Ty nie jesteś pięknością

Przez ciebie płynie strumień piękności, ale ty nie jesteś pięknością – napisał mój szczególnie ulubiony romantyczny autor, Zygmunt Krasiński. Życie ludzi wybijających się ponad przeciętność zawsze było przedmiotem zainteresowania gawiedzi. Dziś, w dobie internetu i kolorowych pisemek, nieznacznie tylko różniących się od reklamowych gazetek wielkich sieci handlowych, jest to szczególnie łatwe. Niemal z dnia na dzień jesteśmy w stanie śledzić losy zarówno bohaterów niezliczonych seriali, jak i faktów – tzw. autentycznych i domniemanych – z życia odtwórców nie tylko głównych ról.

[more]

Osobom ogólnie znanym

nietrudno jest zatracić instynkt samozachowawczy.

Zwłaszcza w sytuacji, gdy na gruncie artystycznym dzieje się zdecydowanie mniej i gorzej, a wręcz – o, zgrozo – czasem jakby talentu nie stawało. Jakże łatwo wtedy przesiąść się z miejsca na miejsce i może niepostrzeżenie dla samego siebie stać się tzw. celebrytą. Płacą za to, bywa, niemałe pieniądze – szczególnie stacje telewizyjne. Pozwala to być nadal, a może nawet bardziej niż kiedyś, rozpoznawalnym. Myli się wielkość z iluzoryczną popularnością, szczególnie że wokół pełno podobnych osobników. Poklepujemy się wzajem po plecach, utwierdzamy w swej wyjątkowości. Kasa leci, naród pilotowy to łyka.

 *

Wyćwiczyłem w sobie – mam nadzieję, że na stałe –  zdolność

oddzielania człowieka i jego dzieła

(skupmy się już tylko na tym, co jest tego warte). Gdy słucham nagrań Queen, nie mam przed oczami Fredka przewalającego się w łóżku z innym facetem, lecz cholernie zdolnego kompozytora i świetnego wokalistę. To samo tyczy np. Eltona Johna. Nie obchodzi mnie, czy dziś jest mężem, czy żoną.

Schodząc z wojennej ścieżki orientacji seksualnej, powiem tyle, że zawsze przyjemnie jest, gdy ceniony artysta okazuje się także interesującym człowiekiem, gdy przemawia do nas zarówno jego dzieło, jak i on sam – pytany niekoniecznie o to, na którym boku spał ostatniej nocy. Od paru lat ze szczególną uwagą słucham na przykład tego, co ma do powiedzenia Wojciech Waglewski.

Ale z drugiej strony – dobremu muzykowi, aktorowi, pisarzowi jestem w stanie wiele wybaczyć. Nawet, pardon, głupotę, jeśli tylko to, co jest  przedmiotem jego życiowej, twórczej działalności, do mnie przemawia. Czasem wręcz, przyznaję,

wolę prostego chłopa z mocnym gardłem

wyśpiewującego niekoniecznie szczególnie odkrywcze myśli – od dobrego tekściarza, który uparł się, że będzie ludziom śpiewał, mimo iż Bozia poskąpiła mu wokalnego talentu i powinien to robić co najwyżej przy ognisku.

Powtarzam więc: staram się oddzielać dzieło od człowieka. Nawet jeśli on sam – a czasy temu wybitnie sprzyjają – zatracił instynkt. Co wypada, a czego nie, co można, a czego zdecydowanie nie należy. Wołanie o umiar to głos zgreda na pustyni, przecież hasło wszystko na sprzedaż wcale nie jest takie nowe. Zaś mottem ostatnich lat stało się podobne w duchu – wszystko jedno jak, byle mówili.

Rokendrolowa zasada domina

Dziś tak „po domowemu”. Nie wszyscy to lubią, nie wszystkich to interesuje, zdaję sobie z tego sprawę. Ale proszę, jeśli kogoś znudzę, niech nie trzaska drzwiami, bo uderzenie może sprawić, że komin się rozsypie, a przecież w takim dniu jak 6 grudnia jest wyjątkowo potrzebny. Obiecuję, że pojutrze znów będzie muzycznie.

[more]

Nie przypuszczałem, że

muzyka

– choć zawsze zajmująca sporo miejsca w moim życiu – spowoduje tyle zmian, tyle ruchu we mnie i dookoła mnie. Od razu powiem jednak, że ruchu, który sprawia mi wielką przyjemność i zdecydowanie odmładza. Ponadto – stwierdzam kolejny już raz – w pisaniu zawiera się coś niezwykle cennego. Przelewanie słów na papier (nawet ten wirtualny) powoduje, że precyzują się myśli, które nieraz od lat nosimy w sobie. Dopóki nie przyobleczemy ich w słowa, są mało konkretną albo wręcz nieuświadamianą częścią nas.

Regularne

pisanie bloga

zmusza do systematyczności – w moim przypadku spowodowało jeszcze większe niż dotąd pochylenie nad muzyką. Przekopałem piwnicę w poszukiwaniu starych notatek, po wielu latach znów miałem w rękach płyty gramofonowe. Wpierw z zamiarem ich sprzedania, a potem przywrócenia do życia.

I tak się stało. Kupiłem

gramofon

– i położyłem pierwszą kostkę domina. Gdzie go ustawić? Jeśli ma spełniać swoją funkcję, musi być podłączony do prądu i wzmacniacza. Dobrze, znika lampa, gramofon staje obok sprzętu grającego.

Co z płytami? Jeśli mają przebywać na zesłaniu, jak dotąd, w piwnicy – nie ma to sensu. Więc gdzie, by były pod ręką, a jednocześnie nie na szczególnie wyeksponowanym miejscu? Regał. W porządku, ale jaki, by pasował do reszty, pomieścił jeśli nie wszystkie, to większość płyt – i znalazł swoje miejsce w i tak już przyciasnym pokoju? Bingo! Trafiam na taki, kupuję, składam, stawiam. Teraz trzeba przesunąć pozostałe meble, z których większość wypełniona jest książkami. O rany! Jeden wieczór i wszystko gotowe. Tylko kawałek ściany między meblami „przesunął” się o dwadzieścia centymetrów. Trzeba go pomalować i powiesić zegar. Najlepiej nowy, bo dotychczasowy kiepsko pasuje do gramofonu i wieży. Żona idzie za ciosem i zmieniamy jeszcze lampy.

Ale,

powiem Wam w sekrecie,

to wszystko mija, zwłaszcza że jest drobiazgiem w porównaniu z remontem łazienki. A potem jest tak, że przychodzą moi bracia albo znajomi – i wszyscy spoglądają płonącym wzrokiem. Longplay kręci się na talerzu, ramię powoli przesuwa się do środka, a pozostałych kilkuset płyt znów można dotknąć, popatrzeć na okładki, westchnąć z nostalgią.

*

Jest grudzień. Taka pora obdarowywania się prezentami. Bogatymi lub skromniejszymi. I często znów problem: co jej/jemu kupić (mamie, tacie, teściowej, teściowi, siostrze, bratu, córce, synowi, ach – i jeszcze: żonie lub mężowi)? Znów perfumy, krawat, koszulę?

Z tymi, co czytają lub słuchają, problem jest o wiele mniejszy. Jeśli mają dwa tysiące książek, na pewno ucieszą się z jeszcze jednej. Jeśli mają tysiąc płyt (bez znaczenia, czy CD, czy analogowych) – z pewnością frajdę sprawi im kolejna. Wiem, co mówię. Na sobie testuję to od lat.


Jeszcze raz o płytach

Postanowiłem jeszcze raz dotknąć tematu, który tak bardzo różni tzw. starych i młodych. Choć ta linia, zdaje się, nie przebiega dokładnie w ten sposób. Może raczej między tymi, którzy z komputerem i internetem czują się całkiem swojsko, naturalnie, a tymi, dla których zawsze – w większym lub mniejszym stopniu – to narzędzie będzie ciałem obcym. A chyba najprecyzyjniej i najprościej będzie powiedzieć, że między tymi, którzy odwiedzają sklepy płytowe, a tymi, którzy nie robią tego właściwie nigdy.

[more]

Nie wolno ex cathedra twierdzić, że moje jest mojsze, jedynie prawdziwe i słuszne. Ludzie tworzą muzykę z różnych pobudek – i tak samo inni

konsumują muzykę w różny sposób.

Jestem daleki od tego, by odsądzać od czci i wiary tych, którzy traktują jej słuchanie wyłącznie użytkowo: jako swoisty podkład, tło codziennych zajęć. Bez zastanawiania się, kto gra i śpiewa, czy to stara, czy nowa piosenka. Lubią sobie zanucić pod nosem albo i mocniej – i dobrze, w porządku. Zaczynam się burzyć, gdy próbują – tonem zbliżonym do autorytatywnego – wypowiadać się, a nawet oceniać. A z grubsza skala ocen zawiera się wtedy między „ No, fajne” a „Cienkie” albo „Bez sensu”. Uzasadnienie na tyle głębokie, że ucinające wszelką dalszą dyskusję.

Ludzie odbierają muzykę jak leci, wielką kupą, bez rozbierania jej na części pierwsze. Po piosence, po dwie. Tak jest w radiu, tak jest w internecie. Słuchanie całej płyty? O rany, a po co, kiedy po jednym utworze już wiadomo, jak kto gra i śpiewa.

Więc ja

znów, nieśmiało, o całych płytach.

Nie jako zawzięty historyk muzyki, zmierzły ortodoks. Może jak stary pierdoła (trudno, niech będzie), ale w sumie niegroźny świrus, pasjonat. Z pewnością nie bardzo uparty, ale jednak – tropiciel ciągów przyczynowo-skutkowych.

Poza mniej licznymi przypadkami, że na rynku pojawiały się i pojawiają single niemające ciągu dalszego w postaci dużej płyty – to te ostatnie właśnie wyznaczają kolejne etapy działalności każdego wykonawcy. Płytę porównałbym może nie tyle do powieści (choć i tu, jeśli mówić o koncept albumach czy produkcjach symforockowych, znajdziemy wiele analogii), co do zbioru opowiadań. Pisarze wydają takowe jako którąś tam swoją książkę z kolei – i podobnie dzieje się z muzykami. Konkretna płyta, tworząca wewnętrzne zależności w postaci współistnienia na krążku kilku-kilkunastu piosenek, buduje konteksty w ramach twórczości danego artysty, jak i sytuuje dany krążek w czasie i przestrzeni, czyli wśród albumów innych wykonawców.

Oczywiście,

to nie jest wiedza niezbędna do życia.

Więcej, to nie jest wiedza przynosząca (poza nielicznymi przypadkami najbardziej wziętych dziennikarzy muzycznych) profity, z których można się utrzymać. To nie jest wiedza przynosząca pożytek tzw. ogółowi. A jednak – dostarczająca pewnej grupie odbiorców muzyki, do której niniejszym się zaliczam, wielkiej frajdy. Przy tym, najczęściej, całkowicie niegroźna. O ileż przyjemniej posłuchać dziennikarzy spierających się na tematy literackie czy muzyczne w „Tygodniku Kulturalnym” niż polityków, których wszędzie pełno. Pierwsi wygłaszają odmienne opinie, uśmiechając się nawzajem do siebie, zaś ci drudzy – gotowi zagryźć się przed kamerami czy mikrofonem. Naturalnie, w imię społecznego dobra.


Celebration Day – One’s More, One’s More Time

Miało być dzisiaj o pewnym panu. On oczywiście nie wie, że o nim napisałem, ale z pewnością nie pogniewałby się, gdyby usłyszał, że powodem zwłoki w opublikowaniu tekstu jest dzień szczególny, absolutnie wyjątkowy. Celebration Day. Zwłaszcza że 10 grudnia 2007 roku był jednym ze świadków natchnionego występu kwartetu (czy ktoś z Was domyśla się, o kim mowa?).

Nie potrafię przejść do milczącego porządku nad dniem wydania tego albumu, tak jak nie mogłem oprzeć się pokusie, by raz jeden w życiu nabyć album Led Zeppelin natychmiast po jego pojawieniu się w sprzedaży. Następnej takiej okazji może po prostu nie być.

[more]

Wrzesień 1990 (ze starych notatek)

Wczoraj po południu byli u nas Andrzejowie, pokazałem bratu nowe nabytki, z których najbardziej zwrócił jego uwagę Led Zeppelin IV.

Wszystko znane na pamięć, lecz przecież frajda z położenia krążka na talerz gramofonu wielka. Muzyka porywająca – i wzruszająca. Brzmiąca świeżo, klarownie i – budząca nostalgię. To już tyle lat…

Kolejny raz rozpływaliśmy się w zachwycie dla muzyki przełomu lat 60. i 70. Dla tego niepowtarzalnego sprzężenia zjawisk muzycznych, kulturowych i socjologicznych, dzięki któremu możliwe stało się stworzenie wartości w muzyce drugiej połowy XX wieku wyjątkowych.

Andrzej: „Teraz już tylko pozostaje powielanie starych wzorców bądź stworzenie czwartego wymiaru muzyki, który – być może – będzie całkowicie niestrawny dla naszych, wychowanych na rock’n’rollu, uszu”.

Cóż, tamte lata to był czas wielkich muzyków, którzy stworzyli wielką muzykę, wraz z upływem lat widać, jak bardzo żywotną i inspirującą. Zresztą, w przypadku LedZep mowa jest o gigantach rocka – jednej z najlepszych grup w ogóle, zaś zdaniem wielu, w tym i moim, absolutnie największej spośród grających cięższą odmianę tej muzyki, hard czy tam heavy, czy jak go zwał. Dziś widać, że i najbardziej inspirującej kolejne rzesze wykonawców.

A propos – kiedy zdarza mi się słuchać tego strashnego speedu i innych hellłejów metalnych, kiedy już brakuje mi oddeathu, wtedy myślę sobie: o LedZu, czemu oni się tak męczą?!

Listopad 2012

Lata lecą, a tu się nic nie zmienia. Tylko klasyka stała się jeszcze bardziej klasyczna. Słucham tej starej-nowej muzyki, odczuwając jedyne w swoim rodzaju wzruszenie. I te ciary na plecach, wciąż i wciąż.

Tak sobie myślę, że może nie byłoby to całkiem od rzeczy, a i Bóg przed rozmową ze mną się pewnie nie pogniewa, jeśli w urnie z moimi prochami znajdzie się miejsce na mp3, a z zawieszonych na tej urnie słuchawek doleci do uszu paru zgromadzonych łojenie LedZep. Może być z Celebration Day. Bez większego znaczenia, który konkretnie kawałek.


O kupowaniu płyt

Kupowanie płyt. Coś, czego młodzi, choć coraz starsi, zdają się nie rozumieć. Misterium. Branie do ręki krążka – kiedyś sporego, kartonowego (w porządnym wydaniu) opakowania. Pełne namaszczenia i pietyzmu smakowanie okładki, zwłaszcza gdy chodziło o płyty zachodnich wykonawców. Wysuwanie czarnego zwykle krążka, czasem włożonego do papierowej koperty, na której też było co oglądać i czytać. Delikatne, z odpowiednim ułożeniem dłoni, wyjmowanie płyty, tak by jej nie wybrudzić palcami. Studiowanie nalepek. Nabożne położenie na talerz gramofonu, uruchomienie napędu i czekanie na pierwsze dźwięki. Kto tego nie przeżył, ten chyba nie zrozumie.

[more]

Akcesoria

Jak już można było to kupić – instalowanie specjalnego pędzelka doczepianego do ramienia gramofonu, który usuwał z płyty ewentualny kurz, by ten nie dostawał się pod igłę. Wagi, które pozwalały ustalić właściwy nacisk igły na płytę. Ściereczki antystatyczne, specjalne płyny do przemywania. Odpowiednio częste wymiany igieł, co też zapobiegało zużywaniu się wytłoczonego zapisu muzyki (Ile rowków ma płyta winylowa? Jeden…). Dbanie o to, by płyty po latach wyglądały niewiele gorzej niż w chwili zakupu – specjalne miejsca w szafach, stojaki, regały, woreczki na okładki (te nie były jednak dobre, bo co prawda chroniły samą okładkę, ale ściągały kurz)  itp.

Płyta jako dzieło sztuki

Zostało mi to do dzisiaj. Płyta jako dzieło sztuki: muzyka plus okładka, grafika, czasem przepiękna. Radość dla uszu i oczu. Informacje, kto, z kim, kiedy i gdzie (choć z tym wielokrotnie miałem i mam problemy z racji kiepskiego wzroku, mocnych okularów i… fantazji wydawców, którzy na niebieskim tle potrafią zaserwować maleńką, czerwoną czcionkę). Niektórzy ubolewają, że CD to już nie to, ale w zamian za duży format okładek longplayów otrzymujemy niejednokrotnie grube, pięknie wydane książeczki, jak na przykład ta dołączona do krążka Us Petera Gabriela z jedenastoma grafikami ilustrującymi jedenaście utworów.

Internet

Dziś młodzi ściągają muzykę z internetu. Coraz mniej zajmują ich szczegóły dotyczące konkretnej płyty. Pozostają jedynie pliki gdzieś zapisane. O prawach autorskich już nie wspomnę. Nie wierzę – bo widzę, co się dzieje – by płyty dostępne za dziesięć – dwadzieścia pięć złotych w największych sklepach płytowych (a CD w tych cenach jest naprawdę bardzo, bardzo wiele) cokolwiek zmieniły. Kto nauczył się ściągać muzykę, ten się tego już raczej nie oduczy. I nie trafi do niego argument, że dźwięki z oryginalnej płyty smakują inaczej. Że jesteśmy fair wobec artystów, zwłaszcza tych szczególnie przez nas ulubionych, że płacimy za ich robotę. Że dajemy im żyć z uprawiania muzyki. Że dzięki temu za jakiś czas znowu wejdą do studia i nagrają kolejną płytę.


 

Między blogiem a prawdą

Music, music

Nowe płyty Boba Dylana, Rolling Stones, Doors, Led Zeppelin. Czy to 1968 albo 1969 rok? Aż się wierzyć nie chce, jaką mamy muzyczną jesień. Do tej listy dopiszmy jeszcze Marka Knopflera, Aerosmith, Donalda Fagena, Soundgarden czy Dave Matthews Band. W Polsce też klasycznie: koncertowy Dżem, Hey, Voo Voo, ze znaczących albumów jeszcze młodsze pokoleniowo Muchy. Inni przedstawiciele starej gwardii, jak na przykład Wilki albo T. Love (którzy to wykonawcy, od razu powiem, zajmują mnie znacznie mniej), też nie próżnują. A to przecież nie koniec. Jest o czym mówić i pisać, a przede wszystkim – jest czego słuchać.

[more]

Blog and roll

Blog and roll ma pół roku. Daleki jestem od tych konstrukcji logiczno-formalnych, które nakazują świętować rocznice, zwłaszcza takie. Lepiej je obchodzić – ostrożnie i z pewnej odległości. Jeśli o tym wspominam, to dlatego, że po wakacyjnych, zwłaszcza sierpniowych, chwilach zwątpień czuję teraz, że jest Was, czytających, coraz więcej.

Mam świadomość, że nie jestem w stanie ścigać się z ludźmi zawodowo parającymi się pisaniem i mówieniem o muzyce – na wiedzę albo ilość wysłuchanych płyt. Ale pasji, mam nadzieję, mimo upływu lat mi nie brak – i nią pragnę się dzielić. Spostrzeżeniami, przemyśleniami okołomuzycznymi może nieco ogólniejszej natury. 

Po statystykach widzę, że takim patrzeniem na świat dźwięków chyba nie jestem sam. Z tą nadzieją przystępowałem do robienia notatek w lutym 2011 roku, z  wiarą sześć miesięcy temu ruszyliśmy z blogiem, z tą nieskromną ufnością we wspólnotę doznań – Waszych i moich – pozostaję. I bardzo dziękuję za wszystkie mniej lub bardziej werbalne sygnały – że jesteście i czytacie. Kończąc to wdzięczenie się i krygowanie, powiem tylko, że bez Was szukanie nie tylko muzycznych sensów byłoby trudniejsze. Dziękuję! 

Blogostan

Chciałbym też jeszcze w tym miejscu podziękować dwóm osobom, bez których tego bloga albo by nie było wcale, albo wyglądałby zupełnie inaczej, znacznie ubożej.

Maćkowi Trzepałce, którego kreska zawsze budziła mój podziw i uśmiech. On patrzy na moją robotę z pewnego oddalenia, z rzadka zabierając głos – i tak właśnie, zwykle milcząc, wywołany do tablicy przysyła kolejną porcję rysunków.

Moja żona natomiast – żadnego faceta nie muszę przekonywać, że Jej obecność milczącą nie jest – z oddaniem zajmuje się stroną wizualną oraz – używając wielkich słów – marketingiem. To Ola wśród mnóstwa dostępnych bloksowych szablonów wyszukała ten właśnie, to Jej dziełem jest układ strony oraz obecność na tzw. forach i u Wielkiego Brata, czyli na fb (parafrazując stary wierszyk, chciałoby się powiedzieć: „Choć nie widzą cię ludzie, widzi cię zawsze Fejs Buk”).

Dziękuję Wam za pomoc i wsparcie.

Porada blogera albo parada blagiera

Starczy tego. Pisania ręką technika elektronika, niepraktykującego polonisty, pracownika spółki polonijnej i kopalni. Przez kilkanaście lat sprzedawcy książek, a także redaktora i korektora. Od dwunastu agenta ubezpieczeniowego. Od dwudziestu pięciu lat męża, od dwudziestu jeden podwójnego ojca. Kogoś, kto bez muzyki nie wyobraża sobie życia.

Tak więc kończę – z muzycznymi pozdrowieniami. Zajrzyjcie znowu, zapraszam.


Gorzko, gorzko!

Gdzieś w połowie lat 80. przeprowadzono wśród radiowych dziennikarzy muzycznych ankietę. Zadano im kilka pytań, w tym o to, czy są wykonawcy, których nigdy nie zaprezentują w swych audycjach. Niektórzy z indagowanych dali upust swej niechęci do pewnych grajków, ale Piotr Kaczkowski, stary lis, odparł, że nie ma takich.

[more]

Pewnie wynikało to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze,

nigdy nie wiadomo, co się wydarzy,

czy któryś z uprawiających obcą muzycznie glebę nie zabrnie nagle w klimaty, które mogą się okazać interesujące i wartościowe artystycznie. Po drugie, po co w taki głupi sposób się narażać – wykonawcom, których się nie lubi, i ich fanom.

Mam dziś więcej lat niż Pan Piotr wtedy, gdy udzielał tych odpowiedzi. Mnie czyta garstka, redaktor wiódł rząd dusz. Ryzyko więc małe, ale zawsze jednak – istniejące.

Bo tak sobie pomyślałem, że pisząc ciągle o ulubionych muzykantach, o ich najlepszych płytach – może zacmokam się z zachwytu. Co gorsza, zacmokam też Was, czytających.

No tak – ręka mnie świerzbi,

by palnąć coś o nieulubionych.

Nie żeby ze złością i złośliwością, bo już w jednym z pierwszych wpisów mówiłem, że moje sądy nikomu chwały nie przyniosą, a i krzywdy nie zrobią. Nie o to chodzi, by cały jad przez lata gromadzony pod skórą, całą złość na siebie, Boga albo los za życie właśnie takie i nie inne wysączyć w pisaninie o tych, których specjalnie nie cenię. Już biskup Krasicki pisał: „I krytyk zda się, kiedy nie z przynuką, bez żółci łaje, przystojnie się dąsa”.

I tu zatrzymuję się w pół kroku, w ćwierć zdania. Czy naprawdę tego chcę? Bez wyraźnej potrzeby, bez wewnętrznego imperatywu, by – będąc jako bokser przedstawicielem wagi lekkopółśmiesznej – ulżyć sobie za doznane od innych poniżenia?

Po co mi te trzy grosze

do na przykład dwunastu groszy, po co polonistycznie pastwić się nad panem, który cofa się do tyłu i któremu język się pląta, po co opowieści o leciwej grupie, której wokalista śpiewał dawno temu, że tylko niektórzy podjąć ją umią? Toż nawet bluesmanowi nad Wisłą najpierwszemu (i cenionemu, także przeze mnie) wyrosło z warg niegramatyczne drzewo i melorecytował „zetnij go”.

W starym dowcipie stoi tak:

Mojżesz po rozmowie z Bogiem schodzi z Synaju i powiada do swoich ludzi:
– Mam dla was dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą. Od której mam zacząć?
– Od tej dobrej – odezwały się liczne głosy.
– Cały kodeks udało mi się zhandlować do dziesięciorga przykazań.
– A ta zła?
– „Nie cudzołóż” zostało.

Pozostając w tych klimatach,

wśród odwiecznych zasad,

przywołuję ósme: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Bo kimże ja jestem, by źle o innych świadczyć?

Powiem więc tylko, że rękę wypada podać każdemu, jeśli nawet nie z szacunku dla niego, to choć przez wzgląd na jego człowieczą godność, przez wzgląd na siebie i trzymanie jakiejś tam klasy. Ale nikt mnie nie zmusi, bym chciał piosenek napisanych i nagranych przez pewnych ludzi słuchać. Ludzi tych i tamtych, i jeszcze bardzo wielu innych. Próbowałem nie raz. Cóż jednak z tego – jeśli nie ma swingu, nie ma też przyjemności. I tyle.


1977: Francja, St. Vallier, Paryż i płyty

Wiosną 1977 roku, kiedy powoli dobiegała końca moja edukacja na poziomie podstawowym – tu zacytuję klasyka – wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: „Chcesz jechać na trzy tygodnie na kolonie czy na dwutygodniowy obóz we Francji?” (połączenie obu nie wchodziło w grę z powodów finansowych). Odpowiedź, mimo chwili żalu, że ominą mnie ostatnie już kolonie, była oczywista.

[more]

Gdzieś z początkiem lipca wyruszyliśmy nowoczesnym autokarem wyprodukowanym przez Mercedesa ze Śląska do Warszawy. Tam Okęcie i po dwóch godzinach lotu, wczesnym popołudniem, znaleźliśmy się w rozgrzanym słońcem Lyonie. W oczy uderzył nas mieniący się tysiącami kolorów, zupełnie inny świat. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie. Ja, piętnastoletni, nigdy wcześniej nie miałem okazji widzieć nic innego poza Bałtykiem i Tatrami, tym większy przeżyłem więc

szok.

Choć nie taki, jak po kolejnych kilkunastu dniach. Przed południem Paryż, Orly, Concorde na jednym z pasów startowych – najnowocześniejszy wtedy samolot na świecie – a po dwóch godzinach Poznań. Coś, co trudno nawet nazwać lotniskiem. Szarość, cisza i bezruch. Celnik z rentgenem w oczach wypytujący nas, nastolatków, co mamy w bagażach. Potem powrót na Śląsk „ogórkiem” – telepiącym się, wysłużonym autobusem z rozłożonymi siedzeniami na środku, gdzie zamiast w miarę normalnego oparcia był tylko pas zapinany między rzędami na wysokości pleców, starsi pewnie pamiętają. I w tych warunkach powrót na Śląsk. To było naprawdę twarde lądowanie.

Mimo iż wielokrotnie sygnalizowałem w różnych wpisach, że

moja przygoda z muzyką

– za sprawą starszych braci – zaczęła się bardzo wcześnie, jeszcze w okresie przedszkolnym, jednak to, co miałem wówczas w głowie, było bardzo przypadkowe, zupełnie nieuporządkowane. Raczej funkcjonujące na zasadzie haseł – nazwisk, nazw grup, ale bez szczególnego pojęcia, co tak naprawdę za nimi się kryje. Niemniej początek był już zrobiony, a w kwietniu 1977 roku dokonałem pierwszego samodzielnego zakupu płytowego. Był to Live holenderskiego kwartetu Livin’ Blues.

Każde wejście do muzycznego marketu we Francji przyprawiało mnie o ból głowy. Nagle mogłem dotknąć krążków wykonawców, o których nad Wisłą jedynie słyszałem. W odróżnieniu od wspomnień dziennikarzy muzycznych, którzy mieli już za młodu kontakt z tymi płytami – z kolegami mogłem o nich rozprawiać jak o UFO: wielu tego słuchało, wielu o tym mówiło, ale nikt (bądź prawie nikt) nie widział. A tu kolorowy oczopląs: pełna materializacja odwiecznych mitów.

Czułem się, jakbym wstąpił w

progi świątyni,

w której w dodatku pozwalają mi dotknąć relikwii. Najsłynniejsze nazwy, tytuły – na wyciągnięcie ręki. Każda płyta, co jedna to piękniej wydana, pozwalała się musnąć, popieścić. Każda szeptała czule w ucho: „Kup mnie…”. A pieniędzy jak na lekarstwo – na książeczkę walutową wymienione dziesięć dolarów, czyli niecałe pięćdziesiąt franków (cena jednej płyty: 33-40 F), ponadto sto franków pozostawione w ramach wymiany przez francuskiego kolegę, który w tym samym czasie spędzał wakacje na obozie w Polsce. Strach i dziś myśleć, jakie wrażenia z naszej ojczyzny młodzi Francuzi zabrali ze sobą do domów.

A wśród nas, nastoletnich obozowiczów, krążył wtedy następujący dowcip:

Polska, rok 2000, sklep mięsny. Ludzie kupują – pięć deko szynkowej, osiem deko salcesonu, piętnaście deko zwyczajnej, dziesięć deko frankfurterków. Wchodzi facet i mówi:

– Proszę pół kilo szynki.

– A, na handelek, na handelek!

– Słowo honoru, że na wesele…

Ostatecznie przywiozłem do domu pięć krążków, wśród nich nowy wówczas Animals Pink Floyd oraz It’s Only Rock’n’roll  Rolling Stones. Ponadto Edith Piaf dla rodziców oraz dwa bazarowe albumy z piosenkami Beatlesów, zbyt tanie, by mogły zawierać oryginalne wykonania. Wszystkie wzbudziły w domu niemałą sensację. Dwa pierwsze, w całkiem niezłym stanie, są ze mną do dziś.

 

Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – do starych i nowych fanów?

Ujrzał światło dzienne kawałek – Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – pilotujący nową płytę Heya, która w sprzedaży ma się pojawić 6 listopada. 

[more]

Skojarzenia z Queen i U2 byłyby o tyle krzywdzące, że kolaboracja tamtych gitarowych zespołów z elektroniką zakończyła się – w moim odczuciu – artystyczną porażką i, na szczęście, powrotem do korzeni. Ostatnia póki co płyta Heya oraz zapowiedź najnowszego krążka to z jednej strony zupełny odwrót od ostrego grania, ale jednocześnie – zdecydowanie trzymanie wysokiego poziomu artystycznego. Toteż zastanawiam się, czy w związku z tym możemy mieć jeszcze nadzieję, że gitara Marcina Żabiełowicza zabrzmi kiedyś pełną mocą. Choćby na koncertach

Jeśli mi czegoś żal, to – mimo wszystko – utraty współistnienia dwóch dobrych, bardzo dobrych jakości: rokendrolowego zespołu i elektronicznej Katarzyny Nosowskiej na rzecz zlewających się coraz bardziej w jedno działań grupy i kariery solowej frontmenki.


Twarze książki – „Książka twarzy”

Do fejsbuka mam stosunek ambiwaletny, nie muszę dodawać, że M. – autor tekstów na tym blogu – ma stosunek jeszcze bardziej ambiwalentny. Nie bardzo wie, co to są lajki i do czego służą (ja zresztą do niedawna też nie miałam o tym pojęcia).

[more]

Nie lubię awatarów, profili – wolę zwykłe twarze. E-booki, audiobooki, czytniki są mi (na razie, dodam na wszelki wypadek, bo jeszcze ktoś mi to kiedyś WYKOPie) obce – jak pięknie pachnie, szeleści nowa, niech tam, nawet stara, bezdebitowa książka…(kto wie co to?).

Ostatnio dały mi do myślenia dwa zdarzenia: czwartego października Mark Zuckerberg ogłosił, że Facebook ma miliard użytkowników, szóstego nagrodę literacką Nike dostał Marek Bieńczyk za „Książkę twarzy” – znamienny tytuł, prawda?

Pomiędzy jednym a drugim dniem, piątego października, niespodziewanie nawet dla nas samych, dołączyliśmy do tej globalnej wioski, w nadziei zyskania większej liczby czytelników i dopieszczenia już istniejących. FB będzie – przynajmniej mamy taki zamiar – uzupełnieniem bloga, miejscem niezobowiązujących notatek, szufladą, do której upchniemy to, co się nie mieści na oficjalnym wieszaku.

Będziemy tam również zamieszczać smakowite bonusy – na pierwszy ogień znakomity rysunek naszego kolegi, Maćka Trzepałki, zwycięski w Międzynarodowym Konkursie Rysunku Satyrycznego  „Karpik 2012”. Zasługuje on na coś więcej niż „tylko” ilustracja blogowego wpisu – zajrzyjcie i zobaczcie sami, nawet jeśli nie macie konta na „fejsie”, ba, wzdrygacie się na samą myśl o nim. Wystarczy kliknąć ten mały napis u góry po prawej: „Blog and roll na Facebooku”.