Jak się niedawno było w Wiedniu, w Muzeum Historii Sztuki, Belvederze i Albertinie, jak się ma na świeżo Tycjana w Rzymie – jeden Cranach, jeden El Greco, Tintoretto, Rubens, Miro i Picasso, dwa van Dycki może nie rzucają na kolana, ale wsiada się w samochód i jedzie z Katowic do Wrocławia. Stoi się w półgodzinnej kolejce, powstrzymuje, aby nie warknąć na starszą panią, która jak w Peerelu musi stać przedstojącemu, czyli mi, prawie na plecach. Trochę przed trzynastą wchodzi do kilku niedużych sal. Wyłącza się dźwięk w komórce, bo to przecież muzeum i szacowna wystawa.
[more]
W nieokazałym środku – zaskakujące – szum. Ludzie głośno rozmawiają, odbierają telefony, panie z obsługi nie tylko nie upominają, ale zachowują się czasem równie głośno. O trzynastej wszystkich wypraszają, bo pomieszczenia nie są klimatyzowane, a
o dzieła dbać trzeba
i w związku z tym o odpowiednią wilgotność powietrza. W porządku, zostaliśmy o tym wcześniej poinformowani. Co zrobić z dwudziestoma minutami przerwy?
Idziemy z żoną do innych sal, oglądamy depozyty Archidiecezji Wrocławskiej. Nagle naszą uwagę skupia niespodziewany dźwięk. To pani z obsługi dolewa z konewki wody do nawilżacza powietrza. Idziemy jeszcze do paru innych sal. Na dziedzińcu muzeum dzieje się coś dziwnego. Ja, profan, nie znam się na sztuce bardzo współczesnej. Na instalacjach. Dwa stanowiska z siedziskami i ekranami jak w salonie gier, takiż hałas, słyszalny w wielu pomieszczeniach muzeum, idealne tło do konsumowania zarówno Cranacha, jak i piętnastowiecznych rzeźb śląskich. W fotelach, trzymając kierownice, ciągle siadają jacyś podnieceni ludzie płci obojga.
Instalacja
to, zdaje się, płyty OSB z marketu budowlanego, tworzące coś w rodzaju toru, po którym poruszają się pojazdy zdalnie sterowane obsługiwane przez tych siedzących w fotelach. Autka jadą po torze wyłożonym od środka płytami gramofonowymi. Nałożonymi jedna na drugą, powyginanymi, pociętymi, przytwierdzonymi kołkami do konstrukcji. Płytami nie wiem jakich wykonawców, ale ciśnienie mi podskakuje, bo swoje stare winyle do dziś mam w niezłym stanie, w woreczkach albo papierowych kopertach, w dobrze utrzymanych okładkach.
Ale to sztuka, na której się nie znam, której nie rozumiem. Ogłupiający dźwięk prawie młota udarowego zagłuszający własne myśli, za to z pewnością ułatwiający odbiór tych staroci sprzed wieków bądź paru dziesięcioleci. Kto by się tam przejmował Rubensem lub Miro, jakimiś zramolałymi bohomazami, kiedy
świat i sztuka idą naprzód.
A odbiorcy tej na wskroś współczesnej instalacji mają rozpalone oczy i uśmiechy na twarzach, są wyraźnie podnieceni. W odróżnieniu od tych w większości smutasów oglądających pobazgrane deski lub płótna.
Ach, jeszcze coś dla ciała – kawiarnia. O wpół do drugiej półki wymiecione są z czegokolwiek do zjedzenia, jakiegoś zawieruszonego choćby kawałka ciasta. Pozostaje herbata – czarna, ale z wodą o temperaturze przeznaczonej do parzenia zielonej. No cóż. I jeszcze wizyta w toalecie. Przed jej opuszczeniem wycieram nie tylko ręce, ale i podeszwy butów, aby tego, na czym musiałem stanąć w kabinie, nie roznieść po korytarzu.
Opuszczamy piękny, choć trochę zaniedbany wewnątrz gmach i wzdychamy na wspomnienie ciszy, klimatyzacji, odpowiedniego oświetlenia i paru innych rzeczy w muzeach dużych i mniejszych na Zachodzie.
















