McCLEERYcznie

mccleery

Pewną trudność w odbiorze koncertowych wersji piosenek Jono McCleery’ego stanowił fakt, iż realizacje studyjne rozpisane są najczęściej na zespół, na kilka instrumentów, na żywo natomiast ten okołofolkowy przekaz został sprowadzony do swej pierwotnej postaci, czyli głosu i gitary.

[more]

*
Chłopiec z gitarą.

Choć już, o ile mi wiadomo, po trzydziestce. Z kilkoma płytami na koncie, pierwszą wydaną w 2008, a ostatnią, Pagodes, w listopadzie ubiegłego roku. Z burzą kręconych włosów, tyle że nie tak imponującą jak dawno temu u Boba Dylana, no i – burzą rudą. Ciężar gatunkowy także nie spod znaku Dylana, ale też, co tu dużo i pożal się, Boże, odkrywczo gadać – jaki przekaz ze sceny może mieć dziś moc równie wielką jak muzyka w tamtych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych latach? Choć – patrząc na licznie we wtorek  zgromadzoną w katowickim Rialcie publiczność – prawdopodobnie trzeba poczynić zastrzeżenie, że tę moc może niekoniecznie odnajdą fani z mocno garbatym już peselem, natomiast młodzi, mniej obciążeni półwieczną z okładem historią pop music, reagują bardziej spontanicznie.

Pewną trudność w odbiorze koncertowych wersji piosenek Jonathana McCleery’ego stanowił fakt, iż realizacje studyjne rozpisane są najczęściej na zespół, na kilka instrumentów, na żywo natomiast ten

okołofolkowy przekaz

został sprowadzony do swej pierwotnej postaci, czyli głosu i gitary. Jono McCleery wybitnym instrumentalistą nie jest. Palce przebiegały po gryfie w sposób  raczej niekojarzący się ze szczególnie wielką biegłością. A mimo wszystko w takim graniu nie da się nie dostrzec pewnej metody. Bo choć estetyka przekazu inna, a i kolor skóry też, miałem nieodparte skojarzenia z grą wielu czarnoskórych bluesmanów. Przecież nawet najwybitniejsi z grona klasyków – zanim światu objawili się w pełnej krasie B.B. King czy Buddy Guy – to nie byli mistrzowie w gitarowym fachu. Co w niczym nie zmienia faktu, że Howlin’ Wolf czy Lightnin’ Hopkins są wzorcami gatunku.

Nie trzeba było szczególnie wyczulonego ucha, by w tej

surowości

McCleery’ego dosłuchać się niebanalnych nut i bogactwa gotowego, by się objawić w pełnej krasie. A więc – wracam do myśli zawartej wyżej – w aranżacjach rozpisanych nie na jednego człowieka z gitarą akustyczną, lecz cały zespół. Zresztą to spostrzeżenie kogoś, kto wcześniej nie zaznajomił się dostatecznie z materiałem studyjnym dostępnym na krążkach czy choćby w YT. Młodzież bowiem, w odróżnieniu ode mnie, miała dobrze odrobioną lekcję.

Na program ponadgodzinnego koncertu złożyły się piosenki przede wszystkim z najnowszego albumu artysty, ale znalazło się też miejsce na covery. A te były zaskakująco dalekie od oczywistych tropów: Robert Wyatt, Lenny Kravitz czy Nat King Cole.

Introwertyczny pieśniarz o nosowej barwie głosu przypominającej nieco frontmana Coldplay, Chrisa Martina, oraz jego powściągliwa konferansjerka przypadły do gustu katowickiej publiczności. Dobrze pisali o nim też niektórzy muzyczni krytycy brytyjscy. Czy jednak może on liczyć na coś więcej niż status artysty niszowego?

(Jono McCleery, Rialto, Katowice, 8 marca 2016)

[W NaTemat: 12 marca 2016]

Dodaj komentarz