Stare, dobre riffy: Cinemon

cinemon_po

Po takich koncertach zwykle radość i smutek mieszają się we mnie. Radość, że tylu młodych gra tak dobrze w starym stylu. Smutek, że tak cholernie ciężko im się przebić.

[more]

*
Zespół zaczął grać piętnaście minut przed dwudziestą pierwszą, trzy kwadranse po – zgoda, luźno – zapowiedzianym czasie. Jako ten, który rusza w dzień wcześnie rano, byłem już nieco zniecierpliwiony przeciągającym się początkiem. Prawie jak Guns’N’Roses – pomyślałem. Panowie przechadzali się po sali, dostrajali instrumenty, poprawiali setlistę, a czas płynął.

Gitarzysta i wokalista to wizualnie skrzyżowanie późnego Jima Morrisona, Michała Muzolfa (Breakout) i brodatego Eddiego Veddera. Bębniarz ma coś z Robbiego Kriegera (Doors), zaś basista jest zdecydowanie wystylizowany na Kurta Cobaina. Kiedy wreszcie wzięli instrumenty do ręki, wrażenie młodzieńczego zblazowania i błazenady natychmiast ustąpiło:

potężne riffy

Messengera rozlały się w moim sercu. Zaczęli ci, którzy są w tym zespole od początku, Michał Wójcik i Jakub Pałka. Decybele szczelnie wypełniły niewielką salę katowickiej Katofonii, a ja pomyślałem o White Stripes, Black Keys czy Royal Blood, czyli koncepcji grania tylko w dwójkę, na gitarę lub bas i perkusję. W tym jednak przypadku – ostry, obsługiwany kostką bas doszlusował w finale pierwszego numeru, dopełniając brzmienia.

Otrzymałem blisko półtoragodzinną dawkę takiego łojenia, jakie lubię najbardziej. Jeśli mowa o triach, to głowa podpowiada tropy najoczywistsze, ale też po prostu najlepsze: Cream i  Jimi Hendrix Experience,  a ponadto patenty pokrewne, czyli gitara, bas i perkusja plus wokal: Led Zeppelin. Sami muzycy wśród inspiracji sygnalizują także grunge. W tym wszystkim zdecydowanym atutem tria jest jednak niemożność wskazania tych inspiracji w  jednoznaczny sposób: choć Claptona, Hendriksa i Page’a jest tam po trochu, a gęste okładanie bębnów przywodzi na myśl Gingera Bakera, nie ma mowy o czymś takim, jak kopiowanie. Atutem są ponadto chórki – rzecz wciąż nieczęsto spotykana nad Wisłą.

Krakowski Cinemon nie jest nieznany, ma całkiem sporo osiągnięć na koncie, ale nie da się powiedzieć, że przebił się do świadomości masowego odbiorcy. Kuba Pałka stwierdził w trakcie rozmowy po koncercie, że w Polsce

nie ma rynku

dla takiego grania. On już, po jedenastu latach istnienia kapeli, wie, że w muzykowaniu ma pod górę, że w naszym kraju nikt nie otwiera przed nimi szeroko ramion. Zwłaszcza gdy śpiewa się teksty w języku angielskim, bo na przykład Organkowi się udało. Fakt, kilkudziesięciu słuchaczy po kilkunastu latach pracy to nie jest złapanie Pana Boga za nogi. Stąd oczy członków zespołu zwrócone są na Zachód, na Niemcy przede wszystkim, bo tam – mówi Pałka – wygląda to inaczej.

A mi jest smutno, gdy myślę o kapelach takich jak Magnifficent Muttley, Cinemon czy Tape Reels (kiedyś nawet miałem być widzem ich wspólnego występu w Krakowie). Dziś, odwrotnie niż w latach 60. czy 70., potrafiących dobrze grać zespołów jest sporo, za to mało miejsca na rynku, strasznie ciasno w peletonie. Jednocześnie też sam łapię się na tym, że – zupełnie inaczej niż przed laty – kupuję sporo płyt, ale już nie nadążam. Za czasem, za nowościami, z „przerobieniem” tego, co mam na półkach. Bo chciałoby się więcej niż tylko polizać nowości, a i, pewnie z racji metryki, ochota, by bawić się w archeologa rockowego (i jazzowego także) wciąż rośnie. Skąd wziąć na to czas i pieniądze?

Wciągam – nieco przećwiczony wcześniej w nieulubionym medium, jakim jest dla mnie internet – krakowski Cinemon na listę kapel obserwowanych

z sympatią i czułością

ojcowską, chętny, by dać się opanować tym szczególnie bliskim dźwiękom gitar i perkusji, ale jednocześnie z przykrą konstatacją, że świat pędzi jak oszalały, niekoniecznie do przodu. Że w różności siła napędowa dziejów, ale nie raz chciałbym, by tych, co muzycznie czują tak jak ja – było więcej.

Póki co,  6 października ukazuje się nowy album tria, ale czy za dwa – trzy lata będzie tak, że wyda ich kolejne nagrania, powiedzmy, niemiecki Nuclear Blast, publikujący płyty Kadavara albo Blues Pills, trudno przewidzieć. A jeszcze trudniej, czy Cinemonowi pisany jest sukces.

(Cinemon, Katofonia, Katowice, 30 września)

[W NaTemat; 2 października 2016]

Dodaj komentarz