Très. b, 40 Winks of Courage, 2012

Po bezskutecznym przeszukaniu regałów w sklepie na „s”, podszedłem do sprzedawcy. – Czy jest płyta tre be? – i widząc wyczekujące spojrzenie, dodałem – Pisze się to „tres be”.

– A, tres bi!

– No, raczej tre be, bo to z francuska – uśmiecham się.

Sprzedawca zagląda do komputera i po chwili oświadcza, że będzie pod „t” na zagranicznych płytach.

– No tak, w końcu tylko jedna trzecia zespołu jest polska.

[more]

Daleki jestem od wymądrzania się, w wielkim sklepie znajdują się tysiące płyt, a ludzie potrafią wynaleźć przedziwne nazwy i nazwiska. Nie wymagam więc od sprzedawców bycia omnibusami. Ale skoro już dochodzi do takiej rozmowy, to – na ich miejscu – próbowałbym zaspokoić ciekawość i wypytać nieco klienta. Chyba że tej ciekawości niestety nie ma.

Trẻs. b przebijają się powoli

do świadomości polskich rockfanów. Droga zdaje się ciernista i nieznaczona szczególną pomocą mediów. A przecież – za swój debiut fonograficzny (The Other Hand) – zespół otrzymał Fryderyka, a w ostatni wtorek w jego ręce trafił muzyczny Paszport „Polityki”.

Jeśli mówienie i pisanie o graniu sprzed paru dekad jest w pewien sposób łatwiejsze, bo myśli i wrażenia zdążyły już się w głowie uleżeć, to ten sam zabieg w odniesieniu do dokonań lat ostatnich sprawia mi czasem trudność. Jest tego – wykonawców i płyt – cały ocean. Co program radiowy, co prezenter – to nowe nazwy i inne typy, podobnie gdy otworzyć gazety bądź internet. Trudno jedną głową to ogarnąć, nie mówiąc już o próbie – choćby na swój prywatny użytek – usystematyzowania tego. Na szczęście ciągle powraca do mnie zbawienna myśl, że słuchanie muzyki sprowadza się do dość prostej operacji – dania piosenkom mniejszej lub większej liczby szans i, w końcowym rozrachunku, albo się one podobają (trochę lub bardzo), albo nie.

Indie rock

stał się w ostatnich latach pojęciem – wytrychem przy mówieniu o muzyce. Wielce pojemnym, prawie bezdennym. Trẻs. b mieszczą się w tej formule. Trio, którego członkowie mają korzenie polskie, duńsko-angielskie i holendersko-amerykańskie – głos Misi Furtak i jej bas, do tego gitara i bębny – z pewnością nie wytycza nowych rockowych szlaków. A jednak słuchanie tej niewiele ponad czterdziestominutowej płyty (drugiej w dorobku kapeli) dostarcza miłych dla uszu wrażeń. Jeśli nazwiemy to popem, pewnie nikt się nie obrazi.

Tyle że pop w rockowym instrumentarium budzi pewne nadzieje. Realizujące się nie zawsze, ale w przypadku tej formacji z pewnością tak. Sporo tu dobrych tradycji – i merseybeatu, i gitarowego grania lat 80. (The Smiths) oraz następnych. I pewnie wymienianie nazw można by ciągnąć dalej, choćby po to, by spróbować nieznającym jeszcze grupy czytelnikom przybliżyć jej muzykę.

Szlachetnie zagrana piosenka

bronić się będzie długo.

Gorzej z łaskawością  słuchaczy i wszelkich okoliczności. Słuchając Trẻs. b mam pewne skojarzenia z olsztyńskim Big Day (zwłaszcza kawałek Head Or Tail), który swą debiutancką płytę wydał w 1994 roku, obficie czerpiąc z klimatów kalifornijskich. Big Day działa do dziś, wydając kolejne płyty, ale mało kto już o nich pamięta. Wolałbym więc, by Trẻs. b powoli, ale na dłużej zyskiwali sympatię ludzi. By ciągle widzieli przed sobą kolejne szczyty do zdobycia. By im nie brakło talentu i sił do realizacji artystycznych zamierzeń. I, najzwyczajniej, szczęścia. Polski rynek muzyczny jest lichutki i nie tak łatwo na nim się ostać. Niech więc gwiazdy im sprzyjają, bo dobrej muzyki nigdy za wiele.

Pilny uczeń Beatlesów – World Party, Egyptology , 1997

Jeśli Oasis odrobili lekcje rokendrola à la The Beatles, Karl Wallinger zrobił to od strony pomysłów harmonicznych: pięknych melodii i starannych aranżacji.

[more]

To, co w moim odczuciu nie udało się Jeffowi Lynne’owi, liderowi Electric Light Orchestra, który otwarcie przyznaje się do fascynacji dokonaniami wielkiej czwórki z Liverpoolu, udało się World Party. Gęste, przeładowane aranżacje ELO, tak charakterystyczne dla muzyki drugiej połowy lat 70., szybko się zestarzały. Wallinger parę – paręnaście lat później podszedł do tematu lepiej przygotowany. Z jednej strony wszedł w

klimaty beatlesowskie

niesłychanie głęboko, co mogło grozić klęską i podejrzeniami o jeden wielki plagiat, a z drugiej – co go artystycznie zdecydowanie broni – z wielką kulturą wykonawczą i, po prostu, talentem do wymyślania pięknych piosenek.

Słucham tej płyty od lat. Tak jak z biegiem czasu moja miłość do The Beatles przeszła w dojrzałą fazę, tak nie słabnie zachwyt nad tym krążkiem. Trochę zapomnianym, przykurzonym – jak jednoosobowy projekt pod nazwą World Party. A podejrzewam, że gdyby zdarzyło się, iż pod tymi utworami podpisaliby się reaktywowani liverpoolczycy, świat okrzyknąłby ten zbiór co najmniej bardzo dobrym. Mija już piętnaście lat, a te piosenki brzmią znakomicie i, jestem przekonany, tak już zostanie.

Płyną lekko, zwiewnie, skrząc się mnóstwem smaczków brzmieniowych, aranżacyjnych i melodycznych.

Bogactwo zaklęte

jest w prostej w sumie formie muzycznej, wolnej od pogoni za nowinkami studia nagraniowego, od tego, czym zalatuje od komercyjnego popu.

Ciepły głos lidera osadzony barwowo gdzieś między Harrisonem a Lynne’em potęguje jeszcze ten efekt. Pop zrodzony z rock’n’rolla, a nie przy stole mikserskim, w tak szlachetnym w dodatku wydaniu, wierzę, że nie tylko w moich uszach obroni się zawsze. Jeśli chcecie dać wytchnienie skołatanym nerwom, pobyć w klimatach starannie opracowanej piosenki, nie zaś komputerowego łup-łup – sięgnijcie po tę płytę.

Najjaśniejsza strona mocy – Pink Floyd, The Dark Side Of The Moon, 1973

Nieziszczalny zdawałoby się koncept – zjeść ciastko i mieć ciastko – w prosty i fantastyczny sposób realizuje się na gruncie sztuki. W sierpniu, w wiedeńskim Belvederze, oczarowany oglądanymi z bliska pracami Gustava Klimta wracałem kilkakrotnie w ciągu dwóch godzin do sal z dziełami robiącymi na mnie szczególnie mocne wrażenie. Do świetnego wiersza też można sięgać wielokrotnie. Płytę, która wpada w ucho, jeśli tylko czas na to pozwala, już w dniu zakupu można skonsumować parokrotnie.

[more]

Moje dochodzenie do rozbrajającej w swej oczywistości (przynajmniej dla pewnych roczników) prawdy objawionej, iż to  Ciemna strona księżyca jest najlepszym krążkiem Floydów i

rockowym albumem wszechczasów,

trwało jednak ładnych parę lat.

Jak uczniowi mówią, że Słowacki wielkim poetą był, to ten zaczyna się bronić całym sobą. Zamiast jak dziecko szukać własnych, świeżych wrażeń, albo ucieka gdzie pieprz rośnie, albo przyjmuje cudzy sąd i wytwarza w sobie mechanizm uniemożliwiający normalną percepcję. Na kolanach źle odbiera się sztukę.

Ucho bezustannie ćwiczone w końcu sobie jednak poradzi. Wszystko z miłości do muzyki, tych godzin spędzonych na uważnym trawieniu nuty po nucie. Miałem trochę takich wspaniałych momentów w życiu młodego rockfana, gdy nagle, niespodziewanie, nieoczekiwanie – przy którymś tam z kolei odsłuchiwaniu tej czy innej płyty, tego czy innego wykonawcy – nagle czułem, że zakochuję się w tych dźwiękach na zabój. Do grobowej deski. Tak, bo wszystkie te miłości zostały we mnie do dzisiaj (sztuka pod jeszcze jednym względem jest fantastyczna: nie karze za poligamię, a wręcz nagradza – najszerszym z możliwych wachlarzem doznań). A że do młodziaków już niestety nie należę, wiem, że pozostaną ze mną do końca.

I The Dark Side Of The Moon jest takim właśnie cudownym ciastkiem. Oczywistym do bólu. Czasem myślę sobie: „Znów mam tego słuchać? Przecież znam wszystko na pamięć”. Wrzucam do szufladki. Mija minuta, dwie – i kolejny raz wpadam w tę muzykę bez reszty. Arcydzieło, które na przestrzeni lat robi ze mną dziwne rzeczy: przesuwa akcenty, zwraca na siebie uwagę wciąż inaczej – jak obraz oglądany w różnym świetle, pod różnym kątem. W różnych momentach życia.

Łączenie utworów

ze sobą stało się znakiem rozpoznawczym PF w latach 70. Z czasem trochę wątpliwym, wręcz pretensjonalnym. W przypadku tego albumu jest ono – kto wie, czy nie ten właściwy, jeden jedyny raz w historii muzyki – tak bardzo na miejscu. Opus magnum, pełnia, zamknięta całość. Nie każcie mi wymieniać tytułów szczególnie ulubionych fragmentów, ale – przyparty do muru – podam dwa: The Great Gig In The Sky i Us And Them.

Jeśli dzieła genialne wymykają się prostym definicjom, nie całkiem pozwalają opisać poprzez znany nam aparat poznawczy – to, nie wpadając bynajmniej w ekstazę, zaczynam przypuszczać, że jest w nich odciśnięty palec Boga. Krzysztof Kieślowski, nieżyjący już niestety jeden z najwybitniejszych reżyserów w historii polskiego kina, powiedział kiedyś, że Bóg odwraca się do nas plecami, abyśmy nie widzieli, że śpi. Czyżby Stwórca wypoczywał po ciemnej stronie księżyca?

Ich Magnificencje Forty Years After – Magnificent Muttley, 2012

Może powinienem się wstydzić, że dopiero od kilku dni wiem o istnieniu tej kapeli. Skoro taki ze mnie fan muzyki rockowej… Może powinienem wcześniej wiedzieć, kto wygrał Jarocin w 2011 roku. I jeszcze tysiąc innych rzeczy. Ale, na Boga, pisaniem zajmuję się dla przyjemności, a nie zawodowo. Więc, uwzględniwszy metrykę oraz sposoby na rozdysponowanie czasu wolnego, już nic nie muszę, a tylko mogę. Bo – zaserwuję piłeczkę w Waszą stronę – trzymam dziś w rękach ich debiutancki krążek, a ilu z Was słyszało o Magnificent Muttley?

[more]

W konsumowaniu muzyki spotyka nas tyle niespodzianek, tyle zaskakujących i pięknych odkryć (na powszechny lub tylko własny użytek)! Słucham tych nagrań i

czuję się jak szczęśliwy ojciec.

Chłopaki są w wieku moich synów, a grają moje najukochańsze dźwięki – te z przełomu lat 60. i 70. I w dodatku robią to w skali jeden do jednego. Czyli w sposób, który dwadzieścia parę lat temu byłby chyba jeszcze nie do przyjęcia, a dziś w rokendrolu – jak u fryzjera – wszystko jest już dopuszczalne. Warte uwagi wszakże tylko wtedy, gdy zagrane dobrze i ze smakiem. Oba warunki są spełnione.

Dla porównania: młodym panom Waglewskim ciągle nie potrafię uwierzyć, że Kim Novak im w duszach gra, bo zaczęli od zupełnie innej muzy. Może niesłusznie, ale węszę w tym koniunkturalizm. I jest u nich jeszcze jedno, czego w rockowych składach nie trawię: zupełnie nieswingujący wokal. Ale nie zarzekam się, tylko krowa nie zmienia poglądów.

MM gra dobrze i ze smakiem. Trio jest absolutnie wiarygodne w tym, co robi. I mam gdzieś rozważania, czy to twórcze transponowanie starego grania na miarę drugiego dziesięciolecia XXI wieku, czy grupa płynie dość szerokim dziś nurtem. Niekoniecznie to, co cenimy, lubimy najbardziej. I, odwrotnie, to, co w słuchaniu, czytaniu, oglądaniu sprawia nam najwięcej frajdy, nie musi być czymś najwyżej przez nas cenionym. W tym konkretnym przypadku, tak bliskim memu sercu, bardzo nie chciałbym się mylić: jeśli chłopakom dane będzie wykorzystać potencjał, który słychać na tej płycie, jeśli przetrwają i pozostaną wierni temu, co grają w tej chwili – zapiszą swoją stronę, a może i cały rozdział w dziejach polskiego rocka.

Dzięki Magnificent Muttley dane jest nam odbyć

muzyczną podróż w czasie.

Do tych lat, gdy w rocku wszystko było pierwsze. Pierwsza dorosłość, a więc odejście od najprostszych form rokendrolowych, odwaga improwizacji, pójście w stronę dłuższych kompozycji. Skoro rockmani nauczyli się porządnie grać – mieli nieodpartą potrzebę zaprezentowania tego światu. I na płycie MM to wszystko jest: Hendrix, Cream, Led Zeppelin, Ten Years After, Black Sabbath, tu i ówdzie psychodeliczny Doors czy najwcześniejszy Pink Floyd. I, na dokładkę, trochę funkujących rytmów w stylu starego, dobrego Red Hot Chili Peppers.

Wszystko to tak cudownie tchnie świeżością, jest czystą, młodzieńczą inicjacją muzyczną, jest tak bardzo wolne od produkcji! Prostota, surowość brzmienia – studyjna rejestracja nie pozostawia wątpliwości, że na żywo zespół zabrzmi tak samo. Tak samo dobrze.

Zastanawiam się, czy może być jeszcze lepiej. Jeśli panowie pójdą w ślady wirtuozów gitary, basu i perkusji (bo nad warsztatem, choć już imponującym, można dalej pracować), ocalając jednocześnie radość grania i tworząc równie szalone, staro-nowe kawałki – zdecydowanie tak. Oby!

I jeszcze jedno, co już sprawdziłem na własnych uszach. MM są bardzo wymagający. Ponieważ w ich graniu mało jest piosenkowości, a dużo zdrowego łomotu, trudno zapuścić sobie tę płytę i potraktować jako tło domowej krzątaniny. Ta muzyka domaga się od słuchacza pełnego skupienia, pełnej uwagi, przynajmniej dopóki nie pozna się dobrze zawartości krążka. Ale, ufam, kto lubi rocka sprzed czterdziestu – czterdziestu pięciu lat, ten nie pożałuje.

Porter lepszy niż jasne pełne – Porter Band, Helicopters, 1980

Im jestem starszy, tym mniej rozumiem z myśli kołaczących się w cudzoziemskich twórczych głowach. Co też powodowało tymi nielicznymi, którzy postanawiali osiąść gdzieś w granicach tak czy inaczej pojmowanej Rzeczpospolitej i tutaj właśnie tworzyć? Trudno myśleć o nich wszystkich jako o nieudacznikach, ludziach niedużego talentu, którzy musieli przemierzyć szmat drogi, zakotwiczyć daleko od swej ojczyzny, by znaleźć kawałek miejsca, w którym ktoś nie tylko nie zabraniał im tworzyć, ale wręcz do tego zachęcał – płacąc większymi lub mniejszymi pieniędzmi oraz pewnym rodzajem sławy.

[more]

My zaś, Polacy targani kompleksem zaścianka Starego Kontynentu, zawsze chętnie ogrzewaliśmy się w blasku tych nielicznych Europejczyków, którzy tu przyjeżdżali i przyjeżdżają, mówili i mówią o nas dobrze. Ba, niektórzy nawet osiadali i osiadają nad Wisłą na stałe. Nie było i nie jest ich wielu, ale też Warszawę czy Kraków trudno porównywać jako centra kultury do Paryża, Berlina czy Londynu.

Ale skoro już tak jest, że na kawałku ściany w Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu wisi więcej niż na wszystkich ścianach między Tatrami i Bałtykiem, skorośmy z polskich matek i ojców i dane mam jest to a nie inne dziedzictwo kulturowe – czasem próbujemy się w nim choć trochę rozejrzeć i dorozumieć sensów.

Mamy więc Wita Stwosza, Celtesa i Canaletta. A gdzieś w połowie Gierkowej dekady ni stąd niż zowąd trzasnęła o polską ziemię

butelka z Porterem.

Trzasnęła, rozlewając całą swą zawartość. John Porter wyjechał z Wielkiej Brytanii i, imając się różnych zajęć, przemieszczał na mapie coraz bardziej na wschód. W 1976 roku wjechał do Polski. Na świecie dogorywała epoka hipisowska, u nas ZOMO tworzyło pierwsze „ścieżki zdrowia” – w Ursusie i Radomiu. Iluzoryczna wolność lat 70. skurczyła się bardzo mocno, a jednocześnie na zgnuśniałym rynku muzycznym szykowała się najpotężniejsza w historii erupcja wulkanu. I w taką krainę wjechał Walijczyk, miał problem w ogóle się dogadać, bo mało kto umiał sklecić parę zdań w języku Szekspira, a on sam do dziś mówi po polsku na swój wyjątkowy sposób – uroczo, ale niezbyt dobrze (wciąż rozbraja mnie jego zapowiedź przed pierwszą piosenką na Magic Moments: „Ja musze jakieś pewne numeri grać, to znaczi raczej nowi metirjel, bo to nie ma po co mieć nowe płyta i stare numeri. (…) A, tu jest takie ładne barykada przed sceną – to jest dla wasze bezpieczenstwa, nie moje”).

Zanim to jednak nastąpiło, między 1977 a 1979 rokiem współpracował z Markiem Jackowskim i Korą, tworząc kolejne wcielenie Maanamu – Elektryczny Prysznic. Ich drogi się rozeszły, trudno ustalić, na ile było to sterowane przez pewnych ludzi, na ile przypadkowe. Dość, że na pewien duży

plenerowy koncert we Wrocławiu w 1979 roku

z całej trójki dojechał tylko John. Szybko podsunięto mu propozycję, by zagrał z elektrycznym składem – znanymi już muzykami: Aleksandrem Mrożkiem i Kazimierzem Cwynarem, którzy coraz mniej chętnie udzielali się w 2 plus 1, oraz bluesowym perkusistą Leszkiem Chalimoniukiem. Chwyciło. Szybko powstał materiał demo, z którym zaprzyjaźniony z Porterem Tomasz Tłuczkiewicz uderzył do Wifonu. Decyzja o nagraniu płyty zapadła natychmiast (w czasach, gdy zespoły czekały na fonograficzny debiut całymi latami). Nagrania zrealizowano w rozgłośni Polskiego Radia w Opolu i…

Lawina ruszyła. Na Wyspach rokendrolowy mainstream ustępował pola szalejącemu punkowi, a u nas po latach posuchy młode zespoły w niespotykanej dotąd liczbie zaczęły szturmować wszystkie te miejsca, dzięki którym można było jakoś zaistnieć. Czas pierwszej Solidarności sprawił, że te kanały otwarły się niespodziewanie bardzo szeroko. Płyta Helicopters Porter Bandu rozpoczyna ten pochód nowej muzyki.

Nowej? Jeśli nieżyjący już niestety Irlandczyk Phil Lynott śpiewał I’m The Rocker, to w wydaniu walijsko-polskim zabrzmiało to

I’m Just A Singer.

Nie było to nic skomplikowanego. Trochę klimatów folkowych, na których wychowywał się lider zespołu, wpływ bardziej amerykańskiego niż brytyjskiego punku, ale głównie porządny, gitarowy i bardzo jednocześnie melodyjny rokendrol. Jak bardzo publiczność nad Wisłą była spragniona takiego grania! Fenomen tego krążka tkwi – śmiem twierdzić – właśnie w jego prostocie. Dziś, w ponad trzydzieści lat od nagrania tego materiału, brzmi on znów, mimo pewnych niedomagań realizacyjnych, świeżo, dobrze znosząc upływ czasu. A dwadzieścia-piętnaście lat temu wydawało mi się, że trąci nieco myszką.

Parę rzeczy skupiło się w tej kapeli jak w soczewce. Oto Brytyjczyk, który postanawia tworzyć w Polsce, z Polakami u boku. Śpiewa, co oczywiste, świetnie po angielsku – w odróżnieniu od niektórych rodzimych wokalistów, którzy tego próbowali. Wszyscy członkowie zespołu mieli już za sobą paroletni staż estradowy, umieli grać, więc to nie jest materiał spod znaku pierwszych wprawek, lecz nagrany przez dojrzałych już muzyków (Porter urodził się w 1950 roku). I to wszystko było

takie nowe, takie świeże

na wygłodniałym rodzimym rynku. Dostatecznie nieskomplikowane, by zagwarantować sukces komercyjny, zdecydowanie dość dobre, by stanowić właściwy punkt odniesienia, swoisty azymut dla krajowych debiutantów mnożących się jak grzyby po deszczu.

Zespół działał krótko. Zaraz po nagraniu wspomnianego albumu doszło do zmiany bębniarza – nowym został Wojciech Morawski (później w kapeli Morawski-Waglewski-Nowicki-Hołdys i Voo Voo). W tym składzie zarejestrował w 1980 roku materiał koncertowy (z premierowymi, bardziej nowofalowymi w klimacie piosenkami). Tytuł – Mobilization – sprawił jednak, że cenzura zrobiła swoje i album ukazał się dopiero w 1982 roku. Wtedy zespół już nie istniał, do czego walnie przyczynił się stan wojenny.

John Porter, z przerwami, obecny jest na naszych scenach do dziś. Ale to dzięki dwóm pierwszym krążkom, a w szczególności Helicopters, zapisał się złotymi zgłoskami (no to co, że po angielsku?) w historii polskiego rocka.

Słynny jęzor na jeszcze jednej okładce – The Rolling Stones, Grrr!, 2012

Na stare lata emocje zwykle – nieco lub bardzo – przygasają. Moja żona nigdy nie protestowała, gdy wydatki trochę mocniej skręcały w stronę muzyki. Teraz, wychodzi na to, wymyśliłem sobie najlepszą z możliwych tarczę: bloga. Ola nie dość, że z oddaniem pełni rolę „kochanej pani administrator”, to jeszcze bardziej niż kiedyś zanurzona jest w płytach i gitarowym graniu. Najwyraźniej nie mamy zamiaru schodzić z tej karuzeli, która kręci się najczęściej w rytmie rokendrola.

[more]

I tak oto wśród prezentów pod tegoroczną choinką znalazłem ostatnie wydawnictwo Glimmer Twins i spółki. Niby ileż można – wydawać wszelkiej maści składaków, debestofów, ileż można takich płyt mieć w domu. A jednak…

Z tymi starszymi chłopcami czterema

jest tak, że This could be the last time. Że teraz zajmą się już wyłącznie wydawaniem pieniędzy nie do wydania, że dali nam na otarcie łez jeszcze dwa nowe kawałki i cześć pieśni.

A jednak… W dodatku dostałem edycję trzypłytową, tę z pięćdziesięcioma utworami na pięćdziesięciolecie, sprowadzoną w ciągu kilku dni zza Kanału La Manche (jakich pięknych dożyliśmy czasów!). 

Pierwsza płyta, od Come On do We Love You, eksplozja rocka na Wyspach. Druga, od Jumpin’ Jack Flash do Fool To Cry, najwspanialsza. To ten okres, za który Stonesów kochamy i kochać będziemy najmocniej. Wtedy przeszli do historii. Trzecia płyta, zaczynająca się od Miss You, obejmuje ponad trzydzieści lat działalności grupy. Znacznie mniej istotnych niż te wcześniejsze, ale chyba dopiero teraz dociera do mnie wyraźnie, że to nie tylko był czas, kiedy w kolejnych trasach koncertowych nabijali konta, odgrywając stare hiciory, ale wciąż dorzucali – zgoda, znacznie rzadziej niż przed laty – utwory ważne i bardzo dobre. Jakoś tak teraz, wciąż nie dowierzając, że oto definitywnie ma się zamknąć ten absolutnie wyjątkowy rozdział rokendrola, moje serce jeszcze mocniej wzruszone, uszy – bardziej doceniają te piosenki wyłowione (też już nie pierwszy raz) z oryginalnych wydawnictw.

Stonesi, te pieprzone skurczybyki, mieli rację.

Mieli rację,

gdy coraz bardziej pod prąd nowym trendom grali swoje proste do bólu nuty, mieli rację, gdy po swojemu podchodzili do nowych brzmień na Some Girls. Mieli rację, bo muzyka gitarowa zatoczyła wielkie koło, już od wielu lat pochylając się z czułością nad rytmami wyjętymi prosto z lat 60. I coś, co zdawało się już być poza czasem, okazywało się bardzo na czasie. Time Is On My Side, śpiewał Jagger dawno temu. I dziś, choć nieco przyprószony, wysuszony, ma prawo śmiało powtórzyć te słowa. A dwa bardzo udane nowe kawałki być może stanowić będą najlepszą z możliwych pointę tej pięknej bajki.

W 1978 roku Marek Garztecki zatytułował rozdział swej książki poświęcony TRS Toczący się kamień mchem nie porasta. Komu z czytających wtedy te słowa przemknęła przez głowę myśl, że za trzydzieści cztery lata ta muzyka nie tylko nie będzie neolityczną skamieliną, muzealnym eksponatem, ale czymś tak bardzo żywym i wciąż poruszającym miliony?



Rush, Moving Pictures, 1981

Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych „Minimaksach” Second’s Out, dwupłytowy, koncertowy album Genesis. W półgodzinnych wówczas audycjach zostawało parę minut na inną muzykę. I to wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o kanadyjskim zespole Rush. Czasu starczylo na największy hicior Closer To The Heart i fragment Bastille Day. Chyba rok później, w tym samym programie, usłyszałem Hemispheres.

[more]

Po latach dokonania tria budzą we mnie mieszane uczucia. Pierwsze płyty, z rozbudowanymi nad miarę utworami robią dość pokraczne wrażenie, nawet jeśli w tych przydługich kompozycjach trafiają się niezłe pomysły. Ciekawiej sprawy się mają w przypadku prostych, rockowych piosenek, jak choćby dwóch wymienionych wyżej. Okołozeppelinowskie brzmienia lepiej znoszą upływ czasu niż już wtedy wątpliwe klimaty progresywne.

Punktem granicznym

jest album Hemispheres (1978), z suitą tytułową, wyraźnie nawiązującą do poprzedniego okresu działalności grupy, oraz krótszymi utworami. Ostatni z nich, znakomity La Villa Strangiato, bogato zaaranżowany, mieniący się wieloma pomysłami i wirtuozowsko zagrany, sygnalizuje nową – i najlepszą – jakość spod znaku Rush.

Trzy lata później ukazuje się Moving Pictures – album, na którym grupa definitywnie rozstaje się z długimi formami muzycznymi, serwując

siedem porywających utworów.

Przez kolejne trzy dekady Kanadyjczycy wciąż – w bardziej lub mniej udany sposób – nawiązują do patentów tego krążka.

„Trio to taki układ, który od każdego ogniwa wymaga ciągle idealnego funkcjonowania i wpasowania się. W innym przypadku cały układ zaczyna się sypać” – mniej więcej coś takiego powiedzieli Geddy Lee, Alex Lifeson i Neil Peart. Rush nigdy nie popychali świata naprzód, ale do dziś robią spore wrażenie – na wielu pośród tych, którzy lubią słuchać, ale też, co znamienne, na tych, którzy sami próbują uprawiać muzyczną grządkę.

Warsztat

bowiem, jakim dysponują ci trzej panowie, budzi najwyższe uznanie – to po prostu wściekły profesjonalizm. W połączeniu z najlepszymi momentami twórczymi, a do takich należy płyta z 1981 roku, przynoszący efekty, które opierają się upływowi czasu.

Siedem kawałków brawurowo zaaranżowanych i wykonanych, zręcznie – gdy chodzi o stylistykę – balansujących między hard i progressive rockiem, a czasem wręcz popem. Trudno wskazywać na tej znakomitej płycie utwory najlepsze. Nie wiem, czy należy do nich słynny Tom Sawyer, szalony instrumental Yyz, rozbudowany The Camera Eye czy przebojowe Limelight albo rushowe reggae Vital Signs. Czego jeszcze nie wymieniłem? Najlepiej więc sięgnąć po cały materiał.


Po trzykroć tak – Yes, Close To The Edge, 1972

Zespól Yes został powołany do życia w 1968 roku. Po trzech latach uformował się jego najlepszy skład (Anderson, Bruford, Howe, Squire i Wakeman), w którym nagrali bardzo dobry Fragile.

Ten okres – koniec lat 60. i początek 70. – był najlepszym dla muzyki progresywnej, symfonicznej. Zresztą, młody krzew o nazwie rock’n’roll osiągnął wtedy dojrzały już kształt. Każda nowa gałąź wydawała smakowite owoce w takich ilościach, że dziś możemy tylko z zazdrością patrzeć w przeszłość.

[more]

Yes za sprawą wspomnianego albumu stał się

ekstraklasowym zespołem rockowym,

a wśród wykonawców symforockowych do dziś wymieniany jest jako jeden z najlepszych. Pierwszorzędne znaczenie dla takich ocen  ma krążek wydany w 1972 roku – Close To The Edge.

To muzyka, która była ze mną właściwie zawsze. Jakie to przyjemne – uświadomić sobie w dojrzałych już latach, że te nuty wyryte we wczesnej młodości w głowie są naprawdę znakomite. Najpierw na jednej z taśm magnetofonowych mieli nagraną tę płytę moi bracia. W 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował dyskografię zespołu, a ja – na swej pierwszej szpuli! – zapisałem cały materiał z tego albumu. A kilkanaście lat później był to jeden z pierwszych zakupów kompaktowych. (Bardzo nie lubię pożyczać płyt, ale tę zdarzyło mi się kiedyś wypuścić z rąk i wróciła do mnie w opłakanym stanie. Wciąż nie mogę pojąć, co niektórzy ludzie robią z płytami – czy traktują je jako podstawki pod filiżankę kawy, jedzą na nich jajecznicę, czy się nimi rzucają? Co trzeba robić, by tak porysować i wybrudzić CD?!).

Album zawiera

tylko trzy utwory.

Na pierwszej stronie analoga ten tytułowy, na drugiej And You And I oraz Siberian Khatru. Mam do tej muzyki nabożny stosunek – to symfoniczne mistrzostwo świata. Jedna z tych płyt, na przykładzie których najlepiej i najłatwiej opisywać albo uświadamiać sobie, na czym polegał ten rodzaj grania. Tak jakoś „dziwnie” się składa, że w najlepszych kapelach tego nurtu grali wybitni instrumentaliści – słabi po prostu nie sprostaliby wymaganiom formalnym, jakimi były misternie zbudowane i niekrótkie najczęściej utwory.

Rockowe arcydzieła to zwykle efekt twórczego szczytu kilku ludzi, tej szczególnej chemii, jaka musi towarzyszyć powstawaniu wyjątkowego materiału muzycznego. Chemii, która bynajmniej nie musi oznaczać bliskości innej niż muzyczna. Historia Yes naznaczona jest wyjątkowo dużą ilością nieporozumień – bijatyk na scenie, procesów sądowych, rozstań i powrotów.

To wydarzyło się jednak później. Yes A. D. 1972 oznacza

wszystko, co najlepsze.

Charakterystyczny, wysoki głos Iona Andersona, wspaniałe chórki, bębny jednego z najlepszych rockowych perkusistów, Billa Bruforda, mocny bas Chrisa Squire’a i natychmiast rozpoznawalna gitara Steve’a Howe’a – a nad tym wszystkim bogata faktura instrumentów klawiszowych Ricka Wakemana. Każdy z nich ma tu swoje momenty. Smakujemy zarówno fragmenty allegro i adagio utworu tytułowego, monumentalne, katedralne organy towarzyszące zmaganiom sił życia i śmierci w głowie młodego twórcy (o tym jest ten utwór), potem oszałamiająco piękne harmonie And You And I, jak i podziwiamy rozpędzony rockowy walec w finale płyty.

Tak ułożyło mi się to w głowie – wielki szacunek dla dokonań kilku zespołów tego nurtu sprzed mniej więcej czterdziestu lat, kilka – kilkanaście ukochanych już na zawsze płyt. A drugiej strony – wielka niechęć i nieufność do tego, co nastąpiło potem: przede wszystkim do następców (np. Marillion, Pendragon czy Archive), ale i do odgrzewanych kotletów w wykonaniu niektórych z grona wielkich kiedyś artystów. Prosty rokendrol w najlepszym wydaniu broni się nadal, rozbudowane formy oparte na brzmieniu instrumentów klawiszowych – od dawna już zjadają własny ogon, wydając nieświeżą woń epigoństwa.

Ale jak było na początku, jak to robili najlepsi – warto posłuchać. To ciągle wielka muzyka.


Po drugiej stronie bigbitu – Breakout, Na drugim brzegu tęczy, 1969

Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.

Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.

[more]

Oszaleliśmy wtedy na punkcie

Gdybyś kochał, hej.

Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.

Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.

Płyta powaliła

ładunkiem energii i mocą gitar.

Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.

Krążek stanowił

piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.

I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.

Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a  niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.

Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że

Nalepa

jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobąNa drugim brzegu tęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.


Powrót do ogrodu dźwięków – Soundgarden, King Animal, 2012

Czwórgłowe bóstwo – zwane nie Światowidem, a grunge’em – po latach podnosi swoją trzecią głowę. A właściwie podniosło dwa lata temu, a teraz raczy nas nową, pierwszą od szesnastu lat studyjną płytą. Soundgarden to powrót pełnoprawny, w oryginalnym składzie i – o ile można tak po latach powiedzieć – w starym brzmieniu.

[more]

Przyznam, że ten zespół kręcił mnie mniej niż Pearl Jam, Nirvana czy Alice In Chains. Za mało w jego graniu było rokendrolowej finezji spod znaku Led Zeppelin, za mało swingu, za dużo dość płaskiego metalowego łomotu. To sprawiało, że smakowite w moim odczuciu kąski musiałem wyławiać z całości.

W przypadku nowej płyty nie jest inaczej. Ale – co istotne – nie jest gorzej.

Nie ma mowy o odgrzewanych kotletach.

Otrzymaliśmy materiał w pełni porównywalny z tym dawnym, z jego zaletami i słabościami. Ilekroć chłopaki zwalniają, Chris Cornell schodzi z wysokiego „C” – jest interesująco i przyjemnie.

Krążek zaczyna się od singlowego przeboju – Been Away Too Long, bardzo zdrowej porcji łojenia, potem są dwa typowe dla SG mocniejsze numery, by w czwartym, A Thousand Days Before, przenieść słuchacza w okolice klimatów zeppelinowsko-orientalnych. Następny utwór jest z kolei zdecydowanie sabbathowski – gdyby tak podłożyć głos Osbourne’a, moglibyśmy dać się zwieść…

Bones of Birds przywodzi na myśl Black Hole Sun. Nie jest jednak tak monumentalny, a – odwrotnie – poza refrenem wręcz wyciszony. Chyba będzie zyskiwać przy kolejnych przesłuchaniach. Wyeksponowany bas przy wybrzmiewającej gitarze mile łechce uszy.

Później wchodzimy, aż do dziesiątej pozycji, w stany średnie, w takie granie, które niczym szczególnym się nie wyróżnia w morzu gitarowej konfekcji, a już z pewnością średniej ogrodowej.

Ciekawiej robi się na koniec.

Ostatnie trzy numery zdecydowanie pracują na poziom całej płyty. Tempo zwalnia, mniej gitarowych nakładek, więcej tu muzyki do autentycznego smakowania. Świetnie brzmi misternie zbudowany, do samego mocnego finału, Eyelid’s Mouth z gościnnym udziałem Mike’a McCready’ego (gitarzysty Pearl Jam). Cóż, to kompozycja Matta Camerona, który bębni teraz i w PJ, i w SG. Czy może być jeszcze lepiej? Okazuje się, że tak. Album kończy znakomity numer Cornella – Rowing.

Podsumowując – po takim finale nie mam więcej pytań. Rokendrolowe arcydzieła powstają dziś niezwykle rzadko. Jeśli dostajemy do rąk krążek, który w całości jest zdecydowanie do słuchania, jeśli w kilku utworach zespół wznosi się – nie waham się tego napisać – na swój najwyższy poziom, to czego więcej chcieć?

Czego? By Cameron wziął kumpli z obu zespołów i zagrał z nimi we Wrocławiu, jak się już o tym tu i ówdzie mówi. Jeśli tak się stanie, wybiorę się na taki koncert na pewno.