponuje Ferry. Upływają już dziesiątki lat, a on właściwie w ogóle się nie zmienia – i w żadnym wypadku nie czyniłbym z tego zarzutu. (Aczkolwiek o tej niezmienności też można dyskutować – bo choćby w 2012 roku wydał album The Jazz Age z jazzowymi opracowaniami utworów Roxy Music).

Głos mistrza, któremu w przyszłym roku stuknie siedemdziesiątka, nigdy do atawistyczno-rokendrolowych nie należał, teraz może jeszcze nieco osłabł, z lekka zmatowiał, ale zachował owe cudowne i natychmiast rozpoznawalne vibrato. A muzyka… Cóż, ta selektywność, czystość brzmienia nigdy nie kojarzyła mi się z chłodnym i wykoncypowanym dziełem powstającym w sterylnym laboratorium. Raczej – z ciepłym, przytulnym wnętrzem living roomu. Wygodnym, przestronnym, w którym chce się spędzać czas, a już zwłaszcza wieczory.

Jest elegancko. Bardzo – 

pachnie starą Anglią.

Złe myśli zostawiamy w przedpokoju, brzydkie słowa, które cisną się czasem w ciągu dnia na język, wpychamy głębiej w kieszenie. Podchodzimy na palcach, najciszej jak się da, do miękkiego fotela i z kieliszkiem czerwonego wina w dłoni zamieniamy się w słuch. Jak on to, do diaska, robi?! 

Ferry bez wątpienia posiadł raz na całe życie patent na wymyślanie pięknych melodii i dar perfekcyjnego, porażająco lekkiego ich aranżowania. W zasadzie moglibyśmy powycinać z tych utworów dowolne, okołopięciosekundowe fragmenty i bez pudła stwierdzić, że tak grać może tylko on. Wszystko ustawione precyzyjnie i kunsztownie jak w najwyższej klasy szwajcarskim zegarku, ale przecież produkcja wyraźnie pełni tu rolę służebną wobec odwiecznych zasad muzyki: melodii i harmonii.

Wyłączcie telewizory, dajcie spokój z wiadomościami,  nie kłóćcie się ze swoimi najbliższymi. Oddajcie się we władanie [i]Avonmore[/i]. Świat jeszcze nie całkiem zwariował, jeśli wciąż powstają takie płyty, takie piosenki.

(Bryan Ferry, Avonmore, 2014)

[W NaTemat: 23 listopada 2014]

Royal Blood: i polała się krew…

royal_blood

Panowie łoją aż miło. Dziesięć kawałków, które składają się na debiutancki album, niespełna czterdzieści minut muzyki, nie pozostawiają wątpliwości co do nieokiełznanej inwencji duetu. Uwielbiam taki gitarowy masaż – prosty, ale kipiący zaraźliwą energią.

[more]

*

Muzyka elektroniczna umożliwiła przebywanie na scenie jednego tylko człowieka otoczonego baterią syntezatorów i komputerów (niemiecki kwartet Kraftwerk podejrzewano nawet o to, że potrafi dawać dwa koncerty w tym samym czasie w różnych miejscach, ustawiając za instrumentami kukły członków zespołu). Ale rokendrol kojarzył nam się przez całe lata z aktywną obecnością przynajmniej trzech ludzi.

Elektronika w służbie gitar

funkcjonuje już jednak od dawna, rozliczne przystawki powodują, że jeden gitarzysta potrafi jednym naciśnięciem stopy zbudować potężną ścianę dźwięku. W ślad za White Stripes powstaje więc coraz więcej dwuosobowych zaledwie formacji, co na etapie realizacji studyjnych niczym szczególnym jeszcze nie jest, ale gdy dwóch ludzi wychodzi przed publiczność, by dać pełen ognia rockowy koncert, zaczynamy się nad tym wszystkim zastanawiać intensywniej.

* * *

Przed laty zadziwiała bluesową publiczność w naszym kraju dwuosobowa kapela After Blues, w której basista Leszek Piłat i gitarzysta Waldemar Baranowski obsługiwali jeszcze nogami – skromne siłą rzeczy – zestawy perkusyjne. Z czasem – jeśli dobrze pamiętam – cały ten dodatkowy obowiązek wziął na siebie Piłat, który ponadto śpiewał, grał na basie i harmonijce ustnej.

* * *

Formacja Royal Blood, której debiutancki album trafił do sklepów 25 sierpnia, interesująca jest z niejednego powodu. W składzie ma bowiem… 

basistę i perkusistę,

co samo w sobie już jest zaskakujące, uwzględniwszy dawkę zdrowego łojenia, jaką nas raczy. Ponadto jest grupą brytyjską, co ze wszech miar zasługuje na uwagę, ponieważ o ile w USA hard rock trzyma się mocno i – ze szczególnym uwzględnieniem grunge’u – nigdy nie odszedł w zapomnienie, o tyle w Wielkiej Brytanii opanowanej przez brit pop radził sobie znacznie gorzej, a kapel typu The Union było i ciągle nie jest za dużo.

Coś się jednak – najwyraźniej – zmienia. Vintage, po długim okresie fascynacji brzmieniem lat 60., coraz częściej kojarzy się teraz z następną dekadą, która upłynęła pod gitarowym znakiem Led Zeppelin, Deep Purple czy Black Sabbath.

Kapele czerpiące z dorobku wymienionych wyżej oraz wielu innych tuzów bluesowo-rockowego grania z przełomu tamtych dziesięcioleci mnożą się jak grzyby po deszczu pod wszystkimi szerokościami geograficznymi. Co najmniej przyzwoite umiejętności techniczne, dostęp do wysokiej jakości instrumentów oraz porządnie wyposażonych studiów nagraniowych powodują, iż efekt finalny w wielu przypadkach jest bardzo interesujący i zasługujący na uwagę fanów.

Co pozostaje, gdy 

zrezygnować z gitary?

Gdy odrzucić całą finezję, jaką przynieść może jej wykorzystanie na odpowiednio wysokim poziomie, nie mówiąc już o możliwościach wirtuozów tego instrumentu? Okazuje się, że całkiem sporo – owa redukcja instrumentarium przywodzi na myśl prostotę rokendrola z lat 50. Jednocześnie przystawki robią swoje – brzmienie jest gęste, potężne, wcale nie odczuwamy tu jakiejś dziury. Musi być jednakże spełniony jeden, za to niezwykle istotny warunek.

Muzyka Royal Blood skrzy się od pomysłów. Pędzi do przodu niczym rollercoaster, obficie częstując nas – no właśnie – 

świetnymi riffami.

Panowie łoją aż miło. Dziesięć kawałków, które składają się na debiutancki album, niespełna czterdzieści minut muzyki, nie pozostawiają wątpliwości co do nieokiełznanej inwencji duetu. Uwielbiam taki gitarowy masaż – prosty, ale kipiący zaraźliwą energią.

Nie wiem, co jeszcze może w rocku wydarzyć się na miarę grunge’u, może już nic. Nie wiem, czy RB już teraz można obwołać odpowiedzią Zjednoczonego Królestwa na amerykańskie White Stripes czy The Black Keys. I nie wiem, w jaki jeszcze sposób mogą zaskoczyć słuchaczy na kolejnych płytach, jeśli przyjęta formuła osiągnęła od razu tak dojrzały wyraz na samym starcie. Nie ma jednak powodu, by martwić się na zapas – pozostawmy to raczej panom Mike’owi Kerrowi – głos i gitara basowa, oraz Benowi Thatcherowi – bębny. Sami zaś możemy  cieszyć się solidną dawką rokendrola z Wysp Brytyjskich.

(Royal Blood, Royal Blood, 2014)

{W NaTemat: 16 listopada 2014]

U2 w krainie utraconej niewinności

U2_songs

I co mam zrobić z tą płytą, którą mam na myśli? Doprawdy, nie wiem. Wszystko byłoby dobrze, no, niech tam – nieźle, gdyby to nie było wydawnictwo sygnowane nazwą U2. Zespół o każdej innej nazwie, a już na pewno debiutujący, kazałby światu pochylić się nad jedenastoma utworami zasadniczej płyty.

[more]

Problem jednak w tym, że mamy do czynienia z jedną z ikon popkultury, której droga na szczyt wiodła przecież od strony surowych i ostrych dźwięków gitar. To, że U2 jest dziś

innym zespołem

niż trzydzieści lat temu, nie jest niczym dziwnym. Natomiast jest jakiś paradoks w tym, że kwartet, który w latach 80. przeprowadził rockowe granie przez mielizny pierwszej na taką skalę inwazji popeliny, który był jednym z tych, co pozwolił ocalić gitary od zagłady ze strony syntezatorów, dziś proponuje muzykę boleśnie gładką i homogenizowaną. Wypolerowaną tak bardzo, że problemem jest znaleźć w niej jakiś punkt zaczepienia, coś, co pozwoli zadumać się na chwilę, zawiesić w codziennych czynnościach, a może nawet – bo właściwie czemu nie? – zachwycić.

Mogę tylko przypuszczać, że gitara, bas i bębny wciąż przykrywane inżynierską, studyjną robotą, wydostaną się na przód sceny w trakcie koncertów. Że pojawi się wtedy w tych kawałkach trochę mocy i ognia. Nie za duża to jednak pociecha, gdy na co dzień przychodzi co najwyżej wkładać płytę – a nawet dwie płyty – do odtwarzacza. Gdy w parę, paręnaście dni po zakupie wciąż towarzyszy mi natrętne pytanie: czy coś z tego materiału zostanie za parę lat, jeśli już teraz tak bardzo rozczarowuje?

Mija pięć lat od wydania No Line On The Horizon. Otrzymujemy jedenaście nowych numerów, co daje przeciętnie niewiele ponad dwa utwory na rok. Jeśli „pieśni syna niewinności” wyglądają w ten sposób, oznacza to, że Edge’a, Bono i kolegów dopadła potężna niemoc twórcza. Że w ich głowach niemal zupełnie przestały się rodzić frapujące pomysły i melodie wyrastające ponad wszechogarniającą konfekcję. Smutne to, bo mamy swoistą powtórkę z rozrywki – już przed laty zespół odszedł od mocniejszych dźwięków i rozczarował sympatyków, w dodatku dwukrotnie: na albumach Pop i Zooropa, kiedy wdał się w nieudany artystycznie romans z elektroniką. 

Teraz rodzi się pytanie, czy irlandzki kwartet, wciąż wielka gwiazda, ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia, czy też może powoli, ale ruchem stałym obsuwał się będzie coraz bardziej na

margines muzyki rockowej?

Starsi w zaokrągleniu o dwadzieścia lat The Rolling Stones też wpadali w różne dołki, nigdy jednak nie zdradzili istoty tego, z czego się poczęli – rokendrola. I, jak widać, dobrze na tym wychodzą. A może też, zwyczajnie, są znacznie bardziej od Irlandczyków utalentowani? Cała ta rozmyta w czasie oraz formach nośnika promocja nowego albumu U2 pozbawiona byłaby większego znaczenia, jeśli otrzymalibyśmy dobry, bardzo dobry krążek. Kiedy jednak taki sposób promocji odnosi się do tworu o zaledwie przeciętnym poziomie artystycznym, pozostaje tylko stwierdzić za klasykiem: tyle hałasu o nic.

A przecież chodzi o muzykę – i to nie tę szczególnie skomplikowaną; chodzi o pozytywne wrażenia, jakich kolejną porcję chciałbym jako stary fan otrzymać. Słucham, słucham, próbuję dosłuchać się dźwięków ponadprzeciętnych, takich, na których dłużej można zawiesić ucho. Może pierwszy numer, The Miracle (of Joey Ramone), w sumie przecież jest w nim mocna gitara? Hm, tak, jest nieźle. Ale potem ześlizgujemy się po gładkich, banalnych refrenach.

Mocniejsze riffy dopadają nas także w Cedarwood Road, ale żeby zachwycały, to bym nie powiedział. W muzyczną paranoję wpadam przy skądinąd poprawnym dziewiątym tracku, Sleep Like A Baby Tonight, gdzie tyle jest brzmień lat 80., które młodzi wtedy Irlandczycy nokautowali strunami swoich gitar. A teraz proszę, grają coś, co charakterystyczne było dla ich popowo-syntezatorowej konkurencji. Błahość Iris (Hold Me Close) oraz This Is Where You Can Reach Me Now obezwładnia mnie zupełnie. Takie numerki powinny ujrzeć światło dzienne ewentualnie za dwadzieścia lat, w nowym wydaniu starego albumu, jako odpady z sesji nagraniowej.

Na kłopoty Lykke Li,

trzeba by powiedzieć. Dopiero ostatni numer, z gościnnym udziałem szwedzkiej wokalistki – The Troubles – wybija się zdecydowanie ponad szarość tej płyty. Dowodząc przy okazji, że nie o moc gitar jedynie tu chodzi, a o szlachetny zapis nutowy i takąż jego realizację. Ale jedna pieśń to stanowczo za mało, by uratować całość.

I jeszcze, na koniec, słowo o okładce. Niech się członkowie, pardon, panowie z U2 cieszą, że wywodzą się z zielonej wyspy, a nie z nadwiślańskiego kraju. Bo jestem pewien, że starsi i młodsi dżendermeni z mojej ulubionej PUPY, czyli Parlamentarnego Ugrupowania Prawdziwych Polaków, domagaliby się zwołania komisji śledczej i nie tylko od Larry’ego Mullena Jra oczekiwaliby szczegółowych wyjaśnień.

(U2, Son gs of Innocence, 2014)

[W NaTemat: 26 października 2014]

Wolfmother – pełnokrwisty rock z antypodów

wolfmother

To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Do woli możemy zachwycać się młodzieńczą brawurą tria i zupełnym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów.

[more]

*

Zaprzyjaźniona sprzedawczyni w katowickim sklepie na literę M, znając już moje upodobania, podaje mi płytę i zachęca do przesłuchania. „Jeden utwór na pewno pan zna” – mówi. Zerkam na okładkę, która – gdyby nie polecenie – mogłaby mnie tylko zniechęcić. 

O tym, że 

w Australii potrafią grać,

wiemy od mniej więcej połowy lat 70., gdy dotarły do nas pierwsze nagrania AC/DC. Płyta, o której mowa, zdecydowanie jest vintage, nawiązuje do brzmień właśnie z tamtej dekady. Jest też zapisem minionego czasu, jeśli chodzi o historię Wolfmother. Mimo sporej popularności, wielkiego sukcesu w postaci Grammy dla utworu Woman, trio w swym oryginalnym składzie przestało istnieć po nagraniu debiutanckiej płyty, po czterech latach działalności i w rok po przyznaniu wspomnianej nagrody.

Co tu mamy? Krytycy wychwycili podobieństwa głosu Andrew Stockdale’a do Planta i Osbourne’a. Dorzuciłbym – przede wszystkim – Jacka White’a, którego patenty (mamy rok 2005) zastosowane w White Stripes były chyba bardzo bliskie liderowi WM. Do tego barwa, narzucająca się swym podobieństwem w ponad połowie numerów. Dołóżmy na koniec jeszcze… burzę włosów jak u Jimiego Hendriksa albo Marca Bolana i nie całkiem, zdaje się, biały kolor skóry – jak u Phila Lynotta.

Jest w tej muzyce wszystko co najlepsze 

w tradycji hard rocka.

A więc świeżość, tak cenna, gdy mówimy o graniu wyjętym z rokendrolowego zamrażalnika. Oj, nasłuchali się młodzi ludzie starej muzy, nasłuchali. Natomiast poskładało się to w ich głowach w bardzo zgrabną całość. Natychmiast zapominamy o kiczowatej okładce, dajemy się porwać radosnemu i bezkompromisowemu wiosłowaniu do przodu. Kawałki są jednocześnie i drapieżne, i bardzo przebojowe. Swoboda, z jaką młodzi panowie poruszają się w konwencji, jest naprawdę imponująca. Mamy czasową zwartość piosenek z końca lat sześćdziesiątych oraz bardzo solidny warsztat czołowych kapel z lat 70.

 

To mainstreamowe, pełnokrwiste gitarowe granie. Ilość pomysłów zawartych w każdym utworze jest doprawdy imponująca. Nie dane nam się nudzić – wolta goni woltę i zachwycając się młodzieńczą brawurą tria, całkowitym brakiem pokory wobec dokonań mistrzów, możemy bez końca bawić się w rozbieranie piosenek na czynniki pierwsze, rozpoznając kolejne 

ślady przeszłości.

Na przykład refreny w dwóch pierwszych kawałkach wzięte z najlepszych Sabbathów, jakąś Focusową gitarę, nieco Doorsów w drugiej części White Unicorn. Albo coś z Grand Funk, organy z Deep Purple albo Uriah Heep w Joker & The Thief (tytuł podejrzanie znajomy…). Where Eagles Have Been ma coś z Led Zeppelin i Rush (hm, Geddy’ego Lee też porównywano przed laty do Planta, a hałaśliwy, wczesny Rush uważano za naśladowców Led Zeppelin).

Od piątego numeru wyraźnie dostrzegalne jest podobieństwo do Jacka White’a – barwa, charakterystyczne, lekkie wibratto i niektóre gitarowe zagrywki. Ale cytatologia może trwać nadal: coś z ducha The Who i jednocześnie punka – w Apple Tree. W Pyramid znów Black Sabbath i riffy Eddy’ego Van Halena, w Witchcraft charakterystyczny flet kojarzący się – do wyboru – albo z Focusem, albo z Jethro Tull. Ale wszystko pędzi do przodu, nie pozwalając zbyt długo namyślać się: „skąd ja to znam?!”. 

Takie to stare, a takie świeże. Świetna płyta. Do tego kupiona za jedyne 19,99 zł.

(Wolfmother, Wolfmother, 2005)

[W NaTemat:23 października 2014]

Muchy latają wysoko jak nigdy

muchy_karma

„Karma Market” to krążek, którym Muchy przebijają się do ścisłej już czołówki rodzimych wykonawców. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była i jest „Miłość w czasach popkultury”.

[more]

*

W poniedziałkowe popołudnie kupiłem nowy album U2 – i byłem przekonany, że to o nim będzie dzisiejszy wpis. Tymczasem, w ramach jesiennego wysypu płyt, następnego dnia w sprzedaży pojawił się czwarty krążek poznańskich Much. Który dystansuje wydawnictwo skądinąd ulubionych przeze mnie Irlandczyków o jakieś, z lekka licząc, dwie długości. Który jest najdojrzalszym – co niespecjalnie powinno zaskakiwać – ale i, co istotniejsze, najlepszym dokonaniem Michała Wiraszki i jego aktualnych kolegów. Krążek, którego zawartość powoduje, iż obecność Much w czołówce krajowej ekstraklasy nie podlega żadnej dyskusji. Lecz po kolei.

Zestawienie 

Son gs of Innocence i Karma Market

jest tyleż przypadkowe (z racji zbieżności dat wydania), jak i najbardziej uzasadnione, a to z tego powodu, iż Muchy – z zachowaniem odpowiedniej skali – podążają podobną drogą do U2. Zaczynały mianowicie od surowego gitarowego grania, które dominowało na dwóch pierwszych płytach. Trzecia, do której przyłożył rękę Marcin Bors, nasączona została sporą porcją elektroniki, ale jednocześnie zachowała najważniejsze cechy wypracowanego wcześniej stylu grupy.

Obecność Borsa na nowej płycie specjalnie nie zaskakuje, choć w trakcie pierwszego odsłuchania płyty pojawił się we mnie cały szereg wątpliwości. Czy oto, w ślad za Heyem, Muchy nie stają się kolejną formacją zdradzającą struny gitar na rzecz elektroniki? Jednak samochodowy odtwarzacz ma to do siebie, że natychmiast po ostatnim utworze (płyta jest zwarta, trwa niecałe trzydzieści osiem minut), przechodzi znowu do pierwszego. I przy tym drugim słuchaniu zacząłem wyłapywać te pierwsze „cosie”, które szczególnie przyjemnie podziałały na mój zmysł słuchu. Zaś od trzeciego razu rozpoczęła się 

prawdziwa uczta.

Początek – kawałek Odkąd – jest ostry, gwałtowny, atakuje elektroniką. Czyżby to Prodigy? Klawisze i komputery dominują też w kolejnym numerze, Tak jak dziś, tyle że jest on zdecydowanie łagodniejszy, a na plan pierwszy, co prawda na kilka tylko sekund,  za to parokrotnie, przedostaje się gitara akustyczna – zapowiedź tego, co wydarzy się dalej.

W krainę stricte rockowej łagodności zabiera nas trzeci w zestawieniu Queen of The Day – trzy utwory śpiewane po angielsku to jedna z nowych jakości w twórczości Much. Utwór, przy którym wyraźnie słychać, o ileż ciekawszy jest nowy materiał poznaniaków w porównaniu z tym dublińczyków. Najprostszymi środkami osiągają to, co w rocku uwielbiam: ucieczkę od banalnych rozwiązań popowych, stworzenie frapującego, trochę niepokojącego klimatu.

Nic się nie stało to wielki ukłon w stronę Klausa Mitffocha. Linia basu i gitary wyraźnie przypominają Strzeż się tych miejsc.

Przyjdą poniedziałki

Wtorków prawie nie ma

Środy, czyli prawie czwartki

Może piątek coś pozmienia

Sto burz przeszło bokiem

Żaden zły nie zapukał do drzwi

To wciąż tylko trochę

A jednak nadal więcej niż my.

 

Świetny utwór.

A dalej jest jeszcze lepiej. Muchy zaczynały od inspiracji gitarowym graniem lat 80., spod znaku m.in. The Smiths. Biały walc to, przynajmniej póki co, jeden z dwóch moich faworytów tej płyty i jednocześnie wyraźny sygnał, iż muzycy zanurzyli się 

jeszcze głębiej w przeszłości. 

Nerwowe riffy charakterystyczne zwłaszcza dla dwóch pierwszych albumów coraz częściej ustępują pola mainstreamowym, z pozoru tylko prostszym rozwiązaniom brzmieniowym. Zespół serwuje faktycznie lekko walcującą melodię, a przy tym iście Page’owskie połączenie delikatnych dźwięków gitary elektrycznej i akustycznej. Do tego znów mocne linijki – wyznanie frontmana rockowej kapeli:

Zostań na dzień

Bo trudno tak

Ciągle w połowach dróg (…)

Biały walc – panie proszą

a ja tylko z Tobą mam parę

Zawsze mi będzie brakować dni

których nie zmarnowałem.

W klasycznych klimatach pozostajemy przy drugim anglojęzycznym numerze, A Place. Znakomicie prezentują się nawiązania do wyciszonych – ponownie – Led Zeppelin, a w drugiej części do The Beatles – w partii gitary oraz chórkach. 

Kolej na Bliżej, singlowy utwór znany już z radia, który jednak zdecydowanie lepiej brzmi na płycie. Mocny fragment z nieco funkującą gitarą, w którym komputery dominują ostatni raz. Between The Lines zaczyna się rytmicznie, by po minucie, w refrenie, ponownie przenieść słuchacza w świat The Beatles, w głębokie Lennonowskie wokale i znowu świetne chórki. 

I wreszcie wieńczący całość, rewelacyjny numer Idą święta. Raz jeszcze niepokojąca gitara oraz nostalgia, a może wręcz szczypta psychodelii. Jednocześnie wyczuwam w nim ducha nagrań Janerki (może kiedyś zagrają ten kawałek razem?).

Album dowodzi, że nonszalancja i błazenada przynależna dwudziestolatkom to dla Much już przeszłość. Coraz więcej w tych piosenkach

gorzkiej refleksji,

charakterystycznej dla trzydziestolatków. Podobnie jak wielokrotnie na Karma Market przejawiającej się dojrzałości artystycznej. Ten album powinien stać się tym, czym dla Myslovitz była Miłość w czasach popkultury. Pytanie tylko, czy zupełnie odmienna sytuacja rynkowa po piętnastu latach, jakie dzieli daty wydania tych płyt,  nie stanie temu na przeszkodzie.

Ostatnio tak wiele frajdy miałem przy słuchaniu nowych nagrań znanego sobie zespołu, gdy w szufladce buszował …Like Clockwork Queens of The Stone Age. Niełatwo będzie poznańskiemu zespołowi przebić walory swojego czwartego krążka w przyszłości, ale to problem za kolejnych kilka – kilkanaście miesięcy. I, jestem przekonany, że zdecydowanie do przeskoczenia. A póki co, ponieważ katowicki Muchowiec położony jest niedaleko mojego domu, więc lecę dalej uganiać się za nutami tych dziewięciu bardzo dobrych i znakomitych utworów. Do czego i Was gorąco zachęcam.

(Muchy, Karma Market, 2014)

{W NaTemat: 19 października 2014]

Peter J. Birch – tęsknych piosenek nigdy za wiele

yearn

Ta muzyka bez trudu pokonuje przeszkodę nie do przejścia dla słabych płyt – trzeciego, piątego odsłuchania – mianowicie smakuje coraz bardziej. „Yearn” składa się po prostu dziesięć piosenek w większości bardzo szlachetnych i dojrzałych.

[more]

*

Rockowe puzzle wydają się od dość dawna rozpoznane. Jeśli nie wszystkie, to zdecydowana ich większość. W ten sposób pozostaje więc najczęściej próba ułożenia ze znanych elementów czegoś, co będzie się wyróżniać z pomieszanej i peklowanej na niezliczoną ilość sposobów pulpy.

Urodzony w Wołowie na Dolnym Śląsku Piotr Jan Brzeziński – Peter J. Birch jest zaledwie dwudziestotrzyletnim, a więc bardzo młodym człowiekiem, którego popularność powoli, lecz ciągle rośnie. I to powolne wspinanie się po szczeblach kariery chyba dobrze wróży, uczy bowiem pokory i wytrwałości. Jako solista ma na koncie debiutancką EPkę In My Island z 2010 roku i dwa albumy: When The Sun’s Risin’ Over The Town (2013) oraz jeszcze ciepły

Yearn,

który ukazał się 8 września. I jest, jak mówił Birch już przed rokiem, tuż po zarejestrowaniu materiału, nieco inny od tego, co robił do tej pory.

Czego na tej płycie nie ma? Z pewnością fajerwerków. Peter J. wybitnym instrumentalistą nie jest, jego gra na gitarze akustycznej nie odznacza się jakąś szczególną biegłością. Liryczne klimaty w męskim wydaniu też już przerabialiśmy niejednokrotnie, duchy przeróżne unoszą się nad tymi piosenkami, od duetu Simon & Garfunkel i Cata Stevensa aż po – o tym mówi najchętniej sam artysta – pieśniarzy country i folk. Nie zaskakują też elektroniczne ozdobniki, a i brzmienie sześciu strun wzbogacone o szereg innych instrumentów niczym odkrywczym nie jest.

A przecież jest 

smacznie

– i to bardzo. Nawet jeśli raz po raz mamy nieodparte wrażenie, że skądś to znamy, że już to słyszeliśmy – muzykalność, umiejętność wymyślania ładnych melodii jest wielkim atutem Brzezińskiego. I tak samo jak na rynku zawsze zmieści się kolejna porcja porządnego, stylowego łojenia, tak zdecydowanie rację bytu będą miały staranne przygotowane piosenki, przy których można się będzie nieco wyciszyć i uspokoić. Oraz podelektować. Tym, jak – powtórzę – z dobrze znanych elementów – utalentowany człowiek buduje coś nowego, z dużym smakiem i kulturą muzyczną. Czerpiąc zarówno z dorobku uznanych solistów, jak i posługując się patentami stosowanymi przez kapele rockowe.

Cholernie mocnym punktem programu jest 

głos

Bircha. Dysponuje on zadziwiająco szeroką skalą i porusza się po niej z dużą swobodą i wyczuciem. Potrafi zgrabnie ciągnąć falsety niczym Thom Yorke – na przykład w Home czy I malted in your heart, w którym zresztą elektronika to wielki ukłon w stronę Radiohead (ten utwór zwrócił od razu moją szczególną uwagę). Tak samo uwodzić głębią wokalu w stylu Nicka Cave’a na przemian z matowością à la Roger Waters – w czasach, gdy ten umiał jeszcze śpiewać – oba te tropy odnajduję w niepokojącym, bardzo floydowskim Fate. Ale pojawiają się też brudy i przestery kojarzące się z grunge’em czy, jeszcze bardziej, z wczesną PJ Harvey – jak w Inexcusable blues lub w finale Away from love. Najwięcej jednak jest tego, co amerykańskie – Dylanem (i Like A Rolling Stone) pachnie już w otwierającym krążek Don’t know what to do about myself.

Ta muzyka bez trudu pokonuje przeszkodę nie do przejścia dla słabych płyt – trzeciego, piątego odsłuchania – mianowicie smakuje coraz bardziej. I powoli zapominamy o tym, że nikt dziś, a więc pieśniarz też, nie jest samotną wyspą i nieuchronnie jego dokonania naznaczone będą takimi lub innymi lekturami, fascynacjami – czyli wpływami. Na Yearn składa się po prostu dziesięć piosenek w większości bardzo 

szlachetnych i dojrzałych. 

Peter J. Birch udziela się przede wszystkim solo, ale również jako perkusista zespołu Turnip Farm, z którym nagrał dwie płyty, oraz gościnnie (np. w projektach Break Horses czy Ocean of Noise). Bardzo dużo koncertuje, zarówno w maksymalnie kameralnych warunkach – w tym roku odbył trasę po Polsce, grając w… mieszkaniach, lecz ma też za sobą występy na OFF Festivalu i Open’erze. Dopiero co powrócił z koncertów m.in. w Berlinie, Dreźnie, Monachium, Wiedniu, Pradze i St. Gallen w Szwajcarii, a znów ruszył w trasę po naszym kraju. 

Ciekaw jestem, jak potoczy się jego kariera. Ta muzyka, jak sądzę, sprawdzi się w każdych warunkach: małych klubów, sal na kilkaset miejsc, ale także – oby kiedyś tak się stało – w większym składzie w większych obiektach, gdzie rozmachu i przestrzeni tym utworom nadadzą instrumenty klawiszowe. 

Póki co życzyć należy spełnienia marzenia, jakim jest wyjazd do Stanów i zagranie dla ludzi tam, u źródeł. A przede wszystkim pogratulować nowej płyty – Birchowi oraz jego kolegom, Przemysławowi Wejmannowi i Mariuszowi Szypurze, a ponadto, last but not least, Agencji Borówka Music. Jednej z najpiękniejszych polskich płyt wydanych w 2014 roku. 

(Peter J. Birch, Yearn, 2014)

[W NaTemat: 21 września 2014]

Robert Plant: „The Road Remains The Same”

plant__lullaby

8 września 2014 w sprzedaży pojawił się nowy, bardzo udany album Roberta Planta. Nawiązujący do klimatów z „No Quarter” (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień, oraz – choćby z racji podobnego składu – do „Mighty ReArranger” (2005), bodaj najbardziej zeppelinowskiego albumu w solowej karierze wokalisty.

[more]

*

Ludzki głos to jeden z najwspanialszych, a może po prostu najwspanialszy instrument muzyczny, jaki znamy. Rokendrol, tak samo jak w przypadku gitary, basu, perkusji i czego tam jeszcze, ustalił trochę inne niż obowiązujące wcześniej sposoby jego używania, inne normy, gdy chodzi o to, co dobre, a co zaledwie takie sobie.

Nie wiem, czy Robert Plant jest 

najwspanialszym wokalistą

w dziejach rocka, od dawna uciekam od podobnych zestawień rodem z wymiernych dziedzin, choćby sportu. Ale gdy się chwilę zastanowić, to pewnie znalazłby się jeśli nie na czele, to w szpicy takiego rankingu. Powiedzmy sobie też od razu, że niemożliwe jest być przez wiele lat świetnym wokalistą w kiepskim zespole. Jakość muzycznego materiału musi być kompatybilna z klasą wykonawczą, inaczej pojawiają się wątpliwości bądź całkowity brak zainteresowania dla czyichś dokonań. 

Plant to frontman jednej z najwybitniejszych kapel w dziejach rokendrola (Jack Black, muzyk i aktor, prowadzący w 2012 roku wielką galę na cześć LZ nazwał zespół „The greatest rock’n’roll band all of the time, better than Beatles, better than The Stones”, czym wzbudził nerwowy śmiech widowni i samych zainteresowanych), współkompozytor większości jej utworów, człowiek obdarzony przez naturę głosem, który pozostanie na zawsze jednym z niewielu 

wzorców z Sèvres,

gdy mówimy o wokalistyce rockowej. A jeśli spojrzeć na trzydzieści cztery lata dzielące nas od rozpadu formacji i solowy dorobek trzech żyjących jej członków – wychodzi na to, że też, najzwyczajniej, Zeppelinem najbardziej utalentowanym, twórczym i najaktywniejszym. Nie dziwota więc, że i najmniej zainteresowanym jakąkolwiek formą trwalszej reaktywacji LZ.

Po czterech latach od wydania Band of Joy, w dwa lata po Celebration Day Zeppelinów – ukazała się nowa płyta Roberta Planta. Nie poszerza ona terytoriów eksplorowanych przez tego sześćdziesięciosześcioletniego dziś człowieka, słuchaczom nie mówi o nim niczego, czego dotąd by nie wiedzieli. Ale to przecież nie zarzut. 

Po wymienionych wyżej powrotach do źródeł, po znakomitym romansie z country na wspólnym z Alison Krauss Raising Sand z 2007 roku, otrzymaliśmy album nawiązujący do klimatów z No Quarter (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień. (To jeden ze znaków rozpoznawczych panów P – takie nuty zaserwowali nam już na debiutanckim krążku LZ w numerze Black Mountain Side, a parę lat później pojawił się słynny Kashmir). Album nawiązujący też, już choćby z racji podobnego składu personalnego, do Mighty ReArranger (2005), bardzo dobrego i bodaj najbardziej zeppelinowskiego krążka w solowym dorobku RP.

Droga, 

którą przebiega kariera Planta, wydaje się, że jest już dobrze rozpoznaną, choć zawsze chętnie przyjmiemy tak świetne artystycznie odmiany – bo już raczej nie całkowite zaskoczenia – jak wspomniany Raising Sand. W tym zestawie najnowsza płyta jawi się jako udana, nawet bardzo, ale jednocześnie w tym „kołysaniu i nieustannym krzyku” tworząca aurę rockowego misterium nie na tyle często, by – w moim odczuciu – zasłużyć na oceny najwyższe. Cóż, w przypadku artysty tej miary poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. I wiadomo też, że wciąż jest pokonywana, czasem efektownie, czasem z pewnym wysiłkiem.

Pilotującą album piosenkę Rainbow zdążyliśmy już poznać, zaś na drugiego singla typowałbym Somebody There. Jeśli wskazywać najmocniejsze punkty nowego programu, to wyjątkowej urody jest delikatny A Stolen Kiss, zaś Poor Howard stanowi nawiązanie do klimatów folkowo-country’owych. Uwagę zwraca też zdecydowanie Embrace Another Fall. Natomiast puls rośnie mi – wybaczcie, nic na to nie poradzę – tam, gdzie niepokojące dźwięki rozsiewane są przez struny elektrycznej gitary. W ten sposób moimi faworytami, przynajmniej na etapie zaznajamiania się z krążkiem, są Turn It Up oraz Up On The Hollow Hill (tutaj pod koniec dostrzegam pewne podobieństwa do patentów basowo-gitarowych U2). W pierwszym z nich wokalista śpiewa:

On Charley Patton highway

The mist, the rain, the mud

Somewhere east of Tunica

I’m close to giving up

The car goes round in circles

The road remains the same

For help and consolation

I’ll turn it on again

Turn it up

Turn it up

I jak tu wers The road remains the same może się nie kojarzyć, nawet jeśli jest w tym skojarzeniu trochę nadinterepretacji?

*

Może to za mało, by rozpływać się w zachwytach nad całą płytą, ale z nawiązką wystarczy, by nie wolno było tylko wzruszeniem ramion podsumować jedenastu nowych utworów jednego z gigantów rocka. I, w zaledwie kilka dni od ich ukazania się, z radością i ciekawością wkładać CD kolejne razy do szufladki z przekonaniem, że jest na nim jeszcze sporo do odkrycia.

(Robert Plant and The Sensational Space Shifters, [i]Lullaby and… THE CEASELESS ROAR[/i], 2014)

[W NaTemat: 14 września 2014]

Pigułki retro na półce z nowościami

blues_pills

Z głośników dobiega to, czym długodystansowi już dziś odbiorcy elektrycznego hałasu zostali zarażeni po ukłuciu skażoną igłą gramofonu w latach 60. i 70. Jeśli młodzi ludzie grają obecnie w ten sposób, najwyraźniej musieli dać się zaszczepić tymi nutami przechowywanymi nie tyle w lodówkach laboratoriów, co na półkach z płytami – także analogowymi – w niejednym domu.

[more]

*

Mówienie o rocku w wydaniu określonej nacji jest dziś bardzo ryzykowne. Świat zmalał i w coraz większym stopniu dotyczy to także muzyki rockowej. Młodzi ludzie, inaczej niż roczniki wychowane w podzielonym świecie, mają za nic granice oraz to, co kto ma wpisane do paszportu. Grają, tak jak to od dawna dzieje się w jazzie,

wszyscy ze wszystkimi.

Daleko patrzeć nie trzeba: jeśli przed laty formacja taka jak Porter Band była czymś wyjątkowym, to międzynarodowy skład très. b (nb. – czy jeszcze zagrają razem?) albo Neo Retros już nie zaskakuje.

Nie ma więc nic szczególnie dziwnego w tym, że w 2011 roku w Stanach dwaj Amerykanie – przyrodni bracia, Zack Anderson (b) i Cory Perry (dr) – spotykają śpiewającą Szwedkę, Elin Larsson, i w garażu nagrywają dwa utwory, które wrzucają do Youtube’a. Z tego niebawem rodzi się pierwsza EPka Blues Pills – formacji, której nazwa zostaje zaczerpnięta z… bloga traktującego o muzyce lat 60. i 70.

Trafiają do Europy. W czasie trasy po Francji spotykają szesnastoletniego gitarzystę, Doriana Sorriaux, zapraszają go do szwedzkiego Örebro i po wspólnych próbach postanawiają, że zespól rozrośnie się do kwartetu. W dalszym ciągu intensywnie się udzielają, nagrywają kolejną EPkę i – w 2013 – nawiązują kontakt z niemiecką wytwórnią

Nuclear Blast.

Mejlowanie, jak wiadomo, niewiele jeszcze oznacza, więc muzycy niczego szczególnego sobie nie obiecują. Tymczasem szybko dochodzi do podpisania kontraktu i pierwszych nagrań, które zostają opublikowane na EPce Devil Man.

O piosenkach sporo i dobrze pisze prasa i w październiku grupa pojawia się w Bonn w tamtejszej edycji Crossroads Festival. Bardzo udany występ rejestruje jedna ze stacji telewizyjnych, a w marcu 2014 wychodzi EP Live At Rockpalast z czterema utworami z tego koncertu. Efektem dobrego odbioru na Crossroads jest też trasa po Europie w charakterze supportu Orchid i Scorpion Child oraz tournee po Australii wspólnie z Kadavarem.

25 lipca bieżącego roku ukazuje się wreszcie

debiutancki album

Blues Pills, od razu meldując się w dziesiątce najpopularniejszych krążków w Niemczech i Szwajcarii. Zespół tymczasem jest ciągle w trasie, gra na rozlicznych festiwalach i ma zaplanowane kolejne koncerty jesienią.

*

Pora wreszcie napisać, jaką muzykę grają BP. Cóż, jest ona kolejnym dowodem na to, że w rocku jest dziś możliwe wszystko. Jeśli tylko patrząc na okładkę albumu, mamy ściśle określone skojarzenia, to bynajmniej nie są one fałszywym tropem. Na zdjęciu wewnątrz książeczki widać band w strojach i fryzurach żywcem wyjętych z najlepszych lat rocka. Z głośników natomiast dobiega to, czym długodystansowi już dziś odbiorcy elektrycznego hałasu zostali zarażeni po ukłuciu

skażoną igłą gramofonu

w latach 60. i 70. Jeśli młodzi, bardzo młodzi ludzie grają obecnie w ten sposób, najwyraźniej musieli dać się zaszczepić tymi nutami przechowywanymi nie tyle w lodówkach laboratoriów, co na półkach z płytami – także analogowymi – w niejednym domu. Czy podejście do starej muzyki w proporcjach jeden do jednego może irytować? Wykluczyć takiej ewentualności się nie da, lecz we mnie budzi to roztkliwiające, niemal ojcowskie i pełne miłości uczucia.

Elin Larsson wśród swoich mistrzów wymienia Free, Fleetwood Mac i Grand Funk Railroad, a spośród wokalistek – Janis Joplin i Arethę Franklin. W ten sposób styl zespołu definiuje jako bluesrock z pełnym soulu wokalem. Ja sam, ledwie usłyszałem pierwsze dźwięki, od razu pomyślałem o Babe Ruth i Janicie Haan, bo są to klimaty i barwa głosu bardzo nieodległe. Lecz przecież nie chodzi o spieranie się, do czego tej muzyce bliżej, a do czego trochę dalej. Głowa i uszy odbywają

podróż w czasie,

cofamy się o jakieś czterdzieści-czterdzieści pięć lat. Ci, co odwiedzają w miarę regularnie tego bloga, wiedzą, że to okres w rocku, który upodobałem sobie szczególnie. Ten, w którym wszystko było pierwsze, mocne i bezkompromisowe, w którym penetrowano ziemie i przestrzenie wcześniej nieznane. Kwartet szwedzko-amerykańsko-francuski po paru dziesięcioleciach robi dokładnie to samo, z młodzieńczą brawurą i brakiem jakichkolwiek kompleksów przedziera się przez zarośnięte ścieżki.

Zarośnięte, ale coraz chętniej w ostatnich latach przedeptywane, bo młodziaków zapuszczających się w rejony rockowych przodków nie brakuje (i kolejnym takim poświęcę też jeden z najbliższych tekstów). Jeśli jednak robione jest to z klasą, z dużą znajomością „literatury przedmiotu”, z pasją i talentem, wypada się tylko cieszyć. A o tym, że nie jestem jedynym zgredem, któremu facjata śmieje przy takich brzmieniach, przekonałem się, googlując nazwę Blues Pills i szukając tych, co przede mną natrafili na tę kapelę. Cóż, w kupie zawsze raźniej.

Podkręćcie potencjometry, bo naprawdę warto.

[W NaTemat: 24 sierpnia 2014]

Damon Albarn: muzyka po piątej nad ranem

albarn

Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym materiałem.

[more]

*

W wierszu „Czwarta nad ranem” Wisława Szymborska pisała:

Godzina dla trzydziestoletnich (…) 

 

Godzina, kiedy ziemia zapiera się nas. 

Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd. 

Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie. (…)

 

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem. 

Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem 

– pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta, 

o ile mamy dalej żyć.

Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym, w pełni autorskim materiałem.

Ćwierć wieku temu

zakładał Blur – zespół, który w Wielkiej Brytanii konkurował o palmę pierwszeństwa w latach 90. z Oasis, a rywalizację tę porównywano do innej, sprzed lat – między Beatles i Rolling Stones. Jeśli Oasis byli zdecydowanie gitarowi, rokendrolowi, Blur, bardziej poszukujący, sięgali chętniej do popowych klimatów czwórki z Liverpoolu. Jako czołowi przedstawiciele britpopu sami wytyczali nowe ścieżki, jednocześnie umiejętnie korzystając z tego, co stanowiło  najistotniejsze dokonania w muzyce przełomu wieków. Albarn ponadto jest współtwórcą projektu Gorillaz, udzielał się również w paru innych miejscach.

Przyszedł w końcu czas na krążek firmowany 

własnym nazwiskiem. 

Niepokój trzydziestolatka z wiersza Szymborskiej już go raczej nie dotyczy. Życie toczy się dalej, zaś skala jego talentu jest tak wielka, że pisanie kolejnych świetnych piosenek nie sprawia mu szczególnych problemów. Jako muzyk w średnim wieku czas wojowania także ma za sobą, dziś raczej nobliwie zajmuje miejsce po drugiej stronie barykady. 

Nagrał album złożony z dwunastu nostalgicznych piosenek. Przepięknych, wyciszonych, klasycznych w swej mccartneyowskiej formie, a jednocześnie aranżacyjnie czerpiących ze zdobyczy ostatnich lat. Albarn zachowuje się jak mistrz – jest całkowicie przekonany o słuszności swego wyboru – bunt, obalanie zastanego porządku, wdrapywanie się na górę to już przeszłość. Teraz, z pozycji

klasyka gatunku,

proponuje swoją muzykę co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców. 

Jakie jeszcze, poza beatlesowskimi, skojarzenia pojawiają się przy słuchaniu tego krążka? Coś z calypso, z Karaibów, z Paula Simona z okresu Graceland– w Mr. Tembo. Jednak najwięcej tu czarów klimatem przypominających Roberta Wyatta i fantastyczną płytę Comicopera (2007), a najbardziej widocznych w Hollow Ponds oraz Photographs. Wyatt może bardziej zakręcony, psychodeliczny w swym trzyaktowym dziele, lecz Albarn, mimo iż bliżej popu i mainstreamowej piosenki, też daleki jest od banalności hitów z list przebojów i raz po raz ucieka w nieoczywiste dźwięki.

Debiutujący dwudziestolatek nie mógłby nagrać takiego albumu. W okolicach trzydziestki pojawia się – przepraszam za banał –  lęk człowieka związany z odchodzącą w przeszłość młodością i pytaniem o swoje miejsce w życiu (choć, jak pokazuje historia rocka, w przypadku znaczącego artysty bunt najczęściej właśnie wtedy przybiera dojrzałą formę). Natomiast wielkiej klasy muzyk przed pięćdziesiątką, jakim jest obecnie Damon Albarn, nie obawia się już chyba niczego. A w jego propozycjach odnaleźć można mnóstwo niewymuszonego smaku.

(Na talerzu lub w szufladce: Damon Albarn, Everyday Robots, 2014)

[W NaTemat: 10 sierpnia 2014]

W rocznicę śmierci JJ Cale’a

the_breeze

W jaki sposób przyjaciele i kumple zmarłego muzyka mogą go uhonorować, wspomnieć? Na przykład nagrać płytę z jego piosenkami. Nic w tym złego, przecież zrobili to, co robią całe życie, to, co potrafią robić najlepiej. Zanim jednak komuś przyjdzie do głowy wzruszyć ramionami nad zwykłością tego faktu, warto raz jeszcze uświadomić sobie parę rzeczy.

[more]

JJ Cale zmarł 26 lipca ubiegłego roku. Był i pozostanie jednym z 

gigantów bluesa.

To bezdyskusyjne, choć uwzględniwszy biały kolor skóry Amerykanina, wciąż nie całkiem oczywiste. Fenomen zjawiska nie tkwi w technice, bo szczególną biegłością palców JJ się nie odznaczał. Jeśli mimo to jest zaliczany do grona najwybitniejszych gitarzystów, wynika to raczej z prostoty, niezwykle oszczędnego sposobu grania, wydobywania z instrumentu tylko niezbędnych dźwięków.  Z porażającej lekkością americany – połączenia bluesa z klimatami country i folk.

Towarzystwo, jakie zebrał Eric Clapton, zacne jest wielce i nie od wczoraj znane miłośnikom muzyki: Christine Lakeland (prywatnie: żona Cale’a), Willie Nelson, Mark Knopfler, Tom Petty, Don White, John Mayer, Albert Lee, Nathan East, Jim Keltner, Doyle Bramhall II – by wymienić tylko niektórych – a więc arcymistrzowie i mistrzowie grający dla arcymistrza. 

W związku z tym nie ma tu 

żadnej napinki,

nikt niczego i nikomu nie musi udowadniać. Świat pędzi do przodu, w muzyce kolejne pokolenia próbują dorzucić swoje co nieco do góry znaczących osiągnięć, a coraz starsza gwardia uzupełniana tu i ówdzie młodziakami trzyma się mocno i – najwyraźniej – coraz chętniej razem. Lata lecą, kto nie przepadł we mgle czasu – nie zapił się, nie zaćpał, nie zginął w wypadku samochodu, motocykla, samolotu czy helikoptera, opiera się chorobom, ten coraz częściej podpisuje listę obecności w swojej grupie, bo okres sygnalizowania odrębności, wyjątkowości, budowania własnej pozycji na rynku ma już za sobą, a ile jeszcze pozostało okazji do wspólnego grania, tego nie wie nikt. 

Niby jest tak, że album,

szesnaście piosenek,

pięćdziesiąt jeden i pół minuty, nie powala – ani za pierwszym, ani za trzecim razem. Nie ma na nim nic, czego byśmy nie znali, niczym nie zaskakuje. A jednak wielka uroda piosenek, ich wspaniałe wykonania są jak narkotyk – wciągają, sącząc się niespiesznie do ucha, proponując podążanie za sobą każdemu, kto z bluesem choć trochę miał do czynienia. JJ Cale pewnie nie raz uśmiechnął się po tamtej stronie, słysząc, co robią w studiu jego znajomi, jak brzmią jego kompozycje. Nie majstrując zbytnio przy oryginalnych wersjach, zagrano te pieśni w sposób znamionujący najwyższą klasę.

Przy większości dzieł, także płyt, w chwili ich objawienia się światu mało kto klęka. Ale istnieją wśród nich takie, które są już długo z nami bądź – jeśli dopiero co ujrzały światło dzienne – pozostaną z nami przez lata. Nie mam wątpliwości, że ten krążek jest jednym z nich.

(Eric Clapton & Friends – The Breeze. An Appreciation of JJ Cale, 2014)

[W NaTemat: 8 sierpnia 2014]