
Czterech kolegów siedzi w knajpie i popija piwo. Trzech rozmawia, a czwarty cały czas siedzi cicho. Jeden z tej trójki w końcu zwraca się do milczącego: – Jasiu, tylko pijesz, nic nie mówisz, a ty się przecież niedawno ożeniłeś. Fajną masz tę żonę? – Fajną – niefajną, rzecz gustu. Mi się nie podoba…
[more]
Ten dowcip z długą już brodą przypomniał mi się, gdy zadałem żonie pytanie o wrażenia po przesłuchaniu nowej płyty Blackberry Smoke. Odpowiedziała mi, entuzjastycznie nastawionemu:- Nie znam jej jeszcze tak jak ty. No, fajna, ale taka… stara.
*
Chcecie, abyśmy wam coś zagrali? O.K., ale zrobimy to na swoich warunkach,
bez zbędnych decybeli
i bez pośpiechu – zdają się mówić kowboje z Blackberry Smoke. Takich płyt nie nagrywają debiutanci – z dwóch powodów: albo (jeszcze) nie potrafią, albo muszą pokazać, na jak wiele już ich stać. Ktoś się może obruszy na to porównanie, ale ten luz słyszalny w każdej sekundzie, w każdym wydobywanym z instrumentów dźwięku kojarzy mi się ze starym, dobrym Dire Straits.
Zero zadęcia, jakiejś napinki, jest wściekła perfekcja i całkowita pewność tego, co i w jaki sposób się robi. I pewnie ten brak dociskania pedału do dechy czy raczej bolesnego spinania konia ostrogami (cokolwiek przez to rozumieć) sprawił, że po pierwszej „lekturze” piątej płyty kwintetu byłem… nieco zawiedziony. Ale z płytami mam jak z kobietami (ufam, że nie będę się musiał z tych słów nazbyt długo tłumaczyć żonie – ciągle tej samej, z pierwszego rozdania) – aby polubić, muszę co nieco poznać, miłość od pierwszego słuchania nie zdarza się za często.
Jesteśmy
w klimatach southernowych,
z okolic Lynyrd Skynyrd, w piecu więc hajcuje się porządnie, ale bez przesady – miłośnicy spustu surówki nie mają tutaj czego szukać. Co prawda na rozgrzewkę dostajemy numer z okolic AC/DC, ale to wariacje na temat, a nie kopiowanie. Zaraz potem zespół zanurza się głębiej w przeszłość, serwując kawałek wyraźnie inspirowany dokonaniami Chucka Berry’ego, a skoro tak, to i Stonesów przy okazji, zwłaszcza w partiach piana. Następnie wychodzimy na saloonowy parkiet, by poszurać stopami w rytm walczyka zaprawionego szczyptą country.
I tak jest do samego końca. Kołyszemy się, raz trochę szybciej, raz trochę wolniej, przez cały krążek, przez prawie czterdzieści dziewięć minut. Muzyka stara jak rokendrolowy świat, wszystkie patenty rozpoznane zostały już dawno i wielokrotnie, lepiej lub gorzej, zmaterializowane w studiach nagraniowych. A jednak, gdy podane zostają z taką maestrią wykonawczą, trudno oprzeć się tym dźwiękom. Słychać to zwłaszcza w „niepozornych” solówkach,
nienachalnych ozdobnikach
dołożonych gdzieś tam, w środku lub na końcu piosenki, do podstawowej linii melodycznej (podobnych rzeczy u nas można posmakować, słuchając Dżemu – ze szczególnym uwzględnieniem gry Jerzego Styczyńskiego).
Like An Arrow to bezpretensjonalna, a jednocześnie kunsztowna porcja muzyki. Ileż sensownego użytku można zrobić z podpięcia gitar do prądu – i pieścić tym prądem uszy takich jak ja. Serce najżywiej bije mi – przynajmniej póki co – przy ósmym i dziewiątym numerze – Sunrise In Texas i Ain’t Gonna Wait, a także przy kończącym całość Free On The Wing, gdzie gościnnie pojawia się Gregg Allman. Cóż, ponieważ jako fan mogę bezkarnie być poligamistą, więc powiem nie pierwszy już raz – i mam nadzieję, że nie ostatni: takie granie to coś, co kocham najbardziej.
(Blackberry Smoke, Like An Arrow, 2016)
[W NaTemat: 4 grudnia 2016]