Tęskniąc za Rolling Stones

richards

Jest w tych piosenkach cały, niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku.

[more]

*

W rocku prawdopodobnie nie wydarzy się już nic spektakularnego, pozostanie tylko mieszanie stylów i czasów. Ale dopóki są ci, którzy to robią, swingując (w moim odczuciu swing musi być – to musi kołysać, pulsować, a więc zdradzać bluesowe korzenie – których nie ma już np. metal) – będę odnajdywał frajdę w słuchaniu tego samego zrobionego na nowo. I wciąż będzie we mnie chęć, by dotrzeć do tych, którzy zrobili to jako pierwsi. Stąd np. miłość – od szesnastego roku życia – do Chucka Berry’ego. Stąd zachwyt nad wieloma nowymi płytami  gigantów – białasów, którzy są już takimi samymi klasykami jak ich mistrzowie Murzyni. 

I coraz częściej gdzieś mają wycyzelowaną, wielomiesięczną produkcję, trzymanie linii melodycznej czy oszałamiający aranż. Liczy się 

krew, pot i wzruszenie,

prawda starych ludzi. Tylko że gdy padają wciąż niby te same, tak dobrze znane nazwiska, to warto pamiętać, że nie jest ich aż tak wiele jak czasem może się zdawać, że to naprawdę najwięksi i najlepsi. Tylko oni przetrwali dziesięciolecia burz, ryzykownego seksu, gorzały i dragów – i po półwieczu na scenie wciąż jeszcze mają coś dla zaproponowania. Może niekoniecznie dwudziestolatkom, bo ci w większości nigdy nie dotrą do korzeni, ale takim wariatom jak ja. Mają dla kogo grać i nagrywać. Richards, Van Morrisson, Clapton, McCartney, Dylan, Young, a w Polsce o dekadę młodszy Waglewski (dla mnie Dobry wieczór to opus magnum Pana Wojciecha).

Mam to tuż pod skórą. Regularnie szczepiąc się przeciw grypie, z wiekiem coraz bardziej nieodporny jestem na propozycje tych, których słuchałem, wystając ledwie ponad stół. Zarówno na rzeczy stare, jak i te dopiero co wydane. Pewnie miesza się we mnie zazdrość z powodu  tego, iż potrafili oni z pasji uczynić jeden wielki sens życia, zazdrość z powodu skali talentu, oraz niemal synowskie wzruszenie, że ciągle są aktywni i nie mają nic ze starych ramoli.

Nigdy nie przepadałem za wokalem Keitha R., nie wsłuchiwałem się w jego poprzednie solowe propozycje płytowe. Jednak teraz, powodowany pewnie

wielką tęsknotą

za nowymi nagraniami Stonesów, z radością i uwagą pochyliłem się nad porcją jego nagrań. 
Nie ma w nich nic, czego bym się nie spodziewał. I muszę szybko zaznaczyć: na szczęście. Jest cały ten niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku. Z prostych piosenek wydobywa on tyle lekkości, urody i, co chyba najistotniejsze, świeżości i radości grania, że nie sposób pozostać obojętnym na te dźwięki.

Na ten głos skrzeczący jak inny bóg pop music, Bob Dylan. Na wycieczkę w rejony czarnych bluesmanów z gitarą akustyczną w dłoniach  w otwierającym całość utworze tytułowym. Na kolejny, po latach,  ukłon dla największego  rokendrolowca, Chucka Berry’ego, w Blues In The Morning (z liniami basu i fortepianu cytującymi standardy CB). Na kilka szybszych i wolniejszych gitarowych numerów, które mogłyby stanowić ozdobę każdego albumu Rolling Stones w ostatnich czterdziestu latach, choćby Nothing On Me i Something For Nothing. Jest też, jakże mogło by jej zabraknąć, nostalgia – za takie przerywniki w łojeniu również pokochaliśmy kiedyś Toczące Się Kamienie. Jest jej jakby więcej niż dotąd u Richardsa – cóż, lata lecą – choćby w pięknych numerach Robbed Blind czy walcującym Goodnight Irene. Jest…

A zresztą, posłuchajcie lepiej sami.

(Keith Richards, Crosseyed Heart, 2015)

[W NaTemat:22 listopada 2015]

Dodaj komentarz