Manhattan Transfer po raz pierwszy w Katowicach

MT_Kce

Jak się nie wybrać na występ legendy wokalistyki z okolic łączących jazz z muzyką popularną, jeśli ten ma miejsce dwa kilometry od miejsca, w którym mieszkam?

[more]

Z Manhattan Transfer pierwszy raz zetknąłem się gdzieś na przełomie podstawówki i szkoły średniej,

w 1977 roku.

To wtedy zespół pierwszy raz odwiedził Polskę, jeśli mnie pamięć nie myli – pojawił się także w reportażu z koncertu w Sali Kongresowej przetykanym rozmowami z czwórką wokalistów wyemitowanym w „Studiu 2”. To w tamtym też czasie wylansował swój największy przebój: Chanson D’Amour, który nucili wszyscy – starzy i młodzi, miłośnicy piosenki francuskiej i rocka.

Nigdy nie wniknąłem w tę muzykę głębiej, w jakieś w miarę systematyczne śledzenie ich dyskografii. Czas PRL-u temu nie sprzyjał, a potem – poza zakupem wydanej u nas płyty Brasil – pozostałem dość daleko od ich dokonań. Właściwie od początku bardziej kusił mnie jazz instrumentalny niż, z nielicznymi wyjątkami, ten z partiami śpiewanymi. Ale, jak już napisałem na początku, odpuścić jedną z najważniejszych, jeśli nie 

najważniejszą grupę

tego typu, gdy ta niemal puka do mych drzwi – nie uchodziło. Argument, że MT bez – zmarłego w ubiegłym roku – założyciela Tima Hausera to już nie to, jest tym bardziej do zbicia, że nigdy wcześniej nie widziałem zespołu na żywo. W dodatku koncert zaplanowano w dużej, [i]absolutely amazing[/i], sali NOSPR.

Trudno dać się ponieść, gdy na scenie rozgrywa się nie do końca moja bajka. Ale nie sposób też nie docenić wciąż wielkiej klasy, wielkiej kultury muzycznej i pełnego zawodowstwa siedmiorga muzyków na scenie – obok kwartetu wokalnego były jeszcze klawisze, bas i bębny.
Uwierać czasem mogły pewne wypracowane przez lata grepsy, wielokrotnie najwyraźniej powtarzane muzyczne dialogi np. między wokalistą a basistą, czy też solówki, które – miałem nieodparte wrażenie – są prawdopodobnie identyczne podczas każdego kolejnego koncertu. Ale z drugiej strony patrząc, jest tak, że śpiewanie w chórkach wymaga ogromnej dyscypliny – a chórki w przypadku MT są znacznie ciekawsze niż utwory śpiewane solo – zarówno od wokalistów, jak i muzyków towarzyszących. No i, czego tak całkiem udawać się już nie da – podobało się nie tylko publiczności, ale samym wykonawcom najwyraźniej także. Wielokrotnie zachwycali się miejscem, w którym przyszło im występować, a i żywiołowa reakcja publiczności też zdecydowanie ich napędzała. Być może niewiele jest już dziś miejsc na świecie, gdzie przez blisko pół wieku nie dane było MT wystąpić, być może mało gdzie fetuje się ich tak, jak uczyniono to w Katowicach, choć widownia nie była wypełniona w całości. 

Energii, ochoty do grania i śpiewania

nie brakło ani przez moment, a temperatura wręcz rosła, im bliżej było końca i bisów, do których nie trzeba było zespołu długo namawiać. W zestawie może zabrakło wspomnianej Chanson D’Amour czy Java Jive, ale nie obyło się bez żywiołowego wykonania klasyka Birdland Joego Zawinula. Warto było znaleźć się w mikołajkowy wieczór w katowickim NOSPR, zdecydowanie warto.

(The Manhattan Transfer, Katowice, NOSPR, 6 grudnia)

[W NaTemat: 9 grudnia 2015

Dodaj komentarz