Robert Plant: „The Road Remains The Same”

plant__lullaby

8 września 2014 w sprzedaży pojawił się nowy, bardzo udany album Roberta Planta. Nawiązujący do klimatów z „No Quarter” (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień, oraz – choćby z racji podobnego składu – do „Mighty ReArranger” (2005), bodaj najbardziej zeppelinowskiego albumu w solowej karierze wokalisty.

[more]

*

Ludzki głos to jeden z najwspanialszych, a może po prostu najwspanialszy instrument muzyczny, jaki znamy. Rokendrol, tak samo jak w przypadku gitary, basu, perkusji i czego tam jeszcze, ustalił trochę inne niż obowiązujące wcześniej sposoby jego używania, inne normy, gdy chodzi o to, co dobre, a co zaledwie takie sobie.

Nie wiem, czy Robert Plant jest 

najwspanialszym wokalistą

w dziejach rocka, od dawna uciekam od podobnych zestawień rodem z wymiernych dziedzin, choćby sportu. Ale gdy się chwilę zastanowić, to pewnie znalazłby się jeśli nie na czele, to w szpicy takiego rankingu. Powiedzmy sobie też od razu, że niemożliwe jest być przez wiele lat świetnym wokalistą w kiepskim zespole. Jakość muzycznego materiału musi być kompatybilna z klasą wykonawczą, inaczej pojawiają się wątpliwości bądź całkowity brak zainteresowania dla czyichś dokonań. 

Plant to frontman jednej z najwybitniejszych kapel w dziejach rokendrola (Jack Black, muzyk i aktor, prowadzący w 2012 roku wielką galę na cześć LZ nazwał zespół „The greatest rock’n’roll band all of the time, better than Beatles, better than The Stones”, czym wzbudził nerwowy śmiech widowni i samych zainteresowanych), współkompozytor większości jej utworów, człowiek obdarzony przez naturę głosem, który pozostanie na zawsze jednym z niewielu 

wzorców z Sèvres,

gdy mówimy o wokalistyce rockowej. A jeśli spojrzeć na trzydzieści cztery lata dzielące nas od rozpadu formacji i solowy dorobek trzech żyjących jej członków – wychodzi na to, że też, najzwyczajniej, Zeppelinem najbardziej utalentowanym, twórczym i najaktywniejszym. Nie dziwota więc, że i najmniej zainteresowanym jakąkolwiek formą trwalszej reaktywacji LZ.

Po czterech latach od wydania Band of Joy, w dwa lata po Celebration Day Zeppelinów – ukazała się nowa płyta Roberta Planta. Nie poszerza ona terytoriów eksplorowanych przez tego sześćdziesięciosześcioletniego dziś człowieka, słuchaczom nie mówi o nim niczego, czego dotąd by nie wiedzieli. Ale to przecież nie zarzut. 

Po wymienionych wyżej powrotach do źródeł, po znakomitym romansie z country na wspólnym z Alison Krauss Raising Sand z 2007 roku, otrzymaliśmy album nawiązujący do klimatów z No Quarter (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień. (To jeden ze znaków rozpoznawczych panów P – takie nuty zaserwowali nam już na debiutanckim krążku LZ w numerze Black Mountain Side, a parę lat później pojawił się słynny Kashmir). Album nawiązujący też, już choćby z racji podobnego składu personalnego, do Mighty ReArranger (2005), bardzo dobrego i bodaj najbardziej zeppelinowskiego krążka w solowym dorobku RP.

Droga, 

którą przebiega kariera Planta, wydaje się, że jest już dobrze rozpoznaną, choć zawsze chętnie przyjmiemy tak świetne artystycznie odmiany – bo już raczej nie całkowite zaskoczenia – jak wspomniany Raising Sand. W tym zestawie najnowsza płyta jawi się jako udana, nawet bardzo, ale jednocześnie w tym „kołysaniu i nieustannym krzyku” tworząca aurę rockowego misterium nie na tyle często, by – w moim odczuciu – zasłużyć na oceny najwyższe. Cóż, w przypadku artysty tej miary poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. I wiadomo też, że wciąż jest pokonywana, czasem efektownie, czasem z pewnym wysiłkiem.

Pilotującą album piosenkę Rainbow zdążyliśmy już poznać, zaś na drugiego singla typowałbym Somebody There. Jeśli wskazywać najmocniejsze punkty nowego programu, to wyjątkowej urody jest delikatny A Stolen Kiss, zaś Poor Howard stanowi nawiązanie do klimatów folkowo-country’owych. Uwagę zwraca też zdecydowanie Embrace Another Fall. Natomiast puls rośnie mi – wybaczcie, nic na to nie poradzę – tam, gdzie niepokojące dźwięki rozsiewane są przez struny elektrycznej gitary. W ten sposób moimi faworytami, przynajmniej na etapie zaznajamiania się z krążkiem, są Turn It Up oraz Up On The Hollow Hill (tutaj pod koniec dostrzegam pewne podobieństwa do patentów basowo-gitarowych U2). W pierwszym z nich wokalista śpiewa:

On Charley Patton highway

The mist, the rain, the mud

Somewhere east of Tunica

I’m close to giving up

The car goes round in circles

The road remains the same

For help and consolation

I’ll turn it on again

Turn it up

Turn it up

I jak tu wers The road remains the same może się nie kojarzyć, nawet jeśli jest w tym skojarzeniu trochę nadinterepretacji?

*

Może to za mało, by rozpływać się w zachwytach nad całą płytą, ale z nawiązką wystarczy, by nie wolno było tylko wzruszeniem ramion podsumować jedenastu nowych utworów jednego z gigantów rocka. I, w zaledwie kilka dni od ich ukazania się, z radością i ciekawością wkładać CD kolejne razy do szufladki z przekonaniem, że jest na nim jeszcze sporo do odkrycia.

(Robert Plant and The Sensational Space Shifters, [i]Lullaby and… THE CEASELESS ROAR[/i], 2014)

[W NaTemat: 14 września 2014]

Jedyny taki Band

band_1

To była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.

[more]

*

Magia miejsca. Czy to był tylko przypadek, że wielki festiwal rockowy chciano zorganizować w miejscu, gdzie osiadł jeden z gigantów pop music, Bob Dylan – czyli w Woodstock? Że gdy ostatecznie impreza przeniosła się do Bethel, czterdzieści mil obok, nazwa pozostała?

Magia miejsca. Powracający do zdrowia po poważnym wypadku motocyklowym, wyciszony Dylan tworzy z przyjaciółmi z The Band w swej posiadłości studio nagraniowe, w którym powstają utwory oraz dwie płyty wybitne i zupełnie inne od „obowiązujących” wtedy w rocku trendów – John Wesley Harding i trochę później Music From Big Pink.

Big Pink 

– tak właśnie nazywała się farma uwieczniona na rewersie okładki pierwszej płyty kapeli (i wiele lat potem, w 1993, na awersie Jericho). Zaś ostateczna nazwa zespołu wzięła się stąd, że wszyscy okoliczni mieszkańcy nie mówili inaczej o sąsiadach muzykach niż „The Band” po prostu.

*

W filmie opowiadającym o powstawaniu pierwszego albumu formacji, wyemitowanym w TVP Kultura w znakomitej serii „Classic Albums”, jeden z muzyków powiedział coś takiego: „Kiedy byliśmy młodzi, chcieliśmy podbijać świat. Dziś wiemy, że najważniejsze to pomagać sąsiadom”. 

Tylko jeden członek zespołu wywodził się z wielkiego miasta, z Toronto – Jaime Robbie Robertson. Najpierw był inżynierem dźwięku w zespole, ale zaraz potem gitarzystą, zresztą jednym z najwybitniejszych w historii rocka – Dylan nazwał go „matematycznym geniuszem gitary”. Był półkrwi Indianinem, półsierotą i dorastając, niemal cały wolny czas poświęcał doskonaleniu gry. Pozostali urodzili się w miejscach dalekich od zgiełku świata. Wyrastali blisko natury – i muzyki. Szybko opuścili swe rodzinne domy, pomocnik rzeźnika, późniejszy basista Rick Danko nawet tak szybko, że zapomniał zabrać ze sobą płaszcz. 

Zdecydowanie więc mówimy o 

naturszczykach, 

a nie ludziach kształconych w fachu. Parę lat nauki w szkole muzycznej miał za sobą tylko pianista Richard Manuel, zaś Garth Hudson pogrywał na organach wykonanych domowym sposobem przez swojego ojca, a później dorabiał, grając na kościelnych organach w firmie pogrzebowej prowadzonej przez wujka.

Komponowali własne bądź opracowywali cudze piosenki zupełnie pod prąd czasowi, jakby za nic mając ówczesny rokendrolowy ferment i zachłyśnięcie się decybelami. Mistrzowie? Najwyraźniej tak, muzyka kapeli – w ten sposób zagrana, zaaranżowana i wykonana – bez wątpienia mogłaby powstać w każdym późniejszym czasie.  Jeśli szukalibyśmy najkrótszej definicji americany, byłby nią właśnie The Band.

Formacja jak żadna inna przeniosła rocka poza wszelkie rozumiane wówczas, pod koniec lat 60., formuły. Jako jedyni tak konsekwentnie robili swoje, tak bardzo wyrwali się ze swojej epoki. Co ciekawe i rzadko spotykane – ku uwielbieniu publiczności, krytyków i innych muzyków. Dla tych ostatnich stanowili 

wielką inspirację:

połączenie w składzie fortepianu i organów przejęli od nich Procol Harum, ucha nadstawiał m.in. Eric Clapton, po wielu utworach widać wyraźnie, że zafascynowani brzmieniem The Band byli nawet skręcający w stronę jazzu Donald Fagen i Walter Becker, liderzy Steely Dan. Organowe intro w Chest Fever niewątpliwie dobrze było znane Jonowi Lordowi. Rozmiary wzajemnego – z Dylanem – oddziaływania na siebie przez lata współpracy trudno ocenić. I pewnie także przecenić.

*

Wszystko zaczęło się w 1960 roku. Pochodzący z Arkansas 

Ronnie Hawkins

prawdziwą gwiazdą rokendrola stał się właśnie w Kanadzie. Razem z nim trafił tam perkusista Levon Helm, zaś resztę składu akompaniującego pod nazwą The Hawks stanowili wspomniani Kanadyjczycy. Wspólne trzy lata z Hawkinsem to była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.

Potem za mikrofonem stanął Helm, do bębnów natomiast coraz częściej z konieczności zasiadał Manuel. W ogóle, różnorodność wykonywanego repertuaru spowodowała, iż każdy z członków grupy opanował grę na kilku instrumentach. To czas kształtowania się stylu, który w naturalny sposób bardzo mocno osadzony był w tradycji amerykańskiej muzyki ludowej. Jego charakterystyczny wyróżnik stanowi wspomniane współbrzmienie organów i pianina, mające źródło w gospel. Nie sposób nie dostrzec też wokali – śpiewali wszyscy, a ich chórki są wyjątkowej urody.

Przełomem okazało się

spotkanie z Dylanem

w 1965 roku. Było to cudowne zrządzenie losu tak dla obu stron, jak i fanów muzyki drugiej połowy XX wieku. Jeśli ich współny występ w Hollywood Bowl (1965) walnie przyczynił się do powstania psychodelic, o tyle wymienione na wstępie albumy – z końca 1967 oraz 1968 – stanowiły całkowite jego zaprzeczenie, pójście odmienną, własną drogą.

*

Debiut płytowy odniósł niebywały sukces. Potwierdził wszystko to, co stanowiło siłę kapeli akompaniującej Dylanowi. Bajecznie kolorowa okładka, kojarząca się z malarstwem końca XIX i początku XX wieku, na przykład z Gauguinem albo Matisse’em, wyszła spod pędzla samego Dylana. Jego autorstwa były też piosenki otwierające i zamykające krążek, ale to, co znalazło się pomiędzy nimi, ukazywało 

piekielnie zdolnych

muzyków i kompozytorów.

Wytwórnia uszczęśliwiona wynikami finansowymi pierwszego krążka postanowiła umieścić zespół w luksusowej willi i tam stworzyć mu studio i warunki do nagrywania nowego materiału. Rezultat kolejny raz był zachwycający. Album, którego okładkę stanowiło tym razem proste, czarno-białe zdjęcie członków zespołu (bliźniaczo podobne do tego z John Wesley Harding), ukazał się równo z Abbey Road The Beatles, a przez pierwsze dwa tygodnie sprzedawał się zdecydowanie lepiej. Popularność ugruntowała też zapewne obecność jednej z najsłynniejszych piosenek grupy, The Weight, pochodzącej z pierwszej płyty, w nie mniej słynnym filmie Easy Rider (1969).

W Capitolu albo zafałszowali bilans kosztów, albo rzeczywiście realizacja płyty w tak komfortowych warunkach okazała się bardzo droga. Dość, że zupełnie nie wpłynęła na poprawę stanu kont bankowych muzyków. Następna pozycja w dyskografii, Stage Fright, musiała na tym ucierpieć: skromne tym razem warunki realizacji nagrań zdecydowały o słabszym efekcie finalnym i mniej entuzjastycznym odbiorze słuchaczy.

Późniejsze lata, koncerty i płyty zdecydowanie jednak umocniły pozycję The Band. Ale to może zostawię już sobie na inną opowieść.  W tym miejscu wypada jednak wspomnieć, że w 1976 roku doszło do

oficjalnego pożegnania

najstarszego wtedy na świecie grającego nieprzerwanie zespołu. Wielki koncert, z kolacją dla pięciu tysięcy widzów, odbył się z udziałem mnóstwa gwiazd – Joni Mitchell, Muddy’ego Watersa, Boba Dylana, Ronniego Hawkinsa, Emmylou Harris, Vana Morrisona, Erica Claptona, Neila Younga, Neila Diamonda, Ringo Starra i innych –  i został wydany jako trzypłytowy album The Last Waltz (1978). Pod tym samym tytułem pojawił sie też film w reżyserii Martina Scorsesego.

Rozstając się, członkowie grupy nie wykluczali wspólnych występów w przyszłości. I w 1983 roku doszło do wznowienia działalności, a po upływie kolejnej dekady także nowych nagrań płytowych. Tyle że już w innych, zmieniających się składach – bez Robertsona, który poświęcił się karierze solowej, a od 1986 roku bez Manuela, który popełnił samobójstwo (jeszcze jeden przypadek problemów związanych z uzależnieniem narkotykowym). 

Kresem aktywności zespołu okazała się śmierć Richarda Danko w grudniu 1999 roku. Danko zmarł we śnie, w swoim domu w Marbletown, niedaleko Woodstock. W 2007 zmarł Richard Bell, członek zespołu w latach 90. (a wcześniej pianista w zespole Janis Joplin), natomiast w 2012 Levon Helm.
*

W Polsce

trudno mówić o szczególnej popularności The Band – zarówno przed laty, jak i tym bardziej teraz, gdy zespół już nie istnieje. Kiedyś audycji muzycznych w ramówkach było niewiele, więc i możliwości mocno ograniczone. Może pamięć mi nie dopisuje, ale nasączona amerykańskimi patentami muzyka nie znalazła szczególnego wyznawcy wśród ówczesnych dziennikarzy radiowych. 

Sam pamiętam, że gdy jako nieopierzony nie tylko muzycznie szesnastolatek w grudniu 1978 roku pochłaniałem książkę Rock. Od Presleya do Santany, najmniej rozumiałem z rozdziału zatytułowanego „Najlepsza banda świata”. Wtedy zresztą aby mnie coś porywało, musiało mieć albo syntezatory na pierwszym planie, albo mocne gitary. Lata jednak płyną, człowiek się zmienia – i dostrzega oraz docenia zupełnie inne niejednokrotnie rzeczy niż dawniej.

Obiema rękami podpisuję się pod opinią Marka Garzteckiego, autora wymienionej wyżej pozycji: „Muzyka The Band może wydawać się bardzo prosta, ale jest to ten najtrudniejszy rodzaj prostoty, który wynika ze świadomej selekcji wszelkich elementów zbędnych”. To z kanadyjsko-amerykańską kapelą łączy innego giganta, JJ Cale’a.

Dwa pierwsze albumy zespołu są dzisiaj do złowienia w ogólnie znanych sklepach za śmieszne pieniądze. Są oczywiście zremasterowane, zaopatrzone w obszerne książeczki oraz zawierają pokaźny zestaw dodatkowych nagrań. Wielka uczta dla oka i, co najistotniejsze, dla ucha.

[W NaTemat:31 sierpnia 2014]

Pigułki retro na półce z nowościami

blues_pills

Z głośników dobiega to, czym długodystansowi już dziś odbiorcy elektrycznego hałasu zostali zarażeni po ukłuciu skażoną igłą gramofonu w latach 60. i 70. Jeśli młodzi ludzie grają obecnie w ten sposób, najwyraźniej musieli dać się zaszczepić tymi nutami przechowywanymi nie tyle w lodówkach laboratoriów, co na półkach z płytami – także analogowymi – w niejednym domu.

[more]

*

Mówienie o rocku w wydaniu określonej nacji jest dziś bardzo ryzykowne. Świat zmalał i w coraz większym stopniu dotyczy to także muzyki rockowej. Młodzi ludzie, inaczej niż roczniki wychowane w podzielonym świecie, mają za nic granice oraz to, co kto ma wpisane do paszportu. Grają, tak jak to od dawna dzieje się w jazzie,

wszyscy ze wszystkimi.

Daleko patrzeć nie trzeba: jeśli przed laty formacja taka jak Porter Band była czymś wyjątkowym, to międzynarodowy skład très. b (nb. – czy jeszcze zagrają razem?) albo Neo Retros już nie zaskakuje.

Nie ma więc nic szczególnie dziwnego w tym, że w 2011 roku w Stanach dwaj Amerykanie – przyrodni bracia, Zack Anderson (b) i Cory Perry (dr) – spotykają śpiewającą Szwedkę, Elin Larsson, i w garażu nagrywają dwa utwory, które wrzucają do Youtube’a. Z tego niebawem rodzi się pierwsza EPka Blues Pills – formacji, której nazwa zostaje zaczerpnięta z… bloga traktującego o muzyce lat 60. i 70.

Trafiają do Europy. W czasie trasy po Francji spotykają szesnastoletniego gitarzystę, Doriana Sorriaux, zapraszają go do szwedzkiego Örebro i po wspólnych próbach postanawiają, że zespól rozrośnie się do kwartetu. W dalszym ciągu intensywnie się udzielają, nagrywają kolejną EPkę i – w 2013 – nawiązują kontakt z niemiecką wytwórnią

Nuclear Blast.

Mejlowanie, jak wiadomo, niewiele jeszcze oznacza, więc muzycy niczego szczególnego sobie nie obiecują. Tymczasem szybko dochodzi do podpisania kontraktu i pierwszych nagrań, które zostają opublikowane na EPce Devil Man.

O piosenkach sporo i dobrze pisze prasa i w październiku grupa pojawia się w Bonn w tamtejszej edycji Crossroads Festival. Bardzo udany występ rejestruje jedna ze stacji telewizyjnych, a w marcu 2014 wychodzi EP Live At Rockpalast z czterema utworami z tego koncertu. Efektem dobrego odbioru na Crossroads jest też trasa po Europie w charakterze supportu Orchid i Scorpion Child oraz tournee po Australii wspólnie z Kadavarem.

25 lipca bieżącego roku ukazuje się wreszcie

debiutancki album

Blues Pills, od razu meldując się w dziesiątce najpopularniejszych krążków w Niemczech i Szwajcarii. Zespół tymczasem jest ciągle w trasie, gra na rozlicznych festiwalach i ma zaplanowane kolejne koncerty jesienią.

*

Pora wreszcie napisać, jaką muzykę grają BP. Cóż, jest ona kolejnym dowodem na to, że w rocku jest dziś możliwe wszystko. Jeśli tylko patrząc na okładkę albumu, mamy ściśle określone skojarzenia, to bynajmniej nie są one fałszywym tropem. Na zdjęciu wewnątrz książeczki widać band w strojach i fryzurach żywcem wyjętych z najlepszych lat rocka. Z głośników natomiast dobiega to, czym długodystansowi już dziś odbiorcy elektrycznego hałasu zostali zarażeni po ukłuciu

skażoną igłą gramofonu

w latach 60. i 70. Jeśli młodzi, bardzo młodzi ludzie grają obecnie w ten sposób, najwyraźniej musieli dać się zaszczepić tymi nutami przechowywanymi nie tyle w lodówkach laboratoriów, co na półkach z płytami – także analogowymi – w niejednym domu. Czy podejście do starej muzyki w proporcjach jeden do jednego może irytować? Wykluczyć takiej ewentualności się nie da, lecz we mnie budzi to roztkliwiające, niemal ojcowskie i pełne miłości uczucia.

Elin Larsson wśród swoich mistrzów wymienia Free, Fleetwood Mac i Grand Funk Railroad, a spośród wokalistek – Janis Joplin i Arethę Franklin. W ten sposób styl zespołu definiuje jako bluesrock z pełnym soulu wokalem. Ja sam, ledwie usłyszałem pierwsze dźwięki, od razu pomyślałem o Babe Ruth i Janicie Haan, bo są to klimaty i barwa głosu bardzo nieodległe. Lecz przecież nie chodzi o spieranie się, do czego tej muzyce bliżej, a do czego trochę dalej. Głowa i uszy odbywają

podróż w czasie,

cofamy się o jakieś czterdzieści-czterdzieści pięć lat. Ci, co odwiedzają w miarę regularnie tego bloga, wiedzą, że to okres w rocku, który upodobałem sobie szczególnie. Ten, w którym wszystko było pierwsze, mocne i bezkompromisowe, w którym penetrowano ziemie i przestrzenie wcześniej nieznane. Kwartet szwedzko-amerykańsko-francuski po paru dziesięcioleciach robi dokładnie to samo, z młodzieńczą brawurą i brakiem jakichkolwiek kompleksów przedziera się przez zarośnięte ścieżki.

Zarośnięte, ale coraz chętniej w ostatnich latach przedeptywane, bo młodziaków zapuszczających się w rejony rockowych przodków nie brakuje (i kolejnym takim poświęcę też jeden z najbliższych tekstów). Jeśli jednak robione jest to z klasą, z dużą znajomością „literatury przedmiotu”, z pasją i talentem, wypada się tylko cieszyć. A o tym, że nie jestem jedynym zgredem, któremu facjata śmieje przy takich brzmieniach, przekonałem się, googlując nazwę Blues Pills i szukając tych, co przede mną natrafili na tę kapelę. Cóż, w kupie zawsze raźniej.

Podkręćcie potencjometry, bo naprawdę warto.

[W NaTemat: 24 sierpnia 2014]

Błazen i złodziej na wieży strażniczej

jwh1

Pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie płyty znalazł się jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki rockowej – „All Along The Watchtower”, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu.

[more]

*

W maju 1966 roku ukazuje się podwójny album Boba Dylana Blonde On Blonde, zawierający takie utwory jak I Want You czy Just Like A Woman. Dwa miesiące później muzyk ulega bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu i milknie na długie wtedy półtora roku. 

Psychodelia

opanowuje świat, do boju ruszają Jefferson Airplane, Grateful Dead, The Doors, Velvet Underground i Pink Floyd, The Beatles nagrywają Sierżanta Pieprza, tymczasem Dylan najpierw przez długie tygodnie walczy o życie i zdrowie, a potem zamyka się w swej posiadłości w znanej skądinąd miejscowości Woodstock pod Nowym Jorkiem. Nie udziela wywiadów, unika ludzi, za to intensywnie oddaje się lekturze Biblii i Tory. Z kumplami z The Band tworzy prywatne studio nagraniowe, w którym wciąż nagrywa nowe piosenki.

Wreszcie, w ostatnich dniach 1967 roku, do sklepów trafia krążek

John Wesley Harding.

Chyba najbardziej oczekiwany – i zaskakujący – w tamtym okresie. Krytycy kolejny raz porównują artystę do proroka. W pełnym rozkwicie flower power oraz psychodelii Dylan przedstawia niezwykle oszczędnie zaaranżowany materiał rozpisany na głos i obsługiwane przez siebie gitarę akustyczną, harmonijkę oraz pianino, a ponadto gitarę basową, gitarę hawajską i bębny: dwanaście piosenek nagranych w trzy- lub czteroosobowym składzie, bliższe wiejskiej Ameryce niż czemukolwiek innemu. Pod prąd kolorowym czasom jest też czarno-biała okładka płyty, a na niej zdjęcie przypominające fotografie pionierów albo band rabusiów. 

W tym zestawie pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie znalazł się

jeden z najsłynniejszych utworów w historii 

muzyki rockowej – All Along The Watchtower, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu. Stąd musi być jakieś wyjście – mówi błazen do złodzieja. A ten drugi powiada: Między nami wielu jest takich, co sądzą, że życie to tylko żart. Lecz ty i ja mamy to już za sobą. Dość udawania, robi się późno. Album Dylana jest ostatnim z grona najistotniejszych wydawnictw w zachwycającym muzycznie 1967 roku.

Piosenka doczekała się olbrzymiej liczby coverów, ale bezdyskusyjnie najważniejszym z nich jest ten pierwszy. Ten, w którym dominującym instrumentem jest gitara elektryczna, a jej przecież nie było w pierwowzorze. Wersja pojawiła się dziesięć miesięcy później, w pażdzierniku 1968, na ostatnim albumie grupy

The Jimi Hendrix Experience

Electric Ladyland.

Bardzo wielu znaczących artystów znajduje się na liście interpretatorów tego utworu: niedawno zmarły Bobby Womack, Grateful Dead, Jan Akkerman (gitarzysta Focusa), Taj Mahal, Neil Young (sam i z Pearl Jam), U2, Dave Matthews Band, Brian Ferry, Lisa Gerrard, są nawet polskie interpretacje – Brygady Kryzys i Martyny Jakubowicz. Żadna jednak – choć nie brak wśród nich porywających – nie wniosła nic ponad te dwa pierwsze, kanoniczne, genialne wykonania.

[W NaTemat: 18 sierpnia 2014]

Damon Albarn: muzyka po piątej nad ranem

albarn

Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym materiałem.

[more]

*

W wierszu „Czwarta nad ranem” Wisława Szymborska pisała:

Godzina dla trzydziestoletnich (…) 

 

Godzina, kiedy ziemia zapiera się nas. 

Godzina, kiedy wieje od wygasłych gwiazd. 

Godzina a-czy-po-nas-nic-nie-pozostanie. (…)

 

Nikomu nie jest dobrze o czwartej nad ranem. 

Jeśli mrówkom jest dobrze o czwartej nad ranem 

– pogratulujmy mrówkom. I niech przyjdzie piąta, 

o ile mamy dalej żyć.

Damon Albarn urodził się w 1968 roku, powoli zbliża się do pięćdziesiątki. Od dawna więc wie, że życie nie kończy się na kolejnych okrągłych rocznicach, a jako artysta z wielkim spokojem i pewnością podszedł do pracy nad nowym, w pełni autorskim materiałem.

Ćwierć wieku temu

zakładał Blur – zespół, który w Wielkiej Brytanii konkurował o palmę pierwszeństwa w latach 90. z Oasis, a rywalizację tę porównywano do innej, sprzed lat – między Beatles i Rolling Stones. Jeśli Oasis byli zdecydowanie gitarowi, rokendrolowi, Blur, bardziej poszukujący, sięgali chętniej do popowych klimatów czwórki z Liverpoolu. Jako czołowi przedstawiciele britpopu sami wytyczali nowe ścieżki, jednocześnie umiejętnie korzystając z tego, co stanowiło  najistotniejsze dokonania w muzyce przełomu wieków. Albarn ponadto jest współtwórcą projektu Gorillaz, udzielał się również w paru innych miejscach.

Przyszedł w końcu czas na krążek firmowany 

własnym nazwiskiem. 

Niepokój trzydziestolatka z wiersza Szymborskiej już go raczej nie dotyczy. Życie toczy się dalej, zaś skala jego talentu jest tak wielka, że pisanie kolejnych świetnych piosenek nie sprawia mu szczególnych problemów. Jako muzyk w średnim wieku czas wojowania także ma za sobą, dziś raczej nobliwie zajmuje miejsce po drugiej stronie barykady. 

Nagrał album złożony z dwunastu nostalgicznych piosenek. Przepięknych, wyciszonych, klasycznych w swej mccartneyowskiej formie, a jednocześnie aranżacyjnie czerpiących ze zdobyczy ostatnich lat. Albarn zachowuje się jak mistrz – jest całkowicie przekonany o słuszności swego wyboru – bunt, obalanie zastanego porządku, wdrapywanie się na górę to już przeszłość. Teraz, z pozycji

klasyka gatunku,

proponuje swoją muzykę co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców. 

Jakie jeszcze, poza beatlesowskimi, skojarzenia pojawiają się przy słuchaniu tego krążka? Coś z calypso, z Karaibów, z Paula Simona z okresu Graceland– w Mr. Tembo. Jednak najwięcej tu czarów klimatem przypominających Roberta Wyatta i fantastyczną płytę Comicopera (2007), a najbardziej widocznych w Hollow Ponds oraz Photographs. Wyatt może bardziej zakręcony, psychodeliczny w swym trzyaktowym dziele, lecz Albarn, mimo iż bliżej popu i mainstreamowej piosenki, też daleki jest od banalności hitów z list przebojów i raz po raz ucieka w nieoczywiste dźwięki.

Debiutujący dwudziestolatek nie mógłby nagrać takiego albumu. W okolicach trzydziestki pojawia się – przepraszam za banał –  lęk człowieka związany z odchodzącą w przeszłość młodością i pytaniem o swoje miejsce w życiu (choć, jak pokazuje historia rocka, w przypadku znaczącego artysty bunt najczęściej właśnie wtedy przybiera dojrzałą formę). Natomiast wielkiej klasy muzyk przed pięćdziesiątką, jakim jest obecnie Damon Albarn, nie obawia się już chyba niczego. A w jego propozycjach odnaleźć można mnóstwo niewymuszonego smaku.

(Na talerzu lub w szufladce: Damon Albarn, Everyday Robots, 2014)

[W NaTemat: 10 sierpnia 2014]

W rocznicę śmierci JJ Cale’a

the_breeze

W jaki sposób przyjaciele i kumple zmarłego muzyka mogą go uhonorować, wspomnieć? Na przykład nagrać płytę z jego piosenkami. Nic w tym złego, przecież zrobili to, co robią całe życie, to, co potrafią robić najlepiej. Zanim jednak komuś przyjdzie do głowy wzruszyć ramionami nad zwykłością tego faktu, warto raz jeszcze uświadomić sobie parę rzeczy.

[more]

JJ Cale zmarł 26 lipca ubiegłego roku. Był i pozostanie jednym z 

gigantów bluesa.

To bezdyskusyjne, choć uwzględniwszy biały kolor skóry Amerykanina, wciąż nie całkiem oczywiste. Fenomen zjawiska nie tkwi w technice, bo szczególną biegłością palców JJ się nie odznaczał. Jeśli mimo to jest zaliczany do grona najwybitniejszych gitarzystów, wynika to raczej z prostoty, niezwykle oszczędnego sposobu grania, wydobywania z instrumentu tylko niezbędnych dźwięków.  Z porażającej lekkością americany – połączenia bluesa z klimatami country i folk.

Towarzystwo, jakie zebrał Eric Clapton, zacne jest wielce i nie od wczoraj znane miłośnikom muzyki: Christine Lakeland (prywatnie: żona Cale’a), Willie Nelson, Mark Knopfler, Tom Petty, Don White, John Mayer, Albert Lee, Nathan East, Jim Keltner, Doyle Bramhall II – by wymienić tylko niektórych – a więc arcymistrzowie i mistrzowie grający dla arcymistrza. 

W związku z tym nie ma tu 

żadnej napinki,

nikt niczego i nikomu nie musi udowadniać. Świat pędzi do przodu, w muzyce kolejne pokolenia próbują dorzucić swoje co nieco do góry znaczących osiągnięć, a coraz starsza gwardia uzupełniana tu i ówdzie młodziakami trzyma się mocno i – najwyraźniej – coraz chętniej razem. Lata lecą, kto nie przepadł we mgle czasu – nie zapił się, nie zaćpał, nie zginął w wypadku samochodu, motocykla, samolotu czy helikoptera, opiera się chorobom, ten coraz częściej podpisuje listę obecności w swojej grupie, bo okres sygnalizowania odrębności, wyjątkowości, budowania własnej pozycji na rynku ma już za sobą, a ile jeszcze pozostało okazji do wspólnego grania, tego nie wie nikt. 

Niby jest tak, że album,

szesnaście piosenek,

pięćdziesiąt jeden i pół minuty, nie powala – ani za pierwszym, ani za trzecim razem. Nie ma na nim nic, czego byśmy nie znali, niczym nie zaskakuje. A jednak wielka uroda piosenek, ich wspaniałe wykonania są jak narkotyk – wciągają, sącząc się niespiesznie do ucha, proponując podążanie za sobą każdemu, kto z bluesem choć trochę miał do czynienia. JJ Cale pewnie nie raz uśmiechnął się po tamtej stronie, słysząc, co robią w studiu jego znajomi, jak brzmią jego kompozycje. Nie majstrując zbytnio przy oryginalnych wersjach, zagrano te pieśni w sposób znamionujący najwyższą klasę.

Przy większości dzieł, także płyt, w chwili ich objawienia się światu mało kto klęka. Ale istnieją wśród nich takie, które są już długo z nami bądź – jeśli dopiero co ujrzały światło dzienne – pozostaną z nami przez lata. Nie mam wątpliwości, że ten krążek jest jednym z nich.

(Eric Clapton & Friends – The Breeze. An Appreciation of JJ Cale, 2014)

[W NaTemat: 8 sierpnia 2014]

Dzień, w którym pękło niebo

dem_20_lat

Każdy, kto miał choć mgliste pojęcie o ówczesnych zakrętach losu Riedla, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie fan broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

[more]

*

30 lipca 1994 roku. Spędzaliśmy czas wolny od pracy całą czteroosobową rodziną w górach, żona, ja i dwaj trzyletni synowie. Ci, co mają dzieci, wiedzą, że w takich okolicznościach trudno mówić o urlopie. Nawet największa rodzicielska miłość nie zwalnia z obowiązku posiadania oczu dookoła głowy. Korzystanie z mediów – wtedy (i dziś) najczęściej z radia – nie było łatwe. 

Gdzieś chyba około południa udało się to jednak zrobić. Trójka okropnie wówczas dołowała, natomiast okres świetności przeżywał RMF pod wodzą Piotra Metza. O, Dżem! – ucieszyłem się, słysząc swoją ukochaną kapelę. Po pierwszym utworze nastąpił jednak drugi, potem trzeci i kolejny. 

Każdy, kto miał wtedy choć mgliste pojęcie o zakrętach losu zespołu i jego frontmana, domyśliłby się, o co chodzi. Lecz przecież jednocześnie człowiek broni się przed podobnymi scenariuszami jak długo się da, nie dopuszcza takiej myśli do siebie, rozpaczliwie – w tym przypadku jako fan – szuka innego wytłumaczenia. Zderzenie z prawdą, okrutną, bezlitosną, musi jednak w końcu nastąpić. I nastąpiło. W najbliższych wysłuchanych wiadomościach.

Ryszarda Riedla, Dżem, widziałem wielokrotnie w akcji. Najczęściej w katowickim Spodku – między innymi przy okazji kolejnych edycji festiwalu Rawa Blues czy koncertów urodzinowych. To była wielka radość: patrzeć, jak zespół rośnie w siłę. Z niezłego staje się dobrym, z dobrego – znakomitym. Jak dojrzewa, tworząc kolejne świetne numery, jak fantastycznie wykonuje je na żywo. Nawet zaledwie dwudziestominutowy set na koniec jednej z Raw, w którym zagrali kawałki z przygotowanego dopiero do wydania Detoksu, robił piorunujące wrażenie. 

Zaliczam się do grona wielkich wyznawców całego dorobku formacji. Tego z Riedlem, jak i późniejszego. Dżem bez RR, a potem także i bez Pawła Bergera, jest nadal Dżemem. Czy bracia Beno i Adam Otrębowie, Jerzy Styczyński  i Zbigniew Szczerbiński wraz z Maciejem Balcarem oraz Januszem Borzuckim mogliby składać hołd pamięci swym zmarłym kolegom w lepszy sposób, niż to właśnie czynią – czyli grając dalej, dochowując wierności zarówno samym sobie, jak i Im?

[W NaTemat: 30 lipca 2014]

Bez satysfakcji

satiscaction

Riff porównywany jest do Beethovenowskiej V symfonii, może dlatego śmiałków gotowych porwać się na tę świętość nie było wielu. Tym pierwszym był jednak gigant muzyki drugiej połowy XX wieku – Otis Redding.

[more]

Wersja Rolling Stones ujrzała światło dzienne w maju 1965 roku w postaci singla, a następnie znalazła się w amerykańskiej wersji albumu Out of Our Heads wydanym pod koniec lipca.

 

Czarnoskóry Amerykanin zarejestrował swoje wykonanie już w pierwszej dekadzie lipca tamtego roku, a znalazło się ono na znakomitym krążku Otis Blue:

Otis Redding Sings Soul wydanym w połowie września 1965 roku

 

I niech to będzie zapowiedź przygotowywanego dłuższego tekstu o tym królu czarnej muzyki, moim absolutnym faworycie, jeśli chodzi o soul. Fenomenalnym wokaliście, który wraz z członkami swojego zespołu zginął w katastrofie lotniczej w grudniu 1967 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia sześć lat. Niespełna pól roku wcześniej, 17 czerwca, dał znakomity występ na festiwalu w Monterey. Na koniec powiedział: „Muszę już iść, a wcale nie chcę”.

Ponieważ jednak o braku satysfakcji częściej mówi się w odniesieniu do pań niż panów – na koniec smakowity duet – PJ Harvey i Björk. Minimalistyczna wersja, tak charakterystyczna dla stylu pierwszej z wymienionych, ale i kojarząca się z dokonaniami Lou Reeda i Velvet Underground, przeradza się w coś – gdy chodzi o wokale – gwałtownego i przejmującego w finale. Wersja, z  której wypadł m.in. passus I can’t get no girl reaction, co chyba świadczy o tym, że pozostaliśmy w klimatach hetero.

[W NaTemat: 27 lipca 2014}

Dzisiaj: „Yesterday”

yesterday

1965 rok. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów.

[more]

*

Czasem przychodzi ochota, by zwrócić ucho wprost w stronę przeszłości ołtarzy, pochylić się nad ikonami. Dawno nie sięgałem do cyklu „Cover to Cover” – i przy przeglądaniu notatek stwierdziłem, że pora może wrócić do tematu.

Tak się składa, że mam na myśli trzy utwory i sześcioro wykonawców z najwyższej rokendrolowej, folkowej i soulowo-rhytmandbluesowej półki. Sześcioro spośród moich najukochańszych.

Na początek Yesterday. O rany… 1965 rok, to już pół wieku, nie ma żartów. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów. Rewolucja w rokendrolu, trzynaste miejsce na liście wszechczasów magazynu „Rolling Stone”. Piosenka, po którą najczęściej w historii pop music sięgali inni wykonawcy – podobno istnieje ponad trzy tysiące jej wersji.

Niewidomy od siódmego roku życia Charles (1930-2004) uznawany jest za największego spośród mistrzów czarnej muzyki. Yesterday zaśpiewał w 1967 roku, na płycie Ray Charles Invites You To Listen.

A tytułem uzupełnienia, bo pisałem o tym utworze przy innej okazji, jeszcze jeden cover czwórki z Liverpoolu – Eleanor Rigby. Pochodzący z kolejnego, wydanego rok później krążka A Portrait of Ray.

Młodzi artyści z Wielkiej Brytanii u progu lat 60. zafascynowani byli rokendrolem i bluesem – muzyką czarnych Amerykanów. Minęło zaledwie kilka lat i role czasem się odwracały.

[W NaTemat: 24 lipca 2014]

Zmarł Johnny Winter

johny_winter

Niebiańska elektrownia od środy 16 lipca 2014 znów musiała zwiększyć swoją moc – tego dnia listę obecności w zaświatach podpisał jeden z najważniejszych muzyków teksańskich – gitarzysta, wokalista, kompozytor i producent Johnny Winter. Jak się ktoś rodzi w takim miejscu, to nic, nawet albinizm, nie jest w stanie uchronić przed rokendrolem, bluesem czy boogie.

[more]

Winter urodził się w 1944 roku, od czternastego roku życia grał – sam lub z bratem pianistą – w różnych składach, jednak bez większego powodzenia. W 1962 roku wylądował w Chicago, ale nawet spotkania z bluesowymi mistrzami, w tym z Muddym Watersem, nie odmieniły jego losu. Dopiero w 1968 roku „Rolling Stone” zwrócił uwagę na 

gitarzystę o niespotykanym wyglądzie

i fantastycznej technice, co doprowadziło do podpisania kontraktu z Columbią. Ukazały się pierwsze jego płyty, wystąpił też na słynnym festiwalu Woodstock w 1969 roku – ostatniej doby, tuż po północy, po The Band, a przed Blood, Sweat & Tears.

Upatrywano w nim konkurenta Hendriksa, zaś po śmierci tego ostatniego – jego następcę. Wybitny gitarzysta nie był jednak aż tak zdolnym kompozytorem, takim poszukiwaczem i eksperymentatorem, by spełnić te największe nadzieje. Longplaye nie cieszyły się spodziewanym powodzeniem. Winter wpadł w depresję, uzależnił się od heroiny i na długie trzy lata zniknął.

Wrócił w 1973 roku albumem o znaczącym tytule Still Alive And Well, który doszedł do dwudziestego drugiego miejsca w amerykańskich notowaniach, co jest najlepszym wynikiem w całej jego dyskografii.

1977 rok okazał się 

powrotem do korzeni, 

wcześniej w repertuarze miał i hałaśliwe wersje przebojów m.in. Berry’ego czy Jerry’ego Lee Lewisa, i proste kawałki z okolic soulu czy country. Teraz nagrał album Nothin’ But The Blues, a przede wszystkim nawiązał współpracę z Muddym Watersem, któremu właśnie skończył się wieloletni kontrakt z Chess Records. W kolejnych czterech latach Winter wyprodukował cztery albumy mistrza, trzy studyjne i koncertowy, z których trzy otrzymały Grammy.

*

W bodaj 1986 roku Tonpress wydał, z rocznym poślizgiem, album Serious Business. W ten sposób Johnny Winter znalazł się w gronie – niezbyt licznym – zachodnich wykonawców, których płyty ukazały się 

w naszym kraju.

Krążek, co nie było oczywistością, został ładnie wydany i starannie wytłoczony – i bez zarzutu radzi sobie i dziś położony na talerz gramofonu.

Z tzw. polskich akcentów należy zaznaczyć także występy gitarzysty m.in. w Łodzi i Toruniu. Wpływ jego muzyki na rodzimych bluesmanów najbardziej widoczny jest w dokonaniach wrocławskiego tria Easy Rider.

*

W ostatnich dwudziestu latach Winter rzadziej wchodził do studiów nagraniowych, ale ciągle koncertował. Brał udział w Crossroads Guitar Festival, grał z wieloma innymi uznanymi muzykami. Dwa dni przed śmiercią w Zurychu dał ostatni koncert – w Austrii. Nie doczekał wydania swojej 

nowej płyty,

Step Back, której premierę wyznaczono na 2 września. Wśród gości są znakomite nazwiska: Eric Clapton, Dr. John, Billy Gibbons, Joe Perry, Ben Harper, Leslie West. Śmierć artysty jest świetną reklamą, więc kto wie, czy nie będzie to największy sukces komercyjny Johnny’ego Wintera.

Tam, po drugiej stronie, pewnie wielu ucieszyło się na jego widok. Tutaj natomiast zrobiło się ciszej i smutniej.

[W NaTemat: 19 lipca 2014]