Van Morrison Forever

pobrane

Te utwory aż zapierają dech w piersiach, jeden piękniejszy jest od drugiego, choć ich faktura – jak to u Van Morrisona – prosta nie jest i do klaskania na raz w ogóle się nie nadaje, natomiast wokal nie uwiódłby żadnego profesora żadnej akademii muzycznej.

[more]

Gdzieś na początku swojego blogowania deklarowałem trwałą i nieprzemijającą niechęć do piosenki francuskiej (w klasycznej postaci) oraz tzw. aktorskiej. Niechęć do tych emocji rozciągniętych do granic możliwości, na najcieńszej strunie, która raz po raz przecina i skórę, i trzewia. Do szeptów lubieżnych albo plucia krwią hen, aż po ostatnie rzędy widowni. Oraz do tego zimnego, wystudiowanego, znów niejednokrotnie wykrzyczanego aktorskiego odrobienia lekcji pt. Zaśpiewam piosenkę.
Wspominałem wtedy o tej bezkresnej przestrzeni rozciągającej się między bielą i czernią, do tych pośrednich stanów nie tylko emocjonalnych, co tak wspaniale potrafili zagospodarować wykonawcy anglosascy.

*

Czasem, gdy coś mi się nie podoba, czepiam się niczym jakiś ortodoks. I odwrotnie, gdy muzyka przypada mi do gustu, jest mi wszystko jedno, jak ją nazwać. 

Czy Van Morrison to jeszcze ciągle muzyk rockowy?

A po jakie licho tego dochodzić?! Irlandczyk, podobnie jak Bob Dylan, raczy nas drugą w ciągu kilkunastu miesięcy płytą. Czyżby przyczyną częstszych odwiedzin studia nagraniowego była smutna świadomość towarzysząca niemłodym już ludziom, że czas kurczy się wciąż bardziej i należy to, co zostało, należycie wykorzystać? Najważniejsze jednak, że większa częstotliwość rejestrowania piosenek bynajmniej nie odbija się na ich jakości.
W tym miejscu nieśmiało tylko chciałbym uzmysłowić kolejny raz – sobie i Wam – że jeśli komuś wydaje się, że od lat kręcimy się wokół tych samych nazwisk, to jest to prawdą. Ale prawdą jest też, że tych nazwisk jest garstka. Z gwiazd lat dawno minionych ostało się ich nie za wiele – i, powtarzam uparcie, to spośród nich wykonawcy najwybitniejsi.
Nad nowymi utworami Van Morrisona rozpływał się w przedostatnią niedzielę Wojciech Mann, używając m.in. starej prawdy w odniesieniu do starych artystów, że VM już nic nie musi. Owszem, nie musi, ale wciąż daje radę, sprawiając przy tym wrażenie, iż nie wymaga to od niego większego wysiłku. Ciekawe, że grono mistrzów – chyba się nie mylę? – jest dzisiaj w formie lepszej niż trzydzieści – dwadzieścia lat temu. Odpoczęli trochę, dali wytchnąć swoim steranym używkami organizmom? Oczyszczone żyły ożywczo podziałały na głowy? Wielkich talentów nie mącą już narkotyczne czy alkoholowe odjazdy?

W poprzedni weekend ulegałem jeszcze emocjom związanym z konkursem Wieniawskiego, mając nieprzemijające niestety poczucie, jak wielkim dyletantem w zakresie muzyki poważnej jestem i już pozostanę, a parę dni później zachwycam się nowym albumem niegdysiejszego lidera Them. I? Znów ta banalna refleksja o „poważnym” co prawda, ale odtwórstwie, graniu zgodnym z zapisem nutowym – a na drugim biegunie muzyce oryginału, autorskiej, będącej takim samym obecnie popem jak Chopin czy Mozart dawniej. Kto z nas jest w stanie orzec, że za dwieście lat nie będzie się grało Beatlesów czy Van Morrisona?
Porzucam jednak te, pożal się Boże, akademickie rozważania, by zająć się emocjami. Własnymi, bo tylko o nich mam pełne prawo mówić. Otóż jestem zachwycony nowym materiałem Irlandczyka. Jest w nim wszystko to, co znamy z wcześniejszych nagrań – i wszystko na poziomie i w stylistyce najlepszych jego dokonań ostatnich dwóch z okładem dekad. 

*

W rockowej formule to granie, powtórzę, niespecjalnie się mieści. Orkiestrowe tu i ówdzie aranże mogłyby sugerować jakieś festiwale piosenki, ale nie kojarzę żadnego, na którym pojawiłoby się 

tyle znakomitych nut jednocześnie.

Bo te utwory aż zapierają dech w piersiach, jeden piękniejszy jest od drugiego, choć ich faktura – jak to u Van Morrisona – prosta nie jest i do klaskania na raz w ogóle się nie nadaje, natomiast wokal nie uwiódłby żadnego profesora żadnej akademii muzycznej. To ostatnie nie ma znaczenia, bo perfekcyjna jest cała reszta, przy czym tę perfekcję osiąga się tutaj niejako przy okazji. całkowitą niewymuszonością dobywania dźwięków z poszczególnych instrumentów i lekkością wspomnianej aranżacji. Trzeba niebywałego mistrzostwa, by operując smakowitymi środkami, robić to tak lekko i z tak wielką prostotą. Że to cholernie trudne – dowodzą codziennie docierające do nas, taśmowo produkowane w studiach nagraniowych konfekcyjne wyroby piosenkopodobne.Swe 

muzyczne korzenie

Van Morrison na nowej płycie sygnalizuje bodaj trzykrotnie, w The Pen Is Mighter Than The Sword, gdzie stylowo pobrzmiewa na pierwszym planie gitara Dave’a Kerry’ego (polskiemu słuchaczowi ten sposób gry nieodparcie kojarzyć się będzie z Wojciechem Waglewskim), w Share Your Love With Me oraz z bluesowym Going Down To Bangor, ale to odnotowuję tylko z kronikarskiego obowiązku. 
Przed ponad czterema dekadami Stonesi zatytułowali swój krążek It’s Only Rock’n’roll (But I Like It), Keep Me Singing jawi mi się jako swoista mutacja tamtego tytułu. Śpiewanie jest tym – mówi stary artysta – co umiem robić w życiu najlepiej, więc pozwólcie mi śpiewać. 

Hero on down to roadside

Well I’m singing, playing my songs

Doing just what I know how to do

Right here where I belong.

Czas bezlitośnie obchodzi się z większością dokonań ludzkich we wszelkich dziedzinach i nie inaczej jest na gruncie muzyki popularnej. Natomiast w odniesieniu do piosenek mistrza Van Morrisona mam przekonanie graniczące z pewnością, że będą one zachwycać i wzruszać także następne pokolenia.

(Van Morrison,Keep Me Singing, 2016)

[W NaTemat: 31 października 2016]

Dodaj komentarz