
To już nie młodziaki przecież, a bardzo im się chciało. Trzy i pół godziny to dawka, która usatysfakcjonowała wszystkich.
[more]
*
Tyle się działo między Tatrami a Bałtykiem w ostatnich dniach – Open’er, festiwal w Wadowicach, Pearl Jam w Krakowie, Rolling Stones w Warszawie – że problem stanowiły tylko zasobność portfela i czas. Dość nieoczekiwanie dla nas samych – żony, syna i mnie – w czwartek zdecydowaliśmy się zakupić bilety na pierwszy koncert organizowany na nowym Stadionie Śląskim: występ Guns’N’Roses. Najtańsze, za 149 zł, całkiem już z boku w stosunku do ustawienia sceny, i z pewnym niepokojem odbierane bezpośrednio przez imprezą.
G’N’R mogła, ale nigdy nie stała się kapelą, która wymościła sobie kawałek miejsca w moim muzycznym sercu. Gdy w 1987 roku ukazał się jej debiutancki album, byli formacją gotową, dojrzałą i ukształtowaną muzycznie. Dla mnie chyba po prostu będącą w zbyt dużym stopniu spadkobierczynią Deep Purple, a w zbyt małym Led Zeppelin.
Atawizm
– dużo hałasu, ostra gitarowa jazda skutecznie wspomagana warunkami głosowymi Axla Rose’a, mnóstwo hard rocka, śladowe zaledwie ilości bluesa, czyli tego, przy czym zawsze będę się upierał – swingu. No i coraz więcej nieporozumień i awantur zamiast nowych nagrań. To było jednak ćwierć wieku temu, a zejście się po latach Axla ze Slashem i McKaganem zelektryzowało fanów.
Gdy obejrzałem setlisty z ostatnich występów, zacząłem się modlić o jak najmniejszy poślizg względem zaplanowanej godziny rozpoczęcia występu, czyli 20.00. I nadal nie dowierzałem, gdy parę minut przed tą godziną muzyka z taśmy ustąpiła strzałom i wybuchom, wspomaganym skutecznie przez stosowny obraz na telebimach. Zespół w przeszłości znany ze skandalicznych spóźnień zameldował się punktualnie na scenie i zaczął od It’s So Easy. Pełne słońce nie ułatwiało wejścia w klimat koncertu, ale też, niestety, ustawienie dźwięku, głównie wokalu, pozostawiało sporo do życzenia. Nie jestem miłośnikiem obrazków, nie oglądam koncertów na DVD, sporadycznie sięgam do YouTube’a, więc widok podtatusiałego frontmana wprawił mnie w niejaką konfuzję. Wokalnie jednak najczęściej dawał radę, wciąż wyciągając liczne góry, stąd tym większe moje zdziwienie, że przy stole mikserskim nic z tym nie zrobiono. Zbyt często było więc nieczysto: charczało, piszczało w nieprzyjemny dla ucha sposób.
Wziąłem swój bilet do ręki i ruszyłem, by sprawdzić warunki odsłuchu w innych miejscach stadionu. Nikt mnie nie zatrzymywał, a gdy ujrzałem sporo wolnych miejsc w centralnych sektorach, zapytałem młodego ochroniarza, czy gdy przyjdziemy tu zaraz w trzy osoby, będziemy mogli usiąść. Sprzeciwu nie było, więc po paru minutach siedzieliśmy na wprost sceny, na miejscach za ponad czterysta złotych.
Akustyka
była zdecydowanie lepsza, ale uwagi co do ustawienia wokalu pozostały aktualne do samego końca. A dawka okazała się piorunująca: trzy i pół godziny. To budzi wielki szacunek, nigdy jeszcze nie dane mi było uczestniczyć w tak długim koncercie zachodniego wykonawcy. G’N’R zagrali wszystko – i jeszcze trochę. Ci, którzy mają do tego zespołu bardziej emocjonalny stosunek, przeżywali chwile szczęścia. A ja myślę, ze gdyby potencjometry głośności ustawione były ciut niżej, byłoby dużo lepiej. Słychać to było zwłaszcza pod koniec zasadniczej części, czyli w trzeciej już godzinie koncertu, gdy Axl Rose wspaniale, czysto wyciągał partię wokalną w Wichita Lineman, coverze numeru Jimmy’ego Webba.
Trochę zmęczyły mnie też kaskady Slasha. Ten niewątpliwy wirtuoz gitary elektrycznej bliżej jest jednak gryfoślizgaczy w stylu Satrianiego i, niestety, bardzo konwencjonalnego popisywactwa metalowego, niż stylistów miary Claptona, Page’a czy Bonamassy. Było więc trochę takich fragmentów, kiedy Rose znikał ze sceny, a tę we władanie brały gitary. Tak było przy instrumentalnym, mało finezyjnym niestety, wykonaniu Wish You Were Here, który przeszedł w drugą część Layli, a ta z kolei w intro November Rain, kiedy z mroku wyłonił się Rose przy fortepianie – siedzący na czymś, co przypominało spory fragment… motocykla. Właśnie: ten fortepian, mimo narastającego largo, cały czas był świetnie słyszalny. Czyli dało się to wszystko odpowiednio miksować.
Covery
to w ogóle znaczący element występów Gunsów. Może wolałbym słuchać ich utworów, ale wersje cudzych kompozycji zawsze rzucają nieco inne światło na wykonawcę. Poza wymienionymi Floydami, Live And Let Die Wings i Dylanowskim Knockin’ On Heaven’s Door, z radością powitałem hymn Soundgarden, Black Hole Sun (forsowanie głosu to wspólna cecha Axla i Cornella), a na początku bisów, znów instrumentalny, fragment Melissy Allman Brothers Band, a później klasyk AC/DC Whole Lotta Rosie (tu akurat zdarzyło się Rose’owi parę razy nie trafić z tonacją) i jeszcze The Seeker The Who.
Całość klamrowały fantastyczne utwory z pierwszej płyty. Na otwarcie było, jak już wspominałem It’s So Easy, po nim Mr. Brownstone, chwilę później Welcome To The Jungle, na koniec części zasadniczej Nightrain, a całość zwieńczył Paradise City. Siedmioosobowy skład w bardzo dobrej formie i, jak się wydaje, w pokojowym współistnieniu, może bez licznych uśmiechów i radosnego poszturchiwania się, aczkolwiek ze wspólnym wyjściem i ukłonem na „do widzenia”. Czy to daje nadzieję na zupełnie nowe nagrania? Ci panowie na pewno wiedzą, że choć ciężko im czasem ze sobą, nic lepszego w życiu im się nie przytrafiło i już raczej nie przytrafi.
Mimo iż G’N’R to nie moja bajka, musiałbym jednak wykazać mnóstwo złej woli, by nie dostrzec, że bardzo im się chce, że dają z siebie maksimum, a to niesłychanie cenne. Melduję więc, że po wielu latach przerwy ze Stadionu Śląskiego znowu popłynęła muzyka. I czekam na zapowiedzi kolejnych koncertów.
(Guns’N’Roses, Not In This Lifetime Tour, Stadion Śląski Chorzów, 9 lipca)
setlista:
[url=https://www.setlist.fm/setlist/guns-n-roses/2018/stadion-lski-chorzow-poland-4bea53ba.html]Tekst linka[/url]