Giganci tańczą: Van Morrison

vm_duets

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Van Morrison zaprosił plejadę gwiazd i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Cudownie lekki i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

[more]

*

Rok 2015 jeszcze młody, a ja chyba mam już swoją płytę aktualnych dwunastu miesięcy. Ci, co zaglądają tu częściej, wiedzą, że nie stronię od gitarowego hałasu, a jednak – z biegiem lat i dni – coraz bardziej chwytają mnie za serce brzmienia piękne w sposób nie całkiem oczywisty. Jako dwudziestolatek zwiewałem od takich rytmów czym prędzej i daleko, a  dziś darzę je atencją szczególną.

Van Morrison (urodzony w 1945 roku w Belfaście) z muzycznymi scenami związany jest od końca lat 50. Między 1963 a 1966 rokiem stał na czele formacji

Them.

Tej, która „zasłużyła na opinię jednej z najlepszych grup połowy lat 60”. Która „repertuar aranżowała bardziej pomysłowo niż konkurencyjne zespoły rhytm’n’bluesowe, nie wyłączając The Rolling Stones i The Animals. Nie zdobyła wszakże takiej popularności, na jaką zasługiwała. W czerwcu 1966 zniechęcony Morrison wybrał karierę solisty”*. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlaczego Them nie stanęli w jednym szeregu z wymienionymi TRS, Who czy Beatlesami, czego zabrakło, a czego było za dużo – nie sposób już chyba dociec. Podobnie jak tego, że Morrison jest bezustannie artystą bardzo cenionym, ale jeśli wielbionym i kochanym, to przez nieoszałamiające swą liczbą grono.

Korzyść z zajmowanego przez niego w szołbiznesie miejsca jest taka, że może „bezkarnie” sięgnąć do swego repertuaru i raz jeszcze nagrać niektóre numery. A wyobrażacie sobie coś podobnego w odniesieniu do Stonesów, którzy wydaliby krążek z nowymi studyjnymi wersjami własnych utworów sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat albo McCartneya z Ringo Starrem sięgających – nie daj, Boże – po piosenki Beatles?! Najprawdopodobniej rozpętałaby się burza: że bezczeszczą świętości, że starymi palcami dotykają sacrum. Albo co najmniej, że robią coś niepotrzebnego, zbytecznego. 

Lecz mogę się mylić w swych przypuszczeniach – w końcu Van Morrison też nie sięgnął po Glorię czy Brown Eyed Girl. Z pewnością natomiast zaprosił 

plejadę gwiazd

(bo jest jednym z tych, którym się nie odmawia, z którymi zagrać to zaszczyt) i zrealizował blisko osiemdziesięciominutowy materiał. Stary – nowy. Cudownie lekki, swingujący – i jednocześnie dopracowany w najmniejszych szczegółach.

Irlandczyk od zawsze tworzył gdzieś na styku bluesa, rhytm and bluesa, soulu, a także jazzu. Jego twórczość, nasączona tak bardzo amerykańskimi wpływami, przywodzi na myśl innego hołubionego przeze mnie wykonawcę: The Band. Jak to się stało, jak to możliwe, że ich drogi nigdy nie zeszły się na dłużej, na jedną całą płytę przynajmniej? Bob Dylan & The Band – jasne, wiemy, znamy. Ale czemu skład Van Morrison & The Band to dwa fragmenty z The Last Waltz (skądinąd chyba najpiękniejszego pożegnania, jakie może sobie wyobrazić nie tylko rockowy wykonawca) oraz nieliczne inne zderzenia w czasie i przestrzeni? Ale odkładam już na bok osobiste muzyczne marzenia.

Bo przecież, jak wspomniałem, zestaw muzyków na 

Duets

jest doprawdy imponujący. Płyta, w odróżnieniu od bardzo wielu dzisiaj wydawanych w rozmiarze pojedynczego winylu, jest bardzo długa, ale słucham jej z zapartym tchem do samego końca. Pierwszy numer na płycie VM zdążył zaśpiewać z Bobbym Womackiem, który zmarł w czerwcu 2014 roku. A potem są jeszcze m.in. George Benson, PJ Proby, Georgie Fame, Steve Winwood, Mark Knopfler, Taj Mahal, Chris Farlowe, Natalie Cole, Michael Bublé i Mick Hucknall. No i Don Was oraz Bob Rock jako współproducenci.

 

Jedna pieśń piękniejsza od drugiej, maestria tym większa, że zupełnie niewymuszona. Zastanawiam się tylko, a mogę mówić jedynie we własnym imieniu, czy aby docenić urodę tego wyjątkowego dzieła, szczyt góry trzeba już mieć za sobą – i zsuwać się nieuchronnie w cień i mrok.

(Van Morrison, Duets. Re-working The Catalogue, 2015)

________________

* Wiesław Weiss: Rock. Encyklopedia. Warszawa 1991.

[W NaTemat: 12 kwietnia 2015]

Z remanentów 2014: maestro Neil Young

young_storytone

Nietrudno sobie wyobrazić tę muzykę jako soundtrack – ilustrację westernu. Mamy samotnego wilka, takiego Johna Wayne’a, którego sylwetka zaciera się coraz bardziej w ostatnich ujęciach filmu, ginie w tumanach preryjnego kurzu i piasku przechodzących w napisy końcowe.

[more]

*

Gdy przypatruję się niesłabnącej aktywności Neila Younga, do głowy przychodzi mi inne nazwisko z artystycznego świata: Woody Allen. Metrykalnie dzieli ich co prawda dziesięć lat – Allen urodził się w 1935, Young w 1945 roku – ale młodziakami przecież już od dawna nie są. Obaj zdają się, bynajmniej nie ze starczym ADHD, walczyć z uciekającym czasem: reżyser kręcąc jeden film za drugim, muzyk raz po raz wchodząc do studia nagraniowego. Young w 2014 roku wydał aż dwa albumy – i, co najistotniejsze, oba prezentują poziom zdecydowanie powyżej średniej.

Niedawno zachwycałem się nowym krążkiem Boba Dylana, stylistycznie łącząc go z przedostatnimi nagraniami Paula McCartneya czy ostatnimi Erica Claptona. Younga należy dopisać do tego 

zacnego grona.

Pewnie jest w moich emocjach mieszanka typowa dla ludzi będących w średnim wieku: coś z – ciągle – synowskiego uwielbienia, sporo nostalgii, bo najsłynniejsze dokonania zwłaszcza trzech pierwszych to moje dzieciństwo i młodość, na pewno też pragnienie posiadania jeśli już nie autorytetów (szczególnie – moralnych), o co po pięćdziesiątce coraz trudniej, bo ważni dla mnie ludzie w większości są w zaświatach, to przynajmniej mistrzów w dziedzinach szczególnie bliskich sercu. A przecież tych czterech panów to wielkie postacie muzyki ostatnich kilkudziesięciu lat.

Young poszedł w podobne klimaty, w czasy przedrokendrolowe lub w muzyczne rewiry sąsiednie. Odróżnia go od pozostałej trójki to, iż serwuje nam, choć wystylizowane, zupełnie nowe kompozycje. Wymyślił, że nagra album z orkiestrą – raz prawie stuosobową, raz ponadsześćdziesięcioosobową, z chórem, do tego utwory z towarzyszeniem big-bandu oraz fragmenty solo – z partiami na przykład fortepianu i harmonijki. W wersji de luxe wydawnictwa mamy okazję posłuchać odmiennych aranżacji tych samych utworów.

Otrzymujemy więc coś z klimatu wielkich sal koncertowych, tyle że Young podchodzi do orkiestrowego rozmachu w osobliwy sposób: „Chciałbym nagrać płytę z wielką orkiestrą, na żywo, 

w technice mono,

z jednym mikrofonem”. Siebie jako wokalistę nagrywa na setkę, bez korekt i dziesiątek podejść w studiu nagraniowym. Słychać więc wszelkie potknięcia, niedoróbki, niedostatki niemłodego już głosu. 

Ale jest w tym, paradoksalnie, realizacja głęboko przemyślanego pomysłu. Gdyby orkiestrę nagrać z rozmachem, na jaki pozwala dzisiejsza technologia, gdyby przed mikrofonem postawić Matta Duska, Barbrę Streisand lub Celine Dion, otrzymalibyśmy zapewne produkt najwyższej jakości, tyle że – właśnie – produkt. Sporządzony w innej estetyce: wymuskany, dopieszczony i, najprawdopodobniej, nieznośnie w przypadku pań egzaltowany (Glimmer w ich wykonaniu ociekałby lukrem, natomiast fałszujący Young uczynił z tej pieśni przejmujący numer). Produkt, powtórzę, gładki i lśniący jak Ameryka w blasku świateł i w tym samym pochodzący z zupełnie innej galaktyki niż przekaz folkowo-bluesowo-rockowy: 

chropowaty,

zacinający się jak stary winyl – głęboko prawdziwy w swej naturalności.

Do tego jeszcze, gdy nadstawić tylko trochę uważniej ucha, płyniemy razem ze smykami nie tyle w klimaty symfoniczne, z okolic tzw. muzyki poważnej, co raczej w muzykę filmową, nie przymierzając: kompozycje Ennio Morricone. Mamy więc właściwie gotowy soundtrack (czyli nic nowego w dyskografii Younga). 

Nietrudno to sobie wyobrazić – coś na kształt sekwencji filmu o kowbojach. Mamy samotnego wilka, takiego Johna Wayne’a, którego sylwetka zaciera się coraz bardziej w ostatnich ujęciach filmu, ginie w tumanach preryjnego kurzu i piasku przechodzących w napisy końcowe. Albo który znów zostawia ukochaną kobietę i odjeżdża, by walczyć z odradzającym się złem – słychać monolityczny dźwięk orkiestrowych smyków, harmonijkę ustną i folkowy wokal Younga. To wszystko na przykład w przecudnej urody I’m Glad I Found You płynnie przechodzącym w When I Watch You Sleeping. Z jednym wszakże zastrzeżeniem: w warstwie tekstowej jest trochę inaczej – album powstawał w trudnym dla artysty okresie rozpadu wieloletniego małżeństwa i wchodzenia w nowy związek.

Prócz tych westernowych klimatów otrzymujemy też z rozmachem zaaranżowane numery nagrane z towarzyszeniem big-bandu, z mocną i stylową gitarą (I Want To Drive My Car, Say Hello To Chicago czy smakowite bluesidło Like You Used To Do), a ponadto, w rozszerzonej edycji albumu, kameralne wersje kilku utworów. 

Young sięga do wielu muzycznych szuflad i robi to 

z pewnością starego mistrza.

Przy okazji tego krążka znów przypomina mi się najkrótsza zapewne w historii świata korespondencja dotycząca ukończonego dzieła – Wolter do wydawcy: „?”, wydawca do Woltera: „!”. Young jest w takiej formie artystycznej, że chyba nikt nie ośmieliłby się ingerować w jego zamysły, nie mówiąc o uniemożliwieniu ich realizacji.

Rokendrol, zelektryfikowany i gwałtowny jak żaden przed nim rodzaj muzyczny, został gdzieś u swych początków i jeszcze bardziej dorastania obficie podlany buntem oraz chęcią wywrócenia do góry nogami zastanego porządku. Dokonania starych rockmanów od wielu już lat dowodzą wyraźnie, iż rock jest jeszcze jednym ogniwem w historii muzyki. Integralnym i mocno splecionym z innymi.

(Neil Young, Storytone, 2014)

[W NaTemat: 6 kwietnia 2015]

O kowbojach, co dosiedli gitar

bs_all

Wciąż zadziwia mnie to, że po paru dziesięcioleciach podobnego grania nadal pojawiają się wykonawcy potrafiący z rokendrola wydobyć tyle bezpretensjonalnej, niczym nieskrępowanej świeżości. Lynyrd Skynyrd wyrosła bardzo mocna konkurencja.

[more]

*

Czwarty album Blackberry Smoke natychmiast po wydaniu – 10 lutego 2015 – dostępny jest w polskich sklepach płytowych. Sam wszedłem w jego posiadanie za sprawą Pana Janusza, zaprzyjaźnionego sprzedawcy w katowickim S, który po paru odbytych rozmowach doskonale już wyczuwa moje klimaty. Wyjął ten krążek z przegródki i bez zbędnych przedmów zaproponował założenie słuchawek.

Lynyrd Skynyrd

wyrosła bardzo mocna konkurencja. W Polsce BS są, mimo kilkunastoletniej obecności na scenie, zupełnie nieznani, tymczasem ich najnowsze dzieło wspięło się na sam szczyt listy… country „Billboardu”, na siódme miejsce wśród albumów rockowych i dwudzieste dziewiąte na ogólnej liście, zaś w Wielkiej Brytanii osiągnęło, bagatela, siedemnastą lokatę.

Rokendrol jest prostą muzyką, zwłaszcza gdy – tak jak pięciu panów z Alabamy – muzycy posługują się sprawdzonym w tym gatunku instrumentarium i w swych kompozycjach płyną przez sam środek

southernowej rzeki.

A jednak trudno nie ulec urodzie tych piosenek – mamy do czynienia ze znakomitym brzmieniem, świetnym wokalem Charliego Starra i takimiż chórkami. Wciąż zadziwia mnie to, że po paru dziesięcioleciach  podobnego grania nadal pojawiają się wykonawcy potrafiący z tych nut wydobyć tyle bezpretensjonalnej, niczym nieskrępowanej świeżości.

bs_all_band

Utwory są krótkie, trwają niewiele ponad trzy minuty. Ulepione z doskonale znanych elementów, skrzą się mnóstwem fantastycznych zagrywek płynnie przechodzących jedna w drugą. Lśnią jedynym w swoim rodzaju, przynależnym południowym stanom USA połączeniem rokendrola, bluesa i całkiem sporej dawki country. Za ostatnim z wymienionych gatunków nigdy nie przepadałem i nie przepadam, ale gdy w te rewiry zapędzają się swingujący wymiatacze, można tylko kołysać się radośnie – jak na przykład w Too High czy Lay It All On Me.

Całość zaczyna się jednak 

ostro, mocno i stylowo

– już po paru sekundach wiemy, gdzie jesteśmy. Ci, którzy kochają Dżem czy wspomniany już Lynyrd Skynyrd, będą szczególnie usatysfakcjonowani. Kawałek akurat najbardziej kojarzy mi się z wczesnym – i najlepszym – Black Crowes, ale ta nazwa tylko uzupełnia dobrze znane tropy.

Potem mamy pieśń tytułową. Kowboje w XXI wieku stali się subtelniejsi, przynajmniej niektórzy, i z większą troską niż nad domowym inwentarzem pochylają się nad różami. Jest brawurowo, zastosowanych riffów i motywów wielu innym wykonawcom starczyłoby na trzy, cztery kawałki, BS serwują trwającą zaledwie trzy minuty i piętnaście sekund ognistą syntezę southern rocka.

Czwarty zaś w kolejności numer, o jednoznacznym tytule 

Rock And Roll Again

zdecydowanie przypomina patenty Status Quo. Z tą zasadniczą różnicą, że jest, lekko licząc, dziesięć razy lepszy. Tych bluesowych fundamentów, na których zasadzone jest granie Blackberry Smoke, nie da się wyuczyć, z nimi trzeba się urodzić.

I tak jest już do końca. Raz szybciej, raz wolniej, raz mocniej, raz liryczniej, bardziej rockowo (częściej) lub nieco country’owo. Przebojowo i jednocześnie mięsiście. Słychać w każdej sekundzie, że ci panowie mają taką muzykę we krwi. A na dodatek produkcją ich najnowszego dzieła zajął się Brendan O’Brien. Ten sam, który ma na sumieniu między innymi albumy Pearl Jam, Soundgarden, AC/DC, Bruce’a Springsteena, Boba Dylana, Neila Younga, Red Hot Chili Peppers, Aerosmith, Rage Against The Machine czy The Black Crowes. Efekt finalny jest tak smakowity, że nieznaną sobie wcześniej kapelę natychmiast umieściłem wśród ulubionych.

(Blackberry Smoke, Holding All The Roses, 2015)

[W NaTemat: 1 marca 2015]

Dylan In The Night

dylan_shadows

Bob Dylan, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni wykonywanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił z cudzych kompozycji coś bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego.

[more]

Moskwę i Lizbonę dzieli chyba wszystko: wiele granic, klimat, kultura, historia. Łączy te miasta właściwie jedynie przynależność do jednego kontynentu, Europy. Z Nowego Jorku do Los Angeles jest niemal taka sama odległość jak ze stolicy Rosji do stolicy Portugalii, a przecież wszystko, co pomiędzy nimi, to – jakkolwiek bardzo złożona – jedna Ameryka, jedno państwo. I, co bodaj najistotniejsze, wspólny język. Z tej hybrydy, z tego patchworku, z bezustannego przenikania się wszelakich zjawisk rodziły się i rodzą wciąż rzeczy wyjątkowe.

*

Piosenki są jak marzenia senne,

które człowiek stara się urzeczywistnić. Jak nieznane kraje, które pragnie odwiedzić. Piosenkę można napisać wszędzie, w przedziale kolejowym, na jachcie, w siodle – bycie w ruchu pomaga. Czasami nawet ludzie wielkiego talentu nie tworzą piosenek, bo nie są w ruchu. Ja też nie byłem w ruchu, przynajmniej fizycznie. Ale pisało mi się tak, jakbym był. Czasami inspiruje cię to, co widzisz i słyszysz„.*

*

Rokendrol ze wszystkimi swoimi przyległościami rósł i dojrzewał w kulturowej, obyczajowej i jakiej tam jeszcze opozycji wobec zastanego w połowie lat 50. i – zdecydowanie bardziej – w latach 60. porządku świata. Dziś sam od dawna jest częścią historii. Jego najwybitniejsi i, po prostu, najstarsi żyjący przedstawiciele niczego nie muszą już udowadniać, zapisali się na kartach nie tylko popkultury ostatniego półwiecza. Ze swych katedr, monumentów i gwiazdorskich galaktyk, z pozycji rockowych mentorów mogą już – bynajmniej nie tylko z powagą starożytnych mędrców – otwarcie przyznawać się do tego, że ich talenty nie rozkwitły na bezludnych, dalekich wyspach wśród jeszcze odleglejszych mórz, ale że dorastali i dojrzewali w wielokulturowych i, najoczywiściej, 

wielopokoleniowych tyglach.

Tworzyli coś nowego, odrębnego, ale jednocześnie wciąż poddani byli takim czy innym wpływom. Mając – jak na genialnych muzyków przystało – uszy szeroko otwarte, chcąc nie chcąc wchłaniali różne rzeczy, muzykę, którą zastali z chwilą pojawienia się na świecie, której słuchali ich rodzice, która dominowała w stacjach radiowych, muzykę wcześniejszych pokoleń.

Dziś ci mędrcy niczego nikomu nie muszą już udowadniać. Z dobrotliwym uśmiechem, z dystansem wobec siebie i świata przynależnym ludziom w okolicach siódmego krzyżyka spokojnie mogą przyznać się światu, że słuchali i słuchają, że w głowach mają i że kochają także takie nuty, do których za żadne skarby nie przyznaliby się pół wieku temu.

 

Paul McCartney, Eric Clapton i teraz Bob Dylan. Shadows In The Night – dziesięć piosenek, trzydzieści parę minut. Łączy je to, że wszystkie powstały w czasach „przedrokendrolowych”, wszystkie pojawiały się na Broadwayu i w Hollywood, wszystkie miał też w swym repertuarze

Frank Sinatra.

To Ameryka w blasku świateł: mieniąca się złotem, ale i blichtrowata, Ameryka oszałamiających damskich kreacji oraz świetnie skrojonych fraków i smokingów, ale i pełna tandety. Wymuskana, olśniewająco gładka, lecz także mdła od nadmiaru kiczu.

Kontrakt z tą wytwórnią był zwieńczeniem ciągu nieoczekiwanych wydarzeń, nigdy nie nastawiałem się na współpracę z dużą firmą płytową. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę nagrywać dla Columbii, jednej z największych wytwórni w kraju, mającej w swoich szeregach gwiazdy głównego nurtu, takie jak Johny Mathis, Tony Bennett czy Mitch Miller, nie uwierzyłbym„.*

*

Konteksty z biegiem lat nieuchronnie odchodzą w niepamięć, pozostaje natomiast sztuka, w tym przypadku – piosenki: znakomite i, jak widać na załączonym przykładzie, wciąż będące wdzięcznym materiałem do obróbki. Jeśli Rod Stewart, ubrany w białą koszulę i czarny garnitur, idealnie wpisał się w główny nurt,  by odzyskać trochę dawnej popularności i zasilić konto świeżą gotówką – dał zliftingowaną, ale po staremu lukrowaną wersję 

American Songbook, 

to artysta innej – najwyższej – miary zrobił z tych utworów coś bardzo swojego: wieloosobową orkiestrę zamienił na kilkuosobowy, kameralny skład, gwałtowne instrumenty dęte zamienił na delikatnie znaczone dźwięki gitary. Samemu sobie pozostawił tylko… głos. Od Sinatry różniący się wszystkim. Dylan od lat już bardziej chrypi, niż śpiewa, bardziej skrzeczy, niż idealnie trzyma linię melodyczną, a przecież wciąż pozostaje mistrzem nad mistrze, z cudzych piosenek – on, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni śpiewanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił coś tak bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego. Tak, jak to tylko on potrafi. 

*

Wielkie sceny amerykańskich teatrów, blask rewii czy papierosowy dym ekskluzywnych kasyn zamieniamy na coś niewymuszonego, kameralnego, pozostającego w półmroku. Zamiast ociekającej dolarami produkcji otrzymujemy nagrania zrobione na setkę w jednym lub dwóch podejściach. Stary folkowiec, bluesman z paroma kumplami podśpiewuje równie stare amerykańskie hity. Jest pięknie. Play it again, Bob.

(Na talerzu lub w szufladce: Bob Dylan, Shadows In The Night, 2015)

[W NaTemat: 22 lutego 2015]

_________________________________

* Bob Dylan, Kroniki, tom I, Wyd. Czarne 2014.

Elbow: rozpychanie się łokciami niekonieczne

elbow

Czasem jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

[more]

*

Wielokrotnie dawałem znać o swej niechęci wobec 

produkcji tzw. progresywnych,

które uparcie czerpią wprost ze źródeł, z dokonań najważniejszych skądinąd kapel tego nurtu. Jak długo jeszcze można posługiwać się w skali jeden do jednego patentami wyeksploatowanymi w tamtym czasie i zajechanymi w kolejnych niezbyt świeżych realizacjach? Przy słuchaniu na przykład takich kapel jak Pineapple Thief niejednokrotnie zapala mi się żółte, a czasami po prostu czerwone światło.

Czasem jednak – dodam od razu, że znacznie rzadziej – jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

Nagrania 

brytyjskiego kwintetu

Elbow są mi znane o tyle, o ile. Nie jest on szczególnie popularny w Polsce, trudno usłyszeć go w radiu – i tym mniej miałem  okazji, by go polubić. Ale gdy kilkanaście dni temu w sklepie na S natknąłem się na krążek Dead In The Boot za całe dwanaście złotych, po szybkim przesłuchaniu trzech fragmentów pobiegłem z nim do kasy.

Kiedyś, przy okazji dzielenia się wrażeniami z koncertu rodzimej formacji Saintbox, pisałem, że jeśli chcę jeszcze słuchać progresji, to właśnie takiej. Dominujące w instrumentarium klawisze, łagodniejsze i płynące wolniej nuty niekoniecznie muszą od pierwszej chwili wprowadzać podniosły, niebezpiecznie zahaczający o patos nastrój: wyciskającą łzy gitarę, monumentalne klawisze i perkusję akcentującą powagę przekazu.

W przypadku Elbow, już za sprawą barwy głosu Guya Garveya skojarzenia z Peterem Gabrielem są nieuchronne. Ale, po pierwsze, solowy 

Gabriel

nie jest wcale taki progresywny, a – po drugie – słychać w muzyce zespołu także zupełnie inne wpływy. Co też zdecydowanie przydaje walorów całości.

Bo to raczej Gabriel właśnie niż – skądinąd – stare, dobre (i bardzo przeze mnie cenione) pięcio- i czteroosobowe Genesis, do tego coś z klimatu najlepszego Talk Talk – z okresu Colour of Spring. Ale kłaniają się też wpływy trip hopu (McGreggor), jak i klasycznego rocka. Już w utworze otwierającym płytę, Whisper Grass, mamy sporo gwałtownych przesterów, które nieodparcie przywodzą na myśl psychodelię à la Doors. Ciepłe uczucia wyzwala swingująca gitara akustyczna w chyba najlepszym na płycie, pulsującym The Long War Shuffle. Wielkiej urody jest trzeci kawałek –Lay Down Your Cross – kolejny dowód na to, jak wdzięczną materią dla rockmanów potrafi być walc. 

Całość robi bardzo przyjemne wrażenie: koi, a przy tym bynajmniej nie nudzi. Jak wspomniałem, trudno w tym graniu odnaleźć jakieś szczególnie oryginalne rysy, a jednak 

poczucia smaku

i kultury muzycznej odmówić mu nie sposób. A to przecież „zaledwie” płyta stworzona ze stron B singli. 

Może nie jest to najbardziej zmysłowa* muzyka, jaką znamy czy możemy sobie wyobrazić, ale z pewnością mogąca dostarczyć wielu miłych doznań w czasie słuchania. A to przecież niemało.

_________________________

* Podaję za wikipedią: nazwa zespołu pochodzi z nadawanego przez BBC serialu „Śpiewający detektyw”, w którym główny bohater – Philip Marlowe – stwierdza, że słowo „elbow” (ang. „łokieć”) jest najbardziej zmysłowym słowem w języku angielskim, nie ze względu na znaczenie, a uczucie towarzyszące jego wypowiadaniu.

(Na talerzu lub w szufladce: Elbow, Dead In The Boot, 2012)

[W NaTemat: 15 lutego 2015]

The One and Only – Mr. Joe Cocker

cocker_live

„Please, give a very warm welcome: to the One… and Only – Mr. Joe Cocker!” – tak 5 października 1989 roku w Memorial Auditorium w Lowell w stanie Massachusetts konferansjer wywołał na scenę gwiazdę wieczoru.

[more]

Album zawierający trzynaście utworów zarejestrowanych podczas tego koncertu oraz dwie premierowe piosenki ukazał się w maju następnego roku i szybko został zaprezentowany w Polskim Radiu.

Zwariowałem – materiał mnie zachwycił. Drugi raz zwariowałem, gdy zorientowałem się, że podczas nagrywania mój magnetofon kasetowy odmówił posłuszeństwa. Wysiadł, jeśli dobrze pamiętam, wałek napędu, co powodowało raz po raz wolniejszy od przewidzianego przesuw taśmy. Wściekły, obiecałem sobie wtedy, że gdy odtwarzacz płyt kompaktowych pojawi się w domu, jednym z pierwszych zakupów CD będzie właśnie ten krążek.

Stało się to pół roku później. Pierwszym kompaktem była Pearl Janis Joplin, zaś drugim – właśnie album Live JC. Kilka miesięcy potem napisałem kilka zdań, zaś kartkę z nimi wsunąłem do książeczki:

*

Joe Cocker należy do bardzo rzadkiego w przyrodzie, a dziś prawie wymarłego gatunku śpiewaków o białym kolorze skóry, czarnym głosie i rock’n’rollowym sercu. Słychać to przede wszystkim w jego nagraniach koncertowych, kiedy, wraz z towarzyszącymi muzykami, daje z siebie absolutnie wszystko. Cocker powala siłą i autentyzmem swego głosu.

Jak to dobrze, że ktoś taki odnalazł się, wrócił, znów nagrywa i koncertuje ku radości milionów. Jak wspaniale, że ukazuje sie takie cacko jak album Live, który sumuje dokonania artysty od chwili powrotu, a jednocześnie wprost przenosi nas w złote lata rocka za sprawą With A Little Help From My Friends – czy trzeba dodawać, że w porywającej wersji?

Właśnie, Cocker mało komponuje, śpiewa zwykle utwory cudze, bywa że znane z innych, wielkich wykonań (jak wspomniany wyżej). Sądzę jednak, że nawet gdyby wziął na tapetę jakąś arię Verdiego, to byłby to bardziej Joe niż Giuseppe.

Na deser mamy na płycie dwa nowe, studyjne utwory. Też dobre, ale jakże skromnie brzmiące w porównaniu z „wykopującą’ resztą. Oto Cocker właśnie.

*

Wtedy, przed laty, na gorąco, moimi faworytami były dynamiczne Shelter Me, When The Night Comes oraz rewelacyjne wykonanie With A Little Help From My Friends. Dziś wskazywałbym, obok – bezdyskusyjnie – klasyka Lennona i McCartneya może raczej takie numery jak Hitchcock Railway czy High Time We Went, pod którym podpisany jest – rzadkość! – sam Cocker wraz ze swoim wiernym kompanem Chrisem Staintonem (nb. tą pieśnią w ostatnim okresie kończy swe występy Eric Clapton). Może po latach płyta nie wyzwala we mnie emocji największych, ale dowodzi wielkiej formy mistrza i całego zespołu.

*

Joe Cocker zmarł dwa dni przed Wigilią 2014 roku, w wieku siedemdziesięciu lat. Nie wejdzie już do studia, by nagrać kolejnych kilka czy kilkanaście piosenek, nie zagra koncertu. Nie zobaczymy go, jak w bardzo charakterystyczny sposób – rokendrolowo, a trochę dragowo i delirycznie – kiwa się przed mikrofonem. I znów zrobiło się smutniej, znów tak bardzo żal…

[W NaTemat: 14 stycznia 2015]

Z ziemi islandzkiej do Polski

halla

Subtelność kompozycji wymaga od słuchacza skupienia, wyciszenia, oderwania się od codziennych zajęć. Ale warto zrobić taki krok, by dać się unieść i uwieść północnoeuropejskiej melancholii. W tej prostocie środków, bezpretensjonalności tkwi bowiem wielka siła.

[more]

*

Był taki czas w muzyce, w latach 80., kiedy powiało kameralnością, sypnęło

śpiewającymi damami.

Zaczęło się od Suzanne Vegi, której pierwszą płytę zaprezentował w Trójce Wojciech Mann. I było to wielkie odkrycie – w zalewie syntezatorowej papki i raczej niskich stanów wód rockowych delikatny kobiecy głos, gitara akustyczna i równie subtelne dźwięki towarzyszące robiły wrażenie. 

A za Vegą pojawiły się Tracy Chapman – czarnoskóra dziewczyna z gitarą, obdarzona fantastycznym, niskim głosem, Irlandka Sinead O’Connor – dziewczyna z gitarą elektryczną, Enya – spokrewniona z Clannad, serwująca równie celtycko-elfickie nuty, wreszcie Edie Brickell, która ze swoim zespołem New Bohemians udanie nawiązała do klimatów flower power. Jak jeszcze ten zestaw uzupełnić o nieco starszą – nie wypominając – Chrissie Hynde, która stanęła na czele gitarowego The Pretenders (debiut fonograficzny w 1980 roku), Elisabeth Frasier (Cocteau Twins) i Lisę Gerrard (Dead Can Dance), to otrzymujemy całkiem szerokie spectrum stylistyczne. Do pop music wdarło się trochę zapachów damskich perfum.

I jeśli dziś, dzieląc się wrażeniami z występów 

Halli Nordfjörd,

islandzkiej – jak to się obecnie określa – songwriterki, piszący porównują młodą artystkę do Tori Amos, Björk czy Norah Jones, to osobiście mam przede wszystkim dwa skojarzenia – z O’Connor, gdy chodzi o barwę, i wczesną zwłaszcza Vegą, gdy mówić o nastroju.

*

Pierwsze i, dodam od razu,  pobieżne zapoznawanie się z materiałem składającym się na album The Brigde nie robiło na mnie szczególnego wrażenia. Do pewnego momentu. Już miałem ochotę przyczepić się do bardzo podstawowego opanowania umiejętności gry na gitarze, gdy ostatnie utwory – szczególnie rewelacyjny Tip Tap –  zmusiły mnie do poświęcenia większej uwagi temu, co płynęło z głośników. Natychmiast powtórnie wcisnąłem przycisk >play< – i dałem się wciągnąć. Bo piosenki dowodzą ogromnej wrażliwości, a leciutkie tu i ówdzie ich „podrasowanie”, dołożenie paru ledwie zaznaczonych instrumentów wydobywa z nich 

pełnię urody.

Subtelność kompozycji wymaga od słuchacza skupienia, wyciszenia, oderwania się od codziennych zajęć. Ale warto zrobić taki krok, by dać się unieść i uwieść północnoeuropejskiej melancholii. W tej prostocie środków, bezpretensjonalności tkwi bowiem wielka siła.

*

Nielicznym – jak Sugarcubes czy potem Björk – udało się przebić na rynkach muzycznie najważniejszych. Innym wiedzie się różnie. Nordfjörd opuszcza pełną lodu, wulkanów i poetów wyspę, by zamienić ją na niewiele cieplejszą Kopenhagę (gdzie m.in. studiuje aktorstwo), a stamtąd z kolei podejmuje próby znalezienia przyjaciół i słuchaczy w Polsce. Jak pokazują jej dotychczasowe wizyty w naszym kraju, próby zdecydowanie udane. Do tego jeszcze, rzecz już prawie dziś niespotykana, polski wydawca – Agencja Borówka Music – decyduje się na 

promocję tej artystki nad Wisłą

– na opublikowanie dziewięciu piosenek na CD. A czyni to wespół z oficyną Smekkleysa, której współzałożycielem jest  Eldon Jonsson, kiedyś członek-założyciel Sugarcubes. 

Album został zrealizowany w The Lab Studio pod okiem czołowych muzyków islandzkich, jest jednak przede wszystkim dziełem Halli – autorki muzyki i tekstów oraz współproducentki nagrań. Do niej też w lwiej części należy strona wykonawcza, tylko w trzech numerach wspomogli ją inni instrumentaliści Oficjalna premiera krążka będzie miała miejsce jutro, 29 grudnia 2014 roku.

Póki co do dyspozycji są pierwsze filmy w YouTube. Nadstawcie ucha, bo naprawdę jest do czego. A zapewniam, że te utwory smakują jeszcze lepiej na krążku, w zwartej, trzydziestotrzyminutowej dawce.  W nadal skromnej, ale jakże stylowej oprawie studyjnej, gdy do ciepłego głosu i gitary dochodzą czasem wiolonczela albo tamburyn, mandolina lub kalimba.

(Halla Nordfjörd, The Bridge, 2014)

[W NaTemat: 28 grudnia 2014]

AC/DC – rokendrolowy piec na zimowe wieczory

acdc_rock

Zamiast statecznego Mikołaja z chłodnej Laponii wielu wybiera w tym roku drobnego faceta w szkolnym mundurku z gitarą w rękach. Który czterdziesty już rok uczęszcza do czwartej klasy podstawówki, tyle że po drodze zrobił już co najmniej doktorat z rollologii. I chrzani cały obrzydliwie poważny świat, nadal biegając po scenie w krótkich spodniach.

[more]

*

Przyjemnie wsiada się po dłuższej przerwie do co prawda nienowego, ale sprawdzonego w różnych sytuacjach samochodu. Ręce natychmiast odnajdują swoje miejsce na kierownicy i lewarku skrzyni biegów, kręgosłup bez zdziwienia dotyka oparcia fotela. Okres rozbratu z pojazdem uświadamia tylko, jak nam w nim dobrze. Zwłaszcza że silnik, mimo sporego przebiegu, pracuje bez zarzutu, a wręcz zdecydowanie lepiej, niż to niejednokrotnie zdarzało się w przeszłości.

Warto było czekać długich sześć lat na takie 

niewiele ponad pół godziny.

Bo taki rozmiar albumu i okołotrzyminutowe piosenki to powrót do źródeł, do lat 50. Całość zaczyna się, jakże by inaczej, od świetnego riffu, a chwilę potem Johnson rzuca: „Hey yeah, are you ready? We be a good time band (…) You hear the guitar sound, playin’ nice and loud” i wiadomo, że wszyscy są u siebie: ci, co grają, i ci, którzy chcą tego słuchać – „In rock we trust”.

 

Formy można tylko pozazdrościć, toteż zamiast statecznego Mikołaja z chłodnej Laponii wielu wybrało w tym roku drobnego faceta w szkolnym mundurku z gitarą w rękach. Który czterdziesty już rok uczęszcza do czwartej klasy podstawówki, tyle że po drodze zrobił już co najmniej 

doktorat z rollologii.

I chrzani cały obrzydliwie poważny świat, nadal biegając po scenie w krótkich spodniach.  A  egzemplarze płyty sprzedają się jak ciepłe bułeczki.
Ech, łza się w oku kręci. Jestem z tego pokolenia, które w szczenięcych latach emocjonowało się m.in. trójwymiarowymi pocztówkami, a te czasami znajdowały się w posiadaniu kogoś z koleżeństwa (emocjonowało tak samo jak puszkami po piwie czy opakowaniami po papierosach). Takie kartki były wtedy rarytasem, jednym z symboli zgniłego i nieosiągalnego Zachodu. Umieszczenie czegoś podobnego w roku 2014 na okładce płyty zdaje się dowodzić, iż nostalgia może dopaść też i ludzi, którzy całe swoje życie spędzili w kapitalistycznym systemie.

Nowy materiał AC/DC to bardzo udana podróż w czasie – zwyżka formy jest tak znacząca, iż w kilku miejscach porównania z najlepszymi płytami zespołu nasuwają się same. To naprawdę wzruszające, że niemłodzi dziś panowie wciąż potrafią wykrzesać z siebie tyle świeżości, tyle chłopięcej energii. No i 

ten swing, ten blues

znów tak wyraźnie wyczuwalny – zwłaszcza w rewelacyjnych Got Some Rock & Roll Thunder czy Hard Times. Natomiast Rock The Blues Away brzmi jak cover utworu Creedence Clearwater Revival, a głos Johnsona jest wręcz do pomylenia z Fogertym. Gdy pierwszy raz usłyszałem ten kawałek, gęba natychmiast rozjechała mi się w uśmiechu.

*

Na piecu rozgrzanym do czerwoności stoi garnek z podskakującą radośnie pokrywką. W środku – niby od lat znana potrawa, ale ciągle należąca do szczególnie ulubionych. I widać, że tym razem kawał mięsa jest wyjątkowo soczysty, a jarzyny wiosennej świeżości. Roznoszący się wokół zapach zapowiada prawdziwą ucztę.

Rock Or Bust to jedenaście krótkich, w większości brawurowo wykonanych numerów. Słuchając ich, znów czuję tę niczym nieskrępowaną radość w środku, mam poczucie, że muzyka to jedyna, ale absolutnie niezbędna mi do życia adrenalina. I że nic tak nie podkręca pulsu, jak męskie, pierwotne, atawistyczne polowanie na świetne riffy. Angus Young już dawno – zaryzykowałbym nawet, że od czasów Back In Black –  nie czynił z gryfu gitary elektrycznej aż tak dobrego użytku. A reszcie formacji nie pozostało nic innego, jak równać do jego poziomu.

(AC/DC, Rock or Bust, 2014)

[W NaTemat: 14 grudnia 2014]

Grzegorz Turnau w kolejnej drodze do Krakowa

gt_7

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania.

[more]

*

Muzyczny ród Miśkiewiczów stanowi łącznik między albumami, przy których w ostatnich dniach zatrzymałem się na dłużej. W trio Marcina Wasilewskiego na perkusji gra Michał Miśkiewicz, zaś jego siostra Dorota – nie pierwszy raz zresztą – pojawia się w nowych nagraniach Grzegorza Turnaua – kompozytora, aranżera i producenta całości, a także autora tekstu jednej z pieśni. 

Ale 7 widoków w drodze do Krakowa jest też, jak nigdy dotąd w takich rozmiarach, dziełem 

oboisty Mariusza Pędziałka. 

To on właśnie wraz ze swoją żoną odkrył  dziewiętnastowieczne dekoracyjne malowidła ścienne w czasie remontu jednej z krakowskich kamienic. Malowidła, które stały się inspiracją do powstania całego krążka. A na nim instrument Pędziałka, w kilku utworach wyeksponowany na tle orkiestry kameralnej, brzmi wyjątkowo.*

*

Jakieś dziesięć-dwanaście lat temu, kiedy moi synowie pobierali przez pewien czas lekcje muzyki – w rozmowie z ich młodym nauczycielem powiedziałem:- Z całego polskiego rocka najlepszy jest Grzegorz Turnau.

Pośmialiśmy się wtedy trochę, a dziś – słuchając nowej płyty Pana Grzegorza – mógłbym tylko to zdanie powtórzyć. Oczywiście, z rockiem GT ma niewiele wspólnego, co zupełnie nie przeszkadza wielu miłośnikom gitar elektrycznych wsłuchiwać się w jego kolejne propozycje. Zwłaszcza że ci o nieco bardziej zaawansowanych peselach począwszy od płyty Tutaj jestem wyraźnie mogą w jego twórczości dosłuchać się tropów z okolic tria Emerson, Lake & Palmer: uwodzicielsko głębokich wokali w stylu Grega Lake’a oraz harmonicznych i aranżacyjnych 

rozwiązań nieodległych od klasycznych,

a tymi chętnie posługiwał się w swych kompozycjach Keith Emerson.

Nowe utwory Turnaua znów mocniej budzą te skojarzenia, a to z racji zatrudnienia, obok stałego zespołu towarzyszącego liderowi, Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza. Zrobiło się więc nobliwiej, wręcz filharmonicznie, chwilami pachnie Vivaldim i jego koncertami z obojem w roli głównej. Jednakże piosenki są krótkie lub bardzo krótkie – i ta czasowa kondensacja sprawia, że mniej chętnie nastawieni do takich dźwięków nie powinni czuć się osaczeni czy zmęczeni. Piękno w najczystszej postaci po prostu płynie ku nam w każdej sekundzie.

 

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania. Na nowej płycie 

jedziemy do Krakowa

i dojechać nie możemy, krążąc po Czernej, Tyńcu, Krzeszowicach czy Tenczynie. I w zasadzie gród Kraka tym razem możemy sobie darować, bo okolice, po których oprowadza nas Turnau, są niepospolitej zaiste urody.

Na koniec jeszcze jedno – wspominałem o tym już nieraz, ale powtórzę: krótkie płyty, zwłaszcza jeśli bardzo udane, mają tę dodatkową przewagę, że nie sposób się nimi nasycić. Czterdzieści sześć minut z 7 widokami upływa jak z bicza strzelił, głośniki milkną, a ja myślę sobie „To już, koniec?”. I natychmiast mam ochotę ponownie wcisnąć „play”.

(Grzegorz Turnau, 7 widoków w drodze do Krakowa, 2014)

_____

* Wszystko, co piękne pochodzi akurat z albumu To tu, to tam, za to  klip zgrabnie wpisuje się w klimat najnowszego dzieła.

[W NaTemat: 7 grudnia 2014]

Marcin Wasilewski Trio – żar uczuć i delikatność brzmienia

mwt_spark

Ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej łagodności i ukojenia.

[more]

*

O występie Marka Bałaty w pachnącym nowością gmachu NOSPR w Katowicach pewnie bym się nie zająknął, bo przyjemniej jest się zachwycać, chwalić – niż kręcić nosem z niezadowoleniem czy wręcz niesmakiem. Pewnie bym się nie zająknął, gdyby nie nowy album tria Marcina Wasilewskiego, który właśnie pojawił się w sprzedaży. 

Pewien redaktor nazwał 

premierowy materiał

MWT  „muzyką do windy”. Skłamałbym, mówiąc, że zupełnie tego nie rozumiem, ale w windzie, jeśli już coś ma mi grać, niech będą to raczej Wasilewski z Kurkiewiczem i Miśkiewiczem albo Dire Straits. Jeśli MWT to tylko stan lekkopółśredni (choć mam świadomość, że nad stanem ludzkich emocji, jakie wyzwolić może muzyka, dyskutować nie sposób), to co powiedzieć o Marku Bałacie?!

Być może gdybym systematycznie i od lat penetrował jazz, miałbym inne spojrzenie, inną wrażliwość i może w ogóle byłbym innym człowiekiem. Być może. Wychowałem się jednak na rokendrolu i pewnie przy nim już zostanę do końca swoich dni. Co nie uniemożliwia mi od czasu do czasu podróży w stronę jazzu właśnie lub muzyki poważnej, odchodzenia od ostrych gitar elektrycznych w krainę łagodnych dźwięków gitary akustycznej albo fortepianu.

Spark of Life

to ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej 

łagodności i ukojenia.

Obok autorskiego materiału znalazły się na krążku covery. Żadne to dziś odkrycie, że jazzmani popatrują na rockowe poletko. Mamy więc opracowania Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Heya oraz Message In The Bottle Police, co jakoś kojarzyć się może na przykład ze Smells Like Teen Spirit w wersji Możdżera, Danielssona i Fresco. Ponadto Actual Proof Herbiego Hancocka i – zawsze obarczona pewnym ryzykiem – próba zmierzenia się z klasykiem Sleep Safe And Warm Komedy, czyli słynną Rosemary’s Lullaby z filmu Romana Polańskiego (próba zresztą kolejna tego zespołu, bo wcześniejsza miała miejsce jeszcze pod szyldem Simple Acoustic Trio). Wreszcie wycieczka w klimaty poważne, czyli Largo Grażyny Bacewicz.

I mimo iż tych „obcych” kompozycji jest całkiem sporo – duch tria, dobrze już znany klimat wciąż niespiesznie i pewny swych atutów roztacza się nad całą płytą. Na dodatek Joakim Milder, szwedzki saksofonista, wprowadza w ten porządek pewną 

wartość dodaną.

Instrument, na którym gra, tak chętnie anektowany przez rock i pop music, ma przez to chyba szczególnie trudne zadanie, by uciec od zgranych przez lata dźwięków. Wrażliwość Mildera bliska jest jednak temu, co robi polska formacja (stąd przecież wziął się pomysł współpracy) – gra oszczędnie, bez gwałtowności.

Wracam do pojawiających się tu i ówdzie zarzutów: jeśli muzyka często towarzyszy nam w czynnościach dnia codziennego, trudno potępiać Marcina Wasilewskiego i kolegów, że tworzą tło smakowite i wyjatkowej urody. Natomiast jeśli już dane nam jest uwolnić się od krzątaniny i poświęcić tylko słuchaniu – utwory MWT z płyt czy na żywo brzmią jeszcze szlachetniej. A że po dwóch dekadach istnienia składu trudno mówić o efekcie nowości czy zaskoczenia, to jasne. Z trzymaniem poziomu przez starych wyjadaczy bywa różnie (ostatni przykład: U2), więc cieszy mnie niepomiernie, iż bez niepokoju mogę wkładać kolejne krążki tria do odtwarzacza.

Zresztą kogo i o czym chcę tu przekonywać – w końcu o jakiej półce muzycznej mowa? Ci trzej panowie nagrywają dla wytwórni ECM, a chce ich słuchać publiczność pod wszelkimi szerokościami geograficznymi – ostatnio byli w Argentynie i Chile. Czyżbyśmy postępowali trochę w myśl Jachowiczowskiego „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie” – ?

(Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder, Spark of Life, 2014)

[W NaTemat: 30 listopada 2014]