JM Rektor ASP & Co. – czyli potęga smaku

woman_in_jazz

Co łączy Astrud Gilberto, Włodzimierza Szymanowicza, Jima Morrisona i Milesa Davisa? Otóż to, że zarówno wiekowa pani w swoim łóżku, jak i trzej panowie w grobach przewracali się wczoraj wielokrotnie.

[more]

*

4 i 5 grudnia w katowickim Rialcie odbyły się dwa koncerty z cyklu Women in Jazz – w ramach europejskiej trasy projektu  przygotowanego pod patronatem włoskiego ministerstwa kultury. Przez dwa dni na scenie kinoteatru pojawiały się więc włoskie składy, a w nich zarówno śpiewające, jak i grające panie. Włochy słabo kojarzą się z jazzem, a jednak – jeśli zawczasu pozbyć się jakichś niepotrzebnych wątpliwości i uprzedzeń, można było – i to za zupełną darmochę, bo wstęp był wolny – poobcować z naprawdę dobrze podaną muzyką, a rysów niemałej szlachetności też nie brakowało, jak choćby w kończącym całość występie kwartetu Jazz Oddity (skojarzenia ze Space Oddity Davida Bowiego jak najbardziej na miejscu: w programie koncertu znalazło się kilka interpretacji jego utworów).

Niestety, tym, co mnie najbardziej poruszyło, nie była muzyka z Półwyspu Apenińskiego, lecz to, co zdarzyło się na scenie drugiego dnia pomiędzy występami dwóch włoskich zespołów.

Nie mi dociekać, jak to dziś niejednokrotnie się dzieje, że do przeróżnych projektów 

podpinają się dziwni ludzie, 

którzy to lub owo na tym podpięciu się usiłują dla siebie ugrać. Wiele da się wybaczyć, jeśli nie odbywa się to kosztem obniżania rangi wydarzenia, jeśli poziom artystyczny owego „załącznika” nie jest zbyt odległy od całości. Gdy jednak dzieje się inaczej, pytania zaczynają się nieuchronnie pojawiać.

Konferansjerkę prowadził Wenancjusz Ochmann. Z jednej strony niby stara gwardia, a z drugiej – wolałbym, aby zamiast kwiecistego stylu i barokowej ornamentyki, Pan prowadzący przed koncertem gdzieś w zaciszu spokojnie przyjrzał się i nauczył wymawiać poprawnie nazwiska wykonawców. Ich obfite przekręcanie, zwłaszcza w odniesieniu do włoskich gości, nie robiło bowiem dobrego wrażenia. Cóż, savoir vivre najwyraźniej dokonał żywota wraz ze śmiercią ostatniego dżentelmena w życiu publicznym, czyli redaktora Bohdana Tomaszewskiego.

Na tym jednak rola Pana Ochmanna w festiwalu się nie kończyła. Pierwszego dnia na scenie pojawili się uczniowie jego prywatnej szkoły muzycznej. To, że młodzi ludzie odstawali – raz mniej, raz bardziej – poziomem od zagranicznych wykonawców, to jeszcze jest wybaczalne. Są przecież dopiero na początku wyboistej drogi do ewentualnej kariery.

Kumulacja nastąpiła drugiego dnia, gdy „przerywnik” stanowił ansambl rewelersów: Gigi And Her Boysband, w którym Pan Ochmann grał na fortepianie, a w kilku utworach za gitarę złapał Jego Magnificencja Rektor Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach (i cóż z tego, że były), profesor Marian Oslizlo.

Trzeba wiedzieć, kiedy na scenę wejść.

Gdybyż to była knajpa z karaoke, rodzinna Wigilia, podczas której po obfitym posiłku i odśpiewaniu kolęd, niemłodzi – nie wypominając, bo sam już też nie jestem młodziakiem – uczestnicy postanowili sobie jeszcze pograć, no niech tam – nawet scena kinoteatru „Rialto”, tyle że podczas imprezy zamkniętej – pal licho i nikomu nic do tego. Gdy jednak amatorsko muzykujący ludzie (choć – W. Ochmann jest przecież absolwentem katowickiej Akademii Muzycznej i człowiekiem zajmującym się muzycznym kształceniem młodych ludzi, a M. Oslizlo, poza tym, że pozostaje jedną z najważniejszych postaci katowickiej ASP, jest też m.in. członkiem rady programowej JazzArt Festival) wciskają się pomiędzy zawodowców – dochodzi do pomieszania porządków. 

Co łączy Astrud Gilberto, Włodzimierza Szymanowicza, Jima Morrisona i Milesa Davisa? Otóż to, że zarówno wiekowa pani w swoim łóżku, jak i trzej panowie w grobach przewracali się wczoraj wielokrotnie. Trzeba być kompletnie pozbawionym instynktu samozachowawczego, aby wyjść przed najskromniejsze nawet audytorium, tyle że złożone nie tylko z krewnych i znajomych królika, i zagrać The Girl From Ipanema, All Blues czy Riders On The Storm.

Panie profesorze, winszuję opanowania kilku chwytów na gitarze i znajomości tekstu genialnego utworu The Doors. Ale nie wiem, czy orientuje się Pan, że dobrych trzydzieści lat temu z piosenkami tego zespołu występował na żywo późniejszy rektor sąsiedniej uczelni, Uniwersytetu Śląskiego – profesor Tadeusz Sławek. Ma On jednak do dzisiaj licznych świadków, że robił to 

z wyczuciem, kulturą muzyczną i smakiem.

Jeszcze bardziej nie na miejscu była stojąca w dwóch piosenkach przed mikrofonem pani, której nazwisko litościwie przemilczę. Proszę Pani, aby śpiewać, trzeba słyszeć. Jak się nie słyszy, lepiej nawet nie otwierać ust. Parafrazując Rachel z „Wesela”, można by powiedzieć: „gust ten właśnie wielki miałam, by nie śpiewać – lichą formą się brzydzę”. Czego z serca Pani życzę. Niech więcej nie sprawdza się powiedzenie, że gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Na przykład na scenę.
Szacowne, stuletnie Rialto niejedno już przeżyło, niejedno widziało i słyszało – i w niejedno dziwne przedsięwzięcie zostało wkręcone. Scena wczoraj, choć powinna, nie zapadła się ze wstydu pod ziemię.

Szanowni Państwo, wśród których są 

nauczyciele i wychowawcy przyszłych pokoleń: 

zazdroszczę dobrego samopoczucia, ale powinniście wiedzieć, że nie ma nic gorszego niż to, gdy impreza na scenie jest zdecydowanie lepsza niż na widowni, gdy miesza się porządki dwóch odległych od siebie muzycznych światów, nieprzystających do siebie poziomów wykonawczych. Niech Was ręka boska broni przed zakusami, by jeszcze kiedyś wystąpić publicznie. Wy świetnie się bawiliście, a ja – ale zapewniam, że nie tylko ja – z każdą minutą wstydziłem się coraz bardziej, że musiałem tego słuchać.  Zastanawiałem się i zastanawiam nadal, czy włoscy goście po wczorajszym wieczorze nie doszli przypadkiem do wniosku, że Polacy o jazzie mają właśnie takie pojęcie jak Wy?

Nieznany nikomu bloger wielkiej krzywdy takim tekstem Wam nie uczyni. Co jednak nie znaczy, że powinniście być nadal wolni od refleksji: „Zastanów się, co robisz”. Siwy i łysiejący – kończę cytatem z Księgi Hioba:

Mądrość nie z wiekiem przychodzi,a prawość nie tylko starcom jest znana.

(Women In Jazz, Katowice, Rialto, 4-5 grudnia)

[W NaTemat: 6 grudnia 2015]

Dodaj komentarz