Od winyli do instalacji – Od Cranacha do Picassa – Muzeum Narodowe we Wrocławiu

Jak się niedawno było w Wiedniu, w Muzeum Historii Sztuki, Belvederze i Albertinie, jak się ma na świeżo Tycjana w Rzymie – jeden Cranach, jeden El Greco, Tintoretto, Rubens, Miro i Picasso, dwa van Dycki może nie rzucają na kolana, ale wsiada się w samochód i jedzie z Katowic do Wrocławia. Stoi się w półgodzinnej kolejce, powstrzymuje, aby nie warknąć na starszą panią, która jak w Peerelu musi stać przedstojącemu, czyli mi, prawie na plecach. Trochę przed trzynastą wchodzi do kilku niedużych sal. Wyłącza się dźwięk w komórce, bo to przecież muzeum i szacowna wystawa.

[more]

W nieokazałym środku – zaskakujące – szum. Ludzie głośno rozmawiają, odbierają telefony, panie z obsługi nie tylko nie upominają, ale zachowują się czasem równie głośno. O trzynastej wszystkich wypraszają, bo pomieszczenia nie są klimatyzowane, a

o dzieła dbać trzeba

i w związku z tym o odpowiednią wilgotność powietrza. W porządku, zostaliśmy o tym wcześniej poinformowani. Co zrobić z dwudziestoma minutami przerwy?

Idziemy z żoną do innych sal, oglądamy depozyty Archidiecezji Wrocławskiej. Nagle naszą uwagę skupia niespodziewany dźwięk. To pani z obsługi dolewa z konewki wody do nawilżacza powietrza. Idziemy jeszcze do paru innych sal. Na dziedzińcu muzeum dzieje się coś dziwnego. Ja, profan, nie znam się na sztuce bardzo współczesnej. Na instalacjach. Dwa stanowiska z siedziskami i ekranami jak w salonie gier, takiż hałas, słyszalny w wielu pomieszczeniach muzeum, idealne tło do konsumowania zarówno Cranacha, jak i piętnastowiecznych rzeźb śląskich. W fotelach, trzymając kierownice, ciągle siadają jacyś podnieceni ludzie płci obojga.

Instalacja

to, zdaje się, płyty OSB z marketu budowlanego, tworzące coś w rodzaju toru, po którym poruszają się pojazdy zdalnie sterowane obsługiwane przez tych siedzących w fotelach. Autka jadą po torze wyłożonym od środka płytami gramofonowymi. Nałożonymi jedna na drugą, powyginanymi, pociętymi, przytwierdzonymi kołkami do konstrukcji. Płytami nie wiem jakich wykonawców, ale ciśnienie mi podskakuje, bo swoje stare winyle do dziś mam w niezłym stanie, w woreczkach albo papierowych kopertach, w dobrze utrzymanych okładkach.

Ale to sztuka, na której się nie znam, której nie rozumiem. Ogłupiający dźwięk prawie młota udarowego zagłuszający własne myśli, za to z pewnością ułatwiający odbiór tych staroci sprzed wieków bądź paru dziesięcioleci. Kto by się tam przejmował Rubensem lub Miro, jakimiś zramolałymi bohomazami, kiedy

świat i sztuka idą naprzód.

A odbiorcy tej na wskroś współczesnej instalacji mają rozpalone oczy i uśmiechy na twarzach, są wyraźnie podnieceni. W odróżnieniu od tych w większości smutasów oglądających pobazgrane deski lub płótna.

Ach, jeszcze coś dla ciała – kawiarnia. O wpół do drugiej półki wymiecione są z czegokolwiek do zjedzenia, jakiegoś zawieruszonego choćby kawałka ciasta. Pozostaje herbata – czarna, ale z wodą o temperaturze przeznaczonej do parzenia zielonej. No cóż. I jeszcze wizyta w toalecie. Przed jej opuszczeniem wycieram nie tylko ręce, ale i podeszwy butów, aby tego, na czym musiałem stanąć w kabinie, nie roznieść po korytarzu.

Opuszczamy piękny, choć trochę zaniedbany wewnątrz gmach i wzdychamy na wspomnienie ciszy, klimatyzacji, odpowiedniego oświetlenia i paru innych rzeczy w muzeach dużych i mniejszych na Zachodzie.


Wstydź się, Trójko!

Wczoraj wieczorem radiowy program trzeci Polskiego Radia uraczył nas benefisem Piotra Kaczkowskiego z okazji jego pięćdziesięciolecia pracy dziennikarskiej. Pół wieku stuknęło Panu Piotrowi w marcu, okolicznościowe obchody odbyły się w Fabryce Trzciny. W Trójce oczywiście mówiono i o jubileuszu, i o imprezie (choć o tej niewiele), ale nic ponadto. Zdziwienie pierwsze.

[more]

Ktoś – kto? – przypomniał sobie wreszcie, że należałoby uhonorować ikonę dziennikarstwa muzycznego nad Wisłą w jego macierzystej redakcji, trochę późno, ale dobrze, że w ogóle. Choć od dawna moje upodobania muzyczne są zaledwie w małej części Panapiotrowymi, zasiadłem przed radioodbiornikiem. Bo przecież nie mogę zapomnieć, przez kogo to wszystko,

kto tak naprawdę zaraził mnie muzyką.

Dwie godziny, powinno być nostalgicznie, wspomnieniowo, pięknie.

Zdziwienie drugie, a może już trzecie. Trójka ma liczną redakcję muzyczną, wielu pracujących w niej panów przyznaje, że czują się uczniami Pana Piotra. Oczywiste byłoby, gdyby program poprowadził Piotr Baron albo Marek Niedźwiecki. Jezu, są przecież jeszcze Piotr Metz i Piotr Stelmach. Ktokolwiek, byle mający pojęcie o tym, czym przez całe swoje życie zajmuje się Kaczkowski.

A tu redaktor Andrus. Miałem swoje – słuchacza – uwagi do niego już wcześniej, ale teraz mogę powiedzieć, że go po prostu nie lubię. A ponieważ taka ze mnie męska zołza, że jestem pamiętliwy, już go nie polubię.

Trójko, jak mogłaś

wpaść na tak szatański pomysł,

by oddać prowadzenie tej imprezy facetowi, który jeśli się na czymś zna, to nie na muzyce, a na kabarecie (to wielkie słowo w odniesieniu do większości dzisiejszej „twórczości” na tym polu, lecz niech będzie)? Jak mogłaś powierzyć mu przygotowanie całości, ani przez moment – wygląda na to – nie patrząc na ręce? Andrus nie umie być człowiekiem drugiego planu, zawsze musi brylować, sypać dowcipami. Jeśli jego rozmówca odważy się powiedzieć coś, z czego śmieje się publiczność (wczoraj Grzegorz Turnau), to ten zaraz musi ripostować – czasem śmiesznie, czasem mniej. Andrus zagaduje swojego rozmówcę, buduje długie pytania, tym dłuższe, im mniejsze ma pojęcie o tym, o co zapytać. Tak było wczoraj – i było mi wstyd, że tego słucham. Było mi wstyd, że Pan Piotr musi tego słuchać. Było mi wstyd, że Trójka firmuje jubileusz swego mistrza przygotowany na tak niskim poziomie.

Bo po pierwszych wistach redaktora A. na scenie pojawił się… No właśnie, Kazik. Nie słucham dziś całych audycji Pana Piotra, ale kiedyś słuchałem. I nie przypominam sobie jego szczególnej atencji dla Kultu. Raczej dla Perfectu, wczesnej Lady Pank, ówczesnej Budki Suflera, Maanamu. Ale dobra, Staszewski palnął coś o słuchaniu „Muzycznej Poczty UKF”, niech będzie.

Jednak potem podziało się coś takiego, że

chciałem schować się pod stół.

Coś o kabarecie. O rany – Kaczkowski i kabaret? Nie, oczywiście, Andrus i kabaret. To jest grunt, na którym konferansjer (pardon, gwiazda) czuje się pewnie, jak ryba w wodzie. Wyszli jacyś żałośni szansoniści, pieprzyli długo i nieśmiesznie, żal było słuchać. I wtedy wszedłem na Trójkowego fejsbuka, by od razu napisać, co o tym myślę. Droga Trójko, wiedz o tym, że nie ja jeden nie mam stacji radiowych przed Tobą, że jesteś słuchana, lubiana, ale też oceniana. I nie wolno Ci, programowi z takimi tradycjami, popełniać tak ciężkich grzechów jak wczoraj!

Mojego złego wrażenia nie naprawili już ani Zbigniew Preisner, ani Adam Nowak, ani – jak zwykle dowcipny, w subtelnym stylu Starszych Panów – Grzegorz Turnau.

Pal licho Mirosław Czyżykiewicz, Kaczkowski ostatnio znów o nim ciepło się wyrażał, więc niepotrzebnie się czepiam. Ale co robiła tam Maria Czubaszek, skądinąd jedna z moich ulubionych? I gdzie podziali się ci, którzy mogli Jubilatowi zadać

parę mądrych pytań?

Gdzie byli Weiss, Królikowski, Niedźwiecki, Baron i paru innych tego wieczoru? Tych, dla których muzyka – jak dla Pana Piotra – jest całym światem? Też, jak ja, przy głośnikach? I czy też wstydzili się, byli zażenowani jak ja?

Pan Andrus już wczoraj miał swój benefis. Świetnego samopoczucia nic mu pewnie nie zmąci. Ani „tykanie” tych, z którymi jest na „pan”, ani ewentualny, spóźniony opieprz dyrektor Jethon. Jej zresztą też wypada podziękować za to, że ten wieczór wyglądał właśnie tak.

A Panu Piotrowi ciągle należy się coś normalnego. Z kolegami dziennikarzami muzycznymi oraz paroma zaprzyjaźnionymi muzykami rockowymi. Bo rock, a nie inne klimaty (z całym szacunkiem dla Nowaka i Turnaua), jest najbliższy redaktorowi.

Nie przegap, Trójko, czegoś.

Takich momentów, które się zapamiętuje – gdy siadali obok siebie, wspominając początki tej stacji radiowej, Kaczkowski, Witold Pograniczny i Marek Gaszyński. Gdy Kaczkowski rozmawiał z Franciszkiem Walickim. Albo z Wiesławem Weissem. To są ludzie, o których Andrus pewnie nie słyszał, a którzy budowali w Polsce scenę rockową, muzyczne radio i prasę. Kolejnym takim momentem mógł, powinien być, wczorajszy wieczór.

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Na przykład Marek Jackowski ani Panu Piotrowi, ani nam już nie zagra.

Must Be The Voice of Factor czyli telewizyjne formaty muzyczne

Przyznaję, podglądam, choć coraz mniej uważnie, bez emocji. I poczucia, że komuś, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otworzą się bramy niebios i uda się wydać płytę. I sprzedać ją w oszałamiającym nakładzie piętnastu tysięcy egzemplarzy, co spowoduje przyznanie Złotej Płyty. Albo, co istotniejsze, może niekoniecznie wygrać program, ale stać się na dłużej kimś istotnym w polskiej muzyce rozrywkowej.

[more]

Stacje telewizyjne,

zamiast dać odetchnąć, jakby się wściekły, postanawiając emitować swoje muzyczne Tour de Pologne o tej samej porze roku. I wszystko miesza się jeszcze bardziej, o gwiazdkach kolejnych odcinków zapominamy jeszcze szybciej, a nawet granie na naszych – widzów – emocjach odbywa się z coraz większym trudem. Bo napięcia nie da się podkręcać bez końca.

Ten program to naszej stacji cyrk, a ci ludzie to nasze małpy. Może którejś uda się wybić na niepodległość, ale w tej chwili nie ma to żadnego znaczenia, liczy się oglądalność. Ktoś jest niewidomy, ktoś wylądował w domu dziecka, kto inny nie chce znać matki, ktoś ma żonę, która spodziewa się dziecka, ktoś jest dzieckiem, które uwierzyło, że świat jest kolorowy jak format telewizyjny, w którym występuje. Ojej. Nieszczęść, jakie spadły na uczestników programów, jest niewiele mniej niż ich znakomitych, wyjątkowych, fantastycznych i

wiekopomnych „wykonów”.

Aż dziw bierze, że nikogo z tych wybitnych jeszcze przed właściwym debiutem artystów nie wprowadzono do Rock and Roll Hall of Fame.

W swej naiwności przed laty sądziłem, że tego typu programy są w stanie przynajmniej wyłowić talenty. Tak się nawet działo, dopóki było tego mało. Bezpowrotnie skończyło na „Idolu”, mniejsza, czy pierwszym (mówię z pamięci: Ala Janosz, Ewelina Flinta, Szymon Wydra, Tomek Makowiecki, Ania Dąbrowska), drugim (Krzysztof Zalewski), trzecim (Monika Brodka) czy czwartym (Maciej Silski). Próg coverów jest dla większości aspirantów nieprzekraczalny. Śpiewają niektórzy może i całkiem dobrze, część ma nawet niezły warsztat, wiele lekcji śpiewu za sobą, ale cóż z tego, jeśli na twarzy wypisane: Zróbcie coś ze mną, chcę być gwiazdą. Sprawcie, żeby – parafrazując Skaldów – coś się ze mną stało.

No i dzieje się. Sztab ludzi ciężko pracuje, byśmy nie zasnęli przed telewizorami i nie zapomnieli wysłać esemesów – stylistów, fryzjerów, prezenterów, realizatorów i kamerzystów. Muzyków i krytyków, którzy przesiedli się do jurorskich foteli. I sprawiają, że sen o potędze niektórym śni się do samego końca. Czyli do finału.

A potem, podejrzewam, różnicy aż tak wielkiej nie ma, choć zwycięzcom obiecano nagranie płyty. Generalnie jest tak, że

światła gasną,

przyjaciele z fejsbuka mają już nowych bohaterów w innych programach, coraz mniej ludzi rozpoznaje uczestników na ulicy. I nikt na nich nie czeka. Z piosenką, z zespołem, ze studiem nagraniowym. Nikomu już nawet nie chce się gęby otworzyć. I powiedzieć: przecież ty, dziewczyno czy chłopcze, nie masz od siebie nic do zaproponowania, absolutnie nic.

A trzeba by chociaż spróbować wymyślić jakąś melodyjkę i słowa, powiedzmy: Chcę całować twoje kolana, la na na, myślę o tym już od rana, na na na. Niektórzy próbują i, zdarza się, że im się udaje (mniejsza tu o definicję słów: uznanie, popularność, twórczość itp.).

Myślę – i w tym miejscu już nie kpię i nie żartuję – że ta poprogramowa cisza musi być dla tych ludzi straszna. Jak dalej żyć, co ze sobą zrobić? Ileż hartu, samozaparcia trzeba, by sobie z tym poradzić, by nadal próbować zaistnieć w branży. Zwłaszcza że, co ogólnie wiadomo, w niej udaje się niekoniecznie tym, co mają talent.

Kilka lat temu, w okresie największej ekspansywności „Idola”, z radością i ulgą odkryłem, że do mediów w dalszym ciągu przedostają się ci, którzy jakimś cudem ominęli edukację w tych wszystkich gwiazdoodkrywczych formatach, że nagrywają płyty. A niektórzy są nawet, po prostu, dobrzy. Czyli – że nie jest tak, jak wielokrotnie twierdził najbardziej ekstrawertyczny juror wszystkich tych programów, iż ten czy ów pojawił się przed nim i przed kamerami, by

wywrócić polski rynek muzyczny

do góry nogami. Po pierwsze, ten rynek jest od lat w zapaśniczym parterze, a po drugie – jeszcze żadne wykonanie jednej tylko piosenki nie odmieniło losów świata, choć są takie, o których świat pamięta i pamiętać będzie. Ale to nie żadna z tych, co pojawiły się i pojawią jeszcze w którymś z tych programów.

Sztuka to delikatna materia. A w branży z kolei nieraz przydatne są łokcie. Jak masz miękkie serce, musisz mieć twardą dupę. I inne jeszcze złote myśli. Więc większość – nieuchronnie – pluje sobie w brodę. A tylko nieliczni, ci naprawdę z iskrą bożą, w bródkę. W Brodkę.

Jeśli komuś kibicuję, to zespołom.

Rzadziej – czerpiącym z folkloru, częściej tym, co przyznają się do rokendrolowej proweniencji. I nie odtwórcom, a tym, którzy sami komponują. Czasem całkiem nieźle. Bo takim wykonawcom się nie dziwię, że próbują skrócić sobie drogę do popularności, wygrać lotną premię, a nawet cały etap. To, że próbują pisać, zdecydowanie uprawomocnia ich pojawienie się przed kamerami i mikrofonami.

Tylko że potem jest tak, iż szczęśliwcy wydają swoje albumy. Enej, Lemon, Damian Ukeje i inni. Gienek Loska ma na koncie nawet dwa. No i – czy zostaje tylko wzruszenie ramion?

I już na koniec – dwie zanotowane kiedyś wypowiedzi uczestników: „Chcieliśmy zaśpiewać i zatańczyć jednocześnie. Ale tego się nie da połączyć, jeśli się tego nie umie”. I jeszcze: „Może gramy nieczysto, ale za to nierówno”.

Alchemia dźwięku

Chyba najbardziej błyskotliwa, a już z pewnością najkrótsza korespondencja między artystą (konkretnie: Wolterem) a wydawcą dokonała się parę stuleci temu i wyglądała tak:

Wolter do wydawcy: „?”.

Wydawca do Woltera: „!”.

[more]

Anegdotę tę przytacza w swej pięknej książce

„Alchemia słowa”

Jan Parandowski. Zajmuje się w niej procesem twórczym, metodami, jakie prowadziły do powstawania dzieł wybitnych. Dwa przeciwstawne bieguny są następujące. Autor całymi latami milczy, czekając na wenę, na przypływ sił twórczych, na pomysł, co sprowokuje go do tego, by przysiąść fałdów i zacząć pracę nad nową książką.

Druga – autor codziennie nastawia budzik na szóstą rano, dokonuje albo i nie porannych ablucji, ubiera się lub pozostaje w szlafroku, robi sobie kawę/herbatę i zamyka na wiele godzin w swoim gabinecie – i pisze. Zdanie, akapit, stronę, kilka stron. Codziennie, mozolnie wydobywając z siebie kolejne słowa.

Obie metody są równoprawne, jedna i druga wielokrotnie prowadziły na sam szczyt, do powstania arcydzieł. Było też tak, że ci, co czekali latami na łaskę pisania, żałowali potem straconych lat, tych przeżytych z dala od papieru i pióra.

II

Ostatnio, przy okazji nowego wydawnictwa Bonamassy, wpakowałem się

na linię ognia

na pewnym bluesowym forum. Co gorsza, niczym Leszek z „Daleko od szosy”, prosty chłopak ze wsi podpuszczony przez studentów, zacząłem wyjaśniać, kto to Joe B.

Szybko dałem sobie spokój. Muzyki lepiej słuchać, niż wdawać się w niekończące się dyskusje na nierozwiązywalne tematy. Muzyka nie jest matematyką. Nawet ta bluesowa, najprostsza z pozoru, nie poddaje się konkretnemu opisowi i jasnej ocenie. Muzyka to – posłużę się banałem – emocje. Na każdego działa w trochę inny sposób. Jednym podoba się to, drugim tamto.

Jan Parandowski zajmował się w przywołanej książce nazwiskami największymi. Sprowadzając wywód do działki mniejszej, skromniejszej – muzyki rockowej, twierdzę (nie ja jeden, czego są zresztą wyraźne dowody), że o robocie Bonamassy rozmawiać warto. Jedni odsądzają go od czci i wiary, że wydaje za dużo, za często, że gdyby nieco zwolnił, odbyłoby się to z pożytkiem dla artystycznej miary kolejnych wydawnictw.

Inni są zdania, że jeśli z każdej nowej jego płyty da się wyłowić dwa, trzy, cztery świetne numery, to już naprawdę jest coś. Coś, nad czym warto się pochylić.

Jeszcze inni powiadają, że co to za artysta (to już nie o JB), który każe czekać na swoją nową płytę osiem – dziesięć lat.

III

Nikt o zdrowych zmysłach nie zaprzecza dziś, że

rock’n’roll

jest niesłychanie ważnym zjawiskiem kulturowym i muzycznym drugiej połowy XX i początku XXI wieku. I że, tak jak w innych dziedzinach sztuki, młyn tu miele bezustannie. Nikt nikomu nie zabrania (zwykle) dokonywać takich czy innych ocen. Tych dotyczących wydawnictw sprzed lat, jak i jeszcze ciepłych.

Pamiętajmy jednak o tym, że czas w tym przypadku – tak samo, jak w każdym innym – bezlitośnie obejdzie się z większością wydawanych płyt i napisanych utworów. Nasze obecne typy, te tworzone na gorąco, można przypuszczać, nie okażą się tymi, których słuszność potwierdzi historia. Choć dla pasjonatów rocka niemałą przyjemność stanowi fakt, iż zjawisko to jest już dostatecznie stare i nobliwe, by o latach 50. czy 60. dało się mówić z większą dozą prawdopodobieństwa co do ocen trwałych, pewnych, że perspektywa czasowa pozwala już patrzeć na wykonawców z tamtych lat ze sporym – choć wciąż nie wiadomo, czy wystarczającym – dystansem.

IV

Jedna z moich koleżanek z pracy, gdy zgadaliśmy się kiedyś żartobliwie na tematy damsko-męskie, powiedziała:

– Czytałam, że faceci mają tego – tu się zawahała – nie wiem, nie pamiętam już,

dwa albo trzy wiadra.

Roześmiałem się i odparłem:

– Dobrze się zastanów, bo to zasadnicza różnica…

Jeśli powyższe odniesiemy do talentu, ile jego wiader może mieć artysta – nie potępiałbym Bonamassy. Nie wiem, czy przejdzie do historii muzyki rockowej. Ale nie wiem też, czy spowalniając dziś tempo pracy, ocali swoje siły twórcze na dłużej. Może tak, może nie. Tego nie wie nikt, nawet on sam.

Historia sztuk wszelakich to, w przytłaczającej większości – historia tworów niearcydzielnych. Musi tego dużo powstać, wielu ludzi musi próbować mierzyć się z tą czy inną artystyczną materią, by świat co pewien czas ujrzał dzieło ponadprzeciętne, wybitne.

No i miejmy w pamięci przypadek Norwida, niechcianego przez jemu współczesnych, ale łudzącego się, mającego nadzieję, że syn może jeszcze nie, ale wnuk na jego dziele się pozna. Nadzieję, jak wiemy, niepłonną. A także Maksa Broda, który nie wypełnił ostatniej woli Kafki i nie spalił jego dzieł.

Wystarczy. Jeśli ktoś doczytał do tego miejsca, bardzo mu dziękuję. W tle gra mi „nowy” Hendrix, Jest sobotnie popołudnie, idę coś poczytać. Wam proponuję to samo – i włączcie sobie jakąś dobrą muzykę.

 

 

Jaja nieco zrymowane

Jechałem ostatnio krajową „jedynką”. Przejeżdżając przez sporej wielkości miasto, którego nazwy nie wymienię przez szacunek dla mieszkańców, zobaczyłem, że coś leży na poboczu drogi. Zatrzymałem samochód, pochyliłem się nad tym, co zamigotało mi w blasku reflektorów. Tak, nie myliłem się, to były rymy:

[more]

                          Esemesowych wierszyków.

Kurczaków oraz królików,

Lekkiego – bo zimno – dyngusa

I łagodnego fiskusa,

Wysokiej życiowej stopy,

A nie marnego platfusa,

Celebrytów, no i gości,

Schabu ze śliwką, bez kości,

Wytchnienia oraz miłości.

Ach – i muzycznych radości!

 

(A kibicom mówię: Chłopy,

Piłkarz myśli – jeszcze słówko –

Rzadko głową, częściej główką,

Więc miast krzyczeć: „Polska gola!”

Poczytajcie BLOG AND ROLLA).

 

I jeszcze coś takiego:

 

                           Pisanek pismem pisanych

                           I jajek rymowanych,

                           Zajęcy wszystkich Polaków

                           Oraz kurczaków rodaków.

 

Jeśli jeszcze nie macie takich tekstów w swoich komórkach, to pewnie niedługo pełno ich mieć będziecie. A co, Polak potrafi. Mickiewicz mógł, Szymborska też, to niby inni nie mogą?

Wiosny za oknem jakoś ciągle nie widać, miejcie ją więc choć w głowach. Niech coś Was grzeje – jakaś myśl, jakaś nadzieja na przyszłość. Dużo dobrego, nie tylko w święta.

 

Mądra/głupia – starość/młodość

W kwietniu 2005 roku, po śmierci, a przed pogrzebem Jana Pawła II, mieliśmy bardzo szczególny tydzień. W publicznej telewizji przejawiło się to tak, że zamiast wcześniej ustalonego programu, zamiast obowiązującej ramówki – zrobiło się siedem dni gadających głów. Statycznie, w fotelach, przed kamerami w studiu zasiadali bardzo różni ludzie. Łączyła ich metryka – wszyscy mieli grubo po pięćdziesiątce. Byli to ci, którzy niejedno już przeżyli i potrafili swoje doświadczenia albo zsyntetyzować, albo interesująco zanalizować.

[more]

Było takich programów bardzo wiele. Siadało się przed telewizorem i z wielkim zainteresowaniem słuchało tych siwych w większości głów. Michał Ogórek zawarł wtedy interesujące spostrzeżenie w swym cotygodniowym felietonie w „Gazecie Telewizyjnej”. Napisał mianowicie, że w tych szczególnych okolicznościach uwolniliśmy się w TV od kultu młodości. Do studia wpuszczono starych ludzi, pozwolono im mówić na żywo do kamery – i było to niejednokrotnie niezwykle pasjonujące. Młodość natomiast – pisał – ma to do siebie, że trzeba ją filmować dwadzieścia cztery godziny na dobę (pił tu do programów typu „Big Brother”), by potem z biedą zmontować z tego pół godziny.

*

Od opozycji mądra starość i głupia młodość są jednak wyjątki. Najważniejszym z nich wydaje mi się rock’n’roll. Muzyka młodych, muzyka, w której pierwsze, oryginalne wykonanie najczęściej jest tym najważniejszym. Muzyka buntu, sprzeciwu. Wobec starych, wobec panującego porządku. Rock, siłą rzeczy, był zrazu muzyką młodych. Zastępy dwudziesto- i – z rzadka – trzydziestolatków zabrały się za robienie hałasu na scenie. Dziś pierwsi z nich, jeśli dożyli, są już po siedemdziesiątce. I podobnie ich fani.

Bardzo charakterystyczne jednak, że zarówno w złotych latach 60., jak i późniejszych, najwspanialsze płyty wychodziły z głów i spod rąk ludzi trochę przed lub trochę po trzydziestce. Tak to jakoś w rocku było i jest, że kiedy mówimy o dziełach największych, zwykle są one dziełem ludzi od kilku lat obecnych na rynku. Okrzepli, rozwinęli się, dojrzeli. Udoskonalili warsztat kompozytorski i wykonawczy. A jednocześnie – wciąż są młodzi i nadal zdziwieni porządkiem świata. Biały album Beatlesów, Let It Bleed  Stonesów, Dark Side of The Moon Floydów, by wymienić tylko największe spośród największych.

Są oczywiście, jak zawsze, odstępstwa od tej reguły. Znakomite albumy nagrywali wykonawcy zaledwie tuż po dwudziestce (np. Led Zeppelin), znakomite nagrywają – dziś – też i ci, którzy od kilku dekad wciąż są na scenie (np. Robert Plant – dwa ostatnie krążki). Ale najwięcej arcydzieł rockowych jest efektem talentu ludzi w okolicach trzydziestki. Jeszcze ciągle ze świeżymi pomysłami, a już w pełni ukształtowanych, jeszcze bezkompromisowych, a już świadomie operujących warsztatem.

Naprawdę, trudno mi znaleźć inny przykład, inną dziedzinę. Na pewno  sportowcy w większości dyscyplin, czasem tancerze (estetyka zupełnie mi obca). Ale poza tym? Kto? Nie widzę.

(20 maja 2012) 

Nie lubię piosenki aktorskiej

Trudno sobie wyobrazić dziś sztukę bez filmu i teatru. Ba, nie tylko sztukę, świat cały bez filmu (bo już nie bez teatru niestety) byłby jakiś niepełny. Jeśli zaś filmy, to i – nieuchronnie – aktorzy. Kiepscy, tacy sobie, nieźli. Dobrzy, znakomici i genialni. I ci, co gdzieś pod koniec życia już nie grają, a ich wielkość objawia się poprzez samo tylko bycie przed kamerą. Na przykład John Gielgud, a ostatnio, w Miłości Hanekego, Jean-Louis Trintignant i Emmanuelle Riva.

[more]

Co innego jednak, gdy zadanie aktorskie sprowadza się do jednego tylko sposobu ekspresji – śpiewania. Zwykle trudno się do czegoś przyczepić. Zdecydowana większość tych pań i panów potrafi to robić. Lekcje dykcji i śpiewu zostały sumiennie odrobione, technika stoi więc na co najmniej przyzwoitym poziomie. Z barwą głosu bywa różnie, ale tego już wypracować się nie da.

Aktorzy śpiewają.

Wielu z nich to lubi, kocha, wielu nagrywa płyty, występuje z recitalami. Aktorzy mają od lat swój przegląd piosenki we Wrocławiu. Piosenka aktorska – cóż to za przedziwna kategoria logiczno-semantyczna. Sugerująca jakoby wyższy stopień wtajemniczenia. Piosenka aktorska nie jest zwykłą piosenką, toteż nie wolno jej mierzyć tą samą, pospolitą miarą. A to niby dlaczego?!

Aktorzy zwykle opierają swój repertuar na piosenkach znanych z innych wykonań, ale, zdarza się, śpiewają całkiem nowe utwory. Poza bardzo nielicznymi przypadkami – nie wierzę im. Ani trochę, w ani jedno wyśpiewane słowo. Każdy ruch, każdy gest zawczasu przemyślany, wyreżyserowany. Nic przecież nie można pozostawić przypadkowi. Gdzie tu jest miejsce na naturalność, spontaniczność?

Krążę wokół rocka, muzyki – pisałem już o tym – w przeważającej mierze oryginału, częstokroć niedoskonałego od strony wykonawczej i realizacyjnej (zwłaszcza gdy mówimy o dawnych latach). Ale oryginału. Wykonawcy rockowemu może czegoś nie stawać: głosu, sprawności jako instrumentalisty, tekściarza, czasem wszystkiego razem, a jednak w dalszym ciągu ma w sobie to coś, czym przyciąga do siebie słuchaczy. Autentyzm, prawdę przekazu. Śpiewanie i granie prosto z serca, z trzewi. Rokendrol to rodzaj psychicznego striptizu, obnażania się przed publicznością, ujawniania własnej osobowości. To przekaz w relacji jeden do jednego, bez żadnego ściemniania, oszukiwania. Nawet sceniczna kreacja pozostaje nadal sposobem na wyrażanie siebie.

Z piosenką w wydaniu aktorskim jest zupełnie inaczej. To, co w teatrze bądź filmie czasem zachwyca, w dekoracjach muzycznych budzi moją niechęć. Jawi mi się jako udawane, sztuczne. Nieprawdziwe. Zadanie aktorskie utkane z cudzych słów, cudzych emocji, cudzych rytmów. Zalatuje mi od tego czymś, co w sztuce – jak ją rozumiem – jest niedopuszczalne.

*

Myślę o wspomnianym już Wrocławiu sprzed lat.

Kombinat, ostatni koncert Republiki:

Krzywański, Biolik i Ciesielski wspierani jeszcze przez Piwowara. A zamiast nieżyjącego już Ciechowskiego – śpiewający aktorzy. Ten występ oglądany w TV w parę miesięcy po śmierci lidera grupy budził ciągle jeszcze wielkie wzruszenie. Deklaracja pozostałych panów, że to ostatni raz, że bez Grzegorza Republika nie może dalej istnieć – robiła wrażenie i napawała smutkiem, tak mocno przypominając o nieuchronności losu. Gdy jednak największe emocje opadły, gdy minęło kilka lat – nie byłem w stanie powtórnie oglądać tego koncertu bez raz po raz zapalającego się w głowie światła (mniejsza, czy żółtego, czy czerwonego).

Dlaczego wspominam akurat to wydarzenie? Bo ono jest idealną ilustracją zderzenia dwóch nieprzystawalnych światów: znakomitych piosenek śpiewanych przez wybitnego, sepleniącego wokalistę oraz profanujących te utwory aktorów, którzy znakomicie przygotowali się do odegrania kolejnej roli. Rokendrolowy oryginał wielkiej próby i aktorska czeska biżuteria. Plagiat lśniący i do porzygania gładki. Czy to przypadek, że koncertu do dziś nie ma na CD i DVD? Błagam, oby nikomu nie przyszło do głowy tego zmieniać. Przez wzgląd na Obywatela G.C. i pamięć o ogrodach.

A co do aktorów… Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli poeci piszą tylko dla poetów, to i tak jest ich bardzo dużo. Niech więc aktorzy śpiewają dla aktorów. Z każdym nowym serialem jest ich wciąż więcej i więcej. Niech śpiewają tym, którzy chcą ich słuchać. Ale nie mi.

New Year’s Day

Możemy oczywiście bronić się przed tym, ale obecności zegara i kalendarza w naszym życiu nie da się zaprzeczyć, nie da się udawać, że ich nie ma. Z postanowień noworocznych w pewien sposób najbliższe jest mi to Marii Czubaszek, która kiedyś powiedziała: „Postanowiłam, że nie rzucę palenia”. Nie chodzi tu o najpierwszy sens tego zdania, bo jestem wolny od używek. Myślę o tym, że rewolucje sprawdzają się rzadko i tylko w wyjątkowych sytuacjach.

[more]

W tych dekoracjach Sylwestrowo-Mieczysławowych życzę Wam tego, czego i sobie. Pozostania w miarę normalnymi ludźmi, poczucia humoru, bo ono odróżnia nas od przodków w łańcuchu ewolucji, błogosławionego dystansu do siebie i świata, bo wtedy zawsze lepiej się znosi napór kolejnych dni. I ocalenia w sobie dziecka – miejcie ciągle coś, co sprawia, że krew szybciej krąży w żyłach. Ludzie bez pasji, bez zainteresowań są tacy smutni i nudni.

Życzę Wam – i sobie – dużo dobrej muzyki. Niech nas kręci kręcący się talerz gramofonu lub napęd szufladki CD. Wielu dobrych wzruszeń, także tych muzycznych, na co dzień.

P.S. Lou Reed, wypełniając tzw. kwestionariusz Prousta, na pytanie „Gdybyś po śmierci miał odrodzić się jako osoba lub rzecz, jak sądzisz, co by to było?”, odparł: „Wzmacniacz”.

„Co dla ciebie jest ideałem szczęścia?”. Odpowiedź Toma Waitsa: „Szczęście nigdy nie jest idealne”.

Z opłatkiem

Święta. Ledwie kilkadziesiąt godzin. Nie dajmy się zwariować. Gonitwie za prezentami i obfitością stołu. Szumowi wokół nas. Jak ładnie powiedziała w Trójce Grażyna Dobroń: „Nie po wszystko, co przynosi świat, warto wyciągać ręce”. Życzę Wam choć paru chwil wytchnienia, zadumy, zatrzymania się. Zastanowienia nad tym, co naprawdę ma znaczenie. Paru nie byle jakich rozmów z bliskimi. Zwłaszcza że, tak to się dzieje, nie wszystkim nam dane będzie za rok znów usiąść do wigilijnego stołu.

[more]

Zamiast telewizora – niech zabrzmią kolędy – unplugged, nawet jeśli natura nie obdarzyła kogoś szczególnym głosem lub słuchem. W domowych warunkach to absolutnie wybaczalne. Wyjmijcie z szaf i piwnic gitary i inne klawisze, flety oraz pozostałe dmuchawce, sprawdźcie, czy Wasze palce pasują jeszcze do nich.

Życzę, abyście 27 grudnia nie kręcili głową z zadziwieniem, że już po świętach, ale by coś po nich zostało – i nie mam tu na myśli jedzenia.

No i – życzę dużo dobrej muzyki. Świetnych płyt pod choinką, których będzie można słuchać przez długie lata. Które wprawiać Was będą w dobry nastrój.

Podobno jesteśmy smutnym narodem. Uśmiechajmy się więc częściej do siebie w te dni. Spokojnych i dobrych świąt. 

*

Powiadają, że Kain zabił Abla za opowiadanie starych dowcipów. Niech mi więc wybaczą wszyscy ci, którzy znają ten, który chcę opowiedzieć, bo brodę ma długą i siwą jak święty Mikołaj. I w dodatku lepiej go usłyszeć, niż przeczytać.

Historia to odległa w czasie. Nikt już nie pamięta, czy zdarzyła się, gdy mały Rokendrol dopiero uczył się, jak trzymać gitarę, czy w ogóle nie było go jeszcze na świecie. Nie wiadomo też, co to był za las. Może Puchatkowy, Stumilowy, ale pewności nie mam. Jedno jest wiadome: był to las anglosaski. Spowity grudniową mgłą, a nawet mocno zaśnieżony.

I nie wiadomo także, o jakie zwierzę chodzi. To do jego norki ulokowanej pod pniem starego drzewa nagle ktoś zmierzchającą porą dnia mocno zastukał. Wyrwany z zimowego snu zwierzak przecknął się, ziewnął i przewrócił na drugi bok. Stukanie jednak powtórzyło się.

– Kto tam? – zapytał nieprzytomny gospodarz.

– Merry.

– Mary? Jaka Mary?

– Merry Christmas!



Końca świata nie będzie?

Bez względu na to, jak brzmi odpowiedź na to pytanie, zainspirowana zdaniem „gramy do końca świata i o jeden dzień dłużej”, postanowiłam wziąć udział w konkursie organizowanym przez blox.pl „Z książką do końca świata”.

[more]

Na portalu publio.pl (w komentarzach pod nickiem alesandra4) opublikowałam recenzję książki „Zapraszamy do Trójki” Cezarego Łazarewicza i Ewy Winnickiej.