Madziarska Alfa i – Omega, Nem tudom a neved (Omega 6), 1975

Pod ramię z bratankami Węgrami wiedliśmy rząd muzycznych dusz w demoludach. Z perspektywy lat też wydaje się, że nad Wisłą i Dunajem działo się najwięcej. To nasze ówczesne pochylenie nad muzyką węgierską nie było – najwyraźniej – przypadkowe. Zazdrościliśmy im wielu kapel rockowych w latach 70., pięknie wydanych i bardzo dobrze tłoczonych płyt winylowych.

[more]

Dziewczyna o perłowych włosach

Wśród najważniejszych wykonawców stamtąd przez wiele, wiele lat wymieniana była Omega. Jeśli u nas kuźnią talentów byli Niebiesko-Czarni, to tam taką instytucją była właśnie ta grupa, powstała w 1962 roku. Przez jej skład przewinęło się wielu czołowych muzyków rockowych. Na przełomie lat 60. i 70. jeszcze z Gaborem Presserem, późniejszym liderem Locomotiv GT, zasłynęła zwłaszcza utworami Dziewczyna o perłowych włosach i Dziesięć tysięcy kroków.

Najlepsze lata: 1975-1979

W swój najlepszy, dojrzały artystycznie okres zespół – już w ukształtowanym, pięcioosobowym składzie – wszedł albumem  Nie znam twego imienia wydanym w 1975 roku. Gdy dziś, po latach przerwy, wracam do płyt grupy z drugiej połowy lat 70., widzę wyraźnie, jak wielką inspiracją dla członków zespołu była twórczość Pink Floyd. Krążek, o którym piszę w tym miejscu, jest jednak inny. Więcej na nim rokendrola, ostrych gitar (takie kawałki zwykle wychodziły Omedze bardzo dobrze), mniej powłóczystych dźwięków syntezatorów, które dominowały na kolejnych albumach. To siedem bardzo dobrych i znakomitych utworów. Zaaranżowanych z niezwykłą starannością i dojrzałością, ale jednocześnie z wielkim rozmachem. No i do tego perfekcyjnie wykonanych.

Omega, podobnie jak nasze SBB, wielokrotnie próbowała sforsować „żelazną kurtynę”, przez wiele lat wyjeżdżała na koncerty do krajów Europy Zachodniej, nagrywała płyty dla tamtych wydawców, ale… Mimo tego, że właśnie w tamtym okresie, w latach 1975-1979, skutecznie pod względem artystycznym goniła światową czołówkę, kariery, jak zresztą żaden zespół z tej strony barykady, nie zrobiła. Pozostała natomiast z pewnością wielką instytucją i najpopularniejszą kapelą na wschód od Łaby.

Nie znam twego imienia

Ten album wciąż robi wielkie wrażenie – na pierwszej stronie analoga tytułowa mini, a może wręcz mikrosuita oraz dwa hardrockowe numery: to już jest kawał świetnego grania. Gdy jednak odwrócić krążek – robi się wyśmienicie. Rewelacyjny, gitarowy A büvész, po nim śliczna ballada (mniejsza o tytuł, można sobie połamać język) i na koniec porywające, skonstruowane z wielkim rozmachem Mozgỏ világ i Huszadik századi városlakỏ.

Cóż, węgierskiemu kwintetowi nie dane było zrobić światowej kariery. Proste i brutalne – musieliby urodzić się w innym miejscu na świecie albo tam przenieść na stałe. A kto wtedy żył i pamięta, ten wie, że zostawić w latach 70. wszystko tutaj, karierę, pozycję, i puścić się w niepewność zachodniego rynku muzycznego, narażając jednocześnie na społeczny ostracyzm i represje rodzinę pozostawioną po tej stronie – nie było wcale łatwo. Nikt z najlepszych kadeelowych wykonawców nie zdecydował się na ten krok.

Konteksty ulatują jak łezka spod rzęs – jak powiada stara piosenka – ale zostają płyty. W przypadku wykonawców znad Dunaju trudne do zdobycia i ciągle drogie, ale możliwe do upolowania. Trudno przypuszczać, że jest to propozycja dla młodych odbiorców, ale ci, co sięgają pamięcią do tamtych lat, pewnie nie reagują obojętnie na te kilka – kilkanaście nazw i nazwisk węgierskich. Zaś jeśli już sięgać, to właśnie po krążki najlepsze. A więc – przede wszystkim – po Nem tudom a neved.

Jego Wysokość – Hey, Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan, 2012

„Zanim mnie połkniesz, skosztuj” – słyszę głos z królewskich żup Wieliczki, utworu otwierającego album. No właśnie, pisanie muzycznego bloga wytwarza we mnie wewnętrzny imperatyw, by w miarę szybko reagować przynajmniej na największe wydarzenia, a do nich zaliczyć należy pojawienie się w sprzedaży nowej płyty Heya. To nieproste: połykanie na szybko zamiast powolnego smakowania, wsłuchiwania się w poszczególne utwory. Nie lubię tego, ale spróbuję. Zastrzegając sobie prawo do przesunięcia akcentów gdzieś w przyszłości.

[more]

Czy moja miłość do zespołu jest bezwarunkowa, tego nie wiem, chyba nie, trochę za wiele wiosen już za mną. Ale póki co jest tak, że zarówno Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, jak i teraz jej młodsza siostra Do rycerzy… wchodzi mi do głowy od pierwszego słuchania. Dziś jest już łatwiej, już nie ma zaskoczenia, że w tej muzyce jest znacznie mniej niż kiedyś gitar. Jednak

wartość artystyczna nowych piosenek

wydaje się bezdyskusyjna.

Otrzymaliśmy krążek stworzony przez ludzi absolutnie pewnych tego, co i jak chcą robić – i jest to pewność dobrze pojęta z racji wieku, stażu na scenie oraz, przede wszystkim, skali talentu. Hey od wielu już lat jawi mi się jako zespół w historii polskiego rocka najwybitniejszy: tyle lat działalności, po drodze istotna zmiana personalna, teraz znaczna przemiana stylistyczna, a ciągle mamy do czynienia z muzyką przez duże „M”. To wcześniej nikomu się nie udało. Fenomen ten jest jeszcze bardziej zadziwiający, gdy uświadomimy sobie, że dotyczy grupy, która zaczęła pisać swoją historię dopiero w ponad trzydzieści lat od początków szarpidructwa nad Wisłą.

Oczywiście, w parę dni od premiery, po dość intensywnym wsłuchiwaniu się w te piosenki mam swoje pierwsze typy. Mam też nieodparte wrażenie, że kiedyś, w nie bardzo odległej przyszłości, dane nam będzie usłyszeć je w gitarowych, i to ostro gitarowych, wykonaniach. Wersje studyjne są mocno nasączone elektroniką, ale – co najistotniejsze – to ciągle rokendrol. Jest w tej muzyce puls i swing. Są – chciałoby się powiedzieć, że jak zwykle – świetne teksty.

Nie mam żadnych wątpliwości,

kto jest pierwszą damą

w rodzimym szołbiznesie. Panią Marylę zostawmy w spokoju, z konkurentek myślę o Martynie Jakubowicz i Edycie Bartosiewicz. Pierwsza od lat konsekwentnie robi swoje, ale to jednak nieco inna miara, druga wystartowała z takiego pułapu, że potem nie była w stanie się na nim utrzymać – i dziś chyba woli milczeć niż wydać kolejną taką sobie płytę. A Nosowska jest jak wino – im starsza, tym lepsza. Jej udział w tworzeniu materiału na nowy album jest zdecydowanie największy – jest współtwórczynią wszystkich kompozycji i autorką niemal wszystkich tekstów (dziesięciu spośród jedenastu).

Niemal, bo na koniec płyty mamy Z przyczyn technicznych, świetny kawałek skomponowany i zaśpiewany do spółki z Gabą Kulką. Duety Nosowskiej to też coś, co należy odnotować, co kiedyś może zebrane będzie na oddzielnej płycie. Ich lista robi się coraz dłuższa, z tych damsko-damskich pamiętamy Moją i twoją nadzieję ze wspomnianą już Bartosiewicz, potem była m.in. znakomita Kochana z Renatą Przemyk czy na Unplugged wspólny występ z Agnieszką Chylińską.

Tak na świeżo, jeśli wskazywać miałbym utwory szczególnie zwracające moją uwagę, odnotowuję walczyk …że się Kupidyn tobą interesuje, Podobno i Wilk vs. kot (klawisze trochę jak w Jump Van Halen) – znakomite numery w starym Heyowym stylu. Tu urywam, będąc przekonany, że

piszę o najlepszej płycie rockowej,

a bez stylistycznych podziałów z pewnością o jednej z najlepszych płyt 2012 roku.

Warto wspomnieć o ślicznym pudełku, w jakie zapakowana jest płyta. Widać na nim członków zespołu (tym razem aż w sekstecie) uwiecznionych na „klasowym” zdjęciu w sali gimnastycznej, a po zajrzeniu do środka odkrywamy jeszcze pomoc szkolną w postaci ołówka z nadrukowaną nazwą grupy.

Na koniec nuta niepokoju. Bardzo jestem ciekaw koncertowego oblicza Heya. Bo w tym przypadku życzyłbym sobie, by było inaczej niż po poprzednim albumie, kiedy stare kawałki zostały tak dobrane i – często – przearanżowane – by klawiszowiec też miał co robić. Wolałbym, aby na żywo znane od lat utwory pojawiły się w klasycznych, gitarowych aranżacjach. Ale, coś mi się zdaje, że będzie inaczej, że to jeszcze nie ten moment. Zobaczymy.


Kołysanki dla dorosłych – Muchy, Chcecicospowiedziec, 2012

Ach, te trzecie płyty! Jak mówi stara anegdota, na pierwszą trafiają najlepsze kompozycje z całego, czasem wieloletniego dorobku grupy. Na drugą – to, co nie zmieściło się na pierwszej oraz parę szybko napisanych kawałków. I… Albo talentu starcza, by komponować i nagrywać dalej, albo talent rozkwita, albo chowamy instrumenty do pokrowców i idziemy szukać innej roboty.

[more]

Poznańskie Muchy, w pięć lat po swym debiucie fonograficznym, serwują trzecią płytę. Jedna z największych nadziei polskiego rocka ostatnich lat udowadnia, że warto na nią stawiać. Zespół rozwija się znakomicie, co potwierdza

nową porcją świetnej muzyki,

a jednocześnie sygnalizuje, że wciąż poszukuje i że najlepsze jeszcze przed nim. Oby, z całego serca życzę chłopakom, by poszli w ślady Heya czy Myslowitz. Bo gdy czytam o zmianach personalnych, to nic w nich szczególnie dziwnego, są immanentną cechą wszelkiej działalności ludzkiej, a nie tylko funkcjonowania kapeli rockowej. Natomiast przykro jest dowiadywać się, że

zespół tak dobrze rockujący i rokujący

miał dwanaście miesięcy temu problemy ze znalezieniem wydawcy.

Muchy swoim graniem dodają też otuchy tym, którzy – jak ja czasami – zaczynają wątpić, że bliski mainstreamu, lżejszy, gitarowy rock  jest jeszcze w stanie coś światu zaproponować. Bądźmy ostrożni z mówieniem o czymś nowym, naprawdę wystarczy, jeśli powieje dobrą energią i świeżością.

Korzeni muzyki poznaniaków upatrywać należy w latach 80. Brzmieniowo skojarzenia mamy z The Smiths i gitarą Johny’ego Marra (choć znacznie mocniejsze na wcześniejszych albumach), natomiast za sprawą niebanalnych tekstów, głosu Michała Wiraszki, pomysłów aranżacyjnych – kłania się Republika, a klawisze na tym krążku mogą kojarzyć się ze Smashing Pumpkins czy wspomnianym już Heyem (dzięki producenckim dłoniom Marcina Borsa). Ale dość szukania tropów, bo kompozycje kapeli nie pozwalają się jednoznacznie zdefiniować, są zdecydowanie autonomiczną propozycją.

To nie jest granie, które wpada w ucho od pierwszego słuchania. Ono domaga się oderwania od innych czynności dnia codziennego, poświęcenia uwagi zarówno tekstom, jak i warstwie muzycznej.

Trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia,

za to jeśli coś za piątym – siódmym razem wejdzie mocno do głowy, już z niej nie wyjdzie. Zapewniam, że warto dać tym piosenkom szansę – Muchy to jedno z najciekawszych zjawisk na rodzimej scenie rockowej.

Płyta wciąż jest dla mnie zbyt nowa, bym bez ryzyka miał  wskazywać na niej faworytów. Z radia znamy świetne Zamarzam i Nieprzeszkadzajmibotańczę. Dziś zwracają moją uwagę Poznań i Anisłowa (przejmujące wersy: ani słowa o miłości i o tego typu sprawach w kołysankach dla dorosłych). I jeszcze… Płyta trwa niespełna trzydzieści osiem minut, ale nie ma na niej słabych momentów.

Świnie nad miastem – Pink Floyd, Animals, 1977

W czasie kiedy dane mi było trochę liznąć wielkiego świata, gdy w 1977 roku spędziłem kilkanaście lipcowych dni we Francji – po drugiej stronie Kanału La Manche szalała punkowa rebelia. Rock’n’roll trząsł się w swych posadach, Po wspaniałych latach 1967-1975 muzyczna sinusoida wyraźnie zjeżdżała w dolne rejony. Największe grupy z tego okresu albo już z różnych powodów nie istniały, albo zmagały się z większą lub mniejszą niemocą twórczą. Tak intensywnie żyć – nagrywać, koncertować, nie rezygnując z uciech i używek – nie da się bezkarnie i bez końca.

[more]

Floydzi zwolnili tempo już nieco wcześniej – począwszy od Ciemnej strony księżyca nagrywali co dwa lata, ale nie czyniło ich to wolnymi od problemów związanych z tworzeniem nowego repertuaru.

Słucham po raz kolejny Animals zakupionego podczas wspomnianego pobytu we Francji – i wciąż łapię się na tym, że nie mam do tego krążka dystansu. Albo też, najzwyczajniej, mimo powszechnej „zmowy milczenia” wokół niego – tak samych muzyków, jak fanów – upartego niewracania do tego materiału muzycznego, jest to

bardzo dobry album.

Dwa lata wcześniej wyszedł słynny Wish You Were Here. Pewnie narażę się niejednemu czytającemu te słowa, ale już dawno stwierdziłem, że płyta to niewybitna, a z całą pewnością nierówna – dobrą, bardzo dobrą stronę drugą analogowego krążka poprzedza stanowczo nazbyt rozwleczona pierwsza część Shine On You Crazy Diamond oraz kiepski, industrialny i przypominający elektroniczne produkcje zachodnoniemieckie Welcome To The Machine.

Na płycie o dwa lata późniejszej takich dłużyzn nie ma. W ogóle – jest to dla mnie ciągle bardzo

interesujące połączenie progressive i hard rocka.

Na żadnej innej płycie gitara Gilmoura nie brzmi tak mocno i wyraziście, a jednocześnie, jak zawsze w jego przypadku, szlachetnie, bo to stylista wyborny. Choćby tylko dla samej gry Pana Davida warto tych nagrań posłuchać, dla genialnej solówki w finale Pigs (Three Different Ones), znakomicie wspieranej zresztą przez linię basu Watersa. Po Świniach mamy Sheep, czy nie jeszcze lepszy, a na pewno ostrzejszy kawałek – druga część analogowego wydawnictwa jest naprawdę wyśmiemita.

W tym miejscu chciałbym podzielić się pewną refleksją. Jeszcze jako nastolatek zakochany we Floydach doszedłem do wniosku, że płyty grupy z lat 70. znacząco różnią się od siebie, że każda ma swoje

wyjątkowe brzmienie.

Zasługa w tym Richarda Wrighta, który za każdym razem  trochę inaczej używał klawiszowego instrumentarium. Faceta, którego Waters wyrzucił z zespołu po The Wall, stwierdzając, że jest nietwórczy, że się nie rozwija. Oj, warto może spojrzeć do okładek płyt, by popatrzeć, przy jakich kawałkach pojawia się nazwisko nieżyjącego już niestety pianisty. Warto nadstawić ucha przy jego solowym Wet Dream z 1978 roku.

Roger Waters

to z jednej strony niekwestionowany lider zespołu, z drugiej – z upływem lat – coraz bardziej despotyczny władca. Nigdy nie umiałem, i do dziś nie umiem, strawić ani The Final Cut, ani jego solowych produkcji – napuszonych, operowo nadętych, rozpiętych pomiędzy szeptem i krzykiem, a pozbawionych tego, co w anglosaskiej muzyce najcenniejsze: bardzo szerokiego środka i średniego tempa. Płyt po prostu koszmarnych.

Wracając do Animals – podobno podczas trasy promującej to wydawnictwo członkowie zespołu stwierdzili, że tracą kontakt z publicznością, że zaczyna ich oddzielać od fanów coraz grubszy i większy mur. Być może dlatego nie sięgali do tych nagrań w następnych latach, podczas kolejnych tras, także tych już bez Watersa. Stacje radiowe też tych utworów nie grają, bo są po prostu zbyt długie. Proponuję więc sprawdzić samemu i zweryfikować moją opinię. Dla mnie zawsze już będzie to kawał wielkiej muzyki.



Polska płyta wszechczasów – Niemen Enigmatic, 1970

Mój ojciec – i nie on jeden – mówił: „Wygląda i drze się jak małpa”. Ani rokendrola, ani kolorowych strojów, ani długich włosów Niemena, a potem innych, wielu nie było w stanie pojąć. A ja dziś, pisząc te słowa i wsłuchując się po raz nie wiadomo który w jego czwartą płytę długogrającą, wciąż jestem zdumiony, w jakie rejony zabrnął w 1969 roku najwspanialszy polski wokalista i jeden z najwybitniejszych kompozytorów. A może, po prostu, najwybitniejszy.

[more]

Niemen był artystą niespokojnym i niepokornym. Po paru latach współpracy z Niebiesko-Czarnymi utworzył własną grupę Akwarele, z którą nagrał swoje trzy pierwsze duże płyty. Ale gnało go dalej i dalej.

To Wojciech Młynarski namówił Niemena do skomponowania muzyki do Norwidowskiego

Bema pamięci żałobnego rapsodu.

Impulsem zaś od strony brzmieniowej była dość ciekawa okoliczność. W 1967 roku przyjechał na Jazz Jamboree Georgie Fame. Zagrał i odleciał, ale o jeden dzień dłużej w Polsce zostały jego organy Hammonda. Anegdota głosi, że Niemena niemal siłą trzeba było od nich odrywać, by móc je wreszcie spakować i odesłać na lotnisko.

No i ten zespół!

Czesław „Mały” Bartkowski na bębnach, Zbigniew Namysłowski i Zbigniew Sztyc na saksofonach, Michał Urbaniak na saksie i flecie, Tomasz Jaśkiewicz na gitarze i Janusz Zieliński na basie i gitarze – to pierwszy skład typu all stars w polskim rocku. A że w większości tworzyli go jazzmani – efekt artystyczny był nieprawdopodobny. Wokalnie wspomagały lidera Alibabki i chór R. Miazgi, co pozwoliło zbliżyć się z jednej strony do soulu, a z drugiej – do monumentalnych chorałów gregoriańskich.

Pamiętam dzień, gdy mój brat, Grzegorz, przyniósł te płytę do domu. Był to co prawda egzemplarz zakupiony za pieniądze kolegi i nazajutrz mu przekazany, ale wkrótce płyta zagościła w naszym domu na stałe (ach, te niedobory kieszonkowego!). Już sama

okładka robiła piorunujące wrażenie

– albumowe wydanie, ciemne, mroczne zdjęcia długowłosego i brodatego artysty przy własnych już Hammondach, te płonące na nich świece – i wszystko w grubej, złotej ramie: absolutny odjazd!

A potem płyta z pietyzmem zostaje położona na talerz gramofonu i… Wtedy, na świeżo, tej świadomości raczej nie mogliśmy mieć, zbyt mało zachodniej muzyki docierało do Polski. Z perspektywy czasu widać jednak bardzo wyraźnie – tym albumem Czesław Niemen zameldował się w ścisłej światowej czołówce, o czym – niestety – mało kto zza żelaznej kurtyny wiedział. Powstała płyta fenomenalna,

arcydzieło.

Przez kilka kolejnych lat, w różnych składach (przede wszystkim z późniejszym SBB) artysta nagrał kilka jeszcze świetnych krążków, ale poziomu NE już nie osiągnął.

Wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego odmówił współpracy ówczesnej wielkiej gwieździe łączącej klimaty czarnej i białej muzyki – Blood, Sweet & Tears. Podobno w obawie, że będzie musiał zrezygnować z własnych pomysłów. Inaczej postąpił czeski wirtuoz instrumentów klawiszowych, Jan Hammer, który pograł trochę z Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina, a potem podjął solową karierę. Ale to już tylko akademickie rozważania.

Niemen Enigmatic

to cztery utwory skomponowane do wierszy poetów polskich: Norwida, Asnyka, Kubiaka i Przerwy-Tetmajera. Mistrzowskie kompozycje, perły nad perłami, zagrane przez najlepszych muzyków, jakich sobie można było wyobrazić w rockowym składzie. Aż się wierzyć nie chce, że tak znakomitym albumem Niemenowi przybyło niewielu mniej nowych antagonistów niż entuzjastów. Artysta bezustannie drażnił ówczesną władzę, zaś tym krążkiem rozsierdził ortodoksów nabożnie pochylonych nad klasyką literatury polskiej.

Płyta ukazała się w 1970, lecz nagrywana była w październiku 1969 roku. Anglosaskie gitarowe granie notowało już pierwsze wielkie dzieła, jednak rock progresywny najlepsze miał dopiero przed sobą. Co prawda prężnie działał w tamtym czasie The Nice z Keithem Emersonem na klawiszach, ale Pink Floyd mieli za sobą dopiero dwa studyjne albumy. Filmowy More natomiast ukazał się w lipcu, zaś Ummagumma w listopadzie 1969. Fantastyczny debiut King Crimson, In The Court of The Crimson King, pojawił się w sprzedaży 10 października 1969 roku. A tu, nad Wisłą, Czesław Niemen – bez baterii syntezatorów – stworzył swoje opus magnum i zarazem najwspanialszą płytę w historii polskiej muzyki rockowej.

Ty też wpadniesz w irlandzkie sieci – U2, Under A Blood Red Sky, 1983

Z U2 intensywniej zetknąłem się w 1983 roku, przy okazji albumu War, z którego utwory obficie były grane w trójkowych audycjach, zwłaszcza tych prowadzonych przez Leszka Adamczyka. Ale, widać, to ciągle nie był ten moment.

[more]

Iluminacja

dopadła mnie dwa lata później, gdy Wieczorze płytowym Tomasz Beksiński zapuścił Under A Blood Red Sky. Muzyka z tego de facto minialbumu (trzydzieści pięć minut z sekundami) wbiła mnie w domowy fotel. Rokendrol jeszcze raz zarzucił na mnie swoje sieci – bezkompromisowa i bardzo gitarowa jazda do przodu zachwyciła od pierwszego słuchania. W jeden wieczór stałem się wielkim wyznawcą U2, którym – mimo ciężkich prób w postaci Zooropy i Popu –  jestem do dziś.

Irlandzki kwartet

to moje roczniki. Wtedy, w 1983 roku, byli ledwie chłopakami tuż po dwudziestce, ale już po trzech płytach studyjnych, z których ostatnia wyniosła ich do roli gwiazd. Już po przejściach, bo ocalili skład kapeli rodem jeszcze ze szkoły kosztem niepodpisania pierwszego kontraktu płytowego (firma fonograficzna chciała, by zmienili perkusistę – skądś to starsi spośród nas znają, prawda?). Z dzisiejszej perspektywy widać, że warto było. Czy ktoś słyszał, by z obozu U2 docierały jakieś informacje o kłótniach?

Trzy albumy studyjne surowe, oszczędne w dozowaniu przystawek gitarowych (wyraźne skojarzenia z odrobinę późniejszymi dokonaniami The Smiths) zaledwie zwiastowały to, co słyszymy na pierwszym krążku koncertowym. Tu dopiero widać siłę grupy, potęgę niewybitnego skądinąd gitarzysty, jakim jest The Edge, wspaniale wspieranego przez coraz lepszego basistę, jakim stawał się Adam Clayton.

Osiem utworów zyskało

na żywo

siłę wręcz nieprawdopodobną. Ściana dźwięku i świetna forma wokalna Bono robią olbrzymie wrażenie. I to bez retuszu: pozostawiono nawet potknięcia Edge’a w Party Girl. Który, co z każdą kolejną płytą widoczne było coraz wyraźniej, nie jest wybitnym technikiem, za to świetnym inżynierem dźwięku. I ma to coś, co przynależne jest tylko najwybitniejszym – wymyślił do bólu prosty sposób gry na gitarze, polegający na upartym budowaniu piosenek na jednym riffie, ale do dziś czyni to w absolutnie genialny sposób. Co z kolei sprawia, że U2 są rozpoznawalni już po paru sekundach.

Moich faworytów

jeśli chodzi o muzykę lat 80. miałem szczęście widzieć na żywo dwukrotnie: w 2005 i 2009 roku na Stadionie Śląskim. Niezapomniane. Za pierwszym razem, gdy – umówieni na forach internetowych – w trakcie odgrywania przez zespół New Year’s Day, fani wyciągnęli coś białego (na trybunach) i czerwonego (na płycie), tworząc wielką biało-czerwoną flagę, Bono zaniemówił. Ukłonił się głęboko, po czym zdjął swoją skórzaną kurtkę i wywrócił ją na lewą stronę z czerwoną podszewką. A potem taką założył i pozostał w ten sposób ubrany do końca koncertu. Cztery lata później historia się powtórzyła, ale, siłą rzeczy, nie zrobiła już takiego wrażenia. Za to muzyka w obu przypadkach – zdecydowanie tak.

A wracając do płyty –  która gra mi teraz, gdy piszę te słowa, w słuchawkach - lata lecą, włosy wypadają, a młodzieńcze zdziwienie nad mocą tej prostej muzyki, jaką jest rock’n’roll, wciąż pozostaje niezmienne. Rewelacyjny krążek.


W kolejnej drodze do nieba – Dżem, 2004, 2004

Pisałem już o tym, muzyka w głowie musi się uleżeć. Po pewnym czasie – po pól roku, a czasem po paru latach można nabrać należytego dystansu. Oczywiście, dopiero mijające dziesięciolecia dają tę perspektywę, która pozwala mówić o dokonaniach w sztuce istotnych.

[more]

O Dżemie

też już wspominałem wielokrotnie. Przyszła wreszcie pora, by powiedzieć, za co kocham tę kapelę najbardziej. Miłością dozgonną, której nic nie jest w stanie zniszczyć. Wiem, że w ustach pięćdziesięcioletniego faceta to bardzo niebezpieczna deklaracja. Ale Dżem to sama istota rokendrola – a więc muzyki, którą od dzieciństwa mam w sercu i w głowie.

Chyba każda studyjna płyta zespołu pozostawia jakieś wątpliwości, o żadnej nie da się powiedzieć, że to arcydzieło. Najbliżej tego są Najemnik i Detox, ale o nich przy innej okazji. 2004 to album odrobinę nierówny, zbyt długi (niepotrzebne, ponaddziesięciominutowe W imię ojca na koniec), ale – i tak nic nie szkodzi. Dżemy od lat grają tak, że warto posłuchać nawet słabszych kawałków. Tego, jak to jest zrobione – znakomite brzmienie, perfekcyjna aranżacja, wielka biegłość instrumentalistów. Jubilerska robota, która nie jest  efektem żmudnej, mozolnej pracy nad każdym szczegółem, ozdobniki niemające nic wspólnego z barokowym przepychem. Końcowy efekt, nawet w przypadku słabszych, prostszych konstrukcyjnie utworów, to wynik zderzenia ogromnych talentów kilku ludzi, ich absolutnego słuchu bluesowo-rokendrolowego, który sprawia, że w najmniejszym nawet fragmencie jakiegokolwiek utworu tyle się dzieje, tyle tam smaczków dowodzących wielkiego mistrzostwa.

2004 to płyta przełomowa

– pierwsza z Maciejem Balcarem jako wokalistą i ostatnia z Pawłem Bergerem na klawiszach. Balcar w Dżemie – nic lepszego po śmierci Riedla obu stronom nie mogło się przytrafić. Śmierć Bergera to już wydarzenie wykraczające niestety poza artystyczne ramy. Natomiast całkowicie w nich mieści się fakt, że spośród pięciu wspaniałych numerów na krążku trzy wyszły spod jego rąk…

Całość zaczyna się od Gorszego dnia – prostego rokendrola, dość schematycznego kawałka, jakich sporo w dorobku zespołu, z upodobaniem granego na koncertach – taki sobie, ale fajnie pobrzmiewają w nim Stonesowskie klimaty. Potem, nomen omen, Chleb z dżemem, bardzo podobny do pierwszego.

Pyszności na krążku zaczynają się od utworu trzeciego – W drodze do nieba, którym zespół zaczął swój pierwszy (na festiwalu Ku Przestrodze w 2005 roku) występ w nowym składzie, z Januszem Borzuckim. Znakomite blusidło, utwór, który należy umieścić w – skądinąd wyjątkowo obszernym w przypadku tej kapeli – zestawie dzieł największych.

Wściekły profesjonalizm wbija w fotel przy Ćmie barowej.. Kalifornijskie klimaty, nieprawdopodobna swoboda w wydobywaniu każdego dźwięku – cudo po prostu.

Te lekkości unoszą mnie dalej – trochę Allmanowski Nieproszony to jeszcze większe pomlaskiwanie z zachwytu. Solówki gitarowe dowodzące niebywałej wirtuozerii. Jeden z moich najukochańszych utworów grupy.

Po mniej skomplikowanym muzycznie Wymarzonym świecie kolejna perła – największy przebój od czasów AutsajderaDo kołyski. Takich bluesowych ballad powstało co niemiara, a jednak w tej jest coś takiego, że w gardle ściska (Niech dobry Bóg/zawsze cię za rękę trzyma/kiedy ciemny wiatr/porywa spokój/siejąc smutek i zwątpienie).

Dzień świstaka

– dla mnie arcydzieło na tym krążku arcydzielne najbardziej. Znów ta cudowna lekkość, olśniewające współbrzmienie dwóch gitar, wspaniale wplecione klawisze. Panowie, jak można takiego kawałka nie grać na koncertach?

Tego znakomitego poziomu nie udaje się utrzymać do końca płyty. Jednakże zarówno Szeryfie, co tu się dzieje?, jak i Diabelski żart, choć skrojone z, wydawałoby się, mocno zajechanych już patentów, są tak świetnie zagrane, że bynajmniej nic tu nie boli i nie uwiera. I jeszcze bardzo Stonesowski 66. Znów bez cmokania z zachwytu, ale swing i feeling wyczuwalny w każdej sekundzie. Stanowczo zbyt długi W imię ojca, przywodzący na myśl Obracam w palcach złoty pieniądz Perfectu, obniża ocenę całości.

Dżem, po słabszych (zwłaszcza Albo być, albo mieć) albumach z Jackiem Dewódzkim znów w świetnej formie. Struny głosowe Maćka Balcara idealnie zestrojone z resztą zespołu. Pięć utworów z najwyższej półki. Jeśli to dla kogoś mało, to przepraszam, ale nie mamy o czym rozmawiać.


SBB, Welcome, 1979

Album Welcome został nagrany w październiku 1978 roku w studiu Polskiego Radia w Opolu. Pink Floyd rok wcześniej wydali Animals, a The Wall miał się ukazać pod koniec 1979 roku. We wrześniu 1978 roku wyszedł krążek Tormato Yes, kolejny – Drama – w 1980. Emerson, Lake and Palmer dogorywali po słabiutkiej Love Beach (listopad 1978), Genesis właśnie wkroczyli na popową drogę, wydając …and Then There Were Three…. Intensywnie funkcjonuje w tamtym czasie jedynie formacja U.K., która na przestrzeni dwóch lat wydaje trzy albumy. Zarówno na tym tle, jak i całkiem obiektywnie rzecz biorąc, płyta SBB opublikowana w 1979 roku jest po prostu rewelacyjna.

[more]

Gdy zimą 1979 roku Dariusz Michalski zaprezentował w Muzycznej Poczcie UKF jeszcze ciepły materiał przygotowany na drugą RFN-owską płytę zespołu, jako miłośnik takich dźwięków poczułem się znokautowany, a jako Polak i Ślązak – spuchłem z dumy.

Skrzek jako kompozytor uciekał ciągle w stronę długich, rozbudowanych form muzycznych. Na tym albumie natomiast mamy pierwotnie siedem utworów (w wersji CD doszedł jeszcze odrzucony wcześniej Rain). Otrzymaliśmy więc utwory krótsze, w których skondensowane zostało wszystko co najlepsze spod znaku SBB. Welcome to, nie waham się użyć tego określenia, arcydzieło, jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka, ale także płyta, której nie powstydziłaby się żadna z progrockowych kapel zachodnich.

Zaczyna się znakomicie: instrumentalny Walking Around The Stormy Bay to najlepszy utwór z całego dorobku grupy, porywające połączenie klimatów progressive i hard rocka. Co może się jeszcze wydarzyć po takim początku? Bez obaw, zespół znajduje się w szczytowej formie. Raz jest spokojniej, lirycznie – jak w piosence tytułowej – a czasem bardzo dynamicznie (Rain), zwykle jednak te nastroje bezustannie się mieszają, by doprowadzić nas do fantastycznej solówki Lakisa w finale kończącej płytę minisuity Last Man At The Station.

To, w jakie rejony zawędrowali Skrzek, Anthimos i Piotrowski, do dziś budzi najwyższe uznanie. Trzech wirtuozów stworzyło taki materiał muzyczny, że nawet kiepska angielszczyzna lidera jest zdecydowanie do zaakceptowania – tym bardziej, że siły głosowi Skrzeka bynajmniej nie brakuje. Tym albumem bezdyskusyjnie udowodnili, że należą do światowej czołówki, co nie raz w tamtym czasie sygnalizowali dziennikarze zachodni, którzy mieli okazję usłyszeć polskie trio.

Niestety, wkrótce potem okazało się, że muzycy nie dają rady żyć i pracować w tym tempie. Walka o pozycję na europejskich rynkach, wielomiesięczne trasy koncertowe, problemy Lakisa powodujące, że wielokrotnie Skrzek i Piotrowski musieli grać tylko w dwójkę – to wszystko sprawiło, że w listopadzie 1980 roku powiedzieli „Dość, jesteśmy zmęczeni, musimy odpocząć”.

Dla fanów była to straszna wiadomość, „pośmiertnie” wydane w 1981 roku Memento z banalnym tryptykiem było kolejnym znakomitym krążkiem i raz jeszcze dowodziło wielkiego potencjału twórczego i wykonawczego, ale rozpad zespołu stał się faktem. Miało to miejsce w bardzo znaczącym dla całego rocka symfonicznego czasie, jakim był przełom lat 70. i 80. (piszę o tym w majowym tekście 1980: koniec SBB i rocka progresywnego).

Wiem skądinąd, że nawet dla moich rówieśników – wielbicieli art rocka z lat 70. – twórczość SBB jest często ziemią nieznaną. Zespół zbyt uciekał, zwłaszcza na koncertach, w stronę jazz rocka? Trzy pierwsze albumy były zbyt surowe? Tak trudno było niektórym uwierzyć, że u nas, w Polsce, ktoś może grać na światowym poziomie? Cudze chwalicie, swego nie znacie?

Jeśli miałbym kogoś dziś skłonić do pierwszej próby kontaktu z muzyką SBB – zdecydowanie proponuję Welcome. Obiektywnie, powtarzam, płyty znakomitej. Zaś dla mnie osobiście, w mojej trwającej nieustannie przygodzie z muzyką – zajmującej absolutnie wyjątkowe miejsce.

Mark Knopfler, Privateering, 2012

Wiosna. Ciepły, słoneczny dzień. Zieleń i kwiaty w pełnym rozkwicie. Ogrodowymi ścieżkami przechadza się przystojny młodzieniec we fraku i cylindrze. Przez otwarte na oścież drzwi z salonu słychać dźwięki fortepianu. Mężczyzna kieruje swe kroki w tamtą stronę. Na palcach wchodzi do domu. Przy białym fortepianie siedzi młoda kobieta, cała w tiulach i koronkach. Smukłymi palcami dotyka klawiszy instrumentu, gra coś niesłychanie pięknego i zwiewnego. Młodzieniec zdejmuje nakrycie głowy i staje przy instrumencie, zafascynowany muzyką i widokiem zniewalającej kobiety.
– Jak pani cudownie gra… – mówi nieśmiało po chwili.
– A, tak sobie tylko popierdalam.

[more]

Ten stary dowcip przypomina mi się od czasu do czasu, gdy słucham, jak gra na gitarze Mark Knopfler. Na samym początku zespół Dire Straits porównywano do Wishbone Ash (np. red. Majewski w tygodniku „Razem”), a Knopflera do Boba Dylana za sprawą podobnie „niedbałego” wokalu. W 1979 roku doszło zresztą do pierwszego spotkania obu panów, co zaowocowało jedną z najsłynniejszych płyt amerykańskiego barda – Slow Train Coming. A potem – potem ani grupy, ani jej lidera nie porównywano już do nikogo.

Pan Marek pojawił się ze swoją muzyką jak gapa, spóźniony o jakieś dziesięć lat. Na Wyspach rebelia punkowa szalała w najlepsze, a on z kumplami zaproponował piosenki napisane w klimacie przełomu lat 60. i 70., wirtuozerską grą przywodząc na myśl Erica ‘Slowhanda’ Claptona.

Jeszcze przed i oczywiście po definitywnym – jak się zdaje – rozwiązaniu Dire Straits Knopfler udzielał się w przeróżnych konfiguracjach personalnych, zapraszał i był zapraszany do nagrań wielu płyt. Pojawiają się wielkie i największe nazwiska w showbiznesie ostatniego półwiecza.

Od lat regularnie nagrywa też płyty solowe. Po trzyletniej przerwie w tych dniach ukazał się Privateering – album aż dwupłytowy. I co? Już dawniej zastanawiałem się, co by się działo, gdyby w świat poszła informacja, że szykuje się nowy krążek Dire Straits, gdyby któraś z ostatnich płyt nie była podpisana jego nazwiskiem, a sygnowana przez zespół. Branża pewnie by zamarła, wielu przyklękłoby na jedno, a może i na dwa kolana w pokornym oczekiwaniu. I chyba nikt nie czułby się rozczarowany. Może nie powalony nową muzyką zespołu, ale na pewno nie byłoby mowy o rozczarowaniu.

Bo Mark Knopfler jest bardzo zdolnym artystą – znakomitym gitarzystą, z tych, co z żadnym Usainem Boltem czy innym Vai się nie ścigają, ale i piekielnie utalentowanym kompozytorem. Gdy wśród obecnych nowości na rynku jego album pojawia się obok krążka Boba Dylana, gdy wrzucam je po sobie do szufladki – porównania są nieuchronne, tym bardziej że podobieństw jest zdecydowanie więcej niż różnic.

Sułtan swingu dziś, jeśli mu wierzyć, skłania się ku korsarstwu i wciąż bardziej i bardziej kieruje ku źródłom, coraz więcej w tym graniu czystego bluesa. Ale to, co zawsze było potężnym atutem jego kompozycji – ogromna melodyjność – pozostaje ciągle na pierwszym planie. Dwadzieścia utworów to naprawdę spora dawka, ale o znużeniu nie ma mowy. Knopfler zmusza słuchacza do tego, by zwolnić, zatrzymać się, w zadziwieniu nadstawić bardzo uważnie ucha. Bo to granie starego mistrza – piękne melodie zaaranżowane i wykonane lekko, a jednocześnie z wielkim kunsztem. Słucham i na chwilę koduję w głowie: „To nowy Dire Straits”. Wspaniałe, warto było czekać.

Privateering – nowy album Marka Knopflera, kiedyś lidera wielkiej formacji, a dziś solisty, który ciągle utrzymuje się w znakomitej formie. Można klękać, ale nie o to chodzi. Należy się wyciszyć, aby posłuchać. Należy posłuchać, aby się wyciszyć.

Rapujący stary bluesman – Bob Dylan, Tempest, 2012

Zrobię coś, czego czynić nie zwykłem. Mianowicie na gorąco, tuż po ukazaniu się i zakupie – podzielę się swoimi wrażeniami po pierwszych odsłuchaniach nowego albumu Boba Dylana. Tym bardziej, że niewiele ryzykuję – jest znakomity.

[more]

Ikona, mistrz, geniusz – chwalebne epitety pod adresem bardzo niemłodego już artysty można by mnożyć. Sam jestem dostatecznie stary, a mam w dodatku (nie wypominając) starszych od siebie braci, więc pamiętam Dylana jeszcze z lat 60.

Potem, w następnych dwóch dekadach, Piotr Kaczkowski nigdy nie żałował swojego czasu antenowego na prezentację kolejnych jego albumów, a jest tego trochę. Kto dałby radę zrealizować katorżniczy kontrakt płytowy – dwadzieścia pięć albumów w dwadzieścia pięć lat – i nie polec śmiercią artystyczną?! Mr. Bob poradził sobie z tym zaskakująco dobrze, co tylko dowodzi jego wielkości. Ten jego podpis pod umową to właściwie jak stanąć przy taśmie w fabryce. Z tą różnicą, że chodzi nie o zwykłego wyrobnika, a postać w muzyce drugiej połowy XX wieku z grona tych największych.

Jakim Dylan jest mistrzem, widać w ostatnich kilkunastu latach, kiedy wreszcie – podkreślmy jeszcze raz: po paru dziesiątkach lat na scenie i po nagraniu kilkudziesięciu płyt, z których wiele przeszło do historii muzyki – wchodzi do studia nie pod jakąś presją, ale kiedy chce i by nagrać tylko to, co uważa na absolutnie godne zaprezentowania światu.

I tak jest od Time Out of Mind z 1997 roku. Wtedy tym krążkiem zachwycał się Paweł Kostrzewa. Serwował Dylana w swoim popołudniowym programie tak skutecznie, że zaraził mnie miłością do niego, uczuciem już bardzo dojrzałym. W ostatnim piętnastoleciu mistrz dobywa dźwięków ze swego gardła z coraz większym wysiłkiem, skrzecząc i chrypiąc na przemian, co zresztą absolutnie mi nie przeszkadza. W warstwie muzycznej zawsze był blisko źródeł – folku, gospel, country czy bluesa. Na stare lata zbliżył się szczególnie do tego ostatniego, do czarnych mistrzów gatunku, redukując aranżacje do minimum, czyniąc to jednak z wielkim smakiem.

I wszystkie te atuty widoczne są na piątym już w tej konwencji, dopiero co wydanym krążku. Muzyka niespieszna, nieprzytłaczająca. Jak to w bluesie – sączy się powoli z głośników do uszu słuchacza. Nie jest to więc granie dla tych, którzy – rozpędzeni w czynnościach codziennego życia – potrzebują podobnych rozwibrowanych dźwięków. Dylan otwiera przed nami swój muzyczny dom – dom niemłodego już człowieka, który wiele widział, wiele przeżył, którego nic już nie zdziwi i który nic już nie musi. Który mówi, że od wielu lat nie wydarzyło się w muzyce nic istotnego.

Jest korzennie, swingowo i stylowo. Otrzymujemy swoisty przewodnik po muzycznych stylach uprawianych za oceanem. Stare patenty kolejny raz złożone przez faceta, któremu rok temu stuknął siódmy krzyżyk, a który robi to z dziecięcą radością i świeżością dwudziestolatka. A wśród dziesięciu utworów natrafiamy nawet na numer hiphopowy – Tin Angel. Dylan raperem? Ależ tak, trzeba koniecznie posłuchać!

Cała płyta to dla mnie bomba, ja to kocham. Jak dobrze, że za muzyczną poligamię nikt nie ściga i można spokojnie przyznawać się do swoich gorących uczuć wobec tak wielu wykonawców. Chromolę, młody już nie jestem, więc wstydzić się nie mam zamiaru.

Ale o innych, a tych jest większość – o tych, których nie kocham, a czasem wręcz nie lubię – tutaj nie przeczytacie.