AC/DC, Back In Black, 1980

Australia musi leżeć bardzo daleko, skoro teraz gra się tam taką muzykę – powiedział Piotr Kaczkowski po zaprezentowaniu, bodaj wiosną 1978 roku, po raz pierwszy w polskim radiu, w programie W tonacji Trójki, grupy AC/DC. Była to porywająca, koncertowa wersja Whole Lotta Rosie z albumu Let There Be Rock (1977), jednej z najznakomitszych piosenek w dorobku zespołu.

[more]

Popularność AC/DC w Polsce, podobnie jak na całym świecie, rosła w szalonym jak gra Angusa Younga tempie. W 1979 roku ukazał się najlepszy z dotychczasowych albumów, Highway To Hell, ze znakomitymi kawałkami na początku i końcu krążka – tytułowym oraz Night Prowler.

W lutym następnego roku wokalista Bon Scott w wieku trzydziestu czterech lat zapił się na śmierć. Pozostali muzycy rozważali nawet  rozwiązanie zespołu, ale ze swoistą odsieczą przyszli… fani, proponując następcę zmarłego frontmana w osobie Briana Johnsona.

To niesamowite, ale pod koniec lipca na rynku pojawiła się nowa płyta. W jakim, tym razem artystycznym, gazie wspartym adrenaliną wewnątrzzespołowych wydarzeń musieli być ci ludzie, by w tak krótkim czasie wysmażyć nową porcję muzyki?!

A tę, tym razem w Minimaksie, znów zaprezentował Pan Piotr. Pamiętam, jak zastanawiał się na koniec, czy to, co właśnie wybrzmiało, było czymś na miarę czwartego albumu Led Zeppelin. Redaktor miał wtedy wątpliwości, na gorąco miał prawo je mieć, podobnie jak nadzieję, że AC/DC są w stanie zrobić jeszcze jeden krok naprzód.

Nie zrobili, nie byli w stanie. Ale też po latach widać, jak cholernie trudne było to zadanie. Bo Back In Black to po prostu rock’n’rollowe arcydzieło. Wariacka jazda bez trzymanki – jak puszczenie się na krechę czarną trasą narciarską. Dziesięć kawałków, wśród których połowa to perły w najczystszej postaci: Hells Bells, Let Me Put My Love Into You, Back In Black (jedyny kończący się wyciszeniem), You Shook Me All Night Long i mój najukochańszy kawałek kapeli – Rock And Roll Ain’t Noise Pollution.

Zespół, który w moim odczuciu jakby ciągle grał jeden utwór – tutaj sięgnął szczytów swych artystycznych możliwości. Poszczególne numery są wyjątkowo łatwo rozróżnialne, kipiące najlepszymi z najlepszych zagrywek gitarowych. Mijają trzydzieści dwa lata (rany boskie!), a ta muzyka wciąż brzmi świeżo i znakomicie. Prąd, energia i ciary na plecach ciągle towarzyszą mi przy jej słuchaniu. Najwyraźniej nie jestem w swych wrażeniach odosobniony, bo krążek do dziś sprzedał się w nakładzie prawie pięćdziesięciu milionów, co sytuuje go na podium najlepiej sprzedających się albumów wszechczasów.

Potem nigdy już nie było tak pięknie. For Those About To Rock, choć momentami trzymał poziom swego poprzednika, w całości był słabszy. Johnson jeszcze długo sypał żyletkami prosto z gardła, Young wciąż biegał po scenie w krótkich spodenkach i z tornistrem na plecach, ale w studiu nie urodziło się już nic na miarę albumu z 1980 roku.

Ale też trzeba powiedzieć, że – może poza najmłodszymi melomanami – mało kto nie słyszał o zespole o nazwie „a-ce-piorun-de-ce”, mało kto nie słyszał ich nagrań. I mało kto, już po paru sekundach, nie byłby w stanie ich rozpoznać. Własny styl – to coś, co udało się wypracować tylko wielkim. W przypadku Australijczyków – prosty do bólu, żywcem z lat 50. – akordowy atawizm w czystej postaci: hałas, krzyk, szaleńcza pogoń będąca jednocześnie ucieczką. Tak właśnie bawią się chłopcy, czasem już  bardzo duzi.

Bo na tym, w najlepszym wydaniu, to polega: jedni chcą grać, a drudzy chcą ich słuchać.



Hey, ?, 1995

W marcu 1991 roku zostałem ojcem – i to od razu podwójnym. Jeśli komuś wydaje się, że nie ma czasu, bo studiuje, że nie ma czasu, bo już skończył studia i pracuje, bo już pracuje i zmienił stan cywilny – to opowiada bzdury. Życie zmienia się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy na świecie pojawia się dziecko. A jeśli jest to dwójka w pakiecie, tym bardziej. I dzieje się tak, że człowiek przestaje nadążać. Że traci kontakt – ze znajomymi, z nowościami literackimi, filmowymi, płytowymi. Nagle czasu robi się bardzo niewiele.

[more]

Tymczasem w kraju panoszyła się wolność. Do muzycznych bojów ruszali ludzie urodzeni już w latach 70. Nakłady kaset oraz płyt kompaktowych osiągały niebotyczne nakłady rzędu set tysięcy egzemplarzy.
Lata 90. na świecie należały do grunge’u, największe triumfy święciły Nirvana i Pearl Jam. Ta fala powrotu do rock’n’rollowych i punkowych źródeł dotarła także do Polski.

Na największą grupę tego nurtu wyrasta na Wisłą szczeciński Hey, którego kariera rozwija się w niespotykanym dotąd u nas tempie. Siłą zespołu jest bezkompromisowe, mocne gitarowe brzmienie i wokalistka, jakiej jeszcze nie było – takiego damskiego gardła dotąd na polskich scenach i w studiach nagraniowych nikt nie słyszał.
Hey to po wielekroć zespól dla mnie wyjątkowy. Pierwszy ważny „po”. Po zmianie mojej życiowej optyki na ojcowską. Pierwszy złożony z ludzi wyraźnie już młodszych ode mnie, a który tak mocno wszedł mi pod skórę.
Po dwóch pierwszych albumach, bardzo ostrych Fire i Ho!, po niepotrzebnym, zbyt szybkim krążku koncertowym, przyszedł czas bezlitosnej weryfikacji: czy poza materiałem tworzonym przez parę lat, a który został zamieszczony na wspomnianych płytach – jest coś jeszcze do zaproponowania. Czy można mówić o rozwoju.
Pierwotnie szykowany jako singiel, ostatecznie Heledore został wydany jako minialbum. Kupiłem go natychmiast po ukazaniu się – i moja miłość do grupy, zupełnie jak jej muzyka, przeszła w dojrzałą fazę. Powalił mnie zwłaszcza List – pierwsza perła wśród tekstów Nosowskiej, autorki,  która objawiła się tutaj jako już właściwie poetka, cudownie liryczna i intymna. Do tego znakomicie, niezwykle dojrzale zagrana wartwa instrumentalna. Od tego momentu z równą, a może nawet większą uwagą jak nad mocnymi kawałkami, pochylam się nad Heyem delikatnym, balladowym – a nazbierało się takich utworów w dorobku zespołu sporo.
? – będący rozwinięciem Heledore, zjechany przed laty w Tylko rocku – uważam za album przełomowy w dyskografii zespołu, a Wczesną jesień, Prawdę, List i Gdy mnie sen zmorzy umieszczam na prywatnym „The best of”.
Warsztat muzyczny piątki muzyków jest już bardzo, bardzo solidny, talenty kompozytorskie, zwłaszcza Piotra Banacha, ówczesnego lidera, rozwijają się znakomicie. Hey staje się firmą z tych najważniejszych w polskim showbiznesie. Rewelacyjny materiał trzeciej studyjnej płyty wyraźnie dowodzi, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem muzycznym wielkiej miary. 

I tak jest do dziś. Talent Katarzyny Nosowskiej – literacki i kompozytorski – rozkwitł w pełni, Hey potęgą jest i basta. Obok Dżemu to, moim zdaniem, drugi tak wielki zespół w dziejach polskiego rocka – działający od ponad dwóch dekad i cały czas prezentujący materiał na poziomie dla większości innych wykonawców niedostępnym. Można dyskutować nad ostatnią płytą – Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! Osobiście lubię ją bardzo, choć mniej podobało mi się koncertowe oblicze zespołu na trasie promującej album: za mało gitar, za dużo instrumentów klawiszowych. Wolałbym, by takie aranże były domeną solowych dokonań Pani Katarzyny, a gitarzyści w zespole, z Marcinem Żabiełowiczem na czele, jak dawniej dosypywali do pieca.


 *

                jedyny mój

                to zaledwie kilka dni

                a ja nie mieszczę łez

                zagryzam wargi

                dotykam się

                jak to zwykłeś robić ty

                wyczuwam wyczuwam cię

                w zapachu ubrań

                a niebo znów na głowę spada mi

                i nadziei coraz mniej na słońce

                tak trudno jest zasypiać budzić się

                gdy imię twoje echem

                odbija się od ścian

               

                a te dni ciszy które dzielą nas

                podpowiadają mi złe obrazy

                muszę to przespać przeczekać

                przeczekać trzeba mi

                a jutro znowu

                pójdziemy nad rzekę

 

                jedyny mój

                pora kończyć już

                pielęgnuj obraz mój w swym sercu

                jestem wodą do której raz włożywszy dłoń

                nigdy nie zdołasz jej zapomnieć

  

                a te dni…


List  to przepiękny tekst o tęsknocie kobiety za mężczyzną w czasach, gdy telefonów komórkowych jeszcze nie było i pozostawało ewentualne pisanie listów oraz pośrednictwo Poczty Polskiej. O tym, że Nosowska równie urzekająco potrafi pisać o uczuciach także dziś – może przy innej okazji.

Ania, córka Ady

Jako bardzo, bardzo nieletni odbiorca muzyki nie-poważnej (tytuł stałej rubryki prowadzonej przez Romana Waschkę w „Sztandarze Młodych”), odbiorca o zdecydowanie heteroseksualnej orientacji, byłem wielbicielem Ady Rusowicz. Miłość tę skutecznie podsycały zdjęcia wokalistki Niebiesko-Czarnych, na których widać było mocną, czarną oprawę oczu, minisukienki i oszałamiające nogi.

[more]

W latach 70. szczególna ranga NC na polskim rynku była już tylko pięknym wspomnieniem. Grupa, wielokrotnie zmieniająca skład, długo walczyła o przetrwanie (bodaj do 1976 roku), ale nawet w ówczesnym, maleńkim showbiznesie stała na straconej pozycji – Niemen, SBB (przede wszystkim) i Budka Suflera byli w zupełnie innym miejscu, Niebiesko-Czarni zatrzymali się gdzieś w latach 60.

Duet Ada i Korda był już tylko żałosnym odcinaniem kuponów od dawnej popularności (jedyny przebój to Masz u mnie plus), chałturą i graniem do kotleta. Śmierć Pani Adriany, w 1991 roku wskutek ran odniesionych w wypadku samochodowym, w czterdziestym siódmym zaledwie roku życia, zamknęła ten rozdział polskiej muzyki drugiej połowy XX wieku.

W niedzielę przeczytałem wywiad z Anią Rusowicz, córką Ady, w Wysokich Obcasach (dodatku do Gazety Wyborczej), w środę miałem okazję zobaczyć jej koncert, wczoraj kupiłem debiutancką płytę.

Urodę odziedziczyła po mamie, nogi ma chyba jeszcze ładniejsze – to już niebagatelne argumenty, choć niemerytoryczne, dla męskiej części melomanów.

Matkę wyniosła do rangi świętej, to zrozumiałe, miała siedem lat, gdy ją straciła. Ojca podsumowała jednym bezlitosnym zdaniem – że w 1991 roku zniknął z jej życia. Pięknie mówiła o muzyce, tej starej, z lat 60. właśnie, o swoich z nią – i piosenkami mamy – zmaganiach.

Dwa dni temu przekonałem się, że głos – podobnie jak uroda – to cała mama. Bezpretensjonalna, pełna ciepła konferansjerka, dziewczęcy wdzięk – to kolejne atuty.

Ale przede wszystkim: muzyka. Stare instrumenty – klawisze, bas, perkusja – stare patenty na piosenki, bardzo zgrabne pomieszanie repertuaru mamy z własnymi, oldskulowymi propozycjami. Bardzo dobry warsztat, profesjonalne podejście do  pracy, ochota do działania przynależna tym, którzy dopiero walczą o swoje miejsce w branży. Żadnych kompromisów – choć był to koncert zamknięty, muzycy nie odpuścili sobie i publiczności ani trochę, prawie godzina grania, świetne, improwizowane w stylu The Doors, partie instrumentalne.

Bardzo ostrożnie podchodzę do zakupów nowej polskiej muzyki, bo często po paru latach nie za wiele z niej zostaje. Lecz właśnie – czy to jest nowa muzyka? Jako coraz większy fan lat 60. wychwytuję z radością te wszystkie patenty brzmieniowe, aranżacyjne – przede wszystkim The Doors, których duch unosił się nad sceną, ale także Hendriksa, Free, Creamów (White Room) i cytat z Hush Deep Purple na końcu koncertu. Całość niesłychanie zgrabnie podana, zagrana z dużą kulturą muzyczną. 

Płyta jest podobna, brak na niej tylko tych rozbudowanych partii instrumentalnych. Wyróżnia się na niej szczególnie kawałek Chciałabym w klimacie The End (zachwycił mnie już na koncercie) i świetna, rock’n’rollowa wersja Za daleko mieszkasz miły, ale całość jest naprawdę bardzo równa. Granie szlachetne i przebojowe zarazem. Czterech facetów i frontmenka w mini przywodzą na myśl Jefferson Airplane z Grace Slick, holenderski Shocking Blue (pamiętany za sprawą przeboju Venus), oczywiście Niebiesko-Czarnych i Breakoutów z Kubasińską.

Życzę Pani Ani wszystkiego najlepszego. Ufam, że starczy talentu, by pisać kolejne, równie dobre piosenki w tym stylu. Że uda się zdobyć fanów – starych i młodych. Hasło „muzyka łączy pokolenia” w tym przypadku może sprawdzić się bardzo dosłownie. Łzy wzruszenia cisną się do oczu, nostalgia za starymi muzycznymi czasami ogarnia mnie zupełnie i wcale nie mam ochoty uwalniać się od tych emocji.

Należałoby jeszcze napisać parę słów o tytule płyty: Mój big-bit. Chyba nigdzie poza Polską termin bigbit nie jest czytelny. Ponieważ import zza żelaznej kurtyny hasła rock and roll bardzo nie podobał się ówczesnej władzy, Franciszek Walicki, guru, ojciec opatrznościowy tej muzyki w Polsce, ukuł wyżej wymieniony termin.

Ania Rusowicz wraca do tamtej muzyki – do muzyki wykonywanej przez jej mamę i całe pokolenie lat 60. Swoje muzyczne pomysły także realizuje w tym duchu – i efekt jest naprawdę dobry. Oby tak dalej.

styczeń 2012

*

Życie szybko dopisało kolejny rozdział w krótkiej przecież, póki co, karierze artystki. Stała się ona, obok Zakopower, największą beneficjentką tegorocznych Fryderyków. Otrzymała aż cztery statuetki: jako najlepsza wokalistka, za popowy album roku, fonograficzny debiut roku i za produkcję – wspólnie z  Kubą Galińskim. Chyba powinnam dziś zakończyć karierę – powiedziała szczęśliwa. Poprzeczka rzeczywiście została  zawieszona bardzo wysoko.

 



*

Fleetwood Mac, Rumours, 1977

Moja pierwsza taśma magnetofonowa. Dwa kolejne Minimaksy Piotra Kaczkowskiego – prezentacja Rumours wsparta klasykami zespołu jeszcze z czasów Petera Greena, m.in. The Green Manalishi, Oh Well i Need Your Love So Bad. Każda nuta zapisana w głowie. Wyeksploatowany magnetofon trafił wreszcie szlag, a razem z nim wiele nagrań, do których, bywało, bardzo długo nie dane mi było powrócić. Także – do tej płyty.

[more]

I wreszcie teraz, po trzydziestu pięciu latach od chwili ukazania się analogowego pierwowzoru, trzymam w dłoniach dwupłytowe wydawnictwo: oryginalny album w zremasterowanej wersji oraz różnego rodzaju dodatki – wersje demo i inne niepublikowane wcześniej nagrania.

Wypada zaznaczyć, że ponad rok temu Piotr Metz wspominał ten album w świetnym cyklu Strona 1, strona 2. Wtedy wróciły do mnie stare emocje i wielka ochota, by sięgnąć do tych utworów.

To pop, z całą pewnością, a jednak po tylu latach słucha się tego z ogromną przyjemnością – dlaczego? Wpisuję płytę w jej czas: mamy Abbę, są Electric Light Orchestra, rok później na popowe ścieżki wkracza Genesis.

Co stanowi o sile Rumours?

ELO i Genesis są mocno osadzeni w tamtym okresie: gęste, wręcz przeładowane aranżacje, sporo syntezatorów, coś, co wtedy zachwycało, po latach nieuchronnie zwietrzało. W Abbie jest za mało rocka, to jednak nieco niższy poziom. Fleetwood Mac udała się cholernie trudna sztuka. Wiadomo, że to zespół o sporych tradycjach. Solidne bluesowo-rockowe granie na przełomie lat 60. i 70., kiedy na czele zespołu stał jeden z największych stylistów elektrycznej gitary, Peter Green (to do niego należy linia gitary w Jenny Mayalla), brzmienie oparte na typowej triadzie gitara – bas – perkusja z delikatnie tylko znaczonymi instrumentami klawiszowymi.

I to proste, soczyste i, w sumie, oszczędne brzmienie jest też wielką siłą opisywanego albumu. Feeling, swing, blues, rock’n’roll wyczuwalny jest w każdej, najprostszej z pozoru piosence umieszczonej na krążku. To moc, która nie pozwala zestarzeć się temu albumowi. Bo siłą najlepszych płyt w historii jest połączenie w jednym czasie największych wzlotów kompozytorskich z co najmniej dobrym poziomem wykonawczym.

Wielka sztuka rodzi się z bólu.

Krążek powstawał w momencie, kiedy rozpadały się dwa muzyczne małżeństwa członków grupy. Jednak życiowe kryzysy udało się muzykom przekuć w szlachetny materiał muzyczny. W tych utworach wyczuwalny jest bowiem duch wczesnego Fleetwood Mac oraz mistrzów piosenki drugiej połowy dwudziestego wieku – Beatlesów. A nad tym, że melodyjne kawałki są czasem dowodem na nie całkiem prostą fakturę muzyczną, że są dowodem  kompozytorskiego geniuszu, nie ma co dyskutować. Lepiej ich po prostu posłuchać.

Trochę ponad czterdzieści cztery minuty, dwanaście utworów. Wspaniały miks dynamicznych kawałków, takich jak Go Your Own Way czy The Chain, i urzekających ballad, jak Oh Daddy czy wyjątkowej urody Songbird.

Album był w swoim czasie najlepiej sprzedającą się płytą w historii, a i dziś sytuuje się w czołówce – z wynikiem ponad czterdziestu milionów egzemplarzy. W plebiscycie magazynu „Q” na najlepszy album lat 70. zajął trzecie miejsce – za London Calling The Clash i Dark Side Of The Moon Floydów. Warto sprawdzić albo przypomnieć sobie, dlaczego.


Kari Amirian, Daddy Says I’m Special, 2011

Rock’n’roll wyzwala w ludziach pierwotne instynkty. Fantastycznie jest dać się ponieść decybelom, odjechać razem z palcami gitarzysty szalejącymi na gryfie, wykrzyczeć wspólnie z wokalistą cały gniew za swoje pospolite życie.

[more]

Ale sposobów na muzyczne oderwanie się od rzeczywistości jest więcej. Jednym z nich jest dla mnie, już od czasów nastoletnich, szeroko rozumiana ballada. Muzyka wyciszona, tkana z delikatnych nut, oszczędna w instrumentalnych środkach wyrazu. A jeśli mająca unieść naprawdę wysoko – najlepiej, by była ozdobiona ciepłym damskim wokalem. Cóż, pewnie przemawia przeze mnie orientacja hetero, ale w  liryczne klimaty mogę bez reszty wpaść tylko pod wpływem głosu kobiety. 

Debiut płytowy Kari Amirian budzi we mnie przede wszystkim wspomnienie pewnej sobotniej W tonacji Trójki sprzed wielu już lat, kiedy Wojciech Mann prezentował pierwszą płytę Suzanne Vegi. To łagodność, ciepło, liryzm, nostalgia. Dźwięki, które są w stanie ukoić najbardziej skołatane nerwy, wyciszyć, przenieść na czterdzieści siedem minut w lepszy świat. A takim jest świat pań w tradycyjnym podziale na wartości kobiece i męskie. Oczywiście, jeśli chodzi o inspiracje, w wypowiedziach samej artystki i recenzjach pojawiają się jednak inne nazwiska.  Stiny Nordenstam, pod wpływem której Amirian obrała taką właśnie muzyczną drogę, oraz Lykke Li, gwiazdy szwedzkiej sceny niezależnej. Cóż, Polsce zdecydowanie bliżej do chłodnej Skandynawii niż do gorących krajów południowej Europy, co od lat potwierdzają jazzmani. Płyta urodzonej w Świnoujściu wokalistki nieprzypadkowo realizowana była w Sztokholmie.

 W muzyce rozrywkowej zawsze było, jest i będzie miejsce na takie brzmieniowe pomysły. Bo to pop, nie boję się użyć tego określenia, najwyższej próby. Tym bardziej zaskakujący, że powstały tu, między Odrą a Bugiem, a chyba nikt nie byłby zdziwiony informacją, że mamy do czynienia z płytą przywiezioną z anglosaskich krain (piosenki śpiewane są w języku Szekspira). Pewnie za dziesięć lat i w takiej produkcji da się wyczuć czas jej powstania, ale jestem przekonany, że ta muzyka starzeć będzie się bardzo, bardzo wolno. A całkowicie nie zestarzeje się nigdy. 

Otrzymaliśmy krążek złożony z dwunastu przepięknych piosenek, szlachetnych kompozycji niezwykle starannie zaaranżowanych i zagranych. Tyle kultury muzycznej i profesjonalnego w każdym calu wykonawstwa nieczęsto spotyka się na polskich płytach. Wsłuchuję się kolejny raz w te nagrania, by spróbować wskazać szczególnie piękne fragmenty – i nie potrafię. Może The Winter Is Back i A Poem. Zapewniam, że wszystkie bez wyjątku są wielkiej urody. To ogromna zaleta tego krążka – żadnych słabszych momentów. 

Wspaniała robota duetu Kari i Roberta Amirianów wspieranego przez jeszcze czwórkę muzyków. Chwalić należy wszystkich, ale wspomnę tylko o jednym elemencie całości: instrumenty perkusyjne ani razu nie wybijają, nie podkreślają rytmu w sposób znany z przeciętnych produkcji.

Trudno wyobrazić sobie, że na kolejnych płytach może być jeszcze lepiej. Oby było równie dobrze.


 

Jack White, Blunderbuss (2012)

White, podobnie jak Joe Bonamassa, niesie mi pocieszenie. Daje poczucie, że jeszcze ciągle należę do wielkiej rockowej rodziny, a nie jestem już tylko stetryczałym, marudnym zgredem, który niewiele rozumie z tego, co wokół dzieje się w muzyce.

[more]

White wytrwale penetruje brzmienia lat 60. i 70. Jest nimi zafascynowany, przesiąknięty do szpiku kości, on cały jest z tamtych czasów. Przypuszczam, że pojawienie się na koncercie Shine A Light Stonesów (w kawałku Loving Cup) oraz udział, wspólnie z Jimmym Page’em (oraz Egde’em) w dokumencie Get Loud to swoiste ukoronowanie dotychczasowej jego kariery – wspaniała okazja, by zagrać ze swoimi największymi mistrzami. We wspomnianym filmie, gdy Page wydobył z gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love, oczy zapłonęły mu pełnym blaskiem i miłością.

JW III to artysta niespokojny i bardzo płodny. White Stripes, The Raconteurs, The Dead Weather – bardzo to pokaźny dorobek jak na młodego ciągle artystę. Blunderbuss jest krążkiem, o którym sporo się niedawno w Polsce mówiło, odnotowując pierwsze solowe dzieło w dorobku muzyka.

Niewiele ponad czterdzieści minut – czyli stara, dobra, zwarta szkoła. Trzynaście utworów – a więc lata 60., kawałki po około trzy minuty. Patenty przede wszystkim zeppelinowskie i stonesowskie, czyli, po prostu, rokendrolowe.

A jednak – czegoś tu brak. Czego, by nazwać tę płytę wielką? Istota chyba nie tkwi w tym, że White’owi trochę brakuje wokalnie do Planta, jako gitarzyście do Page’a, a jako pianiście – do Prestona czy Leavella. Myślę, że chodzi o cierpliwość. Wytrwałą, spokojną pracę w studiu nad wyszlifowaniem kolejnych piosenek. Zwolnienia tempa, z jaką kręci się ta karuzela, z czterdziestu pięciu do trzydziestu trzech obrotów na minutę.

Bo ten krążek – to szkicownik. Znakomity, ale szkicownik. Zbiór przepięknych czasem pomysłów (tytułowy Blunderbuss czy On and On and On), ale pozbawionych jubilerskiego wycyzelowania. Nie brzmieniowego, bo ten stary brud jest fantastyczny, ale aranżacyjnego. Pochylenia się nad każdą nutą, by wydobyć z tych utworów pełnię ich urody. Szkoda.

Wolałbym, aby artysta o takim potencjale pracował nieco wolniej. Wydawał płyty nieco rzadziej, z nieco może mniejszą ilością utworów, ale staranniej dopracowanych w studiu. Może przed laty, kiedy Plant i Page znajdowali się u szczytu możliwości twórczych, byłoby podobnie, gdyby nie praca w duecie. Co dwie głowy to nie jedna. White’a może nie ma kto złapać za rękę, może nie ma kto zabrać mu tych kawałków, by dalej nad nimi jeszcze trochę popracować – on sam podpisany jest przecież jako producent całości.

Do arcydzieła tak blisko i daleko zarazem. Artysta sprawiłby mi wielki zawód, gdyby  tego arcydzielnego poziomu nigdy nie osiągnął. Bo ma właściwie wszystko, co do tego jest potrzebne.


Tom Waits, Bad As Me (2011)

Wojciech Mann powiedział kiedyś, że nie cierpi tych wszystkich podsumowań, klasyfikacji, tego określania, co w mijającym roku było “naj”. Zgadzam się z nim. Sztuka (mówmy o rzeczach, o których mówić warto) nie poddaje się tego typu opisowi. Można się w to bawić, sporządzać rankingi, patrzeć, co sprzedaje się najlepiej, ale jest to niewiele warte, bo bardzo doraźne, sporządzane na szybko, na kolanie. Potem mijają lata, dekady całe – i z tych na gorąco tworzonych zestawień niewiele zostaje. Ważne okazuje się częstokroć wcale nie to, co zebrało najpochlebniejsze opinie recenzentów. Wiele domniemanych arcydzieł ginie bezpowrotnie w mrokach czasu.

[more]

Nie wiem, jak będzie z Waitsem. Moje ucho podpowiada mi, że chyba nieźle, ale pewności nie mam. Bo takich płyt ukazuje się trochę od pewnego czasu. Inność Waitsa polega na instrumencie, którym się posługuje – czyli głosie.

Bo z jednej strony jest to wszystko znakomicie wyprodukowane, zgrane w odpowiednich proporcjach. Szlachetna – jak się zdaje – ponadczasowa muzyka, nowa, ale odwołująca się do starych brzmień, tych z lat 60. i 70. Plejada znakomitych gości z Richardsem na czele, co dziś akurat jest bardzo modne – kto z tych wielkich ocalał, przeżył, nie zapił się i nie zaćpał, ma dziś koło sześćdziesiątki albo i więcej –  często gra razem z innymi podobnymi sobie. Rockmani, podobnie jak jazzmani, coraz częściej spotykają się przy okazji takich jednopłytowych, jednotrasowych projektów.

Ale z drugiej strony – właśnie ten aparat gębowy Wuja Toma: to coś absolutnie pierwotnego, niewystudiowanego, a przez lata wypracowywanego w różnych zapyziałych, pełnych papierosowego dymu i oparów alkoholu barach czy po prostu spelunach. Coś, co przywodzi na myśl pierwszych, czarnych bluesmanów z Południa. Ta pierwotność, która nie pozwoliłaby Waitsowi przecisnąć się przez pierwsze selekcyjne sito ogniska muzycznego na poziomie przedszkolnym, a jest wartością z okolic muzycznego doktoratu co najmniej.

I to – zderzenie perfekcji wykonawczej, świetnych realizacji studyjnych z barwą jego głosu – jest czymś, co Waitsa wyróżnia wśród wykonawców nagrywających dzisiaj. Z jednym może wyjątkiem, którego nb. bardzo mi – jako gościa – na tym krążku brakuje, ale ten pan nie udziela się na płytach innych artystów – Boba Dylana. Śmiem twierdzić, że jego dokonania z ostatnich kilkunastu lat są bardzo bliskie Waitsowi.

Dziś nowa płyta Toma W. wydaje się znakomita (i zwarta – jak pięknie, że trwa tyle, co stare winyle, trochę ponad czterdzieści minut!). Ale czy ta znakomitość i smakowitość ocaleje przez lata, trudno wyrokować. Starzy, dobrzy rockmani często idą w ostatnich latach w takie muzyczne klimaty, które wymykają się prostym stylistycznym określeniom i czasowym przyporządkowaniom, ale czy ta brzmieniowa ponadczasowość, dziś wydająca się dużą wartością tych płyt, będzie taką za lat dziesięć, trzydzieści – nie wiadomo.

grudzień 2011


 

The Doors: The Doors (1967)

Wreszcie posiadana na płycie CD – zremasterowanej, z trzema bonusami. Pierwsze odpalenie jeszcze w samochodzie. Nie wiem, ile lat minęło od ostatniego włożenia kasety z tymi nagraniami do wieży, bardzo wiele. Ale dla takich doznań muzycznych pewnie warto sobie takie (mimowolne) przerwy zrobić.
To było coś zupełnie porażającego.

[more]

Magiczny 1967 rok, pierwszy spośród tych, które przyniosły wiele rockowych arcydzieł. Pierwsza płyta Doorsów bez wątpienia  do nich się zalicza. Siła rażenia jest ciągle olbrzymia, aż trudno uwierzyć, że wtedy można było tak grać. To przecież już ponad czterdzieści lat, dostatecznie długo, by oddzielić ziarna od plew. By mieć pewność, że Morrison, Manzarek, Krieger i Densmore mają swoje miejsce w historii muzyki. Ten krążek to jeden z kamieni milowych w historii rocka.

Właśnie w tamtym czasie zaczyna do ludzkości docierać, że coraz bardziej długowłosi grajkowie to nie tylko muzykanci podłączeni do prądu, że w rock’n’rollu chodzi nie tylko o hałas dotychczas niespotykany. Pojawiają się artyści – znakomici instrumentaliści, genialni kompozytorzy, wybitni wokaliści, którzy nie chcą już tylko śpiewać o tym, że on ją kocha, a ona go nie (lub odwrotnie). Rock, po kilkunastu latach, osiąga dojrzałość i szczyt artystycznych możliwości. Dzieje się to za sprawą pierwszego pokolenia, które żyje bez wojen (jeśli nie liczyć Amerykanów w Korei), ludzi urodzonych w większości już w latach czterdziestych. Dzieje się to za sprawą Amerykanów, którzy chcą bawić się, grać muzykę, uprawiać seks, którzy chcą żyć, a nie ginąć za dziwne sprawy dziwnych ludzi, gdzieś daleko – w Wietnamie.  Młodzi Brytyjczycy natomiast zachłystują się muzyką czarnej Ameryki – bluesem – czerpiąc z niej inspirację, przetwarzając i budując na jej podstawie coś o zupełnie nowej jakości, coś po prostu wspaniałego.

Debiut The Doors: granie na wskroś nowoczesne, świetnie zaaranżowane, z genialnymi kawałkami kończącymi strony analogowego wydawnictwa – Light My Fire i The End. Był dopiero 1967 rok – rozmach czasowy i aranżacyjny tych utworów, brawurowe, wirtuozowskie solówki Manzarka i Kriegera – to coś absolutnie pionierskiego. W tym zestawie jedyny znak tamtych czasów – I Looked At You  – brzmi po prostu wzruszająco. Doors popchnęli muzykę rockową tak niewiarygodnie mocno do przodu. Z piosenek stworzyli poważne utwory muzyczne, grając we trzech (Morrison przecież śpiewał) zabrnęli w rejony właściwie dziewicze – choć nie sposób oczywiście zapomnieć o np. Jefferson Airplane. Z rock’n’rollowego grania uczynili sztukę przez duże „S”. Osiągnęli to w sensie czysto muzycznym, nie szokującym nowatorstwem brzmieniowym (jeśli nie liczyć klawiszowego basu), nie eskalacją decybeli czy tempem grania – nie, pozostali jakby w strukturze piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, ale „zakręcili” te utwory nieprawdopodobnie: sajkedelik w czystej postaci. (Parę lat później pojawia się podobna grupa, choć w odróżnieniu od Doors daleka od rockowego mainstreamu – Steely Dan. Tu odkrywcze było pójście w stronę jazzu, ale przecież jednak wciąż należy mówić o piosenkach). Manzarek chyba czuł, co się święci, gdy w 1965 roku Jim M. wyśpiewał mu a capella, siedząc w kucki na plaży, Moonlight Drive. „To najlepszy pieprzony utwór, jaki słyszałem w życiu!” – miał powiedzieć. Nie jest więc dziełem przypadku fakt, iż wśród bonusów do tego krążka pojawiają się aż dwie wersje wspomnianego kawałka, który przecież zespół umieścił dopiero na drugim swoim albumie.

Wielka szkoda, że Morrison wpisał się do klubu „27”. L.A. Woman (1971) był znów znakomitym albumem, zespół muzycznie złapał drugi oddech. Dużo jeszcze dobrego mogło się wydarzyć. Ale z drugiej strony – czy można sobie wymyślić genialniejszą codę niż Riders On The Storm ?

jesień 2011