
Na nowej płycie Bircha otrzymujemy kolejny dowód na jego wyjątkową muzykalność, umiejętność wymyślania ładnych, a jednocześnie niebanalnych melodii. Na naprawdę spore i zgoła niesłowiańskie możliwości głosowe, pozwalające śpiewać zarówno głębokim barytonem, jak i ciągnąć zgrabne falsety.
[more]
*
Wojciech Mann, prezentując w swojej niedzielnej audycji piosenkę Petera J. Bircha, stwierdził, że dobrze byłoby, aby młody artysta określił się, co właściwie chce grać.
Fakt, przez całe dziesięciolecia nie do pomyślenia było, aby członek jednego zespołu rockowego udzielał się w jakichś innych projektach – takich sytuacji jak ta Phila Collinsa, że był frontmanem i perkusistą Genesis i jednocześnie bębnił w Brand X, było bardzo, bardzo niewiele. Tymczasem dziś
muzycy uciekają z szuflad
im przyporządkowanych, ich wyobraźnia nie pozwala zamykać się w jednej tylko formule, działają jednocześnie w kilku składach, czasem dość odległych od siebie stylistycznie. Tak jest choćby w przypadku Bartosza i Piotra Waglewskich. Podobnie, choć na znacznie mniejszą skalę – przynajmniej póki co – z Piotrem Brzezińskim.
Wątpliwościom Pana Redaktora wcale się nie dziwię, bo sam – niewiele młodszy – wychowany jestem na podobnych „wzorcach”: wyrażania się danego artysty na przestrzeni lat raczej w bardziej jedno- niż różnorodny sposób. Wolty stylistyczne były postrzegane wręcz jako zdrada (pamiętam, ile cierpkich słów powiedział przed laty o Davidzie Bowiem Piotr Kaczkowski), ale w historii pop music nie było i już nigdy nie wydarzy się nic bardziej obrazoburczego niż ten moment, w którym Bob Dylan zamienił gitarę akustyczną na elektryczną.
Gdy muzyk odsłaniał swoją
inną twarz,
zaniepokojeni w akademicki sposób zastanawialiśmy się, kiedy właściwie jest prawdziwy, mając gdzieś z tyłu głowy podejrzenie, że chyba nigdy. A kimś, kto jest w naszym pojęciu niewiarygodny, nie warto się zajmować. Z jednej strony takie odbiorców myślenie należałoby już odłożyć do lamusa, a z drugiej – odbiorca, który nie wie, biorąc nową płytę do ręki, czego powinien tym razem spodziewać się od artysty, może po prostu przestać czuć się adresatem takiego przekazu. Zaś artysta bez odbiorców nie istnieje, tworzyć do pustych ścian albo dla garsteczki wiernych oczywiście można, ale szanse, że świat się o tym dowie, są raczej marne.
*
Ostatnia uwaga w niewielkim, coraz mniejszym stopniu tyczy Piotra Brzezińskiego. Jego nagrania, choć nieśmiało i z pewnymi oporami, odnajdują sobie wreszcie drogę do Trójkowej anteny. Na szum rozmiaru tych związanych z Dawidem Podsiadłą czy Kortezem, przynajmniej póki co, liczyć nie może, ale młody muzyk z dolnośląskiego Wołowa pokornie
wykuwa sobie kolejne stopnie
w schodach wiodących do szerszej popularności.
Nowy, trzeci już pełnowymiarowy album Bircha jest jeszcze mocniejszym niż dotąd dowodem na fascynację muzyką amerykańską. Zaryzykowałbym nawet, może z odrobiną przesady, stwierdzenie, że The Shore Up In The Sky to Bircha osobisty „American Songbook”.
Zaczyna się od ukłonu w stronę rokendrola lat 50., bardzo tanecznego Wake Up Louisiana!, a trochę youngowskich czy grunge’owych przesterów otrzymujemy w Self Identity State of Memory. Od czwartego na płycie Memphis Blues zaczyna się łagodniejsza, lecz bardzo stylowa jazda. Ujmujące są dylanowska harmonijka ustna i kalifornijska lekkość tej piosenki. A zaraz potem w Black Tombstone mamy głęboki wokal a la Johnny Cash wspierany przez dziewczęcy chórek.
W klimatach country’owych (cudna gitara) pozostajemy w najpiękniejszym na krążku New Prince, utworze, którego nie powstydziłby się sam Robert Plant – materiale na naprawdę spory przebój. Podróż przez bezdroża Południa kontynuujemy w stylowym Old Fashioned Hollywood, nad którym znów unosi się duch Casha.
Moje bluesowe serce roztapia I’ve Got This Train –
pieśń po mistrzowsku stylizowana
na staromurzyńską: znów świetny wokal i ten charakterystyczny dźwięk „pudła”.
Everyday Chances to – można już śmiało powiedzieć – przebój Bircha, piosenka bowiem często gości w audycjach programu trzeciego Polskiego Radia. A w niej kolejny już, nie tylko na tym wydawnictwie, hołd złożony mistrzowi Dylanowi.
Z tej amerykańskości wyrywają się trzy numery, w których głos Petera, także nie pierwszy już raz, kojarzy się z Thomem Yorkiem z Radiohead. Najpierw w zgrabnym, ale może nazbyt oczywistym Gallants (Powtórzę w tym miejscu coś, co pisałem o Genesis na początku swojego blogowania: nie da się nic interesującego powiedzieć w warstwie muzycznej, jeśli wokalista śpiewa od pierwszej do ostatniej sekundy. Dlatego na przykład zupełnie niezrozumiała jest dla mnie atencja, jaką tu i ówdzie darzony jest National). Drugi i trzeci raz, pod koniec albumu – w Ownbackyard oraz zamykającym całość nagraniu tytułowym.
Jeśli jednak ktoś dałby się uśpić tym lirycznym dźwiękom, ten zostanie wyprowadzony w pole. Na koniec bowiem mamy jeszcze jeden amerykański cytat – tym razem z Nevermind Nirvany, gdy chodzi o pomysł, zaś muzycznie wędrujemy, bardziej niż w grunge, w rejony elektrycznego bluesa. Po długiej ciszy w głośnikach kilka ostatnich minut należy do chłopaków z poznańskiego Two Timer, tria towarzyszącego Brzezińskiemu w całej tej sesji nagraniowej.
Wracając do początku wywodu: ktoś może się czepiać niejednorodności stylistycznej, zarówno nowego krążka, jak i całego dotychczasowego dorobku Bircha. Istotniejsze jednak wydaje mi się to, że na nowej płycie otrzymaliśmy kolejny dowód na jego
wyjątkową muzykalność,
umiejętność wymyślania ładnych, a jednocześnie niebanalnych melodii. Na naprawdę spore i zgoła niesłowiańskie możliwości głosowe, pozwalające śpiewać zarówno głębokim barytonem, jak i ciągnąć zgrabne falsety.
Aktywność artysty jest doprawdy imponująca i przypomina raczej minione dawno dekady: co roku nowa płyta, a między kolejnymi nagraniami bezustanne trasy koncertowe (trzeba tu przecież jeszcze wspomnieć o członkostwie w formacji Turnip Farm). Oby tej witalności prędko mu nie brakło, a media wreszcie bardziej przychyliły swoich bram. Peter J. Birch zasługuje bowiem na znacznie więcej niż na miejsce, które zajmuje dzisiaj.
(Peter J. Birch, The Shore Up In The Sky, Gusstaff Records/Borówka Music, 2015)
[W NaTemat: 11 listopada 2015]